A. Pronobis: Historja powstania górnośląskiego i jego rezultaty (cz. 7)

Historja powstania górnośląskiego i jego rezultaty.
Streścił Pronobis z Bytkowa.
Wydane przez polski związek górnośląskich autonomistów.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Przygotował, zachowując styl oryginalnego polskiego streszczenia z 1920 roku, Mirosław Syniawa.

Zamiast tego przyszło nazajutrz trzech żołnierzy z karabinami i prowadzili mnie i jednego górnoślązaka dziadowinę niejakiego Roberta Michalika, którego w Sosnowcu strasznie potłuczono, do Krakowa, celem internowania mnie, aż do skończenia plebiscytu na Śląsku. Nie wiedziałem o tem, gdzie i naco mnie transportują trzej żołnierze i ich karabiny. Nie mówili mi nic. Ale ja miałem na szczęście pieniądze, a na jeszcze większe szczęście wiedziałem, iż dusza polska każda jest dla podarku szczególnie dla pieniądza przystępna. Nie omyliłem się. Przekupiłem żołnierzy i pokazali mi papiery. Z nich wyczytałem, że mnie „internują” a przyczyną tego jest: „na życzenie milicji śląskiej, za wichrzenie w obozach górnośląskich”!!

Nie, tego ja dłużej ścierpieć nie mogłem. Nie, nie dam się dłużej męczyć i uwolnię się sam z rąk moich bratnich oprawców i szubrawców. Zapytam się was potem, gdzie ja i w którym obozie wichrzyłem?

Jedna błyskawiczna myśl, pare chwil czekania i uwolniłem się od żołnierzy polskiego transportu. Zniknąłem im na stacji Trzebini w Galicji, jak duch z pod nosa. Wiedziałem, iż żołnierze ci będą odpowiedzialni i surowo pokutować za moją ucieczkę, ale serce ciągnęło mnie do dzieci i żony. Dla nich miałem pierwsze obowiązki. Coby się z nimi było stało, gdyby mnie tam długo byli trzymali, a plebiscytowy czas by się i ze dwa lata pociągnął? Albo gdybym tam był tak umarł? Wszak byłem już zupełnie chory, żona i dzieci i tak mnie wiele nie użyły. Dziesięć dni przed wojną się ożeniłem. W drugim dniu wojny mnie niemcy aresztowali i po siedmiu dniach puścili. Zaraz za dwa dni poszedłem na wojnę. Po pół roku przybyłem do domu. Po ledwo czterech tygodniach mnie znów aresztowali i przeszło dwa lata na fortecy trzymali. Z wybuchem rewolucji oddałem się wyłącznie sprawom polskim i organizacji i tylko gościem w domu byłem. W maju już musiałem z domu uciekać zupełnie, a potem utonąłem w powstaniu, teraz w niewoli polskiej i – jeszcze mam na lata całe za poświęcenia moje i trudy być w barbarzyński, ba szatański sposób znów od dzieci i żony odłączony. Nie, bracia rodacy! Jesteście podli, ale i głupcy! Skorzystałem z tego i uwolniłem się z rąk waszych. W dwa dni byłem w Trzebini, nie mogąc sobie kupić w Galicji ani kawałka chleba, ani kropli mleka na wsi (ja nie wiem, z czego ci ludzie tam żyją), jedząc obfite na polach jeszcze rosnące karpiele (kłaki), przybyłem do Sosnowca. Myślałem, że pomimo wszelkiej nikczemności moi bracia rodacy tyle będą mieć rycerskości w sobie, że mnie pochwalą za spryt i odwagę, uniknięcia mego z pod straży trzech karabinów. Ale gdzież tam! Bestye te, dowiadując się o tem, zawyli z wściekłości i wydali rozkaz policji i pogranicznej straży, schwytania mnie za wszelką cenę i zastrzelenia. Rozkaz ten doszedł także do rąk mojego krewniaka (miałem 19 krewnych i braci w powstaniu i wojsku polskim). O bałwany! pomyślałem sobie, gdy się o tem rozkazie i gonitwą za mną dowiedziałem. A to tak było: Przyszedłem najpierw do mojego znajomego do Małobądza, który pochodzi z Górnego Śląska, powiedziałem mu wszystko. Człowiek ten aż osłupiał i odtąd nienawidzi polskich patryotów i sprawiedliwości polskiej. Wykąpałem się u niego i włożyłem nareszcie świeżą bieliznę. Ztąd poszedłem do drugiego przyjaciela do Czeladzi. I ten się zdziwił, a to rodowity polak. Zaklął porządnie, posłał po wódkę i piłem i patrzałem oknem na policję i tajnego znanego mi arcyopryszka Walacha od Plebanka. Z Małobądza wysłałem już szydercze listy do Plebanka i moich serdecznych przyjaciół, uwiadamiając ich o wolności mej. Dlatego mi też na przekór, wiedząc, żem jeszcze w Polsce, rozkaz do takiej gonitwy za mną wydali. Ale – ja, który w służbie wywiadowczej w wojnie, przebrany różnie, wiedząc, iż mnie stryczek lub kula napewno czeka, musiałem chcąc nie chcąc za front rosyjski w samą paszczę lwa się nieraz udać i powrócić. Byłem zahartowany i kpiłem sobie z gonitwy ich. Byłem u dobrych przyjaciół niefałszywych. Wszyscy bohaterowie komendanci i głowy polityczne ze Śląska, choć ich nie goniono specjalnie, jak mnie Hörsing, znając mnie osobiście, gonić z wyznaczoną premją parę tysięcy marek rozkazał, uciekli przed czasem do Polski, a ja pod samem nosem Hörsinga śmiało z miejsca na miejsce się przenosząc, do ostatku tu byłem, chodząc nawet do Bytkowa, gdzie na mnie „właśni rodacy z chciwości na premję” czyhali, ale przebranego nie poznali, nie uciekałem i nie dałem się złapać, a tu w Polsce głupcom bym to miał przypuścić. Pośmiałem się z nich serdecznie, kupiłem ostatni raz słoniny i kiełbasy polskiej sporą masę i zabrałem się w drogę w nocy tam, gdzie mnie się najmniej spodziewano, do Jacka Henryka, ślązaka, którego znałem, że się zdradą nie splamiłby. Jest to oficer Plebanka na Saturnie przy granicy. Chciałem, by mnie Jacek przeprowadził na granicę, atoli Jacek, czy się obawiał, czy mu się wstać nie chciało, odmówił. Musiałem wtedy plan zmienić. Groziło mi podwójne niebezpieczeństwo, z polskiej strony posterunek polski, z pruskiej strony, a com się w Czeladzi dowiedział, najważniejsze. Niemcy rozpięli na tak zwanej suchej granicy od Milowic aż do Czeladzi ku Pszczelnikowi druty, czyli przewodniki elektryczne na 3000 voltów napięcia. Kto się takiego drutu dotknie, ma pewną, prędką i lekką śmierć. Ale ja jej bynajmniej nie pragnąłem. Znałem na szczęście takie przyrządy niebezpieczne z wojny, a raczej ze szkoły wywiadowczej, gdy się fortyfikacji środków jej uczyło. Przecież pół fortecy Torunia temi drucikami okolone było. Znałem na to środki zaradcze. Musiałem jednak być ostrożny. Ciężar mojej słoniny mi zawadzał, gdy ku granicy na czworakach pełzałem, musiałem ją w zębach nieść przed sobą, ale błogosławiłem w tej nocy słoninkę polską, jak nigdy. Wszak słoninka ta sucha, to dobry izolator i bezpiecznik przed prądem i śmiercią, która już przez te przeklęte druty żydówkę pewną i innych zabiła. Przypuszczenie moje, że gdzie te przewodniki, tam żadnych albo rzadkie posterunki będą stały, sprawdziło się, a miałem przy tem jeszcze i to szczęście, że pełząc, wlazłem na wielkiego zająca żywego. Bestyjka ta mnie nie mało wystraszyła. Zakrzyknął i gdym go chwycił, w niebogłosy krzyczeć począł. Nie wiedziałem, by zając tak krzyczeć umiał. Zabiłem go i wziąłem do domu. Żona moja i państwo Burdela z Laurahuty mogą poświadczyć, żem go do domu przyniósł, jeszcze ciepłego. Przeszedłem szczęśliwie koło wieczorka druciki niemiłe i niebezpieczne i zaśmiałem się szyderczo. Policzę się z wami, bracia rodacy! Qui vivra, verra!

Najpierw poszedłem do domu, ale tu jeszcze było niebezpiecznie dla mnie i musiałem się schronić do krewnych gdzieindziej. Powstańców, kpiących z siebie i z powstania i Polski, zastałem już wiele. Poszedłem do Rady Ludowej powiatowej i opowiedziałem wszystko. Poszedłem do biura informacyjnego, tu to samo. Poszedłem do Gazety Ludowej i księdza Pośpiecha i wszędzie żądałem pomocy ku wyjaśnieniu tej sprawy. Przyznano mi rację i prawo do tego. Ja chcę wiedzieć, zaco mnie w Polsce aresztowano i kto to zrobił.

Ale mój bracie górnośląski! Choć to prawo przysługuje największemu zbrodniarzowi i ja nie jako prywatny człowiek, lecz z urzędowego stanowiska, jako „prezes Rady Ludowej” mam prawo żądać urzędu wyższego i interwencji i wyjaśnienie, choćby przez najwyższe władze polskie i pociągnięcia winnych do odpowiedzialności, ja i tu z tego nie znalazłem należytego taktu, uznania naprawy krzywdy i straty materjalnej i poparcia, tylko gołosłowne objetnice: „aż do czasu”. Przekonałem się, że to wszystko fałsz wierutny. Jedynie u księdza Pośpiecha znalazłem trochę pociechy, gdy mu oddałem długi manuskrypt w tej sprawie a silne oburzenie u doktora Hyli i pana Pakuły, obywatela z Katowic.

Groziłem wtedy, że to opublikuję w gazetach niemieckich i dopiero huragan gróźb i wyzwisk i oszczerstw wznieciłem na siebie. Czy ci ludzie poszaleli, albo i tu tacy są zaślepieni i zacofani i nieszlachetni, iż mi się bronić i dopominać nie pozwalają, by – jak twierdzą, zgorszenia teraz nie narobić. A kiedyż oni to myślą naprawić? Więc ja się mam dać po pysku bić, okraść i milczeć potem dla solidarności narodowej, by się świat o tem nie dowiedział i dla spokoju opryszków. Rumpfelda daremno goniłem po Katowicach, by mu za jego denuncjację zęby wybić. Niemcy i tak już wiedzą, co się zemną w Polsce stało, bo się taka rzecz nie ukryje długo, a ja tu za głośny już byłem. A ci co się wstydzić mają, syczą jeszcze bezczelnie. Wszak niemcy doprawdy sprawiedliwsi i sumienniejsi i rozsądniejsi są od polaków, to jest od tych hurapolaków, co ze swej strony znów chcą być hakatystami polskiemi. Bo otóż uważaj Górnoślązaku!

Podczas gdy tu w miejscu i okolicy każde dziecko wie, com dla polskości zrobił i ile pracy sobie ku zupełnemu unarodowieniu miejscowości zadałem, nie szczędząc niczego, rujnując się rozdawaniem za bezcen w krytycznych czasach żywności, nie wytykając palcem pana Czaplę, Drejzy, Korfantego, przytem ciągłem goszczeniem nieustających codzień gości i wizyt polskich, zamknąwszy interes złotodajny i straciwszy czterdzieściosiemtysięcy marek na polskość, stwarzając z Bytkowa najlepszą wyspę polską, tak że gazety o tem pisały, a kiedy dawałem bez liczenia, to mnie z miłości i chwałby zjeść chcieli. Wówczas kiedy musiałem się kryć i domu unikać, właśni rodacy rozbijali towarzystwa stare, rozbijali nowe i latali zemną, by mnie wyśledzić i za marne parę marek zaprzedać katom. Dowody: pan Imiołczyk z Bytkowa jest świadkiem. Niedość na tem. Musiałem wol nie wol z powodu organizowania opuszczać dom i zamknąć mój interes piekarski. Co to znaczy zamknąć piekarnię, gdzie się tygodniowo wypiekało przeszło 80 centnarów mąki i pieczywo domowe i taką ofiarę uczynić, to każdy zrozumie, gdy się pierwszego lepszego piekarza zapyta. I znaleźli się tacy polacy, którzy się dali za parę kieliszków nakłonić przez pewnego piekarza, który chciał na moje miejsce gwałtem wleźć, że poszli do zarządu kopalni, której moja piekarnia należy bezpośrednio i chcieli zmusić, by piekarnię żonie mojej odebrano i innemu dano, tem zaś osięgnąć, by dzieci moje i żonę pozbawić mieszkania.

Zarządca kopalni atoli, choć niemiec, powiedział, iż żona i dzieci moje nic za moje głupstwa (tak nazwał moje ideały polskie) nie mogą i nie uczyni tego. Mój zastępca w Radzie Ludowej, wymieniony Tomasz Dziubiński, o którego się pół godziny z sołtysem dla wciśnięcia go do komisji żywnościowej w gminie na miejsce moje kłóciłem, ażem to osięgnął, ten mój pierwszy wróg polski, li tylko z tej przyczyny, że nie jego, a mnie na prezesa Rady Ludowej obrano, ten mi się tak odpłacił, iż gdy później żona moja dla ratunku egzystencji piekarnię znów otwarła, się jej przydzieleniu mąki gminnej opierał. Tenże sam Dziubiński podczas mej nieobecności, t. j. mej kryjówki, zbuntował całą Radą Ludową spowinowaconą albo zaprzyjaźnioną z nim, a podobną z charakteru do niego, przeciw mnie. Dla nieuśmiertelnienia tejże Rady Ludowej, warto naszej się o niej rozpisać. Czy pod wpływem Dziubińskiego, czy z całej inicjatywy, oddano amerykańską kuchnię, nie wyłącznie pod kierownictwo czerwonego krzyża polskiego i Towarzystwa polek, których przewodniczącą jest moja żona, lecz z pominięciem żony mej i bez uwiadomienia Towarzystwa polek, kobietom niemieckim. Typ chłopa chałupnika robotnika à la Dziubińskiego, nazywa lud nasz tutaj ironicznie „kapelusznikami”. Otóż na nieszczęście w pośpiechu naród wybrał do Rady Ludowej ludzi nieodpowiednich. A kiedy z powodu udziału niektórych członków Rady do wyborów niemieckich tychże z Rady wykluczyłem, Dziubiński sprytnie podsunął na ich miejsce swoich kolegów, tego samego co on typu i odtąd ma przewagę przeciw mnie. Robi największe głupstwa i bije polskość w twarz czynami, mnie zaś złym polakiem nazywa. Ja jestem prezesem z imienia, de fakto na przekór mnie on nim jest. Zwołam ja Radę na to a to miejsce, o tej, a tej godzinie, on zwoła ją gdzieindziej i później i oni nie przyjdą na moje wezwanie, lecz do niego. Naturalnie iż mi takt i honor nie pozwala iść na jego zebranie. Daremno moje na to skargi w Radzie powiatowej. Dziubiński mnie taksamo oskarża i Rada powiatowa wybierze komisję do zbadania na miejscu. Zamiast żeby ta komisja, jak proponowałem, uwiadomiła mnie o przybyciu, bym zwołał na ten czas Radę Ludową i wszystkie towarzystwa polskie w miejscu zarządy do sądu i świadectw, przyjdzie ta komisja do kogoś, i Dziubińskiego i mnie osądzi za winnego. To mi już chyba rozum staje. Przypomina mi się niemiecka historyjka „Von der Schildbergern”. Dziubińskiego wpływ podczas mojej nieobecności to zrobił, że niemal cała Rada i dwóch socjalistów polskich, moich wrogów zaciętych, postawiona została na listy kandydatów do gminy. Zawezwałem Dziubińskiego, skarbnika Rady Ludowej do obrachunku kasy i co się z kilkuset markami, które ja do połowy ofiarowałem, stało. To jest moja rzecz, odparł mi Dziubiński, a prezes się do kasy nie powinien mięszać. I tak też zostało, bo nie chciałem dla świętej zgody pokrzywy ruszać. Amerykańska kuchnia dała wypiekać bułki dla biednych dzieci. Zależało to od Dziubińskiego i Rady, gdzie to dadzą wypiekać. Wypadało polskiej Radzie oddać do mojej piekarni, jako jedynej polskiej. Ale gdzie tam! Oddano to niemcowi, a gdy ten sfałszował, ominięto mnie, jak zarazę, i oddano drugiemu niemcowi, co chciał polaków na wierzbach wieszać. To samo zrobiono ze struclami, pieczonymi na gwiazdkę dla biednych. Oddano znów niemcom. Przyszło do debaty, że kto sucharki (Zwieback) wypieka najlepiej, ten cały gminny Zwieback piec będzie. Okazały się sucharki odemie najlepsze. Wniosek był zatem przez przyjaciela mego, by mi to oddano. Woleli atoli pozostawić po staremu niż mnie to przyznać. Towarzystwu Polek poprzysięgnęli ci polacy patryoci zagładę. Walka patryotyczna się prowadzi krecią robotą na śmierć i życie. Dla sprawienia w Towarzystwie Polek gwiazdki dla biednych, stawiło na propozycję moją Towarzystwo wniosek do gminy, by mu udzieliła gmina bez marek za zapłatą mąki i t. d. Wniosek sam po polsku napisałem.

Sołtys poparł ten wniosek gorąco. Nadmienić trzeba, iż podany polski wniosek nie mógł być przez polskich radnych przeczytany i sam niemiec sołtys go przeczytał. Radni wniosek ten odrzucili. Przychodząc do domu, zastałem takie rzeczy i takiego polskiego ducha. Broń rozdaną do powstania, rozkradziono i posprzedawano. Tak się pokazują „polscy radni”. Tu mi już cierpliwości brakło. Jeszcze tu polskich rządów nie ma, a już gorzej, niż te sławetne Arbeiterrate rządzą, a cóż dopiero, gdyby już nastąpiły i za każde słowo krytyki wolno im będzie cię zawrzeć i rozstrzelać. Nienawiść i niezgoda, jak między wściekłymi psami, to zgoda i miłość polska. Na nas wybitniejszych i szczerych powstańców z ukosa i pogardą patrzą i zamiast my im pluć w twarz, oni na nas bryzgają jadowitem błotem.

Postrach, Postrach! Czober, Reisch i wy wszyscy szczerzy moi przyjaciele, których ten sam los niemal spotkał co mnie, tegośmy się nie spodziewali, co?

Dziwnym jest, iż najradykalniejsi z naszych polskich hurapatryotów na słowie są polakami, a gdzie spojrzysz w oczy są przeciwnikami polskości. W każdej gminie są tacy, co w domu po niemiecku mówią, a najwięcej na niemców krzyczą. W Nysie, kiedyśmy pierwszy raz byli aresztowani, bili i kopali polscy górnoślązacy żołnierze, wyzywając nas pieronami. Teraz zaś podczas powstania najdzikszemi katami okazali się niemal sami polscy górnoślązacy, dając dowód, jak zdziczały i fałszywy jeszcze nasz ogół polski tutaj jest, szczególnie bezwstydne bukse i nierobisie w grencszucu.

Wstydzić się trzeba za swoich ziomków. Ha, co też to byłe krzykaczy w naszem związku wojackim, a gdy przyszło do czynu, to z blisko stu zapisanych, ledwo tuzin się zgłosiło, a z tych jeszcze parę było tak fałszywych i bezwstydnych, że choć nic nie zrobili, broń im rozdaną rozkradli do jednego i posprzedawali. Z takim narodem nic nie poczniesz. Możesz mu tylko jaknajwiększą pogardę okazać. Ale – myślisz, iż on sobie z pogardy coś robi? nie, on ci odpowie najpiekielniejszą nienawiścią na to. Żal mnie zdejmuje na to, iż z tego społeczeństwa pochodzę i w bezgranicznej miłości do niego gotów byłem życie poświęcić, straciwszy tyle czasu i materjalnie tak dużo – na marne!

Mamy przykłady z historji, iż inne narody temi drogami krętemi szły, naprz. żydzi, którzy także niczego tak bardzo nie nienawidzili jak prawdy.

Byli to hypokryci. A wiesz ty, co to jest hypokryta? Uważaj, a zrozumiesz mnie. Przepatrz sobie książkę „Nowy testament”. Czytaj tam wszystko uważnie. Przedewszystkiem, nauczysz się, co był Chrystus i nauka jego i ci co go zabili i zaco. Czytaj przedewszystkiem Łukasza VI od 21. do 46. wiersza.

A teraz odpowiedź mi, czy ci, co wyznają naukę tego Chrystusa, tak uczynią? Do czegóż podobne to chrześcijaństwo, zwłaszcza dzisiejsze i tak dalekie od nauki i zasad Chrystusa. Krocz po świecie i rozejrzyj się po nim dobrze, a spostrzeżesz, iż najpierw grzeszą kapłani Chrystusa sami przeciw nauce ich mistrza. Owce idą śladem pasterzy. Grzeszą, są rozgrzeszani i znowu grzeszą. Mój ojciec był biedny, ale wiem, że choć powszednich grzechów codzień kupkę zrobił, jednak głównych się wystrzegał. Być może, iż zato tyle a tyle lat w czyściu mu się zmywać będzie trzeba. Pomógłbym mu chętnie. Hypokrytyzm, jedna z najbrzydszych stron charakteru ludzkiego, ujawniający się między starożytnemi żydami, już wówczas stanowił przedmiot obrzydzenia i potępienia przez samego Boga. Jest on źródłem, a raczej matką kłamstwa. Nie dawać się jakim człowiek z natury swej być powinien, lecz oblekać się, w maskę obłudy i szlabierstwa. Co się działo między żydami i w chrześcijaństwo się zakradło. Już Paweł Apostoł oburzał się na to, ostrzegając przed tymi, co to pięknymi słówki się do gmin chrześcijańskich przybliżali i do serc naiwnych niewiast się zakradali. Czytaj uważnie dzieje apostolskie i listy Pawła świętego. Dziś nasze chrześcijaństwo jest rozsadzone na niezliczone sekty nienawidzące i zwalczające się zażarcie w imię Chrystusa, któremu każda z sekt najwierniej i najprawdziwiej służyć twierdzi. A w katolickim naszym kościele co się dzieje? Dzwony biją, organy ryczą, pienia rzewne się i kadzidła wonne ku niebu i Bogu miłości wznoszą. Poważne ceremonje ołtarza otaczają i wierni śpieszą w zastępach do świątyń wspaniałych. Napatrzą się, nasłuchają, napodziwiają, naruszają się wargami z paciorków i książek i ledwie mury kościoła opuszczą, prześcigają się w spełnieniu siedmiu głównych grzechów i w domu i na ulicy i w szynkowniach i w sądach i wszędzie nie widzisz już tej nabożnej rzeszy chrześcijańskiej, lecz szatanów, którzy niczego tak skwapliwie nie pilnują, jak przestępstwa w obec kardynalnej zasady swej religji, t. j. miłości Boga i bliźniego, a religja obraca się w prawdziwą komedję. Bo nie byłaż to istna komedja, gdy się podczas okropnego, największego w historji mordu masowego światowej wojny widziało i słyszało, jak każdy naród Pana Boga za tron ciągnął i prosił o „zwycięstwo” na swą stronę. Weźmy przykład: W jednej wsi żył karczmarz bogaty. Że karczma każda jest źródłem złego i zgorszenia, każdy przyzna, bo tam jest wódka, tam jest alkohol. Karczmarz wtedy, który tego zgorszenia jest panem i przyczyną, jest temsamem, co celnik w Starym testamencie. A przecież znacie z ewangelji, iż Chrystus celnikowi Lewiemu, zanim go na apostoła zawołał, zakazał tego gorszącego zawodu i kazał mu wszelkie zyski z tego rozdać. A przecież celnik, to był tylko państwowy urzędnik i w przybliżeniu nie tak winny zgorszenia publicznego jak dzisiejsi karczmarze, którzy dla rzemiosła swego odpowiedzialni są za wszelkie skutki i następstwa, jakie z tego wynikają. Chciwość i pasorzytnicza skłonność niejednego skłania do nabycia karczmy, które dziś są droższe, jak dwory. Biada zaś, od kogo zgorszenie pochodzi.

Umarł więc ten karczmarz, ksiądz był u niego i rozgrzeszył go. Pogrzeb był wspaniały. Zapewne atoli, iż karczmarz ten miał jeszcze wiele na drugim świecie do „oczyszczenia”.

Umarł taksamo na drugi dzień w tej samej wsi biedak inwalida górniczy, który małe dostawał renty i dlatego we wsi gdzie mógł robił naprawy. Temu but naprawił, tam dach załatał i posmolił, owdzie zaś oborkę na kozę zbudował. Najczęściej zaś posługiwał się karczmarzowi. Jemu stale węgle znosił, drwa rąbał i beczki kulał. Największym grzechem jego było ubóstwo. Czasem się też upił, ale nie tak, by leżał. Był to zresztą dobroduszny człowiek. Zapewnie że mu Bóg jego czasowe wstawienie się, czyli zamącenie rozumu wódką otrzymaną od karczmarza, nie tak bardzo wziął za złe, jak karczmarzowi, który jako mądrzejszy, mu ją dawał. Więc wobec sprawiedliwości Boskiej, bilans grzechowy tych ludzi był nierówny i karczmarz więcej na czyściec zasłużył, jak ów biedak. Dajmy na to, iż karczmarz dostał 100 lat czyśca, a biedak dwadzieścia pięć lat przydyktowane.

Tu jest teraz sęk tej sprawy w religji naszej. Karczmarka była bogata. Czuła o duszę mężulka, nie trudno jej było kilka tysięcy marek porozsyłać do Rzymu, do misji różnych, do Krakowa i różnych duchownych na zakup Mszy św. Taksamo zakupiła także sprawy religijne, jak odpusty, albo z odpustami połączone, które na dusze zmarłych są przenośne i w ten sposób duszy karczmarza było lżej w czyścu i prędzej go odpokutował, jak ten mniej winny biedak, którego literalnie świat wnet zapomniał i który dlatego znikąd pomocy ziemskiej nie mając, swoje 25 lat strikte odbyć musiał.

Podobne to zdarzenie jest do ziemskiej sprawiedliwości. Jeśli ktoś ukradł albo zdefraudował miljon marek, dostanie z rok więzienia, a czasem za 100 marek dostał ktoś inny 3 lata. Ten za miljon kupi sobie kilku adwokatów, którzy go wykopią z opałów i potem w więzieniu też mu się źle nie wiedzie, a ten za 100 marek musi przesiupać całe 3 lata i w dodatku tem ciężko pracować, ba – nawet tego współwięźnia za ten miljon obsługiwać.

Przyznaj mi, rozsądny czytelniku bracie, czy tak nie jest w istocie? Religja nasza obróciła się w spekulację i całe chrześcijaństwo tańczy na tej komedji w zaślepieniu obłudy i sami siebie okłamują. W tem w parze idzie polityka tego świata i życie ludzkie. Wszędzie widzisz w koło siebie obłudę. Dziś prasa i ludzkość stęka i wyzywa na paskarstwo, na drożyznę, a jeden drugiego ubiega na paskarstwie, jeden się kłania bardziej od drugiego paskarzowi i jeden drugiego przekupuje. Każdy pragnie być paskarzem. To samo dzieje się w polityce. Wczoraj był pruskim patryotą, dziś jest socjalistą, jutro jest polskim hurapatryotą, za kilka dni będzie polskim socjalistą narodowym, z wielką książką modlitewną do kościoła chodził w niedzielę pod pachą. Diś krzyczy, jako uciskany na kapitalistów, jutro gdy go obiorą do „arbeiterratu” okaże się despotą urzędowym, i paskarzem oszust i samolub. Alboż tego „arbeiterraty” nie udowodniły?

Koniec części siódmej.

Część ósma

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza