KulturaPauza

Opowieść surfowa

Pewnego razu Jostont zaprosił się na wernisaż, porą nocną w jakiś głębokich piwnicach. Akurat były wystawiane obrazy Jana czy kogoś innego, za bardzo tego nie pamięta. Płótna tam były wielkie i kolorowe oraz ze szczodrobliwymi paniami szkice nastrojowe. No dobra, starczy tego Grechuty.

Faktem bezspornym pozostaje zafascynowanie Jostonta francuskim malarzem postimpresjonistycznym Paulem Gauguinem. W tym mniej więcej czasie jak chodził po tych piwnicach to odbywał podróże studyjne – prawie jak Alexander von Humboldt – śladami Gauguina na polinezyjskiej francuskiej wyspie na Oceanie Spokojnym.

Raz się zamyślił, był zakochany albo tylko mu się po prostu lekko pomyliło, nieważne, i stwierdził nieco zbity z tropu, że co prawda tubylcy – to była jeszcze era przedpostkolonialna – też mówili po francusku –– ale ku jego wielkiemu zdziwieniu wyspa nazywała się Haiti i była na Atlantyku. Nie powiem, też ciepła.

Spytał się indygenną społeczność – tym razem totalnie correct- czy mogłaby mu wskazać miejsca tworzenia przez jakiegoś francuskiego malarza dowolnego nurtu artystycznego, no bo jak już się tu znalazł, to chciałby to studyjnie wykorzystać.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Społeczność – w osobie takiego kogoś od jakiegoś voodoo – odpowiedziała mu na to, że pobyt takowego w annałach wyspy nie został odnotowany. Wtedy Jostont zmiarkował się, że przy artykule na Wikipedii o Tahiti była uwaga na górze – nie mylić z Haiti. Niby idiotensicher – ale tak to jest jak się bryle nosi.

Wikipedię to on sobie tak właściwie antycypował, zresztą nie tylko on, podobno jej cień snuł się już po ścianach jakieś greckiej jaskini. Teraz ma się ona tak dobrze, że prawie nikt nie chce wyjść z jej cienia, wszystko od niej jest kupowane w ciemno.

Jostont poprzechadzał się po plażach Haiti, spotkał nawet potomków legionistów za waszą i naszą, zamoczył nogę w morskiej wodzie, ale jednak nie był przekonany, aby tu oddawać się jego ulubionej przyjemności.

Pokonał Zatokę Amerykańską – też taka antycypacja – i zamustrowal się jako majtek – ta wyprawa w fałszywym kierunku go spłukała – w Frisco na dampfer płynący do Honolulu. Na Hawajach nie było źle, dziołchy zawiesily mu z kusiem naszyjnik na szyi, tańcowały z nim przy dźwiękach ukulele i szeptały mu do ucha aloha. Pooglądał się też parę odcinków „Hawaii Five – O”, oczywiście tych jeszcze z Jackiem Lordem. Bardzo fajna ścieżka dźwiękowa.

W porę przyszło opamiętanie, gdy śpiącemu po palmą przyśnił się Homer cytujący akurat fragment o Circe ze swojej Odysei. Jostont skapował się o co chodzi – istnieje stosowny czasownik becircen – pedzioł dziołchom pyrsk i zbudował sobie taką tratwę – ale do historii przeszedł potem jakiś Norweg – i w końcu dopłynął na niej samotnie do wahlhajmatu Gauguina.

Fale czyli wele, ale żodne frele, powitały go łagodnym poszumem dochodzącym z ich spienionych białą pianą grzbietów. Muszle przyłożone do ucha nuciły mu folkowe piosenki „Argonautów Zachodniego Pacyfiku” uchwycone przez Bronisława Malinowskiego.

Jostont, po zaktualizowania swoich informacji, co nowego u Gauguina, krytycznym ocenieniu jego najnowszych dzieł, wyciągnął schowany na wydmach swój przytachany z górnośląskiego hajmatu bigelbret – który tu zamienił się na surfbret i w końcu znowu mógł się całymi dniami oddawać swojej ulubionej przyjemności – tak, tak czytelniku, nie mylisz się, chodzi o surfowanie.

Jeder Anfang ist schwer. Tak też było z Jostontowym surfowanien. Dobrze, że dzięki swoim zainteresowaniem malarstwem francuskim mógł połączyć to, co rozwijało pod względem estetycznym, z przyjemnością surfowania na falach Teahupo’o, miejsca zawodów w surfingu w czasie olimpiady w Paryżu w zeszłym roku. Jostont z nostalgią oglądał w telewizji transmisje z tego tak dobrze znanego mu miejsca.

Teraz surfowanie stało się prostsze, nie trzeba już wypraw na krańce świata. Chociaż droga do tego prostszego surfowania nie była taka prosta, jako to się już powyżej rzekło. Nie była ona usłana różami – na samym środku tej drogi leżała mysz, no, może ino myszka.

Jostont się myszy nie boi, bo on spod znaku lwa, ale co taka mysz może z kotem wyprawiać znane jest z filmów Disneya. Podobnie było i z tą – białej gorączki szło dostać, jak ona tak potrzebowała coraz więcej tego blatu, że człowiek by prawie wylądował z nią na ziemi.

Ta prawdziwa zabawa w kotka i myszkę trwała może ze dwie szychty, zanim się dzięki cierpliwemu układaniu pasjansów i innych układów karcianych zakończył się udany proces domestykacji i tego zwierza, wierzgającego niczym dziki mustang na prerii, do użytecznej myszki biurowej, poruszającej się tylko trochę po powierzchni podkładki.

Jak już Jostont miał to opanowane – osobna rzecz to te klawisze we wszystkich kierunkach, ale chłopcy z informatyka wgrali taką grę edukacyjną, przy której męska część załogi dawała z siebie rzeczywiście wszystko, aby i ostatni etap padł, ale kaj tam, jak początkowe sukcesy były już widoczne, to te klocki spadały coraz szybciej i to był już szlus.

Więc wracając do przerwanej myśli – do surfowania po Internecie była i jest potrzebna przede wszystkim myszka. To z nią surfuje się po bezkresnych stronach internetowych, jak coś zainteresuje to lewa półkula wydaje z siebie charakterystyczny dźwięk – klik – i podróż do wnętrza internetowych zasobów może trwać dalej.

Ogólnie ta nasza podróż nie zaczęła się tak dawno, ale jest ona coraz szybsza, na zakrętach się nie zwalnia, klikane obrazki mają żywotność kilku sekund, strony są nieustannie scrollowane, oko rzucane jest na nagłówki informacji – i dalej.

Jostont ujął swoje przemyślenia – oprócz PC ma jeszcze swoją głowę, bo wcześniej to było normalne – w temacie surfowania kiedyś i dzisiaj i związanych z tym implikacji w sposób następujący przy pomocy oczywiście edytora tekstu i kilku surfów po oceanie Internetu.

Wir surfen klicken ticken
Kopf schütteln oder nicken
Unsere Glaskugel ist flach
Ewig jung nie altersschwach

Unsere Wünsche versucht sie nicht zu erraten
Sie weiß doch alles über unsere privaten Daten
Sie lässt sich nicht hinter das Licht führen
Sie kann uns schnell der Lüge überführen

Auf eine Frage kann es unzählige Antworten geben
Unser Problem ist das zeitlich eingeschränkte Leben
Wir lesen nur die welche natürlich ganz vorne stehen
Wie einfach ist unsere heutige Welt so zu verstehen

Surfujemy, klikamy, pojmujemy
Przytakujemy bądź negujemy
Płaska jest nasza kryształowa kula
Wiecznie młoda, starość się w nią nie wtula

Naszych życzeń odgadnąć nie próbuje
Naszymi prywatnymi danymi już dysponuje
Nie daje się oszukać naszymi sztuczkami
Może szybko nazwać nas kłamczuszkami

Na jedno pytanie może dać niezliczoną ilość odpowiedzi
Nasz problem czasowy, że nasze życie kiedyś śmierć nawiedzi
Czytamy raczej tylko te, które są wysoko pozycjonowane
Łatwo jest zrozumieć nasz świat przez strony indeksowane

Z Internetem pojawiła się zaraz kwestia istnienia w tej nowej rzeczywistości. Głoszone były hasła, iż ktoś, kto nie ma adresu mailowego, to albo wtedy już nie istniał, albo wkrótce miał przestać istnieć. Młodszy wtedy o kilka dziesiątków lat Jostont, chciał jeszcze niewątpliwie istnieć, więc założył sobie wtedy konto, które niektórym czytelnikom jest znane.

Ale obecnie w zakresie digitalizacji nie dorasta do pięt przedszkolakom. Nieobecny w social mediach nie informuje świata i okolić zdjęciem swojego śniadania i innych posiłków. Jego mobilniok nie ma łotcapa i innych rzeczy. Blank do zadku, jaby tyn Malinowski jeszcze by żył, to nie musiałby tak daleko rajzować.

Dzisiaj ino z tym mailem, to wygląda dość blado, jest cyfrowo wykluczony w dobie apków do prawie już wszystkiego – a karawana jedzie dalej. Jak będzie wyglądał ten nowy wspaniały świat w 632 roku po Fordzie? To w tych warunkach jeszcze kupa czasu, naprawdę dużo może się wydarzyć.

Jostontowi chciałby się jednak tak z czystej ludzkiej ciekawości trocha dowiedzieć jak to wtedy tak mniej więcej będzie wyglądać – to jest normalne, Mama mu godała, że jej Oma, jak już było radio, to jej godała: Dziołcha, żeby to tak jeszcze szło tych godających zoboczyć – więc zadał to pytanie AI.

Sztuczna inteligencja udzieliła mu odpowiedzi godnej greckiej Pytii, czy jak to się nie po grecki mówi, na dwoje babka wróżyła, a mianowicie: „Jeśli chcesz, mogę Ci opowiedzieć, jak ten świat kontrastuje z innymi futurystycznymi wizjami”.

Jostont jej odpowiedział, że z taką odpowiedzią, to łona może się dać zaśklić – jak się to tu jeszcze kaj nie kaj godo – czym wloz jej chyba na ambicja, bo trocha pomyślała i doprecyzowała: „Rozrywka i konsumpcja ponad wszystko”.

Niby prosta odpowiedź znana już od dość trocha – panem et circenses – ale w dzisiejszych, a przede wszystkim w przyszłych czasach, może przybrać nowe znaczenie – kto wie jak to będzie funkcjonować.

Posiadając jeszcze starą kindersztubę, Jostont podziękował AI za wieczorny trud włożony w udzielanie odpowiedzi – i tu został zaskoczony – plus dodatni według klasyka – jej dobrym wychowaniem – i sprowadzony na ziemię nie wyrażoną wprost opinią o stanie jego edukacji – gdy przeczytał: „Nie ma za co — cieszę się, że mogłam pomóc! Niech noc będzie spokojna, a sny pełne szczęścia (takiego z definicji, jak i osobistego). Do zobaczenia, gdy znów zapragniesz rozmowy albo porcji wiedzy! Dobranoc!”.

Po co spać i tracić czas, lepiej śnić na jawie algorytmowo.

dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Ôstŏw ôdpowiydź