Nawiedzone łąki
Droga z Radoschau[1] do Wronina[2] prowadzi między żyznymi polami, bujnymi łąkami i szumiącymi lasami. Za wsią Radoschau dolina się rozszerza, a wzgórza stają się coraz łagodniejsze, po czym nikną w lasach pełnych świerków i sosen. Na granicy trzech miejscowości – Wronina, Radoschau oraz Chrostu[3] – kończy się po prawej stronie las radoszowski, po lewej bór chrostecki, pośrodku zaś rozciągają się łąki położonego w dolinie Wronina. Owe lasy, łęgi i pola na styku tych trzech wsi nazywane są przez ludzi Poświętnicą[4], czyli poświęconym miejscem, gdzie pokazywały się upiory. Krążą o nim mrożące krew w żyłach opowieści. Jako dziecko słyszałem te straszne baśnie od mamy i dziadka – Franza Wernera, oni zaś usłyszeli je od swoich rodziców. Podania te od niepamiętnych czasów przechodziły z pokolenia na pokolenie i jeszcze dzisiaj żyją pośród Radoszowian jako ich ludowy skarbiec.
Jedna z tych opowieści mówi, że gdy wybiła godzina duchów, ludzie widzieli tam czarną karetę zaprzężoną w cztery ziejące ogniem kare konie. Pełnym galopem pędziła przez pastwiska, rowy i drogi. Towarzyszył jej lodowaty, huraganowy wiatr i ogłuszający świst, zaś sparaliżowanym ze strachu ludziom, którzy z drżeniem się temu przyglądali, z głów spadały czapki i kapelusze. Na koźle siedział nieruchomo woźnica bez głowy. Z wnętrza upiornej karety dobiegały zaś przytłumione jęki i skargi. A gdy zegar wybijał pierwszą, widziadło znikało bez śladu.

Inni ludzie byli znowu świadkami nocnego konduktu pogrzebowego. Ministranci, śpiewający, tragarze i pozostali żałobnicy ubrani byli na czarno i nieśli w rękach swoje własne głowy. Ich pieśń żałobna brzmiała upiornie. Na marach stała trumna. Po zakończeniu pochodu wszystkie widma rozpływały się w mroku lasu, unoszone przez burzowe wichry.
Jeszcze inni spotkali tam płonącego człowieka[5]. Całe jego ciało sypało iskrami. Często bez słowa dosiadał się do wozów chłopów jadących na targ do Raciborza i jechał z nimi spory kawałek drogi. A potem, nie mówiąc słowa podziękowania, wysiadał z wozu i wracał do upiornego zaułka.
Wreszcie pewnego razu pewien odważny mężczyzna zapuścił się późną nocą na skraj lasu, w pobliże owego owianego złą sławą miejsca. Nagle w jego kierunku ruszyło całe mrowie jasnych świateł. Skrył się więc za grupką sosen i wytężył oczy, aby lepiej widzieć owe migotliwe lampki. Skakały wte i wewte, jakby czegoś szukały. Poza tym nie mógł dostrzec nic więcej. Lecz wtedy przypomniał sobie, że to przecież Zaduszki i że dusze ludzi, którzy zostali tutaj zamordowani albo zginęli, muszą w tym miejscu pokutować, nosząc lampiony. Przed wiekami miał tutaj bowiem stać wspaniały zamek, co zapadł się pod ziemię razem ze swoimi dumnymi, bezbożnymi mieszkańcami. A i szwedzkie hordy Torstensona[6] ponoć srogo się tu panoszyły, „częstując” Radoszowian swoim trunkiem.[7] Nieulękły wędrowiec przeżegnał się nabożnie, z przejęciem odmówił za owe biedne duszyczki zdrowaśkę, po czym ogniki na radoszowskich polach powoli zaczęły niknąć.
Żeby zapewnić owym duszom wieczny spokój i raz na zawsze je przepędzić, ponad sto lat temu ksiądz Paweł Ciupke z Radoschau, razem z proboszczem z Grzendzina[8], poprowadził na te łąki pokutną procesję i poświęcił to miejsce. I od tamtej pory już tam więcej nie straszy.
Za dnia śmieją się z tych bajeczek i starzy, i młodzi. Ale kto musi się tam zapuścić w ciemną noc, tego jeszcze dziś przenika lodowaty strach, podobnie jak nasze matki i ojców.
źródło: Der Spuk auf dem Geisteranger. W: Sagen, Spukgeschichten, Erzählungen und Volksbräuche von Radoschau im Kreise Cosel OS. Gesammelt von Th. Konietzny. Cosel Oberschlesien 1933, s. 17–19.
Przełożyła Nina Nowara-Matusik, germanistka, tłumaczka, literaturoznawczyni. Profesorka w Instytucie Literaturoznawstwa Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Ostatnio opublikowała antologię tłumaczeń pt. Po drugiej stronie studni. Górny Śląsk w przekładach. Tłumaczenie powstało w ramach stypendium Programu wspierania działalności podmiotów sektora kultury i przemysłów kreatywnych na rzecz stymulowania ich rozwoju (KPO dla kultury 2025), przeznaczonego na realizację projektu Przygotowanie publikacji: O błękitnym kwiecie, magicznych źródłach i tajemniczych lasach. Górny Śląsk w przekładach (2).
[1] Dzisiaj Radoszowy – wieś w powiecie kędzierzyńsko-kozielskim, w województwie opolskim. Przyp. tłum.
[2] Dzisiaj także Wronin – wieś w powiecie kędzierzyńsko-kozielskim, w województwie opolskim. Przyp. tłum
[3] Dzisiaj Chrósty – wieś w powiecie kędzierzyńsko-kozielskim, w województwie opolskim. Przyp. tłum.
[4] W języku staropolskim tak nazywano świątynię – miejsce poświęcone. Por. Kleszczowa, Krystyna (red.), Chlebicka Ewa, Grybosiowa Antonina, Janowska Aleksandra, Jędrzejko Ewa, Ostaszewska Danuta, Pastuchowa Magdalena, Rudnicka-Fira Elżbieta, Siuciak Mirosława, Sobczykowa Joanna. (1996). Słowotwórstwo języka doby staropolskiej: przegląd formacji rzeczownikowych. Katowice: Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, s. 55. Przyp. tłum.
[5] W języku śląskim to fojermon albo fojerman, z niemieckiego Feuermann. Chodzi o pokutującą duszę człowieka bez głowy, nazywaną także błędnym ogniem, ognikiem, ognistym chłopkiem, ukaranego w ten sposób za okrucieństwo wobec zwierząt. Przyp. tłum.
[6] Lennart Torstenson (1603-1651) był wodzem wojska szwedzkiego w okresie wojny trzydziestoletniej, rzekomo najlepszym dowódcą tego okresu. Przyp. tłum.
[7][7] Chodzi o tzw. „szwedzki napój”, mieszankę moczu i kału, której Szwedzi używali podczas tortur, zmuszając swoje ofiary do połykania jej w dużych ilościach. Przyp. tłum.
[8] Dzisiaj Grzędzin, wieś w województwie opolskim, w powiecie kędzierzyńsko-kozielskim. Przyp. tłum.


