Gabriela Szewiola: W stronę cienia. Opowieść nieodległa

Początek dnia nie zapowiadał niczego niezwykłego. Nie było znaków ani ostrzeżeń z żadnej z możliwych stron. Nawet niebo zdawało się spać w mlecznym spokoju niedzielnego poranka.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Wprawdzie od strony ulicy także dziś, jak od wielu tygodni, słychać było samochody z megafonami, które jeździły tam i z powrotem, ale do tego wszyscy zdążyli przywyknąć. Tym razem nie było jednak obwieszczeń. Z głośników dobiegała odświętna muzyka i takież głosy. Paulina przez chwilę pomyślała, że przypomina to dawne odgłosy pierwszomajowe. Była zadowolona, że nie słyszy wyraźnie tego, co tam mówią. Serce biło jej dziś równo. Chciała popracować i trochę odpocząć.

Wstała jak zwykle około siódmej, założyła tiszert i ogrodniczki, wyszła boso na zewnątrz. Cienka warstwa chmur przysłaniała słońce. Było ciepło, jasno i szaro, na chwilę zapanowała znów cisza. Zapowiadany wczoraj deszcz nie nadszedł. Paulinie znów przypomniały się letnie posiadywania w ogrodzie, pod kasztanowcem, długi stół nakryty jednym z obrusów, które haftowała Ŏma. Czasem unikała tego miejsca, bo wspomnienie pojawiało się zawsze jak na zawołanie – i bolało. Obeszła ogród, obejrzała rośliny. Stały w miejscu, zmęczone suszą. Nagle poczuła, że mimo wczesnej pory zrobiło jej się duszno. Wróciła do domu z garścią jeżyn, które wyjątkowo wcześnie tego roku dojrzały i które chciała dodać sobie do owsianki. Po kuchni latała pszczoła, którą zaraz złapała do szklanki i wypuściła na ganku. Owad dołączył do innych, krążących wokół petunii i heliotropu.

Paulina wrzuciła owoce do owsianki  i powoli zjadła całą porcję, popijając kawą. Miękkie światło, wpadające od wschodu do kuchni, odbijało się w butelkach, stojących na półce koło pieca. Robiła te wszystkie przetwory od lat, nie zastanawiając się nad ilością. Teraz zostawało tego zbyt wiele, a była tu przecież sama. Sok z brzozy i z kwiatów czarnego bzu, syrop z kwitów lipy. Konfitury. Trzeba to rozdać. Ale komu? Ciche tykanie zegara było kojące, brzmiało jak szept siana poruszanego wiatrem. Paulina włączyła komputer i zobaczyła, że nie ma połączenia z internetem. W tym samym momencie usłyszała głośnie pukanie. Nie spodziewała się nikogo, nie słyszała też samochodu. Po chwili ktoś tłukł już pięścią  w drewniane drzwi. W sekundę w jej głowie zapalił się obraz z opowiadań Ŏmy. Ŏma nigdy nie narzekała na swój wojenny i powojenny los, ale gdy ktoś wydał jej się podejrzany, mówiła: Takie coś w ludziach niy ginie i wdycki ôd nowa się budzi, nie dzisiej to jutro przidōm, jak bydōm swōj nowy porzōndek chcieli zrychtować.

Paulina podeszła do drzwi i popatrzyła przez kuklok.

– Kto tam? – zawsze tak pytała, odkąd była sama w domu.

– Straż ochotnicza, otwierać – usłyszała.

– Jaka straż? – Paulina poczuła, że drżą jej nogi, że drży jej już też głos.

– Otwierać, bo sami otworzymy, kontrola – podniesiony męski głos nie wróżył niczego dobrego. Tak, słyszała o tej straży. Byli już dwa tygodnie temu u Struzików, zagrozili, że zniszczą im pole, jeśli nie wydadzą  zawartości piwnicy i zdjęć rodzinnych. Byli też u Wieczorków z zarzutem, że ci nie wywiesili flagi na urodziny prezydenta. Stary Wieczorek powiedział im, że nie ma obowiązku, co rozsierdziło ich na dobre. – Chachary – pomyślała Paulina.

– Zaraz wyjdę, wezmę tylko buty – powiedziała, starając się o spokojny ton.

Otworzyła drzwi i wyszła na ganek. Przed nią stało czterech mężczyzn. Tego najwyższego nie znała. Mógł mieć około pięćdziesiątki, nieufnie patrzył spod bejsbolówki ciemnymi oczami. Drugiego widywała czasem w sklepie. Nosił koszulki z napisami, które budziły jej strach. Wydawał się wiecznie brudny. Był najstarszy z nich, chudy i nikłego wzrostu, miał pomarszczoną, zniszczoną twarz i zmierzwione, siwe włosy. Podobno był wiele lat temu działaczem w klubie sportowym. Ale klubu nie było już od dawna. A tych dwóch młodych… To przecież byli Marcin i Stefek. Kuzynowie, mieszkali na końcu ulicy. Marcin chodził z jej Jurkiem do szkoły, czasem razem się bawili. Przychodził zwykle w piątek po szkole. Budowali bazy w ogrodowych zaroślach i jedli potem buchty i placki. A teraz miał dwadzieścia lat i stał przed nią z karabinem.

– Marcin? – samo jej się to powiedziało. Po twarzy chłopaka przez ułamek sekundy przemknął uśmiech, zaraz jednak zgasł. Tak, to była ta sama twarz co wtedy – szczupła, zarumieniona, z jasnym spojrzeniem niebieskich, iskrzących się oczu. Co on tu z nimi robił? Jakby ktoś postawił tego chłopaka w niewłaściwym miejscu, pomylił mu rolę.

Dej pozōr tyż:  Autonomię 2020 przywlókł COVID19

– Gdzie mąż? – zapytał ten najwyższy.

Paulina udała, że nie słyszy. Była pewna, że wiedzą, gdzie jest jej mąż i chcą  to wykorzystać przeciwko niej.

– No tak, z opornikiem kiedyś się biegało, pisało kłamstwa, to tyle teraz się z tego ma. Mąż sie doigrał, syneczek na zachodzie, nie chce się kraju budować.  – najwyższy wgapiał się w Paulinę, mierząc ją wzrokiem z góry na dół.

Wzięła na ręce psa. Stara Masza wyraźnie przestraszyła się przybyszy. Za to kot nastroszył się i zaczął furczeć i prychać w stronę mężczyzn.

– Dobry kotek, ładny kotek – powiedział chudy piskliwym głosem, podniósł  kota jedną ręką i rzucił nim o ścianę. Zwierzę jęknęło i uciekło na podwórze.

– Zostawcie zwierzęta, one nic wam nie zrobiły – Paulina powiedziała to ostrym tonem.

– Noo, ale to wasze zwierzęta, a za chwilę może ich nie być – powiedział chudy.

– O co chodzi? – zapytała suchym głosem Paulina, mobilizując w sobie resztkę spokoju.

Mężczyźni zaczęli rozglądać się po ganku.

– Skąd macie te rośliny? Takich się u nas nie sprzedaje – najwyższy musnął dłonią fioletowe kwiaty heliotropu.

– Miałam nasiona z poprzedniego roku, sama wyhodowałam – odpowiedziała spokojnie Paulina. Chudy uśmiechnął się zgryźliwie jednym tylko kątem ust, co miało wyrażać niedowierzanie. – A może zza granicy macie, co?

Ta liczba mnoga. Jednak. Déjà vu. Nie sądziła, że nadejdzie czas, gdy ktoś będzie zwracać się do niej tak, jak to działo się w starych czarno-białych filmach z czasów, które jeszcze trochę pamiętała. Język partyjnych działaczy brzmiał tam jednak naturalnie, był częścią dawno minionego czasu. A teraz Paulina sama przez chwilę poczuła się tak, jakby znalazła się w takim filmie. W czasach, które miały już przecież nie wrócić.

– Ładnie tu – najwyższy mężczyzna niby od niechcenia popchnął drzwi, których Paulina nie zamknęła za sobą dokładnie. Rozejrzał się. Stare, drewniane podłogi. Wszedł do przedsionka,  gdzie stał ciemny, szeroki regał. Paulina czasem siadała na garnku i zabierała stamtąd którąś z książek.

Marcin i Stefek szeptali coś między sobą. – Idźcie na ulicę pilnować – najwyższy powiedział to tonem nie znoszącym sprzeciwu. Marcin i Stefek odeszli.

– Słyszeliśmy, że macie tu zakazane książki. Wiemy, że piszecie do wrogich gazet. Zobaczymy, co tam jest w tym regale – chudy, wyciągając szyję i starając się wydać się wyższym, niż był w rzeczywistości, podszedł do regału i z miną znawcy po kolei oglądał okładki. – Następnym razem obejrzymy to sobie dokładnie – powiedział. – Nie widzę tu literatury patriotycznej.

– Jestem tłumaczką – powiedziała Paulina. – Do prasy piszę recenzje.

– Recenzje, recenzje – najwyższy, kiwając głową na boki  zaczął ją drwiąco i jowialnie przedrzeźniać, ale po chwili spoważniał. – Lepiej zająć się czymś pożytecznym. Mogłaby pani dla nas ulotki pisać. Paulina milczała.

– Pieniędzy z tego chyba nie ma, co? – najwyższy raz jeszcze z  pobłażliwym lekceważeniem rozejrzał się na wszystkie strony. – Drzwi powinna pani dawno wymienić, a to auto… podniósł brwi i wskazał na skodę stojącą w podwórzu. Paulina wzruszyła ramionami.

Chudy nadal stał przy regale. Nagle niby przypadkiem potrącił  trzy książki ze skraju półki. Położyła je tam poprzedniego dnia, chciała wrócić do kilku fragmentów Houellebecqa.  Książki z łoskotem spadły na podłogę. Paulina ścisnęła ręce, ale udawała niewzruszoną.

– Uważaj trochę, Zenek, jesteśmy kulturalnymi ludźmi – powiedział z naciskiem najwyższy.

– Szefie, na pewno są tu jacyś wrogowie narodu – odkrzyknął rozzłoszczony chudy, wskazując znacząco na regał. – Jakieś dziwne języki. O, to na przykład. Szef popatrzy. Arabskie robale jak nic! No tak, kalifat chcą nam niektórzy tu wprowadzić.

Dej pozōr tyż:  Monika Neumann: Maibaum

Najwyższy pytająco spojrzał na Paulinę.

– To poezja gruzińska. Wydanie dwujęzyczne – powiedziała rzeczowo Paulina.

– Śmieci takie – powiedział chudy. – Może być z tego nawet jaki rysajkling –  chudy wydawał się być rozbawiony swoim dowcipem.

Paulinie przypomniała się Szamanka. Szamanka nie znała Heinego, a jednak w ubiegłym roku, gdy zaczął się Nowy Ład, powiedziała to co on, tylko nieco łagodniej. I tak samo proroczo. Niszczą już książki, oby nie zaczęli niszczyć ludzi.

Jeździła do niej czasem na wakacje. Żyła samotnie, daleko, w głębi sudeckiej doliny, do której trudno było trafić i z której trzeba było wyjść wysoko, żeby zobaczyć słońce. Szamanka mimo swojego poważnego wieku wychodziła codziennie, pnąc się po stromych zboczach. Na górze były łąki, gdzie znajdowała swoje zioła.

Drzwi wejściowe były otwarte i nagle wszyscy usłyszeli gwar i śmiech. Przed domem przebiegła grupa dzieci. Zamigotały czarno-czerwone mundurki. Paulina odwróciła głowę w stronę ogrodu. Zapragnęła zamknąć oczy i uciec w sen. Niechby był to tylko sen.

– Nie podobają wam się akcje i szkolenia naszych dzieci, tak? Macie przestać pisać do tej gazety. Inaczej pożałujecie – głos chudego był cienki i metaliczny.

Paulina wiedziała, że ich nie przekona, ale nie wytrzymała. Spojrzała prosto na mężczyznę. – Nie uważam, żeby należało uczyć dzieci strzelać i opowiadać im o wojnie jak o przygodzie – powiedziała wolno. Artykuł w Kurierze ukazał się w ubiegły piątek i został już dobitnie skrytykowany w radiu.

– Wychowujemy patriotów. Oni będą bronić naszej ojczyzny. Wszędzie wokół wróg! – tym razem odezwał się najwyższy.

Mężczyźni wrócili na ganek. Kot siedział na balustradzie w bezpiecznej odległości i wwiercał się swoim żółtozielonym spojrzeniem w swojego oprawcę. Chudy rozejrzał się.

Po prawej stały stare wiklinowe meble i stolik. Dwie szklanki i karafka pozwalały przypuszczać, że ktoś niedawno odwiedził Paulinę.

– A to co jest, alkohol? Pędzicie nielegalnie? – chudy podszedł do stolika, z satysfakcją wziął do ręki karafkę z zielonkawym płynem i potrząsnął nią. Korek odskoczył, wydając głośny dźwięk. Mężczyzna przytknął nos do butelki i skrzywił się  z niesmakiem. – Paskudztwo cholerne – powiedział. Paulina przez sekundę odczuła ulgę, że nie zrobiła z agrestu wina. – To syrop. Można się poczęstować – ironii w jej głosie nie dało się nie zauważyć.

Przed domem niespodziewanie pojawił się radiowóz. Dwaj policjanci wysiedli z samochodu i zwrócili się do mężczyzn na ganku.

– Czego tu chcecie? Macie nakaz?

– Doszło do nas, że ta pani ma nielegalne książki, a my z tym walczymy – powiedział najwyższy.

– To nie wasza działka – powiedział policjant. Znikajcie stąd.

Chudy pochylił głowę do przodu. – Jeszcze się zobaczymy. Internecik już szwankuje? To dobrze. A takie mebelki to łatwo się palą – wycedził szeptem z zaciśniętymi zębami, wskazując ruchem głowy na wiklinowe krzesła i odsłaniając w grymasie braki w uzębieniu. Mężczyźni zeszli po schodkach z ganku. Nagle zza roku wyskoczył kot, stanął na tylnych łapach, z całą siłą wbił pazury w łydkę chudego i zniknął w krzakach, zanim mężczyzna zdążył zareagować. Wymachując pięścią, przeklinając i wyzywając kota od szczurów i padalców, chudy przywołał chłopaków, palących przed furtką papierosy. Wszyscy czterej wsiedli szybko do terenówki, silnik zawył. Odjechali z piskiem opon, wznosząc na drodze tumany kurzu.

– A pani niech się zastanowi, czy na pewno działa zgodnie z przepisami – powiedział policjant.

– Grozili mi – powiedziała Paulina, cała dygocząc.

– E, takie tam zabawy w straż i stróżów prawa – odparł policjant.

– Tak? A szopy Wieczorków? Kto to zrobił?

– Nie wiadomo. Dochodzenie trwa – powiedział ze zniecierpliwieniem  policjant. – Deszcz zatarł ślady. Paulina wiedziała, że nie było w okolicach tego pożaru żadnego deszczu.

– Policja powinna chyba dbać o bezpieczeństwo mieszkańców – odpowiedziała Paulina. – A oni są groźni, chodzą z karabinami.

– Mają je legalnie. To taka organizacja, pomagają w utrzymaniu porządku. Ale może pani złożyć zawiadomienie.

Paulina, słaniając się na nogach i mając jeszcze w uszach głos chudego, weszła do domu. Chciała posłuchać radia, spokojnej muzyki, ale wszystkie programy nadawały relacje z manifestacji. Usiadła w fotelu, który stał w przedsionku obok regału. Pies i kot przybiegły do niej. Zwierzęta patrzyły teraz na nią nieomal z troską, wyczuwając jej niepokój. Paulina postanowiła zadzwonić do Jurka, choć wiedziała, że jest tam, ponad dwa tysiące kilometrów na zachód, bezpieczniejszy niż ona. Nie odebrał. W głowie kotłowały jej się różne myśli. Może pozbyć się części książek. Może przewieźć je do Teresy. Siostra jednak była równie podejrzana co ona. Była nauczycielką historii. Szopa, może szopa. Ale co, jeśli spalą szopę? Paulina poczuła się nagle tak samotna i opuszczona, jak chyba nigdy przedtem. Wciąż umiała się mobilizować, ale przypłacała swoje walki i lęk chorobą serca, bezsennością, rozbiciem po nocnych koszmarach. W pierwszym odruchu chciała zadzwonić do księdza, który był uczynnym człowiekiem i poprosić go o przechowanie kilku kartonów książek. Zaraz jednak przypomniała sobie płomienne kazania, jakie proboszcz ostatnio wygłaszał – o Nowym Ładzie i porządku w duszach, powrocie do źródeł. On też w ten ład w końcu uwierzył. Wyczerpana, zasnęła w fotelu. Gdy się obudziła, było już popołudnie. Wyszło słońce. Z daleko dochodziła rytmiczna muzyka, w powietrzu unosił się zapach kiełbasy z grilla. Paulina powoli, ostrożnie wyjrzała przed dom. Nagle wiedziała, co robić. Pudła mogły wydać się podejrzane podczas jakiejś kontroli, więc przyniosła swoje trzy walizki. Podeszła do regału. Czule brała do ręki kolejne książki – stare, nowsze, te namiętnie kochane i te zaniedbywane i zapomniane. Obracała je, zaglądała do nich. Wahając się, odkładała je na półkę lub do walizki. Trwało to długo, bo próbowała poczuć i pojąć cele i myśli tamtych ludzi i wybrać książki, co do których sądziła, że mogą wzbudzić wszystkie te podejrzenia, o których tak często musiała  ostatnio słuchać i czytać. Że deprawują. Że promują obce zwyczaje. Że szerzą pokrętne ideologie. Że wyśmiewają i krytykują rodzime wartości. Że są destrukcyjne, nihilistyczne, bezwstydne, niezrozumiałe dla normalnego człowieka, absurdalne. Jakie jeszcze? Po tym, jak w swoim cyklu w lokalnym radiu wyraziła na ten temat swoje zdanie, cykl został zawieszony.

Dej pozōr tyż:  Wojciech Szwiec: Natalia ma plan!

Gdy skończyła pakować książki, na dworze było jeszcze jasno. Sierpniowy wieczór wydawał się być taki, jak powinien być. Ciepłe słońce czyniło to co zawsze. Oświetlało niskimi promieniami tył ogrodu, karmiąc dojrzałe już  pomidory i użyczając daliom ostatnich odprysków swojego blasku. Paulina usłyszała głosy. Nie, nie było tu nikogo. Już nie. A była ich kiedyś cała gromada. Siadali wieczorem pod kasztanowcem i pili chłodne wino, agrestowe i porzeczkowe, rozmawiając i żartując. Czasem odwiedzali ich sąsiedzi i przyjaciele. Gdzie oni wszyscy byli? Nie było już świata, który wydawał się być wielki i wieczny. Wszystko zniknęło tak prędko i niepostrzeżenie. Kiedy to się stało? Jakby ktoś przyszedł nocą i zerwał te niewidzialne nici, które wszystko spajały, łączyły dni i noce i ludzkie więzy w życie. A tu śmierć, emigracja, rozproszenie, Nowy Ład.

Paulina wyszła na ganek. Domy sąsiadów stały dość daleko i teraz w sierpniu przysłaniały je gęste drzewa, ale wiedziała, że ktoś może ją obserwować i że jeśli zechce, znajdzie sposób. Nie tak dawno, gdy rozpakowywała duże zakupy, jak spod ziemi wyrosła przed nią jedna z sąsiadek, pytając niby od niechcenia, gdzie była i czy nie wykorzystała już czasem limitu wyjazdów. Próbowała o tym nie myśleć, ale szczególnie wieczorem każdy dźwięk w pobliżu wydawał jej się wyraźniejszy niż dawniej. Paulina rozejrzała się wokół, zerwała garść cytrynowej melisy, która rosła przy ganku i wróciwszy do kuchni zaparzyła sobie herbatę. Gdy ją dopiła, zgasły ostatnie promienie słońca. Włożyła do torby kilka butelek z sokami i świeżo upieczony chleb. Potem wyszła tylnymi drzwiami, podjechała bliżej samochodem i zapakowała walizki. Gdy nastał mrok, ruszyła w stronę Sudetów.

 

Gabriela Szewiola, Ślązaczka, germanistka, ukończyła studia na uniwersytecie w Lipsku, od wielu lat pracuje jako wykładowca języka niemieckiego na Politechnice Śląskiej. Współpracuje jako edukator z Goethe-Institut, kieruje Ogólnopolską Olimpiadą Języka Niemieckiego dla studentów uczelni technicznych. Naucza z pasją. Wciąż doskonali swój warsztat wykładowcy, stosując nowatorskie i autorskie metody dydaktyczne. Uczestniczy w konferencjach i publikuje swoje artykuły.

Prywatnie mama dwójki dorosłych dzieci. W wolnym czasie obcuje z przyrodą

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza