Kultura

Światło w tunelu

Profesor Ewald Mokrski-Strahl i doktor Wichta Sandmann błądzili w labiryncie tuneli, które zdawały się być utkane z samej metafizyki. W dłoniach trzymali karbidki, migoczące jak ostatnie resztki rozumu w epoce chaosu.

— Musimy iść naprzód — rzekł profesor, poprawiając okulary, które w tym mroku i tak niczego nie wyostrzały.— Naprzód? — prychnęła z nieskrywanym powątpiewaniem doktor. — A jeśli naprzód to tylko bardziej skomplikowany tył?

Obaj spojrzeli na siebie podejrzliwie. Ktoś z nich, choć żaden nie chciał się przyznać, posiał gdzieś w ciemności nitkę współczesnej Ariadny, więc odwrotu nie było.

— Nitka… — zamyślił się Mokrski-Strahl. — Dawniej była to wełna, dziś mogłaby być czymś bardziej subtelnym.— Dzisiaj? Subtelnym? — Sandmann uniosła brew, zdziwiona po raz kolejny — Raczej czymś banalnie praktycznym. Współczesna Ariadna nie daje podatnej na przerwanie nitki, tylko smartfon z GPS-em.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Profesor westchnął ciężko, jakby ta myśl obrażała jego arystotelesowskie ideały i zamiłowanie do posiłkowania się w sytuacjach ekstraordynaryjnych grecką i rzymską mitologią, ale skonstatował całkiem współcześnie — A może nitką jest historia wyszukiwań w Google, która prowadzi nas przez bezmiary informacji wszelakiej?

— Albo — dodała z przekąsem będąca z medialnymi nowinkami za pan brat Sandmann — wątkiem w mediach społecznościowych, gdzie każdy zostawia ślady zdjęć z posiłkami, by można go było bez problemu odnaleźć na podstawie gastrolokalizacji.

Zatrzymali się na chwilę, a karbidki rzucały na ściany tunelu cienie przypominające pajęcze sieci.

— Widzisz — podsumował jednak mitologicznie Mokrski-Strahl — współczesna Ariadna nie daje nam jednej nitki, lecz całą sieć. Internet jest jej kłębkiem, a my, biedni Tezeusze, plączemy się w niej, zamiast znaleźć wyjście

— To znaczy — Sandmann uśmiechnęła się smutno — że zamiast wyjść z labiryntu, możemy w nim zamieszkać. W końcu w epoce cyfrowej labirynt jest bardziej komfortowy niż wolność.

Profesor i Sadmann zatrzymali się, jakby ostatnie zdanie – po jego zrozumieniu – mogło być kluczem do wyjścia z ich sytuacji, więc należało je poddać w tym celu krytycznej analizie.

— „Labirynt bardziej komfortowy niż wolność”… — powtórzył Mokrski-Strahl, smakując słowa jak niedzielny obiad na Szopienicach. — To brzmi jak hipoteza, którą należałoby zweryfikować. Czy komfort jest kategorią epistemologiczną, czy tylko psychologiczną?

Sandmann uniosła swoją karbidkę ponad głowę, rzucając światło na ścianę, jakby chciała zobaczyć, czy tam wyżej zapisana jest odpowiedź.— Jeśli wolność oznacza niepewność, a labirynt daje poczucie struktury, to w istocie komfort może być iluzją porządku. Ludzie wolą plątać się w sieci, bo sieć daje im wrażenie, że są prowadzeni.
Profesor westchnął ciężko, jak po wejściu na Mazyberg w Mysłowicach.— Ale czy to nie oznacza, że wolność jest zbyt trudna do zniesienia? Że człowiek, zamiast szukać wyjścia, woli pozostać w systemie, który go oplata?

— Dokładnie — odparła schlagfertig Sandmann. — To paradoks współczesnej nauki: zamiast badać, jak wyjść z labiryntu, badamy, jak go urządzić, by był wygodniejszy. Tworzymy algorytmy, które nie prowadzą ku wyjściu, lecz ku coraz bardziej wyrafinowanym zakamarkom.

Profesora prawie zatkało, ale wykrztusił z siebie.— A więc obecnie nasza rola jako naukowców polega nie na tym, by wskazać wyjście, lecz by zaakceptować – i przekonywać innych – dlaczego powinniśmy w nim zostać. To pytanie o naturę poznania: czy jest ono wyjściem, czy tylko kolejnym korytarzem?

Idąc dalej ostrożnie do przodu jak przez Alpy Wełnowieckie, potykali się o zaruściałe drogowskazy, które w półmroku odczytywali z niejakim trudem. „Świetlana przyszłość”, „Blühende Landschaften”, „Brave New World” — hasła, które miały niegdyś prowadzić ku wyjściu, teraz wyglądały jak szydercze graffiti na ścianach tunelu.

Profesor zatrzymał się i zafrasowany mruknął przed siebie — Jeśli ktoś przed nami już tędy szedł, to co się stało, że my znowu musimy szukać wyjścia? Czyżby te drogowskazy prowadziły tylko w kółko?

Sandmann spojrzała na niego z uśmiechem politowania.— Może właśnie tak działa historia: każdy pokolenie idzie w stronę „świetlanej przyszłości”, a kończy w tym samym labiryncie. „Blühende Landschaften” kwitną tylko w przemowach a „Brave New World” okazuje się bardziej ponury niż stary świat.

Profesor spojrzał na swoją asystentkę z uznaniem za jej przenikliwe słowa i po chwili namysłu rzucił w jej kierunku: — A więc pytanie brzmi: czy idziemy we właściwą stronę, czy tylko w stronę kolejnej iluzji?

Zamilkli na moment, słuchając jak echo ich własnych słów odbija się od ścian tunelu. Sandmann odezwała się w końcu spokojnie, niemal szeptem:

— Tego nie wiadomo, Ewaldzie. Nie możemy rozstrzygnąć, czy to właściwa droga, czy kolejna iluzja. Musimy iść dalej, aż w końcu ujrzymy światło na końcu tunelu.

Mokrski-Strahl skinął głową, jakby przyjął tę niepewność (Grechuta mu w tym momencie nie chodził po głowie) jako jedyny pewnik, jaki im pozostał. W słabym świetle karbidek ruszyli naprzód, w stronę mroku, który być może krył w sobie obietnicę wyjścia — albo tylko następne rozczarowanie.

Po jeszcze kilku zakrętach w tunelu zaczęło pojawiać się z przodu rzeczywiście światło dzienne. Doktor Sandmann, porwana nagłym impulsem, jak koń wietrzący wodę, pobiegła ku niemu, a echo jej kroków odbijało się od kamiennych ścian. Nagle zatrzymała się oniemiała, jakby to, co ujrzała, rozsadzało granicę jej wyobraźni i oczekiwań.

Odwróciła się do sapiącego z tyłu profesora, który z trudem stawiał kolejne kroki, a jego karbidka wypadła mu z powodu podekscytowania z ręki. Jej twarz była blada, głos zaś matowy i stłumiony:
— Ewaldzie… nie. Zostań tam, gdzie jesteś. Twoje serce…

Foto: Stefan Pioskowik

dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Ôstŏw ôdpowiydź