Hart Wegner OFF PARADISE

Aleksander Lubina

Cykl: Literatura na Śląsku i po śląsku
Hart Wegner OFF PARADISE

Martin, the central character of Hart Wegner’s powerful short-story cycle, is a middle-aged German emigre who has found a home, of sorts, in the isolated and often surreal setting of contemporary Las Vegas. Exiled at the end of World War II with his parents from their beloved Silesia, the family struggles to come to terms with the turmoil of history and memory while they cope with the challenges of assimilation in an alien setting.

In stories that range from the Nevada desert to the lost world of prewar Silesia, Wegner explores, through the perspectives of Martin, his aging parents, and their small circle of fellow emigres, the intricate tapestry of the exile experience–childhood recollections of the vast and fertile plains of East Germany and the shelter of comfortable and loving homes, memories of the horrors of war, the guilt and terror and despair of displacement, the frustrations of finding one’s way in a new and alien culture, the precious ties of family and longtime friendship. And most of all, loss–the loss of home; of an identity formed by an ancient language, the details of a shared culture, and a common sense of past and of future; of loved ones; and finally, and most tragically, of memory itself.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Wegner’s characters are vividly and bravely human, bitter, tender, despairing, and full of hope. And ever-seeking a new home, a new place in which to belong after their long sojourn in the wilderness. The inner world of the exile has never been examined with such sympathy, such clarity, or such eloquence.

Martin, główny bohater potężnego cyklu opowiadań Harta Wegnera, to niemiecki emigrant w średnim wieku, który znalazł swego rodzaju dom w odizolowanym i często surrealistycznym otoczeniu współczesnego Las Vegas. Wygnana pod koniec II wojny światowej wraz z rodzicami z ukochanego Śląska, rodzina stara się pogodzić z zamętem historii i pamięci, jednocześnie zmagając się z wyzwaniami asymilacji w obcym otoczeniu. W opowieściach rozciągających się od pustyni Nevada po zaginiony świat przedwojennego Śląska Wegner bada – z perspektywy Martina, jego starzejących się rodziców i ich małego kręgu kolegów na emigracji – misterny gobelin doświadczeń wygnania – wspomnień z dzieciństwa rozległe i żyzne równiny Niemiec Wschodnich oraz schronienie w wygodnych i kochających domach, wspomnienia okropności wojny, poczucia winy, terroru i rozpaczy związanej z wysiedleniem, frustracje związane z odnalezieniem się w nowej i obcej kulturze, cenne więzi rodzinne i długoletnią przyjaźń. A przede wszystkim strata – utrata domu; tożsamości utworzonej przez starożytny język, szczegółów wspólnej kultury oraz wspólnego poczucia przeszłości i przyszłości; bliskich; i wreszcie, co najbardziej tragiczne, samej pamięci. Bohaterowie Wegnera są żywo i odważnie ludzcy, zgorzkniali, czuli, zrozpaczeni i pełni nadziei. I ciągle poszukujący nowego domu, nowego miejsca, do którego przynależą po długim pobycie na pustyni. Wewnętrzny świat wygnania nigdy nie był badany z taką sympatią, taką jasnością i taką elokwencją.

The eloquent, semiautobiographical stories in Wegner’s second collection (after Houses of Ivory) explore the everyday struggles and inner turmoils of an East German family coming to terms with life in present-day Las Vegas, Nev. The nine connected stories tell of Martin and his parents’ exile from Silesia, Germany, at the end of World War II, when the region was given to Poland. Martin was 13 when the war ended, and he still feels guilt at the memory of events over which he had no control. In ordinary conversations at meals, during holidays or standing around a swimming pool, the characters exchange tales spanning the middle of the 20th century. Their recollections movingly recount the dislocation and quiet suffering of millions of Germans during and after the war. In the title story, Martin’s childhood friend Lottel and her husband come for a visit and Lottel tries to recreate a favorite meal from the old country using ingredients purchased in a supermarket, but the meat and red cabbage dish proves disappointing: “True, they were happy being together at the same table after a half century away from Silesia, but the food that was to have reminded them of home didn’t have the flavor of the past.” Throughout, the book details near unimaginable losses—of identities, of homelands, of loved ones. The characters uneasily accept their exile status while fighting to preserve the memories—both good and bad—of the past. “I can’t just slip into a new life as if I were a confidence man gluing on a fake mustache,” Martin remarks. Despite the melancholy, this collection of measured, haunting stories is buoyed by underlying themes of survival and hope. (Sept.)
Wymowne, na wpół autobiograficzne historie z drugiego zbioru Wegnera (po Houses of Ivory) przedstawiają codzienne zmagania i wewnętrzne niepokoje wschodnioniemieckiej rodziny, która musi pogodzić się z życiem we współczesnym Las Vegas w stanie Nevada. Dziewięć połączonych ze sobą historii opowiada o Martinie i jego wygnanie rodziców ze Śląska w Niemczech pod koniec II wojny światowej, kiedy region ten został oddany Polsce. Martin miał 13 lat, gdy wojna się skończyła, a do dziś czuje poczucie winy na wspomnienie wydarzeń, na które nie miał wpływu. W zwykłych rozmowach przy posiłkach, podczas wakacji czy przy basenie bohaterowie wymieniają się opowieściami z połowy XX wieku. Ich wspomnienia we wzruszający sposób opowiadają o przesiedleniach i cichych cierpieniach milionów Niemców w czasie wojny i po niej. W tytułowym opowiadaniu przyjaciółka Martina z dzieciństwa, Lottel, wraz z mężem odwiedzają ją, a Lottel próbuje odtworzyć ulubione danie ze starego kraju, korzystając ze składników zakupionych w supermarkecie, ale danie z mięsem i czerwoną kapustą okazuje się rozczarowujące: „To prawda, były szczęśliwi, że po pół wieku z dala od Śląska mogą być razem przy jednym stole, ale jedzenie, które miało przypominać im dom, nie miało już smaku przeszłości.” W książce szczegółowo opisano niewyobrażalne straty – tożsamości, ojczyzn, bliskich. Bohaterowie z trudem akceptują swój status wygnania, walcząc o zachowanie wspomnień – zarówno dobrych, jak i złych – z przeszłości. „Nie mogę tak po prostu wkraść się w nowe życie, jakbym był pewnym siebie facetem przyklejającym sztuczne wąsy” – zauważa Martin. Pomimo melancholii, ten zbiór wyważonych, zapadających w pamięć historii jest napędzany motywami przetrwania i nadziei. (wrzesień)

O książce tej na stronach wachtyrza. eu pisał, ilustrując bogato i rzetelnie dokumentując, pan Piotr Kczmarczyk – rodem z Wrocławia, mieszka w Wałbrzychu, kolebce śląskiego górnictwa kruszcowego i węglowego; absolwent Instytutu Inżynierii Lądowej Politechniki Wrocławskiej, przez 30 lat był zawodowo związany z przemysłem wydobywczym oraz przeróbki kopalin a także z przemysłem przetwórczym żywności na Dolnym i Górnym Śląsku. Pasje – historia, i choć w niej szczególne miejsce mają od ponad dwóch dekad dzieje Śląska, to i tak wciąż odkrywa jego różnorodność, wieloznaczność, wielokulturowość oraz przebogate pokłady jego dawnej prężności, bogactwa materialnego i kultury. Inne – muzyka, szczególnie klasyczna, także ta najnowsza, pisana w ostatnich latach; fotografia. Sercem Brochowianin, bo tam się wychował – stąd niejako wrodzona fascynacja koleją. Uważa, że w czasach tak bardzo przeładowanych wszechotaczającą informacją i tak przegadanych rola poezji, w tym współczesnej, teraz tworzonej, jest nie do przecenienia. (za wachtyrz.eu)

https://wachtyrz.eu/hart-wegner-off-paradise-cz-1/
https://wachtyrz.eu/hart-wegner-off-paradise-cz-2/
Poniżej fragmenty w tłumaczeniu pana Piotra Kaczmarczyka:
Hart Wegner: Off Paradise – cz.1
– Nie, nie Lottel! – Chociaż matka mówiła do słuchawki telefonu, to jej głos był tak donośny, jakby musiał dotrzeć aż do hotelu Sahara. – Nie! Najpierw musisz przejechać Paradise Road. Tak, jak Paradies mit Adam und Eva.
Z wygodnego fotela w salonie domu swoich rodziców Martin obserwował matkę, która rozmawiała przez telefon. Chociaż była przygarbiona ze starości, perspektywa gości z ojczyzny – nie tylko że z Niemiec, ale ze Śląska – codziennie napełniała ją taką energią, że przygotowywała dom tak, jakby miały go odwiedzić osoby wysoko urodzone. Chociaż znała rodzinę Lottel od blisko siedemdziesięciu lat, nie widziała jej od pięciu lub sześciu lat po zakończeniu wojny.
Ileż to razy słyszał, jak udzielała szczegółowych instrukcji ludziom spoza miasta? Jej gośćmi byli w większości Niemcy, którzy po wojnie osiedlili się w Ameryce, w Salt Lake City lub w południowej Kalifornii, ale czasami przyjezdni bezpośrednio z Niemiec. Dom matki nie był trudny do znalezienia, ale jej szczegółowe instrukcje sprawiały, że słuchającym ją mogło się wydawać, że jest odwrotnie. Po prostu chciała pomóc tak bardzo jak tylko mogła; poza tym bardzo wierzyła, że wszystko w końcu ułoży się dobrze.
Martin nie mógł sobie przypomnieć, kiedy ostatnio widział Lottel. Zaczął liczyć lata i swoje podróże do Europy. Zawsze, gdy tam był, odwiedzał Lottel i jej rodzinę w Bremie.
„Czy nadal mógłbym tam mieszkać?” Często zadawał sobie to pytanie, a ilekroć to robił, przypominał sobie incydent w Lipsku.
Stało się to podczas jego pierwszego powrotu na Śląsk po ucieczce zimą 1945 r. Zatrzymał się w najlepszym hotelu w Lipsku. Żeby zamieszkać w hotelu, musiał zapłacić w dolarach za pakiet obejmujący zatęchły pokój i zimne śniadanie. Minął rozłożone jedzenie i wziął dwie bułki i kilka kawałków wędlin. Kasjerka najpierw spojrzała na niego i na jego tacę, a potem wyjęła widelec z kieszeni na piersi munduru. Dłubiąc w jego stosiku wędlin, odwracała każdy z plasterków salami. Martin zastanawiał się, czy miała nadzieję znaleźć coś tam znaleźć. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że zaglądała pod większe plasterki, żeby sprawdzić, czy pod spodem nie ukrył mniejszego. Następnie oznajmiła mu w głosem wibrującym belferską prawością, że musi dodatkowo płacić – i to dopłacić w dolarach, dodała – ponieważ wziął dwa plasterki za dużo.
Często się zastanawiał, czy to była tylko socjalistyczna biurokracja, czy też odzwierciedlenie małostkowości, jakiej zazwyczaj nie znajdował u Amerykanów.
Może dlatego nigdy nie mógł wrócić do Niemiec, ponieważ wierzył – i zatrzymał to dla siebie – że to nie komunizm odpowiadał za widelec w kieszeni fartucha kasjerki. Jego rodzice skuteczniej zerwali ze Starym Krajem niż Martin. Po zacumowaniu statku na Brooklynie nigdy nie wrócili do Niemiec i zamiast tego całym sercem zaangażowali się w nowe życie w Ameryce. Martin nie mógł sobie przypomnieć, czy jego rodzice kiedykolwiek mu powiedzieli, że krytykowanie Ameryki jest oznaką niewdzięczności, ale jeśli mu tego nie powiedzieli, to zawsze było to zrozumiałe. W wielu rozmowach i we wszystkich modlitwach rodzinnych nigdy nie zapomniali, że byli wdzięczni Bogu za doprowadzenie ich do Ziemi Obiecanej. Do dziś w oczach jego matki wszelka krytyka lokalnych lub narodowych wad była wyraźnie oznaką niewdzięczności wobec tych, który ich tu przyjęli.
Często czuł się nieswojo, gdy słyszał, jak jego matka cytowała z Biblii cytat o ręce Pana. Szczególnie lubiła Eliasza, a ręka Pana była z nim, kiedy „przepasał swoje biodra i pobiegł przed Achabem do bram Jezreel” (1 Księga Królewska 18:46 – przyp. PK). Czuł się zaniepokojony, ponieważ często był wzywany do zrobienia czegoś, ponieważ sugerowano mu, że pragnieniem Pana było, aby on, Martin, uczynił coś w rodzaju przepasania sobie lędźwi i pojechał sam do Ameryki, aby znaleźć nowy dom dla swojej rodziny. Czuł się nieswojo, ponieważ także czytywał Biblię i zapamiętał bardzo różne cytaty o dłoni Pana. To mógł być Łukasz, który powiedział o Janie Chrzcicielu, że „ręka Pańska była z nim”. Jak to się dla niego skończyło? Święty Paweł był bliżej tego, co Martin myślał o życiu, kiedy napisał: „Straszną rzeczą jest wpaść w ręce Boga żywego”. Ale matka nigdy nie cytowała tych wersetów.
Martin rozumował inaczej niż ona. Jeśli przywiodła cię tu wola Boża, to było to jak powołanie. On sam został wcielony do armii amerykańskiej podczas wojny koreańskiej, niecały rok po przyjeździe z Europy. Jako poborowy mógłbyś narzekać na jedzenie wojskowe, swoją pryczę, dwudziestopięciomilowe marsze, ale gdybyś zgłosił się na ochotnika, to najlepiej było spokojnie przyjąć to, co rozkazał ci sierżant; w przeciwnym razie poborowi w koszarach ciągle by ci przypominali, że to twoja wina, że w ogóle tam jesteś. Martin obserwował swoją matkę, która słuchała głosu w telefonie. Wiedział, że Lottel będzie próbowała powstrzymać ją przed wyczekiwaniem przed domem.
– Aber natürlich – upierała się matka. – Będę stała na ulicy. Mam nadzieję, że nadal mnie rozpoznajesz. Gdy mnie ujrzycie, od razu znajdziecie nasz dom, Auf Wiedersehen!
Zauważył, że jego matka coraz częściej posługiwała się niemieckim pożegnaniem, nawet wobec swoich amerykańskich przyjaciół. Trzymając słuchawkę przed sobą, jakby to był mikrofon, a ona była piosenkarką, mówiła „do ponownego zobaczenia” głośniej i z taką wiarą w swój głos, jakby on sam był w stanie to zapewnić. Drugie zdanie, którego zawsze używała, kiedy Martin prowadził ją do kościoła, bolesny krok za krokiem, była odpowiedź na pytanie „How are you? / Jak się masz?” Pochylona, kiedy teraz stała, podnosiła głowę, patrzyła z dumnym uśmiechem na twarz pytającego i mówiła powoli i celowo: „I…am…here / Ja. . . jestem . . . tutaj.” Musiałaby tylko dodać „amen”, a potem mogłaby to ofiarować jako świadectwo Bogu i zborowi, że wciąż żyje.
Słysząc, jak jego matka mówi przez telefon „auf Wiedersehen” do Lottel, Martinowi przypomniało się, że znała Lottel od urodzenia w tej samej kamienicy i w tym samym roku, w którym urodził się Martin a znała jej rodziców jeszcze wcześniej. Teraz oboje, Lottel i jej mąż, przeszli na emeryturę i wybrali się w podróż przez Amerykański Zachód. Ich pierwszym przystankiem było Las Vegas, gdzie odebrali wynajęty samochód bezpośrednio na lotnisku. To był tydzień przed Bożym Narodzeniem i Martin był pewien, że cieplejsza pogoda ucieszy ich bardziej niż cokolwiek innego, zwłaszcza że Brema była zimna i mokra. Martin odwiedził kiedyś Lottel w bloku mieszkalnym okolonym wielkim trawnikiem. Pogoda nie sprzyjała wakacjom, chociaż był lipiec. Dzień po dniu spoglądał w dół z trzeciego piętra na deszcz kapiący na mewy żerujące w bujnej trawie. Przez cały tydzień padało w tak ponury i beznadziejny sposób, w jaki może padać tylko deszcz nad Morzem Północnym.
Kiedy stanęli w drzwiach, Martin przytulił Lottel. Była niska i tęga, a jej siwe włosy tworzyły dywan z ciasnych loków. Jak włosy lalki, pomyślał Martin, patrząc przez jej głowę i schodząc po schodach na podjazd, gdzie jej mąż wyciągał walizki z wypożyczonego samochodu. Cofnęła się przez próg, żeby spojrzeć na niego ze spocznika przy wejściu. Przypomniało mu to sytuację, gdy jego ojciec kupował garnitur i nalegał na wyniesienie go na światło dzienne, aby zobaczyć prawdziwy kolor materiału. „Czy wyglądam prawdziwie?” Martin zażartował. „Za każdym razem, gdy się spotykamy, wyglądasz jak inna osoba” – potrząsnęła głową. „Ciągle się zmieniam, bo muszę się dostosowywać. Gdybym przeżył całe życie w Niemczech, kto wie, mógłbym zostać taki sam”. Zdał sobie sprawę, że zabrzmiał nieprzyjaźnie, więc postanowił jej nie mówić, że zawsze ją rozpozna, bo wcale się nie zmieniła.
– Nie widzę wieńca zwisającego z sufitu. Jak Amerykanie obchodzą Adwent? – Horst wydawał się być zdziwiony.
– To tutaj nie jest powszechne. – Martin skończył na tym wyjaśnienia.
– A co z Bożym Narodzeniem?
Matka zamyśliła się chwilę. Martin był pewien, że zmilczy, ponieważ nigdy nie chciała, aby o niej myślano, że jest krytyczna wobec czegokolwiek amerykańskiego.
– Głównie zakupy – odpowiedziała w końcu.
Horst, który zwykle pozwalał mówić swojej żonie, zgodził się. – To samo teraz w Niemczech, głównie zakupy.
W międzyczasie matka przemyślała własną odpowiedź. – Ale mają wszędzie choinki, niektóre z nich już w październiku.
– Myślę o naszych wspólnych świętach Bożego Narodzenia w Brockau – powiedziała Lottel. – Były tak różne od tego, co mamy teraz. Pamiętam przede wszystkim tworzenie. Wydawało się, że przez całe tygodnie Adwentu robiliśmy mnóstwo rzeczy. Wycinaliśmy, sklejaliśmy i malowaliśmy, a moja mama w każdą grudniową niedzielę zapalała jedną z wielkich czerwonych świec adwentowych. Wszystkie te arkusze złotego i srebrnego papieru … .
Pulstrstrasse w Brockau obecnie ul. Leonarda da Vinci w Brochowie, ulica gdzie przyszli na świat i mieszkali Martin i Lotte. Zabudowa ulicy po prawej stronie oraz widoczny kościół Św. Ducha obecnie nie istnieją. Kiedyś znajdowały się przy niej składy fabryki Arthur Pulst – Breslauer Isoliermittelfabrik und Putztuch – Silesia, stąd pierwotna nazwa ulicy.
– Kupowałaś swoje u Dudka*? – przerwał Martin. Dudek był sprzedawcą wyrobów papierniczych, u którego Martin kupił swoje pierwsze książki, te, które nie były prezentami od matki. Kiedy był mały, rodzice zabrali go do Dudka, gdzie mógł wybierać z arkusze do wycinania figurek, dzikich zwierząt, był też cały cyrk no i żołnierze. Przeważnie wybierał żołnierzy, ponieważ lubił różne historyczne mundury. „Tak, arkusze srebrnej i złotej folii kupowaliśmy u Dudka. Pamiętasz, jak przycinałeś papier w paski tak szerokie jak mój palec. Wtedy mógł mieć szerokość dwóch moich palców”. Lottel zaśmiała się dobrodusznie. „Sklejaliśmy paski w ogniwa, a następnie łączyliśmy je w długie łańcuchy”.
– A potem zawieszaliśmy łańcuchy na choince! – Matka roześmiała się, przypominając sobie czas, kiedy wszyscy byli jeszcze w domu. – Pamiętam was dwoje, jak siedzieliście przy kuchennym stole, pochyleni nad bożonarodzeniowymi wycinankami. . . – Matka spojrzała na Lottel i Martina a potem potrząsnęła głową, jakby nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła. – Całe życie temu, całe życie temu.
Powrót do rodzinnego domu, gdzie Martin po raz pierwszy zobaczył udekorowane i oświetlone drzewko w Wigilię Bożego Narodzenia, kiedy wręczano prezenty. Ojciec i matka godzinami urzędowali w salonie za zamkniętymi drzwiami, podczas gdy Martin i jego babcia musieli czekać na zewnątrz w ciemnym korytarzu. Zanim drzwi się otworzyły, musiało następowało przesłuchanie Martina. Ojciec – stojący za drzwiami – zniżał głos, aż zagrzmiał, jakby rzeczywiście był świętym Mikołajem**. Pytał poważnym tonem, jak chłopiec radził sobie w ciągu roku. Martin udawał, że to nie głos jego ojca a udawał tak dobrze, że aż drżał z emocji w ciemności. Odpowiadał odważnie, ściskając babcię za rękę. Jego twarz płonęła, gdy podniecenie opadło, nie mógł już dłużej się powstrzymać i zaczynał biec w miejscu przed ciemnymi drzwiami. Pytania zawsze kończyły się radami: bądź posłuszny Ojcu i Matce, ucz się, bądź dobry. Wtedy ojciec zmieniał głos z tego niskiego na swój i z powrotem, niby żegnając się z kimś obcym. Martin słyszał przez drzwi kroki, a potem otwieranie i zamykanie okna. Nawet wtedy, kiedy udawał, że jest przestraszony, a potem z uczuciem ulgi uradowany, wiedział, że otworzono tylko wewnętrzną stronę podwójnych okien, ponieważ jego rodzice, zawsze troszcząc się o jego zdrowie, z pewnością nie wpuściliby podmuchu lodowatego powietrza tuż przed jego wejściem do pokoju. Często chorował na Boże Narodzenie i ustawiano mu ogrodowy leżak w pokoju z prezentami.
Wreszcie, kiedy Martin przechodził od biegu w miejscu do kręcenia się w kółko drzwi otwierały się powoli, jakby nie-ludzka ręka naciskała na klamkę, wychodził z ciemności wprost w jaskrawe światło. Świece i zimne ognie na choince już się paliły, a cały stół w jadalni, a nawet i blat mahoniowego biurka ojca, były przykryte prezentami, a wśród tych prezentów było jeszcze więcej świec. Martin nigdy nie wiedział na co pośród tych wszystkich prezentów powinien wpierw spojrzeć; czy skupić się na drzewku czy też patrzeć na ojca i matkę, którzy promienieją radością.
W te ostatnie święta Bożego Narodzenia w domu radość została zmącona odgłosami zbliżającej się wojny. Pierwszy nalot miał miejsce w październiku. W Boże Narodzenie słychać było ostrzał artyleryjski z frontu wschodniego, który stawał się coraz głośniejszy, aż w styczniu musieli uciekać. Nawet jeśli Martin nie wiedział, jak poważna była ich sytuacja, w której się znaleźli, dorośli w domu wiedzieli. Kiedy w październiku nadleciały bombowce, Martin wyszedł z piwnicy podczas nalotu. Stojąc w ogrodzie, wsłuchiwał się w wybuchy pocisków ognia przeciwlotniczego nad miastem.
Schüler als Luftwaffenhelfer 1943. Uczniowie w służbie pomocniczej jako obsługa karabinu przeciwlotniczego.
Starszych chłopców zabrano ze szkoły i to oni teraz obsadzali tę broń. Stojąc w nocy na zewnątrz, usłyszał dziwny szelest opadłych liści. Schylił się i znalazł mały, poszarpany odłamek stali z pocisku artyleryjskiego. Był jeszcze gorący. Pomiędzy eksplozjami na niebie wciąż słyszał szelest, jakby padały pierwsze krople deszczu. Nie bał się, ale wrócił do piwnicy. Nikomu nie pokazał stalowej drzazgi, którą wsunął do kieszeni. Trochę ostygła, ale nadal czuł ciepło na udzie. Zastanawiał się, dlaczego rodzice pozwolili mu wyjść podczas nalotu. Wszyscy skulili się w piwnicy, tak blisko stosu skopcowanych ziemniaków, że Martin aż czuł nozdrzami kwaśny zapach ziemi. Róg ich piwnicy był słabo oświetlony małą świeczką, jej blask nie sięgał na tyle daleko, aby oświetlać stosy węgla i koksu, stosy brykietów i beczki, w których peklowano kapustę. Babcia chowała się między beczkami z kapustą pod cynkową wanną, którą nałożyła na siebie. Martin uśmiechnął się, kiedy pomyślał o tej scenie, ponieważ przez wiele godzin kulili się ze strachu przed eksplozjami pocisków przeciwlotniczych, wierząc, że słyszą wybuchy bomb. W ich pobliżu nie spadły żadne bomby, ale nie nauczyli się jeszcze rozróżniać różnych rodzajów eksplozji. Na to miał przyjść czas później.
Ale nie te ostatnie Święta Bożego Narodzenia na Śląsku Martin zapamiętał najlepiej, lecz te o rok wcześniej. Wracał do domu pociągiem z Militsch / Milicza, gdzie pojechał wysłany poza miasto ze względu na naloty. Odbył samodzielnie dwugodzinną podróż powrotną pociągiem nie wiedząc, że nigdy już tam nie wróci. I chociaż był na tyle dorosły, żeby mieszkać w innym mieście – miał dwanaście lat – nadal był przesłuchiwany przed ciemnymi drzwiami. Kiedy się otworzyły i zamieniły w białe drzwi, wzrok Martina najpierw spoczął na choince, ale natychmiast przeniósł się na lśniącą linię stu – policzył je później – świeżo odlanych cynowych żołnierzyków. Ich karabiny, noszone na ramionach, błyszczały w świetle bożonarodzeniowych świec.
„Ach ja” – mruknęła matka Martina. „Ach, Christmas”.
– W Boże Narodzenie jest tak mało religii. Mam na myśli czasy obecne. – powiedział Horst.
– Chodzisz do kościoła? – Martin spytał Lottel.
– Nie, ja nie, ale mama chodzi. To znaczy chodziła.
– Dlaczego przestała?
– Kiedy nie mogła już jeździć na rowerze.
– To nie macie kościoła w swojej okolicy, do którego twoja matka mogłaby chodzić na nabożeństwa?
– Nie lubiła pastora w naszym kościele, więc zaczęła jeździć na rowerze do Bremy, aby móc modlić się w innej parafii.
– Nie jeździłaś z nią, prawda?
– Nie, nie jeździłam. Prawdę mówiąc, w ogóle nie chodzę do kościoła. Czy to wyznanie w końcu cię usatysfakcjonuje?
– Poganka, tym właśnie jesteś. – Martin powiedział to z uśmiechem, ale Lottel nie odwzajemniła uśmiechu. Wiedział, że nie pasowała do kategorii tych, których żartobliwie nazywał „poganami”, tych, którzy nie potrafili zidentyfikować prostego biblijnego cytatu, gdy był on wtrącony w rozmowę lub tych, którzy hałasowali kosiarkami w niedzielny poranek. Wiedział, że jest luteranką, ponieważ chodził z nią na lekcje religii w Brockau. On i jego rodzina nie byli luteranami, ale jego ojciec uważał, że każda nauka religii jest lepsza niż żadna.
Jako dzieci bawili się razem z Lottel, początkowo prawie codziennie. W czasie wojny, kiedy ewakuowano uczniów z miast, on i ona zostali wysłani do różnych miast na Śląsku. A po wojnie, gdy podróżowanie było możliwe, mieszkali w różnych strefach podzielonych Niemiec. W końcu wyjechał do Ameryki i nie widzieli się od wielu lat, ale kiedy w końcu wrócił do Europy, zawitał do niej i Horsta i rozmawiali do późna w nocy.
Tej nocy dowiedział się o rozgoryczeniu Lottel. W jakiś sposób nadal była wierząca, mimo że pokłóciła się ze swoim kościołem i żywiła urazę do Boga. Jej kłótnia z Bogiem wyrosła z tego samego pnia, co jej niechęć do rządu niemieckiego, ponieważ Bóg milczał, gdy kanclerz zrezygnował z wszelkich niemieckich roszczeń do Śląska i innych terytoriów na wschód od Niemiec Wschodnich. Nie mogła pozostać lojalna wobec rządu lub kościoła, który działał nie kierując się wyższą moralnością niż pospolity biznes żądny zysków ze sprzedaży. Dla niej Bóg nie był wart modlitw, ponieważ pozwolił na wojnę, która najpierw zabrała jej ojca, potem dom, cały jej dobytek, nawet groby jej przodków, a na koniec nawet jej tożsamość.
– Kiedy tylko mogę, wspominam, że jestem Ślązakiem – powiedział Martin.
– Czy ludzie tutaj wiedzą, czym był Śląsk? – zapytał Horst.
– Nie.
– To po co oznajmiać, że jest się Ślązakiem, jeśli nikt nie wie, kto to jest. . . był? To tylko pozory, nic więcej. – Lottel nagle się rozgniewała, jak to często bywało, gdy temat Śląska stawał się częścią rozmowy. Siedziała milcząc, wkrótce ponownie zebrało się jej na wynurzenia.
– W Niemczech nie jest inaczej. Nikt nie chce o tym słyszeć, nikt nie żałuje Śląska. Milion zabitych podczas ucieczki lub zabitych po wojnie. Zastrzelonych, zatłuczonych drągami, zagłodzonych . . . .
Martin podniósł rękę, aby jej przerwać.
– Amerykanie mogą cię zapytać, nie spodziewając się zbytnio odpowiedzi na swoje pytanie: ‘Czego oczekujesz? Przecież to wy zaczęliście wojnę’.
– My Ślązacy nie rozpoczęliśmy wojny – odpowiedziała gorąco Lottel.
– Ale my jesteśmy Niemcami.
– Ale to my jesteśmy tymi, którzy musieli zapłacić cenę, nie Bawarowie, nie Sasi i wszyscy inni, którzy mogli wrócić do swoich miast. Ich domy mogły być zbombardowane, ale nadal mieli swój Heimat”.
– Ale ja czuję się winny, – powiedział cicho Martin.
– Dlaczego miałbyś czuć się winny? – odpowiedziała gorąco Lottel, –Miałeś dwanaście, trzynaście lat, kiedy wojna się skończyła.
– Trzynaście – odpowiedział.
– Nawet Volkssturm nie mógł cię zwerbować. Nawet pod sam koniec wojny, wiosną 1945 r., doszli tylko do czternastolatków. Dlaczego miałbyś czuć się winny? Co kiedykolwiek komuś zrobiłeś?
– Kiedy przyjechałem do Ameryki, wojna trwała zaledwie kilka lat. Gdziekolwiek szedłem do pracy, byłem jedynym Niemcem, naznaczonym ciężkim akcentem nowo przybyłego. Wszędzie wokół mnie, w filmach, w telewizji – która był jeszcze tak nowa, że moja ciotka miała pierwszy telewizor w bloku – i w magazynach, ciągle widziałem zdjęcia niemieckich okrucieństw. Rzeczywiste, jak w filmie dokumentalnym lub wyimaginowane w umysłach pisarzy; ostatecznie przestało mieć znaczenie. W obliczu zdjęć stosów wyniszczonych ludzkich zwłok zacząłem czuć się winny nie z powodu wszystkiego, co kiedykolwiek zrobiłem lub czego nie zrobiłem, ale za to, o co moi rodacy zostali oskarżeni przez dokonanie lub zaniedbanie. Zanim skończyłem dwadzieścia jeden lat, poczułem się winny i to nie ustało.
– Później poczułem się winny za to, co zrobiła biała Ameryka podczas niewolnictwa – chociaż moi przodkowie pracowali w biedzie na śląskich polach – i za to, co uczyniono Indianom. Potem przyszedł Wietnam i jeszcze więcej poczucia winy.
– Ale trzeba przyznać, że po wojnie to nas, Ślązaków, uczyniono kozłami ofiarnymi przegranej wojny i grzechów Niemiec.
– Czy wiesz, jak wybrano kozła ofiarnego? – zapytał Martin. – W Księdze Kapłańskiej, trzeciej księdze Mojżesza. . .
– Żydzi” – powiedział Horst.
– Tak, Żydzi – kontynuował Martin, – Wybrano dwa najlepsze kozły. Następnie losowano i jeden kozioł został złożony w ofierze na ołtarzu z kamienia polnego. A drugi, Azazel, został przyprowadzony do Aarona Lewity, który położył obie ręce na głowie kozła i wyznał mu grzechy synów Izraela. Następnie kozła wypędzono z obozu na pustynię, aby wyniósł wszystkie grzechy między rogami.
– Co się z nim stało? – zapytał Horst.
– Wędrował po pustyni, nawiedzany przez demony zamieszkujące pustynię, aż Bóg zabrał go do siebie, a wraz z nim wszystkie grzechy, które niósł na karku.
– Większość historii ze Starego Testamentu nie kończy się zbyt dobrze – powiedziała matka.
– Przynajmniej kozioł ofiarny żył i nie został złożony w ofierze na żadnym ołtarzu.
– Mówisz jak prawdziwy wygnaniec! – Martin zaśmiał się.
– Teraz łatwo się śmiać, ale wtedy było zupełnie inaczej. Ty i ja byliśmy dziećmi. Nasi rodzice byli tymi, którzy planowali i martwili się … .
– I modlili się! – Matka szybko dodała.
– A co do przegranej, to co tak naprawdę straciłeś? Czy tylko twoje zabawki?
Martin skinął głową. Lottel miała rację. Co stracił? Stracił to, co powinien odziedziczyć. Nie tylko dom i ogród, ale prawo do domu rodzinnego, prawo do rzek, gór, języka, przeszłości i przyszłości.
Breslauer Strasse mit Banhofplatz obecnie ul. I. Mościckiego (tradycyjnie wśród starszych mieszkańców ul. Wrocławska). Cała widoczna zabudowa nie istnieje.
– Wcześniej rozmawialiśmy o religii w Boże Narodzenie. . . cała ta historia o koźle ofiarnym. Tutaj, w Ameryce, ludzie przychodzą nawet do naszych drzwi – Matka wskazała na frontowe drzwi. – Ustawiają się na podeście i śpiewają o narodzinach naszego Pana w żłobie. I nie chcą za to niczego. To jest miłe.
Wszyscy skinęli głowami, nawet Martin, który zaczynał odczuwać zadowolenie z tego, jak jego opowieść o koźle ofiarnym została odebrana. Obawiał się, że albo nikt jej nie zrozumie, albo że nikt nie będzie chciał jej słuchać. Dobrze, że mama wspomniała o żłobie. Zawsze lubił myśleć o niemowlęciu w żłobie, bo wciąż pamiętał zapach słomy i siana z nocy, które spędzili śpiąc w stodołach i stajniach podczas długiej drogi przez Śląsk.
– To podoba się pani tutaj? – zapytał Horst.
– Zawsze chodziliśmy tam, gdzie prowadziła nas Jego ręka. – odpowiedziała matka. – Przeżyliśmy, uszliśmy z życiem. Ale bez Niego … .
Wskazała w górę i potrząsnęła głową. Dwa palce jej uniesionej dłoni były luźno złożone, podczas gdy trzy palce stały sztywno w tym samym milczącym geście świadectwa i błogosławieństwa, które Martin widział na ciemnych rosyjskich ikonach.
– Bez Niego, gdzie byśmy byli? Nie ocalilibyśmy nawet naszego kruchego życia. Kiedy uciekaliśmy z Brockau, Bóg posłał nam pociąg, jedyny, który miał nas zawieźć we właściwe miejsce. Na ślepo natknęliśmy się na niego, potrącani i popychani przez innych, którzy wpadali w panikę, ponieważ ten pociąg mógł być ostatnim. Zgodnie z Jego wolą pociąg zawiózł nas do Waldenburga.
Waldenburg Altwasser, Wałbrzych – Stary Zdrój, lata 1930 – 1940.
– Pani się tam urodziła, nieprawdaż? – spytała Lottel.
– Tak, urodziłam się w Waldenburgu. – przytaknęła matka. – Pociąg mógł pojechać do Glatz lub innego miejsca, w którym znaleźlibyśmy się w potrzasku. Kiedy przyszedł czas na ucieczkę z Waldenburga, Bóg przysłał nam ciężarówkę. Następnie wysłał nam kolejny pociąg, który zatrzymał się w nocy i z tego pociągu obserwowaliśmy płonące Drezno ***. Prowadził Izraelitów jako ten słup ognia. Nas prowadził przez miasta płonące w nocy. – patrzyła prosto przed siebie, podczas gdy pozostali w milczeniu kiwali głowami. – I kiedy wędrowaliśmy do domu, po tych niebezpiecznych drogach, On chronił nas w cieniu swoich skrzydeł.
– Uciekła pani z jednym odzieniem na sobie. – powiedział Horst. – Jest coś dziwnego w utracie wszystkiego i rozpaczaniu z tego powodu.”

Dej pozōr tyż:  Zdarzyło się w lipcu – śląskie kalendarium

Pan Piotr Kaczmarczyk przedstawił także postać Harta Wegnera:

Hart Wegner jest emerytowanym profesorem germanistyki, literatury porównawczej i filmoznawstwa na Uniwersytecie Stanu Nevada w Las Vegas (UNLV). Kształcił się wpierw w stolicy Śląska, Breslau / Wrocławiu, w Elisabetschule (Elisabethanum – gimnazjum przy św. Elżbiecie – przyp. PK) – szkole założonej 200 lat przed odkryciem Ameryki przez Kolumba. Po ucieczce wraz z rodziną jako 13 latek przed zbliżającym się frontem rosyjskim w wieku 15 lat zmuszony był podjąć pracę na kopalni węgla Shamrock w Zagłębiu Ruhry w Westfalii w Niemczech. Po osiągnięciu pełnoletności wyemigrował do Stanów Zjednoczonych (miał tam rodzinę), do których przybyli parę lat po nim jego rodzice. Ironią losu było to, że Wegner ukończył następnie szkołę wywiadu wojskowego armii amerykańskiej w okresie wojny koreańskiej. W ramach G.I. Bill (ustawa o programie pomocy żołnierzom, którzy zakończyli służbę wojskową służąc na wojnie – przyp. PK) studiował filozofię i historię na Uniwersytecie Wiedeńskim. Po powrocie do USA uzyskał tytuł magistra na Uniwersytecie Utah oraz obronił pracę doktorską na Uniwersytecie Harvarda.
Otrzymał liczne stypendia i nagrody:
• Pushcart Prize for Best American Short Stories,
• był pierwszym pisarzem urodzonym za granicą, który został wybrany do Nevada Writers Hall of Fame,
• otrzymał nagrodę im. Charlesa Vandy za kreatywność w pierwszym roku jej przyznawania,
• Regents Award for Creativity w drugim roku jej przyznawania,
• Nagrodę Williama Morrisa za wybitne osiągnięcia w nauczaniu,
• w 1998 roku otrzymał tytuł doktora honoris causa w dziedzinie sztuk pięknych na Uniwersytecie Shenandoah w Wirginii,
• w 2013 roku otrzymał prestiżową Umhoefer Prize for Achievements in the Humanities za całokształt pisarstwa w dziedzinie filmoznawstwa, przyznawaną przez magazyn New Yorker.
Poza pisaniem podręczników filmoznawstwa („Teaching with Film” i inne) , prof. Wegner publikował również eseje i prace o Johnie Gardnerze, V. S. Naipaulu, Brusie Chatwinie, Bertoldzie Brechcie, Vittorii de Sica, Jeanie Renoirze, Wergiliuszu, Goethem, Otto Premingerze, Douglasie Sirku, Johnie Fordzie, Friedrichu Dürrenmatcie i innych. Odtworzył oryginalny scenariusz “Błękitnego Anioła” Josefa von Sternberga (Der blaue Engel, wyd. Harcourt Brace).
Jako pisarz wydał dwa tomiki opowiadań:
„Houses of Ivory” („Domy z Kości Słoniowej”, wyd. Soho Press, 1996). “Houses of Ivory” zostały wydane również przez Bibliotekę Kongresu jako audiobook dla niewidomych a nagrane przez Capital American Foundation for the Blind.
„Off Paradise” („Z dala od Raju”, wyd. University of Nevada Press), jego drugi zbiór opowiadań, ukazał się w 2001 roku.
Zupełnie innym dziełem Profesora jest „The End of the Word” („Koniec ery słowa”) – został po raz pierwszy wydany w 2006 roku. Jak pisze sam Autor:
„Jest to książka, która zwraca uwagę na niebezpieczeństwa, na jakie narażone jest słowo: znaki, symbole, skróty, logotypy i inne języki obrazkowe, itp. zagrażają mu. Książka ma wiele ilustracji logotypów, tatuaży, piktogramów wczesnego pisma chińskiego i tym podobnych. Jest to książka, którą mógłby napisać w naszych czasach Don Kichot. Koniec słowa oznacza dla mnie koniec naszego języka literackiego opartego na słowie, a nie na kodach numerycznych, akronimach, skrótach, takich jak te, których używamy w SMS-ach. Odczuwam to tak mocno, że kiedy poproszono mnie o wygłoszenie mowy końcowej na międzynarodowym kongresie poetów, zakończyłem ją wezwaniem “Chrońcie słowo, ratujcie słowo”.
Hart Wegner zaczął wykładać historię filmu w 1970 roku, a w 1990 roku założył na UNLV Film Studies na College of Fine Arts, które urosły do rozmiaru instytutu filmowego uczelni (dzisiaj Film Department) , na którym pełnił rolę dyrektora do swojej emerytury. Przez lata prowadził w telewizji trzy cykle oświatowe o tematyce filmowej. Odegrał kluczową rolę w sprowadzeniu wszystkich filmów i powiązanych materiałów z posiadłości Howarda Hughesa** do UNLV w 1996 roku.
W 2016 roku jeden z wczesnych filmów wyprodukowanych przez Hughesa, “Front Page” (reż. Lewis Milestone, 1931), został odrestaurowany dzięki materiałom z UNLV a prof. Wegnera uhonorowano nagrodą Amerykańskiej Akademii Filmową za jego wysiłki w zakresie restauracji filmów.
Różne opowiadania, artykuły i wiersze Harta Wegnera były publikowane w Stanach Zjednoczonych i za granicą. Ostatnio, w 2019 roku w Albanii ukazał się „Beti” – unikalny zbiór przekładów na albański próbek twórczości czterech pisarzy. Zawierał on po dwa opowiadania Joyce Carol Oates, laureatki Nagrody Nobla – Alice Munro, Margaret Atwood i Harta Wegnera.
Hart Wegner na ruskim rowerze z panem Janem, który uprawiał ogródek działkowy kiedyś przydzielony jego rodzicom. Brockau / Brochów, zdjęcie z lat 80-tych.
Tyle zwięzła biografia Profesora jaką sam nadesłał. A jaka jest ta mniej oficjalna, nie zamieszczana na winietach książek, w prasie i publikacjach w sieci?
Hart urodził się w październiku 1931 przy Pulstrasse 42 na tzw. Kaisergraben w Brockau, prężnie rozwijającym się miasteczku kolejowym pod Wrocławiem. Gdy zaczął chodzić do szkoły realnej, jego ojciec, zastępca ds. ekonomicznych dyrektora stacji i jednego z większych kolejowych węzłów przetokowych na Śląsku i w Niemczech, Oskar Wegner, kupił nieopodal, przy Winkler Allee, dwupiętrowy dom, którego 1 piętro zajmowała rodzina Wegnerów – tata, mama Hildegarda i babcia, pani Jung, parter podnajmowano młodemu małżeństwu na dorobku.
Panie były rodem z Altwasser niegdyś pod Waldenburgiem, dzisiaj Starego Zdroju – od 1910r dzielnicy Wałbrzycha, podobnie jak Brockau, od czerwca 1939 roku potwierdzone urzędowo samodzielne miasto, które już jako Brochów dołączone zostało do dzielnicy Krzyków w 1951 roku i stało się osiedlem Wrocławia. Po śmierci męża starsza pani Jung przeniosła się do domu rodziców Harta, chłopiec jedynak wychowywał się w tradycyjnej wielopokoleniowej śląskiej rodzinie. Był oczywiście niedaleko domu ogródek działkowy z większym jak sąsiednie domkiem – altaną, wyposażoną, a jakże, w tradycyjną laubę – ganek i obłożoną trejażami dla pnących się róż.
Zatroskani przyszłością syna, rodzice zdecydowali, że Hart nie będzie chodził do pobliskiej, stojącej dosłownie o rzut beretem, pięknej i obszernej szkoły gminnej, będącej wraz z lokalnym gimnazjum dumą mieszkańców Brockau. Posłali go w zamian do szkoły realnej przy prestiżowym Elisabetschule Gymnasium na Arletiusstraße niedaleko Dworca Głównego – jednej z najstarszych szkół wrocławskich, słynącej z bardzo wysokiego poziomu nauczania.
Ojciec przyszłego profesora pochodził natomiast z maleńkiej wsi na północ od Milicza, Gugelwitz, obecnie Gogołowic, leżącej wzdłuż drogi prowadzącej z Milicza do Szkaradowa, skąd można było wybrać się w dalszą podróż bądź to na Rawicz lub na północ do Poznania. Jego zaś ojciec a dziadek Harta był znanym w okolicy mistrzem murarskim, który niejedną murarkę wykonał w dobrach milickich Maltzanów choć był równie wziętym „mularzem” po polskiej stronie – w ówczesnej prowincji poznańskiej Rzeszy. W czasie ostatniej wojny młody Hart spędził w Miliczu i okolicach sporo czasu – władze nakazywały wysyłanie dzieci do miejscowości mniej narażonych na naloty bombowe.
Ojciec Harta, ciężko ranny odłamkami po wybuchu pocisku pod koniec I wojny światowej na froncie francuskim, ze względu na stan zdrowia nie został ponownie powołany do służby wojskowej w 1939r. Jeden z pozostałych, wędrujących w jego ciele odłamków zakończy po latach jego życie.
Ta, mimo że naznaczona piętnem wojny, rodzinna idylla nastolatka w oddalonym od działań frontowych Brockau, o rok za młodego by skierowano go do obsługi przeciwlotniczego Flaka kaliber 88 lub do młodocianej kompanii Panzerfaustów, została nagle przerwana radzieckimi nalotami na strategiczny węzeł kolejowy i miasteczko w drugiej połowie stycznia 1945 a definitywnie zakończyła się pod koniec tego samego miesiąca wraz z błyskawicznie nadciągającym ze wschodu frontem. Stał się uczestnikiem i świadkiem tego, co do dziś Niemcy nazywają Die Grosse Flucht – Wielką Ucieczką.
Ubrany w 3 czy 4 ubrania nałożone jedno na drugim, wyrusza z matką i babką w asyście ojca z dobytkiem mieszczącym się na wózku i sankach i co się da unieść w rękach w bardzo mroźny styczniowy dzień na pobliską stację i odjeżdża jednym z ostatnich pociągów (tak mi wychodzi z dat) ewakuujących ludność cywilną z przedmieść i peryferyjnych dzielnic miasta, które za niecałe dwa tygodnie zacznie stawać się jednym z symboli ofiar wojny totalnej obok Warszawy, Stalingradu, Drezna, Hamburga, Kołobrzegu, Budapesztu, Hiroszimy, Nagasaki – Festung Breslau. Zaczyna podróż, która zaprowadzi go i jego rodzinę do miasta za oceanem, postawionego na środku pustyni Mojave Las Vegas.
Po wojnie przeżywa długotrwałą rozłąkę z ojcem, jako niespełna piętnastolatek staje się w westfalskim Herne jedynym żywicielem rodziny robiąc na dole na grubie Shamrock, mieszka z matką i babką w czymś co nawet nie przypomina wygodnego domku na działce w Brockau.
Poznaje co to skrajna bieda, głód w powojennych Niemczech, ale nie poddaje się.
Po szczęśliwym powrocie ojca i uzyskaniu pełnoletności, składa wniosek o wizę do USA i wyjeżdża za ocean do rodziny, następnie usamodzielnia się; w międzyczasie zostaje powołany do służby wojskowej w trakcie trwającej I wojny koreańskiej.

Dej pozōr tyż:  Przy serniku o Frechownym gizdzie

Dalsze losy Pisarza Czytelnik już zna z powyższego biogramu.
Po powrocie ze studiów w Wiedniu Hart ściąga do Stanów swoich rodziców, którzy ciężko pracując zakorzeniają się w nowej ojczyźnie. Są oni dla niego podporą, za ich aprobatą i z ich poparciem decyduje się na dalsze studia, własny rozwój i karierę akademicką.
***
Jakie jest to pisarstwo Harta Wegnera?
Znane i cenione w angielskojęzycznym kręgu kulturowym, mało znane w Niemczech, bo pisze po angielsku a już zupełnie nieznane w Polsce, w tym na Śląsku.
Przeczytałem obydwa tomiki opowiadań Wegnera. Patrząc po datach pierwszych wydań kolejnych opowieści w stopce redakcyjnej pierwszego zbioru opowiadań, Profesor pisał je powoli i ogłaszał je stopniowo w kultowym amerykańskim magazynie literackim „MSS”, prowadzonym we wczesnych latach 60. i na przełomie 70 i 80-tych przez Johna Gardnera. Tak, tego Gardnera, twórcy kultowej powieści „Grendel”, niezwykle popularnej pod koniec lat 70-tych i na początku 80-tych wśród czytelników gatunku fantasy a opartej o pierwszą część anglosaskiego przekazu z X w. opisującego dawne legendarne pradzieje Danii i Szwecji i przygody mitycznego króla Gautlandii, Beowulfa.*
Po tragicznej śmierci Johna Gardnera w wieku 42 lat w wypadku motocyklowym, Hart Wegner odegrał ważną rolę w podtrzymaniu przy życiu „MSS” i jego przekształceniu w nowy periodyk – „New Myths/MSS”. W nim publikuje też stopniowo swoje kolejne opowiadania z lat 90-tych, które zbierze i wyda na początku nowego millenium w drugim tomie.
Sam pisarz przyznaje, że angielski jest jego drugim językiem, dlatego też pisał wolno z dużą starannością o każde słowo i to się czuje podczas lektury opowiadań.
Ciśnie mi się od razu porównanie do przeczytanej prozy Williama Faulknera, Carson McCullers, czy niemieckiego pisarza Heinricha Bölla. Tak w warstwie opisowej jak i w precyzji i mistrzostwie budowanych dialogów i przemyśleń. Inne jak u cytowanych mistrzów ale równie dobre. Zwarte i przenikliwe, pozostawiające czytelnikowi pole do własnych osądów. Często niejednoznacznych.
Miejscami akcji opowiadań Harta Wengera są … Lwów (tak ten Lwów), Warszawa, Brockau pod Wrocławiem, górnicze Herne w Westfalii, małe miasteczko w Dolnej Austrii oraz Las Vegas w Stanach. Niewiele tego, prawda? Podmiotem akcji opowiadań są ludzie, którzy przeżyli wojnę, okupację w Polsce, uwięzienie w obozach III Rzeszy, przeszli wielką ucieczkę przed frontem wschodnim w 1944 / 45, wypędzenie ze Śląska, ucieczkę przed drugim wejściem Sowietów do Galicji Wschodniej, powojenne przymusowe przesiedlenie z Kresów i repatriację z wywózki w głąb Rosji, także, a może głównie emigranci z powojennej Mitteleuropy na Nowy Kontynent. Ich losy, wspomnienia sprzed wojny, tego co doświadczyli w jej trakcie i po jej zakończeniu, to co utracili w warstwie mentalnej, duchowej, uczuciowej, ich niekiedy zaskakujące przemyślenia, zupełnie nie pasujące do powszechnych opinii i narracji po jednej i drugiej stronie Odry. I to splecenie ich losów i życia w nowych, amerykańskich realiach.
John Gardner, który był recenzentem pierwszych opowiadań Harta Wengera publikowanych w magazynie MSS, porównywał je do pisarstwa Isaaca Bashevisa Singera oraz Heinricha Bölla.
Są to opowiadania w dużej mierze autobiograficzne. Ich inspiracją są głównie przeżycia pisarza, jego najbliższych, ich krewnych i znajomych, tych z Niemiec jak i tych już poznanych w Stanach.
Najcelniej opisują znaczenie pisarstwa Wegnera amerykańscy recenzenci jego drugiego zbioru:
„Niewielu pisarzy opanowuje drugi język; jeszcze mniej docenia dwie bardzo odmienne kultury. Pięknie napisane opowieści Wegnera są wybitne w jednym i drugim, pozwalając nam dzielić głęboką nostalgię za utraconymi śląskimi latami młodości z rodziną wygnanej z dawnych wschodnich Niemiec (a właściwie autora) podczas jej adaptacji do nowego życia w Nevadzie.”
„Misternie nawarstwiające się, połączone ze sobą – damasceńskiej roboty – wspaniałe historie, które przemawiają zarówno do wszystkich emigrantów, jak i do nas, bo nimi wszyscy jesteśmy, jeśli nie ze w względu na miejsce jak bohaterowie Wegnera, to na pewno w czasie.”
Dodam od siebie – są to opowiadania, które mimo że napisane w latach 80-tych i 90-tych a traktujące o ludziach w latach poprzedzających ostatnią wojnę światową, w trakcie jej trwania i po jej zakończeniu, mają w moim odczuciu charakter uniwersalny. Opisują losy wielu, którzy doświadczyli potworności konfliktów współczesnego świata i ich konsekwencji – zmory, która toczy nieprzerwanie w większych i mniejszych nawrotach ludzkość szczególnie od końca XIX wieku po dzień dzisiejszy. I w tym zasadza się wielkość i aktualność prozy Wegnera. Nie przypadkiem zagraniczny tłumacz zestawił jego opowiadania z dziełami tak wybitnych pisarek jak Joyce Carol Oates, Alice Munro oraz Margaret Atwood.
Dla piszącego tę prezentację proza Harta Wegnera to coś więcej niż „deja vu”. To za mało adekwatne określenie. To odkrywanie samego siebie. Od drugiego roku życia niemal do końca studiów ta sama ulica w Brochowie, na której urodził się pisarz, te same miejsca zabaw, zapachy, smaki, kolory, drzewa, aleja kasztanowa, wszechobecna kolej.
To samo miasteczko, choć okrutnie potraktowane przez działania wojenne, a jeszcze okrutniej po jej zakończeniu przez stacjonujących czerwonoarmiejców (spalony pałac Walterów, rabowane i palone domy) oraz drakońskie przepisy i nakazy rządów barbarzyńców, przywiezionych początkowo jako PKWN wraz z Armią Czerwoną do powojennej Polski i na ziemie zachodnie a następnie działających jako TRJN – celowo doburzane i rozbierane budynki (nie oszczędzono nawet kościoła protestanckiego) gdzie się tylko dało, na przysłowiową cegłę na „odbudowę” stolicy i ponoć gospodarki zrujnowanego centrum kraju. Miasteczko oszpecone, pozbawione swoich walorów funkcjonalnych, zaniedbane ze względu na ciągły brak pieniędzy na inwestycje i rozwój bo odcięte od istotnego finansowania ze strony głównego pracodawcy mieszkańców – kolei (przedwojenne miasto żyło godziwie z podatków, rozwiniętego i wyspecjalizowanego ogrodnictwa, rolnictwa, miało własne rzemiosło i bogatą infrastrukturę handlowo – usługową, poza tym było wszechstronnie wspierane przez Deutsche Reichsbahn, który inwestował w ziemię, infrastrukturę i swoich pracowników).
Ten sam przedwojenny Brochów, Wrocław, Lwów co w prozie Wegnera, jeszcze Wilno; rozległy Śląsk i Kresy przeplatające się w opowiadaniach i rozmowach najstarszych mieszkańców, siadających wspólnie na ławeczkach przy ukwieconych przydomowych trawnikach.
Ta sama Ślęża, widziana z okien domów przy ładnej pogodzie, te same żywopłoty, rabatki przed domami, to samo przedszkole na początku ulicy zaraz obok spalonego i zburzonego domu rodziców Harta, szkoła do której chodzili jego przyjaciele z lat dzieciństwa, stalowe krawężniki z płaskownika ograniczające przydomowe rabatki, ta sama zabawa w chodzenie po nich jak po linie, te same ławeczki przed domami, ogródki działkowe. Ten sam Streuselkuchen – kołacz z rabarbarem i posypką pieczony po mistrzowsku przez sąsiadkę.
Ten sam dworzec Waldenburg Altwasser, obecny Wałbrzych Miasto, z którego peronu setki razy wysiadam by udać się do wałbrzyskiego domu. Ten sam Waldenburg / Wałbrzych, w którym schronił się pisarz z rodziną w przedwojennej prestiżowej szkole górniczej po ucieczce z Wrocławia a przed dalszym wyjazdem ze Śląska, w której parę ładnych lat wcześniej studiował na sztajgerskie szlify daleki onkel piszącego, rodem z Beuthen / Bytomia.
Ten sam Militsch / Milicz, w okolice którego jeździliśmy latem całą rodziną, pałac Maltzanów i wspaniały park, słynne stawy hodowlane, najsmaczniejszy karp na świecie i malowniczy, lekko pagórkowaty krajobraz, na biało bielone świątynie z szachulcowego muru i pięknie murowane ceglane wiejskie domy i obiekty gospodarskie.
W jednym z opowiadań Wegnera jego główny bohater Martin (personifikacja pisarza) spisuje wspomnienia swojej polskiej ex żony, która spędziła dzieciństwo we Lwowie a część okupacji w Warszawie. Potomkini leopoldyńskich, terezjańskich czy józefińskich niemieckich osadników ze strony ojca i polskich Ormian ze strony matki. Martin uważa, że to wszystko trzeba zachować, uwiecznić na papierze. Jego była żona a ciągle przyjaciółka z pewną nutą zadumy, nostalgii i zwątpienia pyta go – „A właściwie dla kogo Ty to piszesz?”
No właśnie, dla kogo?
Mam nadzieję, choć może być to trudne, że znajdzie się w Polsce i na Śląsku wydawnictwo, które zainteresuje się przekładem i wydaniem prozy Harta Wegnera. Nigdzie tak, jak właśnie tutaj czytane, te opowiadania nabierają rumieńców, kolorytu, znaczenia.
Utramyntnie ucza sie mojigo hajmatu, ucza sie Ślōnska, Mitteleuropy… .
Zdjęcia – z archiwum Pisarza. Przesłał i wyraził zgodę na ich publikację w Wachtyrzu.
* jeszcze bardziej rozpropagowanej wśród młodych czytelników na całym świecie przez Fisha i grupę Marillion rozbudowanym utworem muzycznym o tej samej nazwie – Fish był wielkim fanem tej powieści.
** jednego z twórców współczesnego lotnictwa. W rolę H. Hughesa w kultowym filmie „Aviator” wcielił się Leonardo di Caprio.

Dej pozōr tyż:  Opa Heinrich ôpowiadoł (1): Wir sind Kinder aus Guttentag

OFF PARADISE – Hart Wegner, . . Univ. of Nevada, $17 (212pp) ISBN 978-0-87417-486-1

Odsyłam do wszystkich tekstów Piotra Kaczmarczyka oraz cyklu Moc kultury (znajdziecie tam Państwo przeszło 50 tekstów) oraz do cyklu Piękno poezji (znajdziecie tam Państwo kilkanaście tekstów o poetach i poetkach ze Śląska).

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Górnoślązak/Oberschlesier, germanista, andragog, tłumacz przysięgły; publicysta, pisarz, moderator procesów grupowych, edukator MEN, ekspert MEN, egzaminator MEN, doradca i konsultant oraz dyrektor w państwowych, samorządowych i prywatnych placówkach oświatowych; pracował w szkołach wyższych, średnich, w gimnazjach i w szkołach podstawowych. Współzałożyciel KTG Karasol.

Śledź autora:

Ôstŏw ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ. Wymŏgane pola sōm ôznŏczōne *

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autorōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza