Kultura

Dumasowska tajemnica Górki Słupeckiej

Doktor Wichta Sandmann weszła do gabinetu profesora Ewalda Mokrskiego Strahla z zamiarem krótkiej, rzeczowej rozmowy o planach na przyszły semestr. Zamiast tego zamarła ze zdumienia jak motorniczyni tramwaju linii 14, która zobaczyła, że torowisko jest wolne od remontów na całej trasie. Co tym razem, pomyślała: Bursztynowa Komnata albo tylko złoty pociąg kajś na Dolnym Śląsku?

Na środku pokoju stał profesor, z indyjską chustką zawiązaną pod szyją, pochylony nad stertą pożółkłych dokumentów, map, szkiców i czegoś, co wyglądało jak zestaw „Mały Archeolog – edycja premium”. Obok leżała latarka czołowa, kompas, detektor metali i łopatka – saperka. Z głośników sączyła się delikatnie swingowa muzyka Petera Thomasa oparta na Fantazji Impromtu opus 66 Szopena.

— Ewald… co to ma znowu znaczyć? — zapytała Wichta tonem człowieka, który już wie, że odpowiedź będzie bolała. I że będzie długa. I że będzie wymagała kawy. Mocnej.

Profesor odwrócił się powoli, z błyskiem w oku – wypisz wymaluj niczym ostatni lord Chelford – który zwykle zwiastował jakieś jemu tylko wiadome przedsięwzięcie intelektualno organizacyjne.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

— Wichta, jestem na tropie niesamowitej sprawy! — oznajmił z przejęciem, jakby właśnie odkrył właśnie nową supernową na grudniowym niebie albo przynajmniej coś intrygującego w zasobach Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, to ostatnie zdarzało mu się zresztą zdecydowanie częściej.

I zaczęło się.

Profesor, gestykulując jak dyrygent orkiestry symfonicznej, który właśnie próbuje wytłumaczyć altowiolistom, że grają w innym utworze niż reszta, opowiedział jej o Aleksandrze Dumasie synu, który — jak powszechnie wiadomo — spędził miesiąc w Mysłowicach w roku 1851 niby to z powodu przerwy w podróży za nieszczęśliwą miłością. W rzeczywistości jednak, jak stwierdził Mokrski Strahl, chodziło o coś znacznie poważniejszego.

— Dumas przyjechał tropem Eugène’a Sue! Właśnie on był tu jako pierwszy! Przypadek? Sue ściągnęła tu większa tajemnica, niż w jego książkach — wyszeptał profesor, jakby obawiając się, iż ktoś niepowołany – przykładowo jakiś Hexer albo inny drab czy też żab w masce – mógłby to usłyszeć.

Mokrski-Strahl snuł więc dalej konfidencjonalnym głosem jego wywód swojej asystentce, przysłuchującej mu się milcząco, bez słowa wtrętu.

Wichta, dostrzegasz ten związek przyczynowo – skutkowy? Autor Tajemnic Paryża zjawił się w Mysłowicach już w 1848 roku, korzystając z nowiutkiej linii kolejowej z Wrocławia do Mysłowic uskutecznionej dwa lata wcześniej. A wszystko przez sprawę tajemniczej śmierci pięknej i wpływowej księżnej Luizy Sułkowskiej, z rodu Larisch – Nimsdorf, zastrzelonej 3 marca 1848 roku skrytobójczym strzałem z ogrodu jej dworu w Mysłowicach – Słupnej. Wierz mi, to tylko wierzchołek góry lodowej a cała sprawa ma drugie dno, szacując minimalistycznie.

Wichta słuchała cierpliwie dalej. Profesor kontynuował jak natchniony

— Cztery lata wcześniej, w 1844 roku, na Dolnym Śląsku wybuchło powstanie tkaczy. Nie jakieś tam lokalne zamieszki, ale bunt ludzi, którzy mieli już dość nędzy, lichwy i wyzysku. W czerwcu poszli pod domy fabrykantów. Władze stłumiły to powstanie, ale echo tego buntu niosło się jeszcze długo – w literaturze śląskiej nawet do dnia dzisiejszego.

Profesor uniósł palec, jakby wygłaszał wykład inauguracyjny

— I właśnie to echo, Wichta, było jednym z powodów, dla których w lutym 1848 roku król Prus, cesarz Austrii i car Rosji spotkali się potajemnie w okolicy, którą później nazwano Trójkątem Trzech Cesarzy.
Nie po to, żeby pić kawę czy czaj – lub coś rozgrzewającego inaczej – i podziwiać nadgraniczny krajobraz styku dwóch Przemszy, ale żeby ustalić wspólny program zdławienia niepokojów społecznych. Bo jeśli tkacze mogli się zbuntować, to czemu nie górnicy, chłopi, robotnicy, mieszczanie – czyli społeczeństwo? Czuli pismo nosem – albo nawet czytali w nim między wierszami.

Profesor niczym kryminolog z archiwum X wyjaśnił następnie cold case z dworu Sułkowskich.

Wichta, wszystko zaczęło się od tego nieszczęsnego kuligu, w tę bajecznie śnieżną zimę roku 1848 – sprawdziłem dane stacji meteorologicznej na Muchowcu. Gdyby księżna nie wyjechała wtedy sama, nie zobaczyłaby tego, czego zobaczyć nie powinna…była po prostu w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu. Nawet koń został dla pewności usunięty zatrutym prosem w stajni – Wichta, pamiętasz ten serial „Koń, który mówi”? No właśnie, o tę cechę chodziło. Żadnych świadków.

Wichta tylko westchnęła ciężko a profesor pochylił się nad mapą, stukając palcem w okolice mysłowickiej Promenady.

— Widzisz to, Wichta? Źródełko z głową lwa. Powstało później, już po wydarzeniach z 1848 roku, gdy Europa płonęła Wiosną Ludów, a Górny Śląsk — jak zwykle — dostał rykoszetem historii, gdyż powiaty pszczyński i rybnicki zmagały się już od roku 1847 z epidemią tyfusu, którą zwalczał sam Virchow, a opisał również inny lekarz Max Ring, który w marcu 1848 stał się w Gliwicach rewolucjonistą. Oficjalnie źródełko miało upamiętniać spotkanie trzech cesarzy w 1873 roku w Wiedniu. Tak przynajmniej mówiono ludowi. Okraszono to jeszcze zdrowotnymi właściwościami źródlanej wody i ludzie nie posiadali się z radości. A sprawę zabójstwa księżnej poddano literackiej obróbce, w której swój udział miał także Dumas, który był komercyjny, a nie rewolucyjny jak Sue – a takie historie się dobrze sprzedają, ludzie to kupują, dosłownie i w przenośni. Zwłaszcza, jeśli mają wątek romansowy i trochę nieboszczyków.

Profesor jeszcze bardziej ściszył głos

— Ale to była tylko legenda dla łatwowiernych i prostodusznych. W rzeczywistości głowa lwa była znakiem dla wtajemniczonych — symbolem, że skarbiec trzech monarchii, założony jeszcze w 1848 roku w głębi Górki Słupeckiej, nadal działa. To tam, pod warstwą ziemi i korzeni, ukryto fundusz mający utrzymać przy władzy trzy koronowane dynastie niezależnie od tego, co przyniesie historia.

Profesor przesunął palec po mapie wyżej, aż do wzgórza, na którym kiedyś stała Wieża Bismarcka.

— A teraz najważniejsze, Wichta. Bismarckturm. Wybudowany w 1907 roku, niby jako kolejny pomnik ku czci żelaznego kanclerza. Ale jego wymiary, proporcje i układ schodów nie były przypadkowe. To była architektonicznie zaszyfrowana informacja o dojściu do skarbca, który od 1848 roku działał nieprzerwanie.

Doktor Sandmann zaczynała wykazywać pierwsze symptomy wyczerpywania się pokładów jej świętej cierpliwości, ale milcząco przysłuchiwała się dalej kaskadzie słów wypływających z ust jej szacownego kolegi

— Po upadku trzech orłów, czyli po I wojnie światowej, dostęp do funduszu nadal strzegli rojaliści — niemieccy, austriaccy i rosyjska biała emigracja. Wszyscy mieli w tym interes. A potem pojawił się wojewoda Michał Grażyński. W 1933 roku kazał zburzyć Wieżę Bismarcka, oficjalnie z powodów ideowych. W rzeczywistości chciał dostać się do skarbca. I był już blisko – jego ludzie przekazali mu konkretne informacje. Ale wybuchła wojna, Grażyński trafił na emigrację do Londynu.

Mokrski-Strahl westchnął teatralnie

— A potem… 1965 rok. Grażyński ginie potrącony przez samochód w Londynie. Kolejny przypadek? Wątpię. Coś o sprawie wiedział też Jerzy Ziętek, przedwojenny burmistrz Radzionkowa, a po wojnie człowiek, który na Górnym Śląsku mógł więcej, niż jego mentor Grażyński tutaj wcześniej. Podobno planował sprowadzić Grażyńskiego z powrotem w wiadomym celu — ale los, albo raczej rojaliści, byli szybsi i tym razem.

Profesor spojrzał na Wichtę z powagą godną archeologa stojącego nad wejściem do dopiero co odkopanej piramidy.

— Do dziś, Wichta, austriaccy, niemieccy i rosyjscy monarchiści dokarmiają dziki wokół Górki Słupeckiej. Nie z miłości do zwierząt, ale po to, by odstraszać ciekawskich spacerowiczów. A głęboko zryta ziemia ma wyglądać jak zwykłe żerowisko, a nie jak ślady po ich poszukiwaniach tego, co w ich mniemaniu, należy do nich.

Tu Wichta nie wytrzymała już ani chwili dłużej

— Ewald… — zaczęła powoli, jakby mówiła do kogoś, kto właśnie próbował wsiąść do sztrasynbany na Nikiszu, bo przypomniał mu się Balkan – Express . — Tyś jest lepszy niż Kevin sam w domu. Albo nawet w Nowym Jorku.

Profesor zamrugał oczyma

— Znowu zjadłeś – żeby nie powiedzieć inaczej – całą michę makówek na ex i opowiadasz rzeczy, których nawet ćpun na haju by nie wymyślił. A do tego twój świąteczny program telewizyjny: „Hallo, hier spricht Edgar Wallace”. Ile razy można oglądać „Der schwarze Abt”? Przecież ty już dialogi znasz na pamięć, nawet te, których tam nie ma.

Profesor wyglądał na lekko dotkniętego, ale nie zaprzeczył

— W przyszłym roku dostaniesz jedna asjetka makówek. Dochodzi to do ciebie? – słownie i literalnie jedna. A zamiast telewizji będziemy spacerować, aby przewietrzyć twój mózg z miazmatów twoich mało świątecznych przyzwyczajeń. I bydzie w końcu szlus z tym szpukiem.

Wichta wyszła nie z siebie, ino z gabinetu, kręcąc głową, ale z lekkim uśmiechem. Bo choć profesor czasem odpływał w rejony, nie wykazywane przez GPS, to jednak jego opowieści miały w sobie coś… ujmującego.

Stefan Pioskowik

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Ôstŏw ôdpowiydź