A. Pronobis: Historja powstania górnośląskiego i jego rezultaty (cz. 2)

Historja powstania górnośląskiego i jego rezultaty.
Streścił Pronobis z Bytkowa.
Wydane przez polski związek górnośląskich autonomistów.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Przygotował, zachowując styl oryginalnego polskiego streszczenia z 1920 roku, Mirosław Syniawa.

Z wszelkiemi obliczeniami politycznej przezorności, macając wpierw w Sosnowcu i Dąbrowie o legitymacje, rekomendacje i pomoc i świadków udałem się w towarzystwie mi przydanego adjutanta p. Syskiewicza z Dąbrowy do Warszawy.

Słyszałem, iż obecny Waszyngton polski każdego śmiertelnika przed oblicze swe dopuszcza. Sądziłem, iż mnie, w tak ważnej sprawie, jako Górnoślązaka i tak skrupulatnie wylegitymowanego tembardziej do siebie dopuści i do serca polskiego przyciśnie. Ale omyliłem się. Codzień mnie adjutant Piłsudzkiego, jakiś nad wyraz nietaktowny, a więc na takie stanowisko za mało się kwalifikujący młody człowiek, na drugi dzień zbywał, aż mi za tydzień cierpliwości zbrakło w drogiej Warszawie, gdzie siebie i adjutanta na swój koszt utrzymywać musiałem, i postanowiłem wracać do domu. Nie miałem szczęścia oblicze tak popularnego Piłsudzkiego, słynnego jako organizatora bojówek, zobaczyć. Warszawa i Polska wówczas stała, a raczej siedziała pod znakiem czerwonego sztandaru. Nie dziwię się tedy obejściu się ze mną adjutanta Piłsudzkiego, bo to socjalista, a ci, jak wogóle królewiacy, małe mają pojęcie, że w Niemczech istnieje książka pod tytułem „Knigge’s Handbuch über den Umgang mit den Menschen”. Szabelkę błyszczącą pod pachę, laleczkowato się i strojnie ubrać, na wysokich obcasach gratiotissime stąpać, wyperfumowaną damę niziuteńko w rączkę pocałować, biesiadować i przytem tytułami sypać obficie, to cały katechizm, względnie kodeks wychowania i pojęcia etykiety towarzyskiej. O takcie wewnętrznym ani znaku. Prostota wewnętrzna górnoślązaka i pojęcie o uprzejmości nigdy się z tą blagą zewnętrznej etykietalnej formalistyki nie pogodzi. Coś nas odpycha od tego, a imponuje tylko błaznowi.

Nie chciałem atoli zupełnie dni w Warszawie zmarnować. Poznałem się z polskimi żołnierzami niemieckiej okupacyjnej załogi, już rozbrojonej, szczególnie z kilku poznaniakami i poszedłem do koszar ich przy moście Poniatowskiego. Tu wyłoniłem im przyczyny przybycia mego do Warszawy. Pewien aptekarz poznaniak zachwycił się szczególnie myślą moją, która była w głównych zarysach taką:

Zorganizowania jak najprędzej „związków wojackich” polskich zamiast niemieckich Kriegervereinów na Górnym Śląsku. Młodszych ochotników wysłać na pogranicze do Polski i trzymać w koszarach na pogotowiu. Zapropagować myśl tę między polskiemi żołnierzami w armji okupacyjnej, by te kadry na pograniczu napełnili. Uprosić rząd polski do materjalnego poparcia tegóż, o danie koszar na pograniczu i wyekwipowanie żołnierza. Nakłonić żołnierzy, by nie pozostali w Polsce.

Aptekarz ów, którego nazwiska niestety nie pamiętam, zachwycił się tem projektem i poświęcił się ciałem i duszą tejże myśli. Odtąd nie opuszczał mnie ani na krok i postanowiliśmy bez namysłu na własne ryzyko drukować i rozlepiać odezwy do żołnierzy w Warszawie. Poszukaliśmy też dłuższego lokalu na zebranie, które się odbyło. Wiec ten żołnierski przyszedł do skutku i odbył się wspaniale. Zawiązał się bliższy komitet, o który się nie troszczyłem. Był ten wiec kołyską powstania wielkopolskiego i dzisiejszej poznańskiej wolności. Na wiec ten przypadkowo przybyli i posłowie z zaboru pruskiego. Pierwszy raz widzieli Warszawę. Przemawiali Korfanty i Pośpiech.

Pytam się wtedy, kto dał początek temu i co za następstwa tego w Poznańskim, dokąd tę iskrę żołnierze przenieśli, gdy dzielny porucznik Rybka, którego później wyżej już wymieniony pułkownik Żymirski z zazdrości aresztował i do Poznania wyjechać zmusił, dał inicjatywę wolności. Kiepsko się Polska dzielnemu Rybkowi odpłaciła. Dzielni ludzie w Polsce, od Rybki aż do Paderewskiego, miejsca nie mają. Tam krętacz, żyd i dobry złodziej najlepsze mają powodzenie.

Słysząc poco do Warszawy przybyłem, postanowił mi mój adjutant Syrkiewicz pomódz. Zaprowadził mnie do późniejszego ministra poczty Arciszewskiego, przyjaciela Piłsudzkiego.

Ten wysłuchawszy mnie, przyjął pismo powtórnie, gdyż już adjutantowi Piłsudzkiego oddałem i odszedł z Piłsudzkim o tem pomówić. Ale ten człowiek zgałganił się przedemną. Okłamał mnie, jak się później dowiedziałem i wcale nie myślał dotrzymać przyrzeczenia, przeciwnie, pokrzyżować go. Ciekawe zresztą, o co mnie się pytał i dlatego przyłączę tu niektóre szczegóły, o które mnie się towarzysz ten o Śląsku zapytać raczył. Był i jest to bowiem także socjalista.

A więc:

„Znasz pan Biniszkiewicza?” pyta mnie się.

„Znam! Bardzo dobrze, odpowiadam,” odpowiadam.

„Co porabia?”

„Siedzi jak truśka i szczęka zębami, by go Niemcy nie przywarli. Pozatem nalewa teraz politykę w najętej karczemce do kieliszków i nieźle mu przy tem idzie. Myśli jednak, gdy do tego już wiele odwagi nie będzie potrzeba, wystąpić jako trybun ludu”.

„Pan się ujemnie o nim wyraża”.

„Tak jak muszę i jak go znam. Jest to wielki polityk i mały szewc. Antikapitalista, zbierający skwapliwie kapitał dla siebie. Polak, który dziś do djabła Polskę pośle, gdy jemu tylko korzyść z tego wyniknie. Myśli, iż będzie ministrem”.

„Może, iż jeszcze nim będzie”.

„Życze mu tego, ale Polsce nie”.

Tak mówiliśmy i źle zrobiłem, iż towarzyszowi o towarzyszu tak mówiłem. Nie sądziłem, iż z partyjnych względów, towarzysz polski zemści się na polskiej sprawie za mnie. A jednak zrobił to; zrobił jeszcze stokroć podlej później sam Biniszkiewicz i jego kreatura Rumpfeld – znać i z nazwiska arcypolak. Takich arcypolaków z prastarymi nazwiskami polskimi mamy, włączywszy owego doktora Diamanda, żydka, któremu, na Górnym Śląsku już przeznaczona była wpływowa i intratna posada generalnego dyrektora wielkiego przemysłu, mamy w Polsce bardzo dużo. A takim, jak owego czasu sławetnemu Marcinowi Biedermanowi w Poznaniu, oddaje się największe zaufanie.

Oj ludu górnośląski! Gdybyś ty przejrzał! Ty który masz charakter skłonniejszy do zasad Tomasza a Kempis. Tobie brakuje jeno jednego – zdolności poznawczej, świadomości prawdy. Oj poznałbyś ty dużo. Poznałbyś przedewszystkiem teorję Marksa, Lassala, Engelsa, lecz co ważniejsze, poznałbyś apostołów ich, szczególnie polskich. Już masz okazję poznania apostołów tejże teorji w dzisiejszym Berlinie; poznałeś Hörsinga, Löfflera i t. p. Czy ci to nie wystarczy? Ale, ty powiesz: to Niemcy! Bracie! a czy ty sądzisz, iż polscy towarzysze w innej skórze?

Co najbrudniejsze w tych towarzyszach, to to, iż nie wedle zasad swej niemożliwej teorji się układają, nie wedle głoszonych haseł idą, lecz płaszczyk przewracają wedle wiatru i swoich potrzeb. Żyją w najjaskrawszej sprzeczności ze słowami swemi. Gdybyś tak zbliska miał sposobność przyjrzeć się życiu Franciszka Morawskiego, stolarza, który z żydówką Golde do Katowic przed laty przybył, by po polsku socjalistycznie apostołować na Górnym Śląsku, gdybyś znał takiego szewca Biniszkiewicza, różnicą między jego słowem a czynami, ten młot zabijający kapitalizm, by go skwapliwie dla siebie ubijać, gdybyś znał Ignasia Daszyńskiego, filara galicyjskiego socjalizmu, subwencjonowanego tak gorliwie przez żydów galicyjskich i gdybyś spojrzał za kulisy towarzyszerji, ocknąłbyś się. Daszyński nie jada żuru z kartoflami, nie zna czwartej klasy i gdy zasiada w najwykwintniejszych hotelach, wówczas pomyślałbyś w prostocie swojej: hm, dobrze temu gadać o biedzie cudzej. Gdybyś warchoła denuncjanta najobrzydliwszego Rumpfelda znał bliżej, albo gdybyś był widział obżartego nieraz Biniszkiewicza, jak i co robił w Lutni w Sosnowcu, lub jak leżał na trawniku obżarty pod kapliczką tamże, naśmiałbyś się sam z siebie, że idziesz na lep tych apostołów wolności „czerwonej”. Wierzaj mi, między Hörsingiem i Löfflerem, a Biniszkiewiczem li ta tylko różnica, iż ci niemcy, a ten polak.

Polska propaganda plebiscytowa

Powiedźcie mi tylko jedno, co to znaczy? Dlaczegoż to socjaliści polacy tak z żydami ręka w rękę idą i dlaczego oni proforma zwalczają bolszewików, gdy tymczasem w „Robotniku” warszawskim i „Naprzodzie” widzisz pełno bolszewików? Dlaczego i jakim sposobem Rumpfeld, Biniszkiewiczów redaktor, miał takie łaski u policji katowickiej i wiedział wszystko przez nią i od niej. Mnie pierwszego ostrzegł i zmusił do schronienia się, a potem w najważniejszym momencie, gdy wydał bezprawnie w celu stworzenia nieszczęścia i zamętu w obozie narodowem, hasło do powstania, czmychnął do Polski bezpiecznej i tu oskarzył mnie jako bolszewika z jednej, a jako prowokatora z drugiej strony. He, towarzyszu, szlachetny Rumpfeldzie! gadaj! dlaczegoś ty to uczynił? To tak postępują ludzie z charakterem, by usunąć przeciwnika politycznego? Sądźcie teraz, bracia moi górnoślązacy, między takim Rumpfeldem wichrzycielem i denuncjantem i tchórzem a mną, co do najgęstszego ognia poszedłem, jak mam świadków, choć wątpiłem w udanie powstania, przeciw któremu poprzednio z powodu różnych okoliczności jaknajusilniej protestowałem. I te przybłędy, co mącą świadomie i celowo wodę, by w niej złote ryby dla siebie łowić, te gady bryzgają, jak faryzeusze na Chrystusa, jad nienawiści i podłości na mnie, co mienie i zdrowie za braci mych poświęciłem. I taki tchórz Rumpfeld boji się męstwa i odwagi, bo szukałem go nadaremnie, by go spotkać i publicznie wypoliczkować po górnośląsku. He, towarzyszu! dlaczego mnie się teraz boisz? Czy nawet tyle czoła śmiałego nie masz, by się na policzek narazić? Nie zapieraj się, mój ukochany intrygancie, tego, coś w Sosnowcu popełnił, bo mi urzędnik z podkomisarjatu w Sosnowcu, świadek Augustyn Swider, dał dowody na ciebie.

Więc uważaj, górnośląski bracie: najpierw czerwony Berlin nam dał policzek i na przedstawiony postulat antonomji narodowej dla nas przysłał nam Hörsinga, a potem czerwona Warszawa z Arciszewskim, dała nam drugi, rzucając ze względów koleżeńskich na Berlin, nasze prośby o pomoc do kosza.

Pamiętajmy to dobrze i wyrzućmy każdego towarzysza, co nam na nutę: Boże, coś Polskę…. na Górnym Śląsku chce do serca przyśpiewywać, za drzwi. Nie wierzcie mu, bo to obłuda, w której oni są mistrzami Zapytajcie się raczej o bilans kieszonkowy Biniszkiewicza, t. j. ile i co miał, nim do nas przybył, a co i ile teraz posiada, po kilku latach zawracania nam głowy i krętactwa między nami. To samo dotyczy tych wszystkich zbawców-przybyszów do nas. Bo my Górnoślązacy jeszcze pod płaszczykiem narodowym złotego runa nie zdobyliśmy, przeciwnie, jedną wetenkę po drugiej trzeba było tym dać, co tego chcieli.

Zasiane zaś w Warszawie między Ślązakami i Poznaniakami ziarno nie było bez plonu. Zeszło powoli, ale zeszło.

Rząd socjalistyczny wówczas o mało zsocjalizowany Górny Śląsk nie dbał. Co mu o ten lud chodziło, do którego nie czuł sympatji i który mu był obcy. Najmniej zaś przypadało do gustu, by z powodu Górnego Śląska popaść w draźliwy konflikt z Berlinem, duchową kołyskę socjalizmu. Tam żyd zapanował, a żydzi polscy rej w polskim socjaliźmie widzą, więc pod jakiś niewłaściwy adres się z projektem moim udałem. Wie o tem Korfanty i Pośpiech.

Socjaliści polscy więc Górny Śląsk zaprzedali, to jest fakt niezbity.

Nie jest mi tu jeszcze danem, jak łatwem to było w początku rewolucji oswobodzić Górny Śląsk.

Plan był najskrupulatniej przygotowany. Wystarczyłaby mała pomoc z pewnej strony. Do krwi przelewu by wogóle nie było przyszło. Plan ten w przeciągu kilku dni był tak pewny, jak amen w pacierzu. Ale to już zdawien dawna słynie ta polska nieudolność pochwycenia w danym momencie należytej inicjatywy i wykorzystania konsekwentnego momentu i okoliczności. Przyjdzie chwila wolniejszego słowa i wówczas się każdy przekona, że Śląsk Hörsinga i wszystko zło nie Berlinowi, nie sobie, a Warszawie ma do zawdzięczenia.

Do wykorzystania tego momentu postanowiłem wszystko na kartę rzucić. Poświęciłem egzystencję, poświęciłem czas i pieniądz a przedewszystkiem nerwy moje. Biegałem do Dąbrowy i Sosnowca po obiecaną mi przez Arciszewskiego odpowiedź przychylną. Do dziś dnia czekam. W Sosnowcu dałem sobie pracę szczególną z działaczem stronnictwa narodowego związku robotniczego p. Łaszczyńskim na własny koszt zrobić. Przeszczepienie narodowego związku robotniczego na Górny Śląsk wiele mi sprawiło roboty i nienawiści Biniszkiewicza.

Wracając na Górny Śląsk a przeczuwając z doświadczeń przeżytych w Polsce, iż krucha być może pokładana nadzieja w pomoc nadwiślańską, jąłem się samopomocy organizacji, tak politycznej, jak i orężnej, celującej do narodowej swobody, względnie oswobodzenia Górnego Śląska.

Każdy i jakim takim pojęciem politycznem i psychologicznem przyzna, jak trudne to dla kogoś przedsięwzięcie. Trzeba u nas specjalnych dróg szukać, by wynaleźć właściwą drogą średnią do serc górnośląskich i wprowadzić na tor polityczny społeczeństwo górnośląskie polskie, do samodzielnego prowadzenia polityki swojskiej, jakiej jedynie potrzebować możemy do zbożnego pożycia na ziemnicy naszej. W polityce muszą być kierownicy i kierowani. Społeczeństwo składa się zaś z różnych warstw, kategorji, partji i charakterów. Spójrzmy z czego się składa społeczeństwo nasze. Odpowiedź jedyna na to: z samych robotników i niezamożnego ludu rolniczego. A więc z samych kierowanych. Sfera ta zaś połamana jest zapatrywaniami. Są zdeklarowani przeciwnicy polskości, którzy niemałą liczbę przedstawiają. Jest kilku krzykaczy, na dwóch ramionach płaszczyki noszących, dziś dla Polski w niebogłosy wołających, wczoraj jeszcze Wilhelmów i Hindenburgów na ścianach mieli. Do dzieci po niemiecku mówią, przed „panem niemieckim” głęboka czołobitność. Jutro gdyby wiedzieli, iż Śląsk przy Niemcach zostanie, czemprędzej na Polskę wyzywać będą. Spryciarze i spekulanci polityczni. Są potem ludzie dobrej woli, przez względy na rodziny, przyjaciół, krewnych cicho i spokojnie i z zapałem do Polski ręce wyciągający.

Ale to wszystko naród nie przedstawiający jeszcze społeczeństwa, bo mu brak inteligencji, to jest ludzi wykształconych, zdolnych do prowadzenia społeczeństwa i maszynerji państwowej i aparatu urzędniczego. Z wyjątkiem kilku księży i adwokatów, jednostronnie fachowo wykształconych, mogących słabo interesy narodowe zastąpić, jest cała inteligencja niemiecka. Z Polski lub Poznańskiego mieć nadzieję otrzymać inteligencję i urzędniczy aparat, to płonna nadzieja, bo Polska tejże sama nie ma i choćby miała, nie może na terenie górnośląskim należycie funkcjonować.

Niemiecka propaganda plebiscytowa

Pozostaje więc jedna myśl ukształcenia prędkiego w społeczeństwo nasz lud. To utopia! To sztuczne szczepienie donkiszoterji w umysły, skłonnych, które się już w organizacji górnośląskiej P. O. W. gorzko pomściło. Czyż to nie czysta parodja, patrzeć na taką duszyczkę górniczą, umiejącą jako tako nazwę swą napisać, jak jegomość pan Kuźma z Siemianowic, który jest mocno przekonany, iż ma zdolności nadzwyczajne i może być komisarzem. Albo czyż śmiech człowieka nie zbiera, gdy się patrzy jak mleczarz Morgola z Laurahuty w pocie czoła stara się obładać całą Polską, by ją przekonać, że jemu się należy wyższy jakiś stołek. Pan Drejza z Siemianowic przeznaczony na generalnego dyrektora poczt, pan Sowiński na burmistrza i t. d. Co z takiej donkiszoterji dyletantów karjerowiczowskiej dążności wynikło w Polsce samej, po usunięciu jakiego takiego aparatu urządniczego, czy to starego rosyjskiego, czy okupacyjnego niemieckiego, widzimy ze strasznych stosunków, jakie w Polsce panują. Rząd obalają po rządzie i coraz to gorzej porządki polskie stają się znów przysłownemi w świecie. Na domiar złego żydów tam i partji do niezliczenia, a gdzie już żyd, tam porządku nie będzie. On wiecznie wichrzy, szczególnie w Polsce, przeciw której się uwzięli, a która im nie śmie nic zrobić, bo mają opiekę żydów amerykańskich i angielskich nad sobą. Żydzi to potęga na świecie, kto to zna. Żyd zgubił Rosję z zemsty za pogromy, żyd zgubi i Polskę. Dwa tysiące lat spiskują wytrwale w Europie i dopinają swego. Już dopięli wiele, przedewszystkiem złoto i srebro całego świata. Przed tą potęgą biedna Polska się nie ostoi. Głupie to jest i zbrodnicze, naszemu prostemu ludowi o skarbach i niebie w Polsce opowiadać, lepiej mu serce zapalić ku biednej Polsce, ku nieszczęśliwej, jak kiedyś, gdy w niewoli była, to prawdziwy ideał i patryotyzm będzie, a nie kłamstwem i illuzjami kiełbas i słoniny i białego chleba i bogactw, których biedna Polska dziś jeszcze nie ma za tyle. Szczerzej jest, biednego udręczonego brata pokochać, jak bogatego. Polityka obiecanek, blagi uwieńczy się tak, że was pierwszych śląski naród popowiesza, coście to robili, bo robicie to samo, co niemcy podczas wojny przez ich: „wir werden und müssen siegen!” Dziś niejeden niemiec po głowie się drapie. Krzyczycie na hakatyzm pruski, a stwarzacie jeszcze gorszy – polski. Pamiętajcie: ne quid nimis! Poznaniacy dlatego na gwałt zmuszają niemieckich urzędników do pozostania na stanowiskach swoich. Dobrze i mądrze robią. Wynik tego oczywisty, bo w Poznańskiem się relatywnie najlepiej z całej Polski dzieje. Próbę więc, a raczej fałszywe eksperymenta, urobić najprędzej z naszej tej sfery ludowej aparatu urzędniczego, jako surogatu niemieckiego i inteligencji zawiodły w Polsce przedewszystkiem w powstaniu fatalnie. Nafabrykowało się nierobisiów, urwisów i bandytów. Trafnie to przewidywał pan redaktor Brzeskot i krytykował na jednem zebraniu poufnem w Katowicach w domu p. Przybylskiego. Ja również podzieliłem jego zdanie i śmiałem się z organizacji P. O. W. i przepowiedziałem skutki złego. No, czy się to dosłownie nie ziściło? Taksamo głos podnosi w Gazecie Ludowej jakiś ksiądz N. w tej kwestji.

Brak nam więc społeczeństwa i surogatu inteligencji i urzędnikerji niemieckiej. Z tem faktem się liczyć potrzeba i iść ręka w rękę z temi niemcami, co do zgody i życia z nami w ramach nam przyznanych równych praw są gotowi. A jest tych niemców i zniemczonych ślązaków spora liczba, ale i my musimy się zgodzić z ich życzeniami, które im potrzebne a nam konieczne. Do powstania zgłosiło się wielu niemców i bili się jak lwy za nas, a źle zrobiono w Polsce, że tych ludzi poaresztowano i dręczono, bo to niemcy! To barbarzyństwo i hańba. Absolutnej polskiej większości tu na Śląsku nie mamy. Inteligencji rodzimej mało, bo to co mamy, to poznaniacy, a ci też nie mają w większość narodu naszego najzupełniejszego zaufania. Rej tu wodzą, ale nie dla nas, lecz dla siebie. Najpierw, iż ujawniają się jako sprytni geszefciarze i gdziekolwiek, choćby na trupie twoim, szukają zarabiać. Polski duch, to płaszczyk ich geszeftu, i spore kapitały tu porobili wszyscy na dobroduszności śląskiej. W zamian zaś za to nic ci nie dają, jak piękne religijne i górnolotne polskie słówka, których się nie najesz, tylko się nimi upoisz. W zawróconej ci tak głowie, ani się nie spostrzeżesz, jak poznański brat sprytniejszy skórę ci skroi. Weźmy przykład: Towarzystwa śpiewu miejscowe płacą do okręgowych wydziałów tak zwanych „kołów” dziesięć fenigów od członka. Ładne z tego sumki się uzbierają. Gdzie te pieniądze idą? A co w zamian dostają towarzystwa za to? Obiecanki. Założone zostały w miejscowościach t. zw. Towarzystwa kobiet dla Polek. Te towarzystwa mają płacić do „wydziałów” również po dziesięć fenigów od członkini, no – i co w zamian za to? Ci panowie poznańscy i panie, co siedzą w tych wydziałach, wiedzą o tem. Wszędzie widać „geszeft”! Opowiem tu jaknajjaskrawszy przykład brzydkiego tego patriotyzmem polskiem okraszonego geszefciarstwa:

Pan Szymkowiak, mistrz krawiecki z Katowic, tak długo się kręcił koło towarzystw Polek, gdzie jego córusia, w wiecznej walce z bytomskim wydziałem wyższym, jest sekretarką, aż dopiął celu. Wnet ujawnił się patryotyzm p. Szymkowiaka, jako organizatora Towarzystw Polek. Sprowadził płótna i bławatów szychu i drzewa i zaczął wmawiać towarzystwom taką śliczną djalektykę, że gdzie towarzystwo, tam i sztandar być musi, że oszołomione takimi argumentami Górnoślązaczki, hurmem zaczęły sztandary u p. Szymkowiaka zamawiać. A pan Szymkowiak? Błogosławił Polskę i Śląsk Górny, bo mówią, iż w krótkim czasie zarobił na sztandarach i towarzystwach Polek dwadzieścia tysięcy marek. O tem śpiewają wszystkie polskie wróble z dachów w Katowicach. Nie ma to, jak szczery, gorący polski brat poznański.

Zabranie się do nagłego urobienia politycznego naszej warstwy polskiej na Górnym Śląska, by ludowi temu radykalne uświadomienie swojego położenia wpoić, by go uzdolnić do surogatu funkcjonarjuszy niemieckich, do ujęć steru w swoje ręce, było ryzykownem przedsięwzięciem. Już Rady Ludowe okazały w tem względzie swoją nieudolność. Czy one powstały przez samorzuty samozwańców, czy były postawione na nogi przez czysto demokratyczny plebiscyt. Trafnie ich scharakteryzował rzeczony ksiądz N. w Gazecie Ludowej, trafniej jeszcze p. Brzeskot z Bytomia. Wystarczy za przykład wziąźć jedną taką i drugą Radę Ludową z okolicy. Rada Ludowa niejednokrotnie składała się z ludzi z bardzo krótkim widnokręgiem zasad i polityki. Pominięci zostali ludzie innego zapatrywania lub lepszych pojęć i urażeni, stworzyli znów bloki przeciw poszczególnym radnym. Ztąd intrygi i zaczepki osobiste i straszające się obozy wrogie, walczące między sobą na śmierć i życie. W Michałkowicach, powiatu katowickiego, poszedł prezes Rady Ludowej raz na zebranie spartakusów do Siemianowic. Tu mu się bardzo rozprawy organizatora Szostka spodobały. Zaprosił go wtedy do Michałkowie, utorowawszy mu wpierw wszelką ścieżkę do pomyślnej agitacji i rozwoju jego idei, i nuż Michałkowice całe miały pełno spartakowców. Pan prezes nie wiedział, co z tego wyniknie, a wynikło to, iż pół Michałkowic w parę dni potem ruszyło procesją z muzyką do Laurahuty, skąd pod wodzą Szostka, który pierwszy potem zmiótł, mieli iść do Polski. Przyszło do starcia z wojskiem i do śmierci a następnie do procesów, w których wiele ofiar dostało się na lat kilka za kraty. A wszystko to spowodował pan prezes Rady Ludowej.

W sąsiednim Bytkowie założyłem Radę Ludową przez wybory publiczne. Mimo protestów moich wybrano mnie na jej prezesa. Ja z mej strony przeznaczyłem robotnika Tomasza Dziubińskiego na zastępcę mego. Dziubiński, który cierpi na szaloną próżność, nie mógł przeboleć tego, iż jego nie wybrano prezesem. Od tego czasu zapałał śmiertelną nienawiścią do mnie.

Pierwszem aktem tej nienawiści było, iż sfałszował spis członków Rady Ludowej tak, iż mnie z niego wykreślił, a siebie podpisał jako prezesa. Następstwem tego było, iż Rada powiatowa nie mnie, a jego na posiedzenia powiatowe zapraszała. Dowiedziawszy się o tem, skarciłem go na posiedzeniu i naprawiłem błąd ten w Katowicach. Pomimo tego, skwapliwie na posiedzenia powiatowe uczęszczał i tam mimo protestów moich do głosu go dopuszczano. Protokoły Rady musiałem sam pisać, a gdy później poszedłem do powstania, sekretarz zniszczył takowe. Dziubiński zabrał pieczątkę bezprawnie do siebie i wystawiał świadectwa ludziom, którzy nagle skwapliwie do Polski po szperkę jako patryoci biegać zaczęli. Co jeszcze! Gdy wydziały powiatowe towarzystw Polek zaczęły organizować towarzystwa lokalne, i między innemi i żonę moją jako delegatkę zaprosiły, polecając jej zorganizowanie towarzystwa kobiet w Bytkowie. Dziubiński, typ prostoty i nieokrzesania chłopskiego, jął się także do organizowania tego. Zabroniłem mu to. Kobiety pod wodzą mej żony się same zorganizowały, a Dziubiński z zemsty nie pozwolił żonie i córkom swym wstąpić do tego towarzystwa. Nadto mści się na tem towarzystwie, gdzie i jak może i poprzysiągł mu zagładę. Tak robią polacy. Gdy przyszło do pochodu pierwszego maja do Katowic, Dziubiński użył wszelkich sztuczek, by temu pochodowi przeszkodzić. Zwołał zebranie związku zawodowego i doprawdy trzeba było go się prosić, by ze względów na solidarność narodową rozpuścił zebranie. Myśmy z sąsiedniemi procesjami przeszło godzinę musieli czekać, aż się z powodu Dziubińskiego trochę narodu na placu zebrało. Przyszedł nareszcie i Dziubiński z fajką w gębie, uśmiechnął się ironicznie i – poszedł do domu. Za skandal taki, ukamionowali by ludzie innych narodów takiego patryotę. Tu w Bytkowie odgrywa Dziubiński największą rolę i chce być sołtysem. Do powstania odmawiał ludzi.

Najpyszniejszym atoli dowodem patryotyzmu Dziubińskiego i polaków w Bytkowie jest to:

Gdy musiałem uciekać, względnie kryć się przed grencszucem i nawet interes zamknąć, znaleźli się w gronie polaków tacy, co mnie wydać siepaczom w ręce chcieli, aby przeznaczoną na mnie premię pieniężną kilku tysięcy marek zarobić. Z Dziubińskiego wiedzą utworzyła się komisja ludzi, co chcieli nawet żonę mą i dzieci mieszkania pozbawić, zmuszając groźbami kopalnię, od której mam interes piekarski najęty, by stojącą piekarnię innemu, co ich przekupił oddała. Niemcy atoli kopalni byli względniejsi dla idealisty polskiego i odmówili tego. Czy to bracia polacy? Ale to jeszcze nie koniec. Przy otwarzaniu komisji żywnościowej kłóciłem się z sołtysem przeszło pół godziny o Dziubińskiego, by go za mnie do komisji tejże przypuszczono. Dziubiński mi się za to w ten sposób odpłacił, że gdy już był na miejscu i moja żona na nowo piekarnię otwarła, on pierwszy zawzięcie protestował przeciw przydzieleniu jej mąki. Podczas gdy ja za Polskę poszedłem walczyć, zbuntował Dziubiński całą z mej przecież inicjatywy stworzoną Radę przeciw mnie i – słuchajcie narody! Kuchnię amerykańską, zamiast oddać w ręce Towarzystwa Polek, oddano niemkom. Pieczywo tejże kuchni amerykańskiej, zamiast oddać mnie, jedynemu polakowi, oddano niemcowi, a gdy ten fałszował, minięto mnie, a oddano drugiemu, zawziętemu wrogowi polskiemu. Ale to jeszcze nie koniec. Wybory do Rady gminnej chciano bez Towarzystwa Polek odbyć. Czemprędzej postarałem się w sam czas, by Polki po kartki wyborcze posłały i do wyboru poszły. Wybory wypadły wyśmienicie, bo na dziewięć radnych osiem polaków przeszło. Pomimo tego poszedł Dziubiński do Rady Powiatowej i tu mnie oczernił, że wybory źle wypadły, bo ja na Polskę gadałem i od wyborów odmawiałem. Rada powiatowa wyznaczyła komisję pięciu nie najmądrzejszych ludzi do Bytkowa, a ta bez wiedzy mej poszła do Dziubińskiego i poleczników jego, a więc przeciwników mych i tu osądzono mnie jako zdrajcę narodu polskiego!? Ja radziłem komisji tejże, przewodniczącemu, dentyście Różanowiczowi w Katowicach, by mnie o przybyciu komisji uwiadomić, a ja zwołam zarządy towarzystw polskich i Radę Ludową i osądzimy sprawę, kto jest lepszym polakiem, względnie kto więcej poświęcił. Ja, co kałamarza poświęciłem i pióro i setki, dane Radzie Ludowej i tysiące strat i utratę zdrowia, brałem udział w powstaniu z dwoma braćmi i licznemi krewnemi, nawet żoną moją, albo Dziubiński, fałszerz dokumentu, ambitny chłop warjat, co synom od Hallerczyków uciec dał i żonie i córkom zabronił wstąpić do towarzystwa i grosza nie dał i obóz polski, który ja w Bytkowie stworzyłem, z zaciekłością, z śmiertelnej nienawiści rozbił.

Pan Różanowicz, mieniący się także gwiazdą jurisprudencji, odrzekł mi opryskliwie: iż to jego rzecz jak on to robi. No, i zrobił na korzyść Dziubińskiego. Dalej! Postawiły Polki z Bytkowa do gminy wniosek po polsku pisany, by na gwiazdkę dla biednych dzieci im gmina udzieliła zapłatę trochę mąki i syropu i cukru. Sołtys, który z własnej inicjatywy w Michałkowicach niemieckiemu Frauenvereinowi i tow. Polek to udzielił, poparł ten wniosek i w Bytkowie. Lecz o dziwo! Polskiego podania – polscy radni ani Dziubiński przeczytać nie umieli! przeczytał im go niemiecki sołtys, a polscy radni z Rady Ludowej i Dziubiński odmówili unisono tej pomocy polskiemu Towarzystwu Kobiet, ale skwapliwie pośpieszyli uchwalić gwiazdkę dla urzędników gminnych, tak samo jak w małej Dąbrówce polscy radni bogatemu sołtysowi Sidłowi, znanemu polakożercy, którego powstańcy do Polski pojmali, na gwiazdkę porządną sumkę uchwalili. Zrobili tak, jak kiedyś polak Piotr Mańka, którego synowie teraz polaków odgrywają, przed laty głosem swoim rozstrzygnął, by Małą Dąbrowkę na Eichenau przechrzcić.

A to już chyba najcierpliwszemu i najchłodniejszemu człowiekowi cierpliwości zbraknie. Pyta się człek sam siebie, czy z warjatami, czy z szatanami ma do czynienia. I to polacy! Jeszcze Górnego Śląska przy Polsce nie ma, a już tak się popisują i nie patrzą, co te inne obozy na to mówią. Zaczynają się już wróble z nas śmiać wszystkie i gadają sobie o tej bratniej zgodzie, o tej solidarności i miłości polskiej. Rozum staje i sumienie drętwieje, gdzie człowiek ma sie obrócić. A tu te łotrzyki w płaszczach polskich, bo inaczej tej zgrai nazwać nie można, zaraz ci wygrażają: czekaj no! jak tylko do Polski Śląsk Górny przyjdzie, będziesz pieronie wisiał! Krytyki nie wolno na łotrów, szubrawców publicznych słówka pisnąć, bo oni się trzymają za uosobienie Polski, a krytykując ich, obrażasz Polskę i jesteś „zdrajcą”!

Więc takie wyniki dało nam społeczeństwo nasze. Rozpatrzymy to jeszcze z innej okropniejszej strony. Trzymać się będę ściśle faktów przez siebie samego doświadczonych i spostrzeżonych.

Koniec części drugiej

Część trzecia

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza