A. Pronobis: Historja powstania górnośląskiego i jego rezultaty (cz. 6)

Historja powstania górnośląskiego i jego rezultaty.
Streścił Pronobis z Bytkowa.
Wydane przez polski związek górnośląskich autonomistów.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Przygotował, zachowując styl oryginalnego polskiego streszczenia z 1920 roku, Mirosław Syniawa.

Żandarmerję stworzyłem z jaknajściślejszemi przepisami. Nie mięszaliśmy się absolutnie w zakres jurydykcji i kompetencji polskich władz. Li tylko określone kompetencje do osób i obozów górnośląskich były zestawione.

Żandarmerja śląska była aprobowana przez władzę polską i wojskową naszą i naglono mnie do zorganizowania tejże. Byli do niej przyjmowani zaprzysiężeni jaknajdzielniejsi ludzie.

Zwołałem naczelników polskiej żandarmerji i policji i oświadomiłem ich o tem, taksamo Plebanka. Plebanek (młody człowiek zaledwo lat 24) objawił olbrzymie zainteresowanie i niepokój nad tem. Ważna przyszła więc chwila. Jak już raz nadmieniłem, garnizon śląski w Sosnowcu, istny Babilon nieporządków i zbieraniny, zrobił sobie jakąś samowolną milicję czy policję, bez wiedzy naszego dowództwa, pod wodzą rzeczonego Ślusarka. Ten robił wyprawy zbrojne nad granicę i w głąb miasta. Policja początkowo jak i straż pograniczna Hallerczyków pasywnie się temu przyglądała. Coś atoli wnet spostrzegli w tym nielegalnego i przyszło do starcia. Pewnego dnia przyszło do tak groźnej sytuacji, iż Hallerczycy nastawili broń do strzału i ślązacy taksamo i o mało co nie przyszło do strzelaniny na ulicy starososnowieckiej. Wydałem rozkaz, iż żadnej załodze śląskiej poza obręb mieszkań i placu swego nie wolno z bronią wychodzić i straży wystawiać.

Mimo to chodził Ślusarek dalej, wymusił od żydów kilkaset marek i przepuszczał kogo chciał tam i nazad przez granicę. Był tajnym ajentem Plebanka a mieszkał w garnizonie. Spowodowałem jego aresztowanie, Plebanek zaś kazał wypuścić. Ja zaprotestowałem temu. Myślałem, że przeciw Plebankowi przecież także jakaś sprawiedliwość i władza się znajdzie. Omyliłem się. Przeciw Plebankowi i jego zgraji nie ma w Polsce władzy. Biada Śląskowi, gdybyśmy tu takich Plebanków i Ślusarków dostali. To był mój konflikt z Plebankiem o – prawo!

Następstwem tych uzbrojonych śląskich wycieczek na granicę było zabieranie przemytnikom a szczególnie ludziom takim, co z biedy z Prus, a więc polskim górnoślązakom, po słoninę lub mięso do Polski przeszli. Nie pomogły żadne łzy. Kobietę i dziewczynę niejedną przytem pogwałcono. Nawet oczekiwani tak bardzo i wychwalani Hallerczycy tak robili.

Może to poświadczyć moja matka Dorota Pronobis, staruszka 66 lat, która poszła odwiedzić dwóch młodszych moich braci, służących w wojsku polskim i której zabrano jeden po drodze z powrotem zabrany funt słoniny. Gospodyni mej matki, pani Dombek z Rozdzienia, prosząc Hallerczyka, by miał wzgląd na matkę moją, której syn (ja) jest głośnym agitatorem za Polską i dwóch synów jeszcze ma w wojsku polskiem, dostała taką odpowiedź, to jej nigdy nie zapomni. Moją matkę zaś kopnął Hallerczyk w nogę.

Teściowa moja, pani Zawisło Marja i pani Marja Czernecka z Bytkowa, obie słynne polki, widziały, jak przed ich oczyma Hallerczyk dziewczynę śląską do zboża zawlókł, a gdy go przezywały, wymierzył do nich karabinem. Mojej żonie odwiedzającej mnie, kiedy stałem kwaterą na kopalni Saturn, odebrali żołnierze masła i wędliny 5 funtów, choć wiedzieli, że to żona komendanta okręgowego i prezesa Rady Ludowej i wyjątkowo tylko dla siebie nosiła coś z Polski. Oficer tych żołnierzy, z kozackiego rodu, upity, chwycił żonę moją za pierś i tylko gdy rewolwer wyciągnąłem na niego, puścił ją. O tem wypadku wie cała Laurahuta, którą z wściekłości oficer ten aresztować kazał, to jest, na kopalni bawiących uchodźców z Laurahuty. Wojsko polskie potrzebuje różnych towarów, które jak naprz. skórę, nici i t. d. sprowadza potajemnie z Prus.W tem celu otrzymała pewna spółka „Młot” licencje sprowadzania tych towarów szwarcem z Prus przez granicę w nocy, pod warunkiem, iż towar oddany będzie cłowej komorze i odkupiony. Licencję tą dało ministerstwo wojny. Wobec tego żadnemu, szczególnie Górnoślązakowi nie wolno towaru takiego zaaresztować. Jednakże ślązacy, wychodzące zbrojno na granicę, odebrali ten towar, t. j. za dwieściepięćdziesiąttysięcy marek skóry i za czterdzieściosiemtysięcy nici. Nici przepadły. Przyaresztowali także prowadzącego ten transport żyda i osadziwszy go w garnizonie swoim, zbili okrutnie, ukradli mu 1000 marek i paszport.

Kierownik spółki przyszedł do Dowództwa Głównego i domagał się o skórę. Należało to do mojej kompetencji, lecz dziwno mi było, że p. Alfons Zgrzebniak mi nie dał protokołu spisać. Udałem się tylko do cłowej władzy i ta mi pokazała licencję ministerstwa na tę skórę i sama się domagała wydania skóry. Skórę wypadało odnaleźć i wydać. Uczyniłem to, lecz o dziwo! Garnizon się przeciwił temu. Przedstawiałem po dobroci, nie robić trudności, w przeciwnym razie użyję przemocy, t. j. sprowadzę Hallerczyków i całą załogę policji i żandarmerji, rozbroimy garnizon i pokażą się wojenne występstwa tego. Mówiłem z przekonania, bo myślałem, iż i w Polsce znajdzie się rozum i porządek wojskowy. Po wielkich pertraktacjach nareszcie wydobyłem połowę tej skóry na światło dzienne. Reszta za stodwadzieściatysięcy znikła gdzieś. Odpowiedzialnym za to był Zgrzebniak i jego kuzyn, wogóle intendantura główna. Ludzie ze spółki t. j. właściciele towaru chodzili po dwa razy na dzień do nas i prosili i grozili udaniem się do ministerstwa i nadkomisarza. Zgrzebniak im umykał i aż mnie wstyd było, tych ludzi tak zwodzić. Prosząc tych ludzi o cierpliwość, pytałem Zgrzebniaków, gdzie reszta tej skóry jest. Odrzekł mi Zgrzebniak, iż jest na rozkaz Żymirskiego do obozów rozdana.

Dałem rozkaz żandarmerji stwierdzić, ile każdy obóz dostał skóry. Zresztą dziwiłem się, jakim prawem Żymirski mógł dysponować tą skórą. W parę godzin dostałem odpowiedź, iż żaden obóz, ani grama skóry nie odebrał. Dowiedziałem się, że pasy z niej są porobione. Zażądałem tych pasów ot i – cud się stał! Za stodwadzieściatysięcy marek skóry, zrobiono i przyniesiono mi do Głównego Dowództwa – szesnaście pasów! To już nie polskie, ale chińskie stosunki! To mnie z pasji wyprowadziło. Z mej strony przygotowałem wszystko, by do Warszawy pojechać.

Niestety dowiedzieli się o tem Drejza i Zgrzebniak. Przeczuli coś złego. Postanowiono żandarmję, im tak niewygodną i niebezpieczną na ich harce szachrajskie, do której mnie tak naglono, czemprędzej rozwiązać. Ja miałem zaufanych ludzi wszędzie i dowiedziałem się, co tam mówiono i postanowiono. Wiedziałem dokąd to prowadzi. Słyszałem że mnie chcą usunąć. Nie myślałbym nigdy, by ci ludzie tak byli głupi i nietaktowni, ba szaleni, by mnie aresztować i samym sobie tem zaszkodzić. Nie wierzyłem tego moim donosczykom, powiedziałem o tem księdzu Pośpiechowi, któremu przecież tosamo wygrażano. Ten taksamo nie wierzył temu, aczkolwiek w Polsce wszystko zło i głupstwo dziś jest przypuszczalne. Wszak polacy nawet członka misji włoskiej aresztowali przez głupiego oficera, choć ten wiedział, kto to jest. Posła jednego w Sosnowcu aresztowano i policja się codzień popisuje temi wybrykami. Nie przypuszczałem tego ale byłem ostrożny. Lecz cóż mi pomogło. Na Śląsk nie mogłem wrócić, bo mi tam coś gorszego groziło. Aresztowano mnie rano dnia 10.9.1919 w Głównem Dowództwie. Najpierw posłano od Plebanka dwóch drabów, których wyprosiłem za drzwi. Przyszli, nie z rozkazem aresztowania mnie, lecz, rzekomo, że jakieś listy i telegram nadszedł dla mnie do Plebanka. Posłałem wtedy ordonansa z pokwitowaniem i pełnomocnictwem do odbioru, ale ten wrócił z innemi drabami, że ja osobiście mam listy te odebrać. Wiedziałem, że to podstęp kulawy… Śmiałem się i powiedziałem Zgrzebniakowi: – Widzicie! chcą mnie aresztować, a formy przyzwoitości nie znają. Przysyłają mi drabów bez legitymacji i z papierosami w gębie do Głównego Dowództwa. Chcą to potajemnie zrobić, bym po listy poszedł i zniknął bez śladu i by się potem tłómaczyć przed światem, że oni nic o mnie nie wiedzą. Was, panie Zgrzebniak, czynię odpowiedzialnym zato a Was innych biorę za świadków tej azjackiej finty i kultury. Jeśli mnie chcą aresztować, niech czynią to otwarcie.

Przyszedł wreszcie oficer. Ten dopiero na zapytanie moje, czy po mnie przyszedł i na czyj rozkaz, wytłómaczył, że jestem aresztowany na rozkaz pułkownika Żymirskiego, tego samego, który parę dni przedtem rozkazał aresztować porucznika Rypkę, popularnego inicjatora poznańskiego powstania, w Sosnowcu przez żołnierzy prostych. A gdy tenże rewolwer wyciągnął, rozkazał Żymirski mu się dobrowolnie w przeciągu 24 godzin z Sosnowca wynieść. Rypki bowiem zamiast Żymirskiego chcieli górnoślązacy i był dlatego Żymirskiego rywalem.

Zażądałem od Alfonsa Zgrzebniaka słowo honoru, że bierze odpowiedzialność za to na siebie i świadectwo, oraz jaknajprędzej interwencji i wyjaśnienia. Zgrzebniak dał to słowo i ja poszedłem do Plebanka. Ten przyjął mnie niemal za łzami ubolewania, że się w tak przykrem położeniu względem mnie znalazł i uniewinnił się, waląc na Żymirskiego, a pocieszając, że to tylko jakieś nieporozumienie, które za jakie dwie godziny będzie załatwione.

Panie Plebanek! ozwałem się – pan jeszcze za młody wobec mnie i mało szkoły posiadasz, byś pan taką policyjną kurtuazją mi głowę zawrócił. Mów pan otwarcie, boć ja wiedziałem już parę dni temu, co się święci. Nie mogliście tylko formy znaleźć do tego aresztowania. Wymyśliliście wtedy następującą komedyjkę. Napisaliście dwa listy, jakby z Prus przez szpiegów niemieckich pisane by objaśnić im jaką tajemnicę z naszego dowództwa. Miał to być najprostszy sposób do aresztowania mnie przez pana. Ale, panie Plebanek, do takiej rzeczy trzeba sądu, a przed takim sądem ja bym się zapytał, skąd macie tego ducha świętego, że te listy idą do mnie i wyście je przyłapali. Zkąd jest ten poseł i co to za jeden i od kogo te listy ma. Przecież ja, gdybym chciał szpiegować, lub listy przesyłać, mam inne sposoby na to, bo sama żona moja by to ustnie załatwiała. Nie, mi domine Plebanek! Za głupia jest ta komedja. Zanadto ja ofiar Polsce waszej oddałem, byście wy mi mogli coś takiego podstawić. Szpieg do ognia za Polskę nie pójdzie i życia narażać.

Nie będzie tak w Polsce umiecie ocenić kogoś i tak się odpłacać. Jeszcze Śląska nie macie a już tak postępujecie.

I ten Plebanek, smarkacz, przyciśnięty, przyznał się, iż on o żadnych listach nie wie! Ja wtedy zarządałem protokołu, który sporządzono, stawiając mi najbredniejsze oskarzenia. Naprzykład, że byłem w służbie żandarmerji rosyjskiej. Dziwne to. Przeszło 10 lat nie byłem w Polsce ani w Rosji, bo mnie tam przed laty aresztowano po trzykroć i w końcu zasądzono po dziesięciomiesięcznej niewoli na dwa miesiące za przejście niedozwolone granicy z zagrożeniem, że gdybym jeszcze raz na terenie rosyjskim albo polskim był schwycony, aresztanckie roty mnie czekają. Dziwne to, iż mnie rosyjskie władze jako politycznie podejrzanego łapią i sądzą, a ja na ich służbie być miałem.

Pod słowem znów honoru, którem polacy obficie sypać umią, że to się wnet wyjaśni, prosił mnie Plebanek, darować, że mnie na odwach posłać musi, aż przybędzie Żymirski. Udałem się wtedy z oficerem na ten odwach. Jest to istotny kurnik, z kilku cel się składający. W celi siedzieli sami górnoślązacy, niektórzy już od kilku tygodni. Jeden zupełnie bez koszuli. Spali na ziemi. Głód im dokuczał, bo chleba już nie widzieli tygodnie. Dopiero napisałem do Głównego Dowództwa i zaczęli otrzymywać chleba trochę na dobę i raz zupę. Robactwa tam co nie miara, jak we wszystkich polskich więzieniach, gdzie o kąpieli, o mydle zapomnij. A tu tyfus plamisty ma się nie rozszerzać. Przysłano mi do Plebanka z Głównego Dowództwa pięćset marek, jakaś grzeczność osobliwa, ale ich nie otrzymałem i nie wiem, co się z nimi stało.

Po trzech dniach mnie odwieziono do Częstochowy do aresztu wojskowego komendy placu. Co ci w tem piekle wycierpieli, niech każdy, kto się chce przekonać, uda się albo napisze do nich na podane już wyżej adresy. Wszyscy mnie błagali, że gdy będę wolny, bym się starał ich wybawić z tego piekła.

Codzień się tu dostawało zrana i wieczór jakiś czarny gorzki odwar, nazywany kawą i w południe kaszę nie smaczną lub marchew jałową. Koło kuchni znajduje się stajna z kilku końmi i ogromna masa much tam jest. To też codzień dwie, trzy muchy w jedzeniu i tak już niesmacznem. Przedstawiałem to komendantowi placu, ale to, człowiek taksamo z P. O. W. były kolejarz, odrzekł mi, iż on także czasem ma w domu muchę w misce a je. Najgorsza męka była brudna bielizna, czarna, jak ziemia, już 7 tygodni na siebie i robactwo. Dostałem świerzbu. Zażądałem lekarza i ten, skinął ramionami i przepisał mi maść jakąś. I ja miałem wobec brudu jeszcze się bardziej maścią zabrudzić. Potem gnębiła mnie myśl o żonę i dzieci. Co się mogło w Bytkowie stać z niemi? Czy grencszuc nie aresztował żony. A jeśli nie, dlaczego ona nie przybywa do mnie? To piekielne męki mi sprawiało, gorsze jak zimno, które z deszczem i wcześnym śniegiem, dęło przez otwarte okno, bez szyb. A tu przykrycia nie ma żadnego. Wszak w celi literalnie, prócz pryczy nic nie ma. Ani garneczka na picie, ani miski do jedzenia, ni łyżki, ni ręcznika, ni kubła, lub naczynia na noc. Musiałem to dopiero na własny koszt kupić za drogie pieniądze. Uciec mogłem łatwo z tamtąd. Ale poco? Kiedy nie czułem się winny i każdej chwili spodziewałem się uwolnienia. Napisałem wiele listów do Sosnowca potajemnie i doszły. Przedstawiałem i zaklinałem Dowództwo Główne, Zgrzebniaka, księdza Pośpiecha, Czaplę, Wolnego, Żymirskiego, Postracha, słowem wszystkich. Prosiłem o sąd jakiś. Napisałem do adwokata. Telegrafowałem do Piłsudzkiego. Napisałem cały tom blizko do „Kuriera Częstochowskiego”. Prosiłem, groziłem, ale to nic nie pomogło. Dostałem do mej celi współtowarzysza niedoli, studenta prawa jednorocznego wojskowego Gaweckiego, syna aptekarza Gaweckiego i przez tego dużo dobroci i przysługi doznałem. Szczególnie ratował mnie przez przysyłanie mi wiktu całodziennego i przesyłanie poczty. Oby wam Bóg zapłacić raczył to wszystko, dobrzy ludzie. To Litwini. Ja wam nie mogę teraz inaczej podziękować, bo nawet pisać do was nie mogę. Miałem też pieniędzy jeszcze przeszło 8000 marek od żony z Sosnowca, ale wobec tego, jak nas żołnierze za posługę okradali, trzeba by było 2000 marek na miesiąc. W końcu po kilku tygodniach żona moja przyjechała. Zapłakana kobieta ze zdziwienia wyjść nie mogła. „Jakto Ty, coś mnie i dzieci opuścił i od dzieciństwa za Polską przepadał, coś Radę Ludową w Bytkowie stworzył i towarzystwa zakładał, coś związki wojackie organizował i czterdzieścisiedem tysięcy Polsce zawierzył i dzieci i mnie osierocił, i na niedostatek z dostatku naraził; ty, coś jedyny z komendantów i prezesów Rad Ludowych poszedł do ognia. Więc tu taką w Polsce zapłatę otrzymałeś?”

I ja, jak ów biskup w Meksyce zamiast przed śmiercią brata cesarza austryackiego, jego pocieszyć, musiał być od skazańca pocieszany, tak samo musiałem żonę pocieszać. Nie mnie w Polsce się jedynie tak stało, lecz wielu innym. Daremne się okazały wszelkie moje drogi piśmienne. Ci ludzie okazali się istotnie bez serca, bez rozumu i wstydu. Musiałem przyść do przekonania, iż wszystko, co się pod pewnym sztandarem łączy, na sztandar ten przysięga i zasadami jego przesiąknie. Czyżby więc ten sztandar polskości łączył samych szatanów w ludzkiej postaci? Nad tem pytaniem długo się zastanawiałem.

Chciałem przecież sądu, mając so tego prawo. Sądu choćby najsurowszego, byle sprawiedliwego. Chciałem i krzyczałem o wypowiedzenie mi winy jakiej, a jak ją znajdą, mają mnie pod mur postawić i uśmiercić. Chciałem tego, czego najgorszy zbrodniarz żądać śmie i musi.

Ale oni – bracia polacy, choć skrupulatnie chcieli mnie obwinić, pomimo najpodlejszej ich natury, nie mogli nic znaleźć takiego. Oczerniali mnie tylko przed temi, co się o mnie pytali, iż jestem „winny”, ale czego, tego nie powiedziano. A na nalegania ciekawszych, odpowiadli to, że parę tysięcy marek zdefraudowałem, nie mówiąc, gdzie i kiedy i komu; to że zdradziłem, nie mówiąc kogo i co.

No i w końcu kiedy już nic nie mogli mi podstawić, zebrali się na naradę, coby ze mną zrobić. Uradzili wtedy to, czego ani niemcy, ani moskale nie uczynili. Boć moskale i niemcy swoich, co za nich walczą, tak nie traktują. Otóż postanowili mnie cichaczem wywieźć i internować, aż by było po plebiscycie.

Tu, mój kochany górnośląski współbracie, któryś także tą chorobą jeszcze nie jest zarażony i zaślepiony, uważaj dobrze, bo to najważniejsze, co się ciebie samego tyczy!

Owóż kalkulowali sobie tak:

Gdybym ja teraz przyszedł na Śląsk, mógłbym za pomocą pisma lub słowa górnoślązakom powiedzieć, com przeżył. Prawdopodobnie nie będzie już tak „dobrym polakiem” i idjotą, by wołał „niech żyje Polska” co mi tak dokuczyła i ściskała nas za kark. Tego się górnoślązacy dowiedzieć nie powinni.

Poślemy tedy, jak owi faryzeusze i kapłani żydowscy tych przekupionych żołnierzy od grobu Chrystusa, jakich ludzi „naszych” do Prus i popsujemy mu opinję, bo to nasza najlepsza i najtańsza broń. Potem gdy Górny Śląsk przejdzie do Polski, będziemy „my” tam rządzić po swojemu i biada komu, ktoby coś pisnął. My tam i biura Plebanka rządzić będziemy i puścimy go potem. Jeśli go dotychczas djabli nie wezmą, to go puścimy na Śląsk i nie odważy się ten śmiałek ani pisnąć.

Widzisz bracie! Jaka sprawiedliwość, jakie pany i jakie stosunki cię czekają. A co się mnie i drugim już tam stało, gdzie jeszcze Śląsk nie należy i nie mają pewności jego posiadania, cóż dopiero gdyby tu doprawdy zapanowali?

Bracie! Tu zastanów się nad tem. To ci nie pisze niemiec, nie półniemiec, nie półpolak, to Ci pisze z własnego strasznego doświadczenia – polak górnoślązak z pełnem nazwiskiem i wymienieniem tylu świadków, co tak jak ja krew i mienie poświęcili dla Polski. I nie mogę ci powiedzieć, że to pisze przepłacony pachołek niemiecki, bom dość od niemców wycierpiał, a pisze ci to taki, co mu się od polaków, własnych braci, krzywda stała. Ta krzywda, ta niesprawiedliwość woła o pomstę do nieba i musi być ogłoszona. Nie ja, to niesprawiedliwość tych, co i do ciebie pięknemi słówkami przemawiają a w sercu plany swoje fałszywie knują na skórę twoją to pisze. O tej krzywdzie musi się dowiedzieć świat.

Gdyby ci tak zmarły brat się pokazał i powiedział ci, co się tam na drugim świecie dzieje, czybyś mu nie wierzył?

Po siedmiu tygodniach za polskiemi kratami oświadczono mi, że będę wolny. Nowa obłuda i kłamstwo. Zawołano mnie przed młodego oficerka prawnika i ten z faryzeuszowską miną mi powiedział, bym polskim władzom tego co mnie spotkało, nie miał za złe, bo zato polskie władze nie mogą. To uczynili właśnie moi rodacy. Władze polskie są zupełnie przekonane, żem niewinny i krzywda mi się stała. Górnoślązacy mówią, że im przeszkadzam.

I to mi mówił prawnik. Och, co za obłuda i głupota! Władze polskie przekonane o mojej niewinności, a trzymały mnie w swoim więzieniu i katowały mnie na życzenie drugich! Lecz obłuda! Obiecał mi, że będę wolny!

Koniec części szóstej, c.d.n.

Część siódma

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza