Wrocławski proch, świdnickie armaty.
Umiejętność wytwarzania prochu dotarła do Europy w XIII wieku, głównie za pośrednictwem Arabów oraz w wyniku podbojów mongolskich. Wynalazek ten, stworzony w Chinach w IX wieku, po raz pierwszy został szczegółowo opisany przez angielskiego myśliciela Rogera Bacona około 1267 r. w „Opus majus”, przy czym sam Bacon przyznawał, że opisana substancja raczej nadaje się do efektów pirotechnicznych (huk, błysk, dym) i produkcji petard, niż do innych zastosowań. Opis nie był jawny, był anagramem, co wskazuje, że była to wówczas „wiedza tajemna”, dostępna tylko dla wtajemniczonych.
Jedną z pierwszych wielkich bitew Europy, w której użyto prochu w celach militrnych, była bitwa pod Crécy (1346 r.). Angielska armia króla Edwarda III użyła tam kilku prymitywnych armat (tzw. ribaulds) przeciwko genueńskim kusznikom przeciwników. Choć ich rola militarna była wtedy znikoma, efekt psychologiczny był ogromny. W bitwie tej brał udział i tam zginął Książę Wrocławia i Oberherzog Śląska Jan I Luksemburski. Informacja o nowym rodzaju broni musiała zainspirować ówczesnych wrocławian, chociaż już wyraźnie wceśniej odnajdujemy pierwsze śladowe informacje o produkcji własnego prochu i (z kolei zdecydowanie później) własnych dział przez Miasto Wrocław. Produkcji, która w okresie późniejszych wojen husyckich gwałtownie wzrosła ilościowo i jakościowo, z czasem tworząc znaną w całej Europie markę „proch wrocławski”.
Produkcja prochu.
Składniki prochu i schemat jego produkcji był powszechnie znany w Europie od czasów publikacji Bacona. Saletra potasowa dostarczająca tlenu mieszance wybuchowej, węgiel drzewny i siarka – „paliwa” eksplozji. Drobno, jak najdrobniej zmielone i zmieszane razem. Ta wiedza pozwoliła produkować proch strzelniczy powszechnie, każdy władca, każde większe, bogatsze miasto już w XV wieku produkowało własny proch. Jednak o jego jakości decydowały jakość surówców oraz szczegóły produkcyjne, które decydowały o sile wybuchu i co może nawet ważniejsze: powtarzalności tego. Jednym z takich miejsc, gdzie prukcję prochu doprowadzono do perfekcji był właśnie Wrocław.
-
Skład mieszanki
Bacon podał proporcje (saletra : węgiel drzewny : siarka) w przybliżeniu jak 1,5 : 1 : 1.
Z kolei powszechnie stosowana w średniowieczu receptura podawała proporcje 4 : 1 : 1 (66,6% : 16,7% : 16,7%).
Współcześnie w produkcji prochu czarnego używa się mieszanki o proporcjach 75% – 15% – 10%.
Wrocławki proch: stosowano „autorską” mieszankę o proporcjach m.w. 72,5% – 15% – 12,5%.
Jak widać, wrocławscy mistrzowie prochowi dobrze rozumieli znaczenie saletry (utleniacza) dla siły eksplozji. Wrocławski proch miał skład najbardziej zbliżony do współczesnego, a uwzględniając słabszy materiał z którego wykonywano wówczas lufy armatnie, dawał on prawdopodobnie optymalnie maksymalną siłę wybuchu.
-
Saletra
Saletra potasowa była najdroższym składnikiem prochu. W dużym uproszczeniu produkowano ją z gnijących odpadów biologicznych (w tym świńskiego łajna), które po odpowiednio długim „dojrzewaniu” wygotowywano, otrzymując ług (roztwór azotanu wapnia). Kolejnym krokiem było dodanie potażu (z popiołu drzewnego), który powodował wytworzenie w roztworze saletry potasowej. W czasie powolnego studzenia powstawały w roztworze kryształki pożądanej saletry. Potem ponownie je rozpuszczano w gorącej wodzie, do której dodawano białko jaj (lub świeżą krew bydlęcą), które powodowało zbrylanie się zanieczyszczeń. Po ich usunięciu ponownie doprowadzano do powolnej krystalizacji, otrzymując gotową saletrę potasową. Była on najczęściej barwy szarej lub żółtawej i taką powszechnie stosowano do produkcji prochu. Wrocławską saletrę poddawano jednak aż czterokrotnej rafinacji: rozpuszczano ją we wrzącej wodzie, po czym kontrolując tempo stygnięcia roztworu i usuwając zanieczyszczenia otrzymywano kolejno ją coraz bardziej czystą, finalnie były to całkowicie bezbarwne „igiełki” saletry potasowej. Uciążliwy i długotrwały proces jej produkcji był głównym składnikiem ceny prochu. Wrocławska saletra była eksportowana do całej Europy. Kupowali ją m.in. dożowie weneccy, świadectwa zakupu znajdujemy również np. w Sztokholmie.
-
Węgiel drzewny.
W średniowieczu do produkcji prochu stosowano węgiel z różnych gatunków drzew, jednak najlepsi, w tym wrocławscy producenci, szybko odkryli, że najlepszy jest ten wyprodukowany z miękkiego drewna: np. wierzby czy olchy. We Wrocławiu (ale i np. w Norymbergii, powszechnie uważanej za lidera technologicznego w tym zakresie) do produkcji prochu używano węgla drzewnego z kruszyny (Frangula alnus). M. in. dzięki dużej porowatości drobin tego węgla ułatwiającej spalanie, proch wrocławski charakteryzował się dużą dynamiką wystrzału. Kruszyna występowała wówczas powszechnie na nadodrzańskich łęgach, jednak z obawy o dostępność tego surowca, wrocławska Rada Miejska, kontrolująca cały cykl produkcyjny i jakość wytwarzanego prochu, zabroniła wykorzytywania tych niewielkich przecież krzewów i drzewek do jakichkolwiek innych celów.
-
Siarka.
Większość zachodnioeuropejskich producentów prochu kupowała czystą siarkę ze złóż na Sycylii. Chemicznie prawie czystą, ale jednocześnie bardzo drogą. Wrocław na ogół kupował siarkę zanieczyszczoną, z kopalń saksońskiego Goslaru, potem także z podkrakowskich Swoszowic. Proces oczyszczania siarki był trudny i niebezpieczny, ale prawidłowo przeprowadzony dawał materiał idealny do produkcji prochu i przede wszystkim dużo tańszy. Zakłady destylujące siarkę oraz produkujące saletrę były wyjątkowo uciążliwe dla otoczenia z powodu trudnego do zniesienia zapachu towarzyszącemu tej produkcji. Z tego powodu zlokalizowane były poza obrębem murów miejskich (zresztą razem z innymi „pachnącymi” produkcjami: garbarniami, czy producentami innego wrocławskiego hitu eksportowego: naturalnych barwników), później także w tej okolicy postawiono wrocławskie młyny prochowe. Taka ówczesna „dzielnica produkcji chemicznej” zlokalizowana była na całym Przedmieściu Oławskim (dzisiaj okolice ul. Na Grobli) i szczególnie na tzw Niskich Łąkach (okolice Pl. Społecznego i Wybrzeża Słowackiego).

Młyny prochowe
W XIV wieku proch produkowano na ogół ręcznie, rozdrabniając jego składniki na pył w moździerzach. Proces „ucierania” każdego składnika trwał nawet 40 do 60 godzin nieprzerwanej pracy. Nie można tego było przyspieszyć, szybsze ucieranie groziło zapłonem łatwopalnych surowców. Dopiero w XV wieku powszechnie występowały młyny stęporowe – koła wodne podnoszące za pomocą odpowiednio wyprofilowanych krzywek potężne tłuczki dębowe, które potem pod własnym ciężarem opadały do drewnianych możdzierzy wypełnionych rozdrabnianym surowcem. Te tzw. młyny prochowe zastępowały pracę co najmniej kilkudziesięciu robotników, gwarantując przy okazji jednorodność, powtarzalność produkcji. Istnienie pierwsego „młynu prochowego” odnotowano w 1344 r. w Norymberdze, jednak zapisy we wrocławskich księgach już od 1311 r. informują o kupowaniu przez Radę Miasta saletry i siarki w ilościach trudnychdo ręcznego przetworzenia. Pisał o tym np. Alwin Schultz, w cyklu rozpraw nt. historii artylerii Wrocławia w „Zeitschrift des Vereins für Geschichte und Alterthum Schlesiens” (Czasopismo Stowarzyszenia Historii i Starożytności Śląska), 1866-1867, Breslau. O pierwzym zakupie składników prochu informuje notatka z 1311 r. w miejskich księgach rachunkowych (Rationes civitatis):
„Pro civitate empti sunt XII lapides sulphuris et salpetrae ad ignem (Dla rady miejskiej zakupiono 12 kamieni siarki i saletry do ognia)”.
„Ad ignem” (do ognia): To sformułowanie jest kluczowe. Na początku XIV wieku nie znano i nie używano jeszcze słowa „proch” (pulvis), lecz opisywano przeznaczenie surowców. „Ogień” mógł oznaczać zarówno mieszanki zapalające, jak i wczesne formy prochu miotającego. Ilość – 12 kamieni: jeden kamień wrocławski to było ok. 10 kg, co daje po 120 kg każdego z tych surowców.
Ręczne rozbicie na pył samej saletry tej ilości (w dużych moździerzach, w porcjach 6 funtowych) to ciężka praca fizyczna dla dwóch osób przez około 2000 godzin! Jak najbardziej możliwe, jednak kolejne zakupy sugerują inne niż ręczne rozdrabnianie składników prochu. To wyjątkowo sensacyjna poszlaka, bo chociaż znano już dużo wcześniej właściwości prochu (1267, Bacon), to pierwsze znane praktyczne wykorzystanie jego właściwości to dopiero kilkanaście lat później: 1324 r. – oblężenie Metz.
Nie znaczy to oczywiście, że pierwsi byli wrocławianie, jedynie daje pewność, że młyny stęporowe istniały zanim zostały opisane, a Wrocław w najgorszym przypadku bardzo wcześnie dostosował stosowane w śląskich kuźnicach młoty napędzane kołami wodnymi do innego, podobnego celu i co ważniejsze: był jednym z pierwszych miejsc w Europie, gdzie co najmnie ekserymentowano z produkcją prochu.
Innym wynalazkiem, przypisywanym na ogół norymberskim prochownikom, było ziarnowanie prochu. To potoczne przypisywanie im tego wynalazku, nawet przez historyków, jest błędne. W roku 1405 Konrad Kyeser w Eichstätt (Bawaria) opublikował „Bellifortis”, gdzie obok wielu innych, czasami fantastycznych nowinek militarnych, opisał proces ziarnowania prochu. Kyeser nie był badaczem i wynalazcą. Opisał jedynie swoje obserwacje z różnych warsztatów, także dziwne czasami rodzaje broni tudzież machiny obronne i oblężnicze, które spotkał na polach bitew. Wcześniej, od m.w. 1394 do 1402 r, związany był z dworem Wacława Luksemburskiego. Z nieznanych powodów, po przewrocie pałacowym na dworze Luksemburskim w 1402 r, musiał uciekać z Krajów Korony Czeskiej. Osiadł w Bawarii i tam w ciągu 3 lat uporządkował swoje wcześniejsze notatki i obserwacje do formy książkowej. W końcu XIV wieku wrocławski proch, nawet, jeżeli wciąż wtedy wyrabiany był ręcznie, miał już renomę „marki premium” przynajmniej na ziemiach Korony Czeskiej, gdzie był bezdyskusyjnym pionierem, a to sugeruje, że wiedzę o ziarnowaniu prochu Kyeser mógł zdobyć właśnie we Wrocławiu.
Problemem, spędzającym sen z powiek puszkarzy całej Europy, było rozwarstwianie się prochu. W czasie transportu, przy każdym wstrząsie, drobinki składników prochu rozdzielały się na osobne warstwy. Był to poważny problem: z jednej partii prochu można było mieć ładunek o większej niż zwykła sile wybuchu, po czym kolejny mógł np. ledwo wyrzucić kulę z lufy armatniej. Uniemożliwiało to prowadzenie celnego ostrzału, a czasami mogło wręcz doprowadzić do rozsadzenia armaty. Aby tego uniknąć wszędzie tam, gdzie trzeba było transportować proch na dłuższe dystanse, preferowano przewozić osobno zmielone saletrę, węgiel drzewny i siarkę i dopiero na miejscu, bazpośrednio przed rospoczęciem ostrzału, puszkasz mieszał je ze sobą w wspomnianej wcześniej proporcji 4 : 1 : 1. Taka „świeża” mieszanka była bardziej jednorodna, zatem i zdecydowanie lepsza, chociaż i tak siła wybuchu ładunku prochu armatniego potrafiła się zmieniać z wystrzału na wystrzał. Rozwiązaniem było właśnie ziarnowanie prochu. Mieszankę prochu nawilżano płynem, a powstałą gęstą papkę przecierano przez sito. Przy zastosowaniu odpowiedniego płynu otrzymywano trwały granulat: ziarna prochu. W literaturze późnego średniowiecza i nieco późniejszej nawet, znajdujemy przeróżne środki stosowane do tego celu. Woda, ocet, wino, a nawet, cytuję: „uryna, najlepiej od osób pijących dużo wina”. Ta ostatnia propozycja pochodzi z dzieła Vannoccio Biringuccio „De la pirotechnia”, 1540 r. Chociaż z chemicznego punktu widzenia jest ona dość celna, to Biringucci opierał się na rozpowszechnionych pogłoskach i plotkach. Proces ziarnowania był ścisłą tajemnicą rodów, potrafiących go stosować. Dokładnie tak było i z wrocławskim prochem ziarnistym. Zachowały się notatki mówiące, że doświadczony puszkasz po smaku potrafi odróżnić proch wrocławski od innych, co wskazuje na stosowanie we Wrocławiu jakiejś własnej, odmiennej od innych, metody. W XIX wieku wspomniany Alvin Schultz przypuszczał, że była to deszczówka (odpowiednik wody destylowanej) z octem i niewielką domieszką jakiejś substancji ułatwiającej sklejanie pyłu prochowego. Łatwe do zachowania powtarzalności, a jednocześnie silne parowanie wody z octem schładzało łatwopalną mieszankę w czasie rozgrzewającego ją przecierania przez sita.
Kolejnym elementem poprawiającym jakość wrocławskiego prochu było szlifowanie granulatu. Ziarna prochu wsypywano do obracającego się drewnianego bębna. Długotrwałe, powolne wirowanie powodowało „zeszlifowanie” ostrych, nierównych krawędzi. W efekcie otrzymywano gładkie, owalne ziarenka prochu. Dzięki temu mieliśmy jednakową łatwość zapłonu każdego ziarenka, co poprawiało siłę eksplozji, a jednocześnie utrudniało ewentualne zawilgocenie samego prochu..
Powstały granulat przesiewano następnie przez sita o różnej wielkości oczek, uzyskując ziarna o jednakowej średnicy (z czasem te najdrobniejsze stosowano do muszkietów, grubsze do armat) gwarantujące perfekcyjną powtarzalność wystrzału ładunków z partii prochu o tej samej granulacji.
Każdy etap produkcji wrocławskiego prochu był kontrolowany przez Radę Miasta, a produkt finalny otrzymywał certyfikat miejski.
Marka „Proch Wrocławski”
Współcześnie uważa się, że Norymbergia była zdecydowanym liderem europejskim, jeśli chodzi o produkcję prochu, między innymi dzięki zachowanymi najstarszymi opisami produkcyjnymi, ale też udanemu konkurowaniu z prochownikami z północnej Italii i Francji. Zasięg sprzedaży był imponujący: całe południowe, centralne i zachodnie Niemcy, północna Italia, wschodnia Francja. Wrocławski proch jest na ogół wspominany jako ten, który był głównym, depczącym mu po piętach rywalem.
Gdzie Wrocław sprzedawał swój wyrób? – W XV i XVI wieku stałymi odbiorcami były oczywiście wszystkie kraje Korony Czeskiej. Brandenburgia, Meklemburgia, Księstwa Pomorskie. Królestwo Polskie i Wielkie Księstwo Litewskie, Mazowsze, ogromne Królestwo Węgier i co bardzo ważne: wszystkie miasta Hanzeatyckie. Współcześnie byłby to teren obejmujący republiki nadbałtyckie, Białoruś, Ukrainę, całą Polskę i wschodnie Niemcy, na południe aż po Adriatyk (np. Triest) i Morze Czarne. Oraz nadmorskie miasta hanzeatyckie aż po belgijską Brugię na zachodzie. Obszar ogromny, kilkakrotnie większy i sporo w sumie ludniejszy niż ten, który obsługiwała Norymberga. Oczywiście wszyscy wielcy produkowali już w XV wieku własny proch, jednak wszyscy zaopatrywali się również w proch wrocławski, a zapotrzebowanie na ten produkt klasy premium gwałtownie rosło w czasie licznych, toczonych w XV wieku na tym terenie, wojen (cena prochu wrocławskiego w takich okresach rosła nawet o ponad 30%).
Pierwszym dobrze znanym świadectwem wskazującym na wyjątkowo dobre właściwości prochu wrocławskiego jest zapis w słynnej „Feuerwerksbuch” (Księgi Ogniowej). Powstała ona prawdopodobnie w latach 1420-1430 (znana z licznych kopii, przy czym najstarszy zachowany jej odpis pochodzi z 1450 r) na terenie Szwabii (południowo-zachodnia część Cesarstwa; co ważne w tym kontekście: na terenie, gdzie dominował proch norymberski). Autorstwo przypisuje się Martinowi Merzowi, który był słynnym puszkarzem na dworze palatynów reńskich. Zanotował on w niej praktyczną wskazówkę dla artylerzystów: „proch produkowany we Wrocławiu jest tak silny i dobrej jakości, że należy go sypać o jedną czwartą lub jedną trzecią mniej niż innego”. W Feuerwerksbuch” oraz licznych pokrewnych traktatach puszkarzy (tzw. Büchsenmeisterbücher) z tego nieco późniejszego okresu proch norymberski pojawia się zazwyczaj jako główny punkt odniesienia dla innych. Norymberga posiadała jedne z najstarszych i największych młynów prochowych. W notatkach fachowych puszkarzy, z tego terenu to właśnie proch norymberski był uznawany za „zwykły” (standardowy). To właśnie do niego odnoszono informację, że wrocławskiego należy używać o 20-30% mniej – bo był on po prostu silniejszy od norymberskiego.
Kolejnym, równie chwalebnym świadectwem, są zapisy w tzw Księgach Kamlarskich (rachunkowych) Miasta Gdańska. Najważniejsze zapiski pochodzą z połowy XV wieku, szczególnie z okresu wojny trzynastoletniej (1454–1466). To wtedy Gdańsk musiał dokonywać gigantycznych zakupów uzbrojenia i prochu, co wymuszało na urzędnikach (kamlarzach) prowadzenie precyzyjnych analiz opłacalności. Notatki te miały formę uzasadnień dla Rady Miasta, dlaczego warto sprowadzać proch aż z Wrocławia, mimo kosztów transportu. Argumentowano, że dzięki mniejszemu zużyciu i wysokiej sile, ostateczny koszt jednego wystrzału jest niższy niż przy użyciu innego.
Wyjątkowo chwalebne świadectwo dla prochu wrocławskiego znajdujemy też w archiwach miejskich Lubeki: list puszkarzy miasta, którzy nalegali „kupcie wrocławski, bo choć cetnar droższy, starczy na więcej strzałów i oszczędzi nasze działa”…. Pęknięcie spiżowej armaty (kosztującej fortunę) było katastrofą finansową i wyjątkowo silnym argumentem przemawiającym za nabyciem droższego, ale w pełni przewidywalnego prochu wrocławskiego.
Z kolei w inwentarzach magazynowych Lubeki i Hamburga z tamtego czasu znajdujemy zawsze dwie pozycje obok siebie: proch i proch wrocławski. Wskazuje to na wyraźne rozróżnianie zwykłego od wrocławskiego prochu i na wykształcenie się wtedy czegoś, co dzisiaj nazywamy brandem: marki „proch wrocławski”.
Szczególne znaczenie ma informacja, że wrocławski proch w dużych ilościach docierał do belgjskiej Brugi. Brugia sama nie była pełnoprawnym członkiem Związku Hanzeatyckiego, ale na jej terenie był jeden z czterech tzw Hanzekantoor (faktorii). Było to eksterytorialne przedstawicielstwo handlowe, które cieszyło się dużą autonomią (pozostałe trzy główne kantory znajdowały się w Londynie, Bergen i Nowogrodzie Wielkim). Stanowił on punkt styku między handlem północnoeuropejskim (Hanza) a rynkami śródziemnomorskimi (Włochy, Hiszpania) i dalej trass kupieckich do krajów arabskich. Oznacza to, że proch wrocławski mógł być eksportowany praktycznie na cały ówcześnie znany świat.

Transport, wagi i cena prochu.
Sprzedając proch na tak ogromne odległości, często drogą wodną (Odra) i morską (Bałtyk i Morze Północne), prochownicy wrocławscy opracowali własny system pakowania prochu. Generalnie proch sprzedawano w beczkach o ciężarze netto 1 cetnara wrocławskiego. Dębowe beczki, specjalnie produkowane do tego celu, nie miały obręczy metalowych. Klepki opasowano mocno znamoczonym, grubym łykiem wierzbowym, które po wysychając kurczyło się i ściskało klepki razem nawet mocniej, niż obręcz metalowa. Proch sypano do wewnętrznego worka płóciennego o bardzo gęstym splocie. Zamkniętą beczkę, z wybitą cechą poświadczającą zawartość (początkowo stylizowana litera W lub B, później głowa Jana Chrzciciela), dokładnie owijano kilkoma warstwami nasmołowanego płótna. Tak zabezpieczona beczka mogła przetrwać nawet zanurzenie w wodzie bez ryzyka zawilgocenia cennego prochu. Transportowano je potem na tzw. wozach prochowych: wozy z wysokimi i grubymi burtami, na wyższych niż zwykle kołach (co podnosiło dno wozu, niezbędne przy zdażających się przeprawach przez brody rzek, a jednocześnie zmniejszało wstrząsy), z pałąkowatym zadaszeniem z nasmołowanego płótna (zazwyczaj nie więcej niż 10 beczek na wozie), lub na barkach odrzańskich i dalej statkami morskimi. Rejestry hanzeatyckie wykazują regularne konwoje wrocławskiego prochu, każdy po kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt cetnarów, z wyraźnym ich zagęszczeniem w okresach spławności Odry (tzn od wiosny do póżnej jesieni), co wskazuje, że droga wodna była najczęściej wykorzystywana przynajmniej na tym kierunku handlowym.
Dzieiejsi handlowcy, myślę, nie poradziliby sobie bez pomocy komputerów z średniowiecznymi systemami wag i monet. Około połowy XV wieku ustabilizowały się dwa główne systemy wag, obowiązujących w Cesarstwie. Cetnar cesarski to było 100 ciężkich funtów norymberskich po 509.5 g (istniał jeszcze funt lekki, ok 360 g); obowiązywał w centralnych i południowych krajach niemieckich. Cetnar hanzeatycki to z kolei było 120 funtów lubeckich (po 485 g). Pierwszy z nich to było zatem 50,95 kg, drugi – 58,2 kg. Obowiązywał we wszystkich miastach hanzeatyckich i północnych krajach niemieckich. Oba stosowane były w handlu materiałami sypkimi np. sól, rudy metali, czy właśnie proch. Wrocławski proch musiał zbudować swoją markę już przed ustabilizowaniem się tych standardów, bo jako jedyny sprzedawany był wszędzie w rodzimej wrocławskiej mierze: cetnar wrocławski (132 funty wrocławskie po 405 g) – ok. 53,5 kg. Cetnar wrocławski był bardzo archaiczną miarą kupiecką opartą na systemie dwunastkowym, hanzeatycki był systemem mieszanym dwunastkowo-dziesiątkowym, a cesarski czystym dziesiętnym. Jak bardzo dzisiaj by się nam to dziwne nie wydawało, system dwunastkowy był bardzo wygodny dla zastosowań kupieckich. Miarę „12” można było łatwno podzielić na 2,3, 4 i 6 części, dziesiątkę tylko na 2 i 5. W systemie dziesiętnym „na palcach obu rąk” doliczymy się do dziesięciu jedynie, w systemie dwunastkowym aż do 60 (kciukiem liczymy paliczki pozostałych palców dłoni – 12, każdą taką dwunastkę możemy zaznaczyć jednym palcem drugiej dłoni, 5 x 12 = 60).
Cetnar cesarski „zwykłego” prochu kosztował w początkach XV wieku 80 groszy praskich (grosz praski był wówczas „twardą walutą” Europy środkowej, inną stosowaną m.in. też na Śląsku był złoty floren, dla prostoty obliczeń weźmy kurs z połowy tego wieku 1 Fl – 30 groszy praskich).
Proch wrocławski był dużo droższy. Cetnar (wrocławski) kosztował od 120 gr, do nawet 160 w okresach wojen. Gdzie niegdzie docierał zarówno proch wrocławski i proch norymberski (np. spotykamy go również w zapisach miast hanzeatyckich) . Ten ostatni był tam ok. 10 – 15% droższy (być może ze względu na bardzo kosztowny transport konwojami lądowymi, podczas gdy wrocławski na ogół docierał tanią drogą wodną).
Dlaczego zatem proch wrocławski – droższy o 50 – 100% od zwykłego zdominował tak ogromny obszar?
Policzmy jak to wyglądało w okolicach połowy XV wieku, w praktycznych realiach bitew, obrony i oblężenia twierdz, uwzględniając różnicę cenową i obiektywnej wagi „cetnara” prochu zwykłego i wrocławskiego
W owym czasie kamienna kula aratnia cięższego działa 12 funtowego (funt cesarski) kosztowała 2 gr. Kula działa burzącego (bombardy) małego kalibru, np. 120 funtowa, kosztowała 15 gr. Wiedząc, że naważka prochu (w zależności od dystansu, na który chcieliśmy strzelać) stanowiła 1/3 do nawet 1/2 wagi kuli, przyjmijmy średni dystans i proch potrzebny do jednego wystrzału w ilości 40% jej wagi, oraz baterię oblężniczą składającą się z 5 hufnic 12 funtowych i 1 bombardy 120 funtowej, oddających 10 wystrzałów dziennie, uwzględniając zapisaną w „Feuerwerksbuch” 30% redukcję ilości prochu wrocławskiego:
| Rodzaj kosztu | Proch zwykły (80 gr/cetnar ces.) |
Proch wrocławski (120 gr/cetnar wroc.) |
| Wystrzał z hufnicy (12f) | 6,42 gr | 6,42 gr |
| Wystrzał z działa (120f) | 71,22 gr | 71,24 gr |
| Dzień ostrzału (bateria) | 1033,20 gr | 1033,4 |
Paradoksalnie, mimo o połowę wyższej ceny za cetnar, koszt pojedynczego wystrzału prochem wrocławskim był praktycznie identyczny jak zwykłym. Wynikało to oczywiście z faktu, że mniejsza ilość potrzebnego prochu (redukcja o 30%), oraz nieco większy ciężar (wyrażony w gramach) cetnara wrocławskiego idealnie niwelowały jego wyższą cenę jednostkową. O ogromnej popularności prochu wrocławskiego decydowała jednak logistyka. W ciasnych na ogół prochowniach twierdz można było przechować tyle samo obu rodzajów prochu, jednak wroclawski wystarczał na wiele dni, czasami tygodni dłuższej obrony. Z drugiej strony transport prochu wrocławskiego na miejsce pola bitwy lub oblężenia był dużo łatwiejszy i tańszy: tylko dzienny ostrzał tej niewielkiej przecież baterii, zużywał ok. 110 kg prochu mniej. Przy wielodniowych oblężeniach i realnych ilościach armat biorących udział w oblężeniu dużych twierdz oszczędzało to nawet wielu ton koniecznych do przewiezienia na kilkunastu – kilkudziesięciu wozach prochowych, strzeżonych w dodatku przez licznych i kosztownych strażników. Dodatkowym, bardzo cennym bonusem była powtarzalność siły wybuchu prochu wrocławskiego. Powtarzalność, co wprost przekładało się na celność ostrzału i jednocześnie redukowało niemal do zera możliwość rozsadzenia kosztującej fortunę lufy armatniej. W czasach realnej wojny to wlaśnie otwierało oczy i sakiewki największym nawet sknerom i powodowało, że cena prochu wrocławskiego szybowała w górę aż do 2-krotnej ceny prochu zwykłego.
Być może najbardziej „nasycona” armatami w całej historii XV wieku była obrona Wrocławia pod koniec tegoż wieku. Ogromna armia polsko-czeska Kazimierza Jagiellończyka i jego syna Władysława, została powstrzymana ogniem około 1000 taraśnic (kule 4-5 funtowe) i hufnic 12 funtowych, zabudowanych na wagenburgach (solidnie okutych żelazem wozach bojowych), oraz ok. 15-20 12 funtowych świdnickich amat strzelających siekańcami (przypuszczalne typy, liczba i kaliber armat, na podstawie węgierskich opisów Czarnej Armii Matyasa Korwina). Polsko-czeska armia dysponująca pewną ilością armat przywiezionych z Czech nigdy nie ustawiła ich nawet na pozycjach umożliwiających oddanie skutecznego strzału. Nie pozwolił na to ostrzał obrońców, zasięg armat ładowanych prochem wrocławskim był znacznie większy (większa siła wybuchu ładunku = większy zasięg). W takich warunkach kilka prób ataku sił polsko-czeskich, zasypywanych dosłownie tonami kamiennych kul i setkami kilogramów ścinków metalu, kończyło się fiaskiem, zanim na dobre się rozpoczęły. Było to możliwe tylko we Wrocławiu: tylko kilka salw całej artylerii obrońców w czasie takiego pojedynczego ataku zużywało tony prochu. Taka rozrzutna materiałowo, ale wyjątkowo skuteczna obrona nie byłaby możliwa nigdzie indziej.
Lubimy zaglądać innym do kieszeni. Jak bardzo było to wówczas kosztowne?
Dla zobrazowania skali kosztów weźmy rozważaną wcześniej baterię baterię (5 hufnic, 1 lekka bombarda). Przy miesięcznym oblężeniu – co nie jest zbyd długim okresem – mamy:
1033,4 groszy praskich x 30 dni = ok. 31 000 groszy
Miesięczny koszt obsługi:
1 Starszy Mistrz Puszkarz: 12 gr/dzień = 360 gr
5 Puszkarzy (do hufnic): 4 gr/dzień = 600 gr
30 Pomocników (do przetaczania, czyszczenia): 1 gr/dzień = 900 gr
Warta taborowa (10 zbrojnych): 1,5 gr/dzień = 450 gr
Razem personel: 2 310 gr
Logistyka i Transport
Przy prochu wrocławskim potrzeba było ok. 214 kg prochu dziennie + masa kul (ok. 60 kg dziennie) + narzędzia i prowiant.
Tabor: Ok. 15 wozów na stałe w kolumnie zaopatrzeniowej.
Koszty wozaków, paszy dla koni i napraw: ok. 50 gr dziennie = 1 500 gr
W sumie całkowity koszt miesięczny baterii:
| Kategoria | Koszt w groszach praskich | Procent |
| Amunicja (Proch + Kule) | 31 000 gr | 89,00% |
| Żołd i wyżywienie | 2 310 gr | 6,60% |
| Transport i logistyka | 1 500 gr | 4,40% |
| SUMA | 34 810 gr | 100,00% |
Z tak słabą siłą ognia nikt nie przystępował do poważnego oblężenia. Na ogół była ona wielokrotnością tego przykładowego zestawienia. Np. w czasie oblężenia Malborka w 1410 r. jedno tylko działo wojsk Jagiełły – słynna Wielka Bombarda Krakowska (zbudowana specjalnie w tym celu) miała oszacowany wagomiar kul 400 – 500 funtowych (niektórzy autorzy podają precyzyjnie 215 kg. Nawet przyjmując jedynie tę dolną wagę kul, to i tak pojedynczy wystrzał był dużo „mocniejszy” niż salwa z całej tej baterii.
Co można było za to kupić?
34 810 groszy praskich, to w połowie XV wieku równowartość ok. 1160 złotych florenów. Można było wtedy za nie nabyć nawet 4 duże kamienice w pobliżu rynku Wrocławia czy Krakowa. Preferujący życie wiejskie mogliby za te pieniądze kupić dużą i dobrze zagospodarowaną wieś rycerską z młynem, karczmą i folwarkiem na Śląsku lub w bogatszych częściach Małopolski. Dzienny koszt baterii – ok. 31 florenów – należało wydać na 50 – 60 ha dobrej ziemi w Wielkopolsce. Wystrzelenie zaledwie 15 kul z bombardy 120-funtowej (ok. 28 florenów) to równowartość pozbycia się majątku ziemskiego, który mógłby żywić całą rodzinę przez pokolenia.
Rzemieślnik wrocławski zarabiał wtedy 1,5 – 2 gr/dniówkę. Zatem dobry wrocławski fachowiec musiałby pracować około 42 lat, 365 dni w roku, aby nic po drodze nie wydając uzbierać kwotę zużywaną na tą przykładową baterię w ciągu miesiąca oblężenia!
Świdnickie armaty
Pierwsze wzmianki o zainstalowanych armatach na Śląsku znajdujemy prawie równocześnie we Wrocławiu (1360 r) i w Świdnicy (1362 r). W obu miastach również praktycznie równocześnie zacząto produkować własne puszki (armaty). Te pierwze niewiele przypominały znane wszystkim dobrzez z rycin, czy filmów. Wykonywano je z sztab kutego żelaza, z odpowiednio wyprofilowanymi bokami. Składano je razem w kształt lufy, po czym nakładano na nie rozgrzane obręcze, które stygnąc kurczyły się, zaciskając sztaby ze sobą z ogromną siłą (ta technika bardzo przypominała budowę beczek, stąd angielska nazwa lufy: barrel). Komora prochowa wykonana była z osobnego, wykutego w kształt pękatego garnka, pojemnika – puszki. Komorę prochową montowano do lufy za pomocą systemu rygli bezpośrednio przed strzałem.
Technika jedynie pozornie prosta. Sednem było dokładne wyprofilowanie boków sztab, w celu idealnego ich przylegania do siebie po ściśnięciu obręczami – zatem mistrzostwo kowalstwa. Prawdopodobnie stosowano również jakieś niewielkie dodatki poprawiające właściwości samego żelaza kutego: obok informacji o próbach podkupywania świdnickich mistrzów kowalstwa (a nawet tylko czeladników), wiemy o „pozyskiwaniu” złomu z odpadów produkcyjnych ; w obu wypadkach to Wrocław usiłował przejąć tajemnice produkcyjne Świdnicy, zatem to właśnie Świdnica musiała być bardziej zaawansowana technologicznie w tym zakresie.
Początkowo działa spoczywały w potężnych dębowych korytach. Przygotowanie do strzału polegało na oparciu tego koryta na solidnym nasypie ziemnym, lub częściej wkopywano je nieco w ziemię. Kierunek strzału wyznaczała w przybliżeniu oś lufy, a zasięg regulowano tworząc pod przednią częścią lufy nasyp ziemny. Każda poprawka wymagała podniesienie lub zniwelowanie tego nasypu. Żmudne, czasochłonne i bardzo niedokładne. Świdniccy mistrzowie już w XIV wieku zaczęli produkować lżejsze działa, o krótszej, ale szerokiej lufie. Montowanej w lżejszym korycie, które zamontowane było na kołach. Jako jedni z pierwszych wprowadzili też nacięcia na lufie – pierwowzór muszki i szczerbinki, ułatwiające celowanie, oraz wprowadzili mechanizm śrubowy, podnoszący lub opuszczający komorę prochową – dużo dokładniejsze i przede wszystkim szybsze zmienianie zasięgu strzału. To były słynne hufnice, które sławę zdobyły w czasie późniejszych wojen husyckich. Działa z żelaza kutego były stosunkowo niedrogie w wykonaniu, ale miały ogromną wadę – gorąco wytwarzane podczas każdego wystrzału powodowało nagrzewanie się spajających ją obręczy, co prowadziło do pojawienia się szczelin pomiędzy sztabami lufy oraz w najgorszym wypadku do jej rozerwania. Przeciwdziałano temu „czyszcząc” lufę kędzierzawym wyciorem, namoczonym w wodzie z octem, co pomagało ją ostudzić i pilnując, aby nie oddawać strzałów częściej, niż zalecał producent armaty. Takie bombardy mogły oddać najczęściej do 10 wystrzałów w ciągu dnia, mniejsze armaty – kilkanaście.
Armaty spiżowe.
Księstwo Świdnickie było jedynym obok Kornwalii miejscem w Europie, gdzie praktycznie obok siebie występowały znane złoża miedzi – np. w Kupfenberg (Miedzianka) i cyny – np. w Gierhen (Gierczyn), nic dziwnego zatem, że właśnie w Świdnicy bardzo wcześnie zaczęto odlewać armaty ze spiżu (odmiana brązu), stopu tych metali w proporcji w przybliżeniu 90-88% miedzi i odpowiednio 10-12% cyny. Jak wielkie to było wyzwanie techniczne, w tym dopracowanie składu stopu, techniki wykonania formy i samego procesu odlewania, obrazuje to, że dzisiaj jedynie kilka warsztatów na świecie potrafi wykonać grubościenne odlewy ze spiżu (np. dużych dzwonów kościelnych), a są one niewielkie i nie wymagają wielkiej precyzji w porównaniu do odlewania wielkich bombard spiżowych. Wrocław podążał krok za Świdnicą, ale także i w zakresie odlewania dział spiżowych technologicznie był zawsze krok z tyłu.
Po wynalezieniu systemu mocowania czopowego, prawdopodobnie przez burgundzkich mistrzów (na przełomie XIV i XV wieku) – w środku ciężkości lufy dodano dwa czopy, które pozwalały na łatwiejsze jej montowanie na lawecie oraz dokładnym jej unoszeniu i opuszczaniu – ponownie świdniccy odlewnicy dokonali poprawek tego wynalazku. Przesunęli czopy nieznacznie do przodu, tak, aby zawieszona na nich lufa lekko opadała na komorę prochową, oraz dodali na siedziska czopów panewki wykonane z miedzi, chroniące je przed zniszczeniem uderzeniem odrzutu i ulatwiające obrót lufy w pionie. W połączeniu ze stosowanym już wcześniej śrubowym systemem podnoszenia lufy od strony komory prochowej dało to precyzyjny mechanizm celowniczy. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęli wybijać na komorze prochowej wagomiar działa. Artyleria średniowieczna nie miała znormalizowanej średnicy luf. Ze względu na określoną wytrzymałość lufy, istotniejsze było podanie wagi pocisku kamiennego, który można było z niej wystrzelić (czyli tym samym maksymalną ilość prochu, który bezpiecznie można było użyć – nie więcej niż 1/2 wagi pocisku).
Świdnica zasłynęła przede wszystkim z produkcji najpopularniejszych armat lekkich: 6 funtowych taraśnic (lekkie działo obronne, ustawiane na tarasach murów obronnych, oraz ze wspomnianych już hufnic, na ogół 12 funtowych. Oba te typy doprowadzono do perfekcji w czasie wojen husyckich, właśnie one były montowane na wprowadzonych przez husytów wagenburgach. Innym, powszechnie i licznie produkowanym w Świdnicy, rodzajem była „artyleria ręczna” – tzw. hakownice. Były to ręczne działka, o wagomiarze 1 lub 2 funtów, przenoszone i obsługiwane przez 2 osoby. Świdniccy mistrzowie dodali w przedniej części lufy solidny hak, którym można było zaczepić ją o mur obronny, lub burtę wozu (aby utrzymać siłę odrzutu). Równie popularne w XV wieku jak poprzednie. O ile sam pomysł hakownic był importem, to w Świdnicy z czasem zaczęto dodawać do nich przenośne nóżki, umożliwiające oddanie strzału nawet w szczerym polu. Hakownice były przodkiem muszkietów i w ogólności dzisiejszych karabinów. Innym przykładem średniowiecznej inwencji w udoskanalaniu technik zabijania były armaty przeznaczone do strzelania siekańcami. Były to armaty nieco podobne do hufnic, tylko z poszerzonym lejkowato wylotem. Wg instrukcji świdnickich puszkarzy, na ładunku prochowym układano skórzany worek dopasowany rozmiarem do średnicy lufy, wypełniony posiekanymi kawałkami żelaza. Ciśnienie wytworzone w czasie wybuchu prochu rozrywało worek w końcowej, poszerzającej się części lufy i armatę opuszczało kilka kilogramów ostrych, drobnych kwałków żelaza. Niewielki zasięg i nikła celność powodowały, że była to jedynie ostateczna broń obronna, ustawiana naprzeciw szturmowanych z zewnątrz bram. Po ich ewentualnym przełamaniu, wdzierający się tłum napastników był w zazwyczaj wąskim tunelu bramowym masakrowany jednym tylko wystrzałem z takiego działa, brutalnie, ale efektywnie „korkując” go zwałami zabitych i rannych. Mimo skórzanej osłonki siekańce często niszczyły wewnętrzną część działa, dlatego używano ich jedynie w ostateczności. Z czasem pojawiły się podobne, ale dużo mniejszego kalibru garłacze, a dzisiaj ich potomkiem są strzelby na naboje śrutowe.
Ogromną przewagą armat spiżowych była ich standaryzacja. Każda armata z żelaza kutego była jedyna w swoim rodzaju, musiała mieć dedykowane jej właśnie kule. Odlewy spiżowe zapewniały powtarzalność – w jednej formie można było odlać wiele praktycznie identycznych np. hufnic. Pozwalało to na standaryzację kul – zachowały się nawet informacje o wzorcach, przeznaczonych dla kamieniarzy je produkujących (w tym wypadku to informacja z wrocławskich warsztatów odlewniczych Hanusza, połowa XV wieku) – co z oczywistych względów ułatwiało logistykę i zopatrzenie.
Eksport armat i dochód.
Świdnickie armaty (ale też wrocławskie) trafiały do wszystkich Krajów Korony Czeskiej, Królestwa Polski, Wielkiego Księstwa Litewskiego, licznych krajów niemieckojęzycznych, a nawet na Ruś (już od połowy XIV wieku, przywilej Kazimierza Wielkiego dla kupców świdnickich). Druga połowa XV wieku to całe, ogromne Królestwo Węgier Matyasa Korwina, wchłaniające każdą ilość świdnickiej i wrocławskiej produkcji ze wzglądu na praktyczne ciągłe prowadzenie wojen.
Ceny armat spiżowych w XV wieku (szczyt potęgi odlewniczej Świdnicy) zależały od wagi odlewu, a nie kalibru czy wagomiaru pocisków, ponieważ liczono je we florenach za cetnar gotowego wyrobu.
Szacunkowe koszty luf spiżowych w XV wieku na Śląsku:
-
Mały kaliber (np. hufnice, taraśnice). Waga: ok. 50–200 kg. Cena: od 10 do 40 florenów (małe działa były produkowane seryjnie. Mistrz świdnicki za odlanie serii 10 hufnic mógł otrzymać kwotę pozwalającą na zakup kamienicy w mieście).
-
Średni kaliber (np. mniejsze bombardy). Waga: ok. 300–800 kg. Cena: od 60 do 150 florenów (najczęstsze zamówienia miejskie. Zarobek mistrza „za kunszt” stanowił zazwyczaj od 20% do 33% całkowitej wartości zamówienia, po odliczeniu kosztów miedzi, cyny i pracowników.
-
Największy kaliber (np. wielkie bombardy typu słynnej świdnickiej „Lochy”). Waga: od 2000 kg (2 tony) wzwyż. Cena od 400 do nawet 1000 florenów. Legendarna świdnicka „Locha” była inwestycją wartą sporej fortuny, jej cena była szacunkowo równa kosztowi rocznego zaciągu oddziału 100-150 jeźdźców. Koszt samej miedzi i cyny do tak gigantycznego odlewu był ogromny, a ryzyko nieudanego odlewu (pęknięcia) sprawiało, że mistrzowie żądali specjalnych,wyjątkowo wysokich premii. Za jedno takie działo mistrz mógł zarobić na czysto równowartość kilkuletniego dochodu średniego kupca hurtowego.
Struktura dochodów mistrza ludwisarskiego:
Surowce stanowiły ok. 50–60% ceny końcowej. Świdniccy i wrocławscy mistrzowie mieli ułatwiony dostęp do miedzi (bliskość kopalń i szlaków handlowych), co zwiększało ich konkurencyjność. Szacuje się się, że przy dużym zamówieniu (np. uzbrojenie arsenału miejskiego w Świdnicy lub we Wrocławiu) mistrz mógł zarobić od 50 do 100 florenów czystego dochodu rocznie, co stawiało go w najbogatszej warstwie mieszczaństwa. Dodatkowo ludwisarze często otrzymywali od miast darmowy węgiel drzewny, zwolnienia z podatków oraz prawo do darmowego transportu surowców. Dla porównania: w XV wieku za 1 florena można było kupić ok. 150–200 kg wołowiny lub dobrej jakości kuszę. Dochód z jednej tak dużej armaty spiżowej pozwalał więc mistrzowi na życie w luksusie nawet przez kilka lat!
Świdnicka Donnerbüchse (Grzmiąca Puszka).
Absolutnym majstersztykiem świdnickich odlewników1 była bombarda zwana Grzmiącą Puszką lub bardziej pieszczotliwie – „Lochą” (die Sau: nazwa ludowa, sugerująca wielkość działa będącego „matką wszystkich armat”, lub nawiązująca do niesamowitego ryku jej wystrzału); została odlana w Świdnicy przed 1450 r. (data dyskusyjna, tak uważali np. I. E. Naso2, z którym zgadza się np. E. Małachowicz). Była absolutną legendą śląskiej artylerii, „docenianą” również przez jej przeciwników, nazywających ją „Świdnickim Potworem”.
Szacuje się, że waga samej lufy, wykonanej ze stopu miedzi i cyny z ok. 2% dodatkiem srebra3, sięgała 6 – 10 ton. Średnica wewnętrzna lufy: 550 – 600 mm, strzelała kulami kamiennymi (bazalt lub granit) o takiej średnicy i wadze 350 – 400 kg. Zapisana w kronikach odległość celnego ostrzału burzącego – imponujące 2560 m! Była dziełem unikalnym: pierwszym tej wielkości odlewem spiżowym działa wykonanym w całości, co wskazuje na wyjątkowe umiejętności jego twórców, przewyższające nawet legendarnych odlewników w służbie tureckiej. Nieco późniejsze, potężne działa spiżowe węgierskiego odlewnika Orbana w służbie Imperium Ottomańskiego (ale i jego uczniów i następców) były skręcane: wykonywano odlew komory prochowej, do której przykręcano osobno wykonany odlew lufy. Historię Lochy, poza Naso, opisywali również Jakob Schickfus4, Szymon Hubitius5 (z którego zapisów wiemy, że do tego działa stosowano specjalną mieszankę prochu, o nieco większej zawartości siarki spowalniającej spalanie) oraz słynny Friedrich Lucae6.
Locha zdecydowaną większość swojej 200 letniej historii spędziła na murach Świdnicy, samą swoją obecnością odstraszając napastników.
-
1468 r. – pierwsza wzmianka o jej bojowym przeglądzie przed wysłaniem na kampanię.
-
1470 r. – oblężenie zamku Homole (walki z rycerzami-rabusiami).
-
1472 r. – oblężenie Żagania (konflikty o sukcesję po Janie II Szalonym).
-
1488 r. – oblężenie Głogowa
-
1567 r.: data słynnego ostatniego wystrzału (salut dla cesarza Maksymiliana II), po którym zakazano jej używania w obrębie murów. Simon Hubicius zapisał, że po wystrzale w mieście domy kołysały się jakby ziemia się zatrzęsła i z okien wyleciało wiele szyb, powietrze tak gwałtownie uderzyło w wieże kościelne, że dzwony same zaczęły bić, a „huk wystrzału słyszano we wsiach o mile odległych”
XIX wieczny historyk Heinrich Schubert7, powołując się na protokoły Rady Miejskiej Świdnicy oraz zachowane rachunki miejskie, opisał ‚koniec” Lochy. Według jego ustaleń, rok 1647 był datą fizycznego zniszczenia konstrukcji działa. Podczas wojny trzydziestoletniej, gdy Świdnica była przechodnim punktem strategicznym, przestarzała i gigantyczna Locha stanowiła obciążenie. Schubert odnotował, że działo zostało wtedy rozbite na mniejsze kawałki, aby ułatwić składowanie i późniejszy transport cennego spiżu do odlewni, co ostatecznie nastąpiło w XVIII wieku.Schubert cytował zapisy, z których wynikało, że kruszec z Lochy był traktowany jako rezerwa finansowa miasta w najtrudniejszych czasach, a jego wysoka jakość (zawartość w stopie srebra od 120 – 200 kg) sprawiała, że każdy funt tego metalu był skrupulatnie ważony i zapisywany w dokumentach, do których historyk miał dostęp.
Mistrz Hanusz.
Mimo, że to świdniccy mistrzowie odlewnictwa zapisali się swoją innowacyjnością, a świdnickie ludwisarnie należały do najbardziej znanych, to właśnie we Wrocławiu żył i działał najsłynniejszy średniowieczny śląski ludwisarz: Hanusz.
Hanusz (w źródłach i opracowaniach pojawia się również w zapisie Haannus, Hanuss) działał w połowie XV wieku (szczyt jego aktywności przypada na lata 1450 – 1470). Był oficjalnym ludwisarzem miejskim Wrocławia, ale jego renoma wykraczała daleko poza mury miasta. Cieszył się zaufaniem rady miejskiej, która powierzała mu gigantyczne sumy na odlewanie najcięższych dział. Jego najbardziej znanym dziełem była ogromna spiżowa bombarda odlana w 1459 roku we Wrocławiu. Było ono bezpośrednią odpowiedzią na świdnicką Lochę. Było tak ciężkie, że do jego transportu potrzeba było kilkudziesięciu koni. Hannus stosował bardzo zaawansowane jak na tamte czasy formy gliniane. Jego działa charakteryzowały się grubymi ściankami w części dennej (komorze prochowej), co pozwalało na stosowanie silniejszych ładunków prochu bez ryzyka rozerwania lufy. Jako jeden z pierwszych na Śląsku zaczął bogato zdobić lufy armatnie inskrypcjami (np. do św. Marii, lub św. Barbary – patronki puszkarzy) i herbami miasta, co podnosiło prestiż broni jako „narzędzia państwowego”, a nie tylko surowego przedmiotu użytkowego. Dążył do ujednolicenia wagomiaru kul. W swoich warsztatach przygotowywał wzorce (kalibry), dzięki czemu kule z różnych warsztatów kamieniarskich pasowały do jego dział. Działa Hannusa brały udział w najcięższych walkach o panowanie nad regionem, m.in. w konfliktach z popieranym przez husytów królem Jerzym z Podiebradów. Wrocław używał armat Hannusa jako „argumentów ostatecznych” w tych sporach . Warto zauważyć, że postać Hannusa pokazuje, jak bardzo indywidualny geniusz liczył się w ludwisarstwie. Jedna armata wykonana przez takiego mistrza była warta więcej niż dziesięć gorszych odlewów, ponieważ gwarantowała bezpieczeństwo puszkarzom i rzeczywistą oraz powtarzalną siłę niszczącą. Posiadał swój osobisty znak rzemieślniczy – prosty, geometryczny symbol (przypominający odwróconą literę „T”), który wybijał w okolicach otworu zapałowego. Był to jego „podpis”, gwarantujący jakość wyrobu (dla porównania: świdniccy mistrzowie wybijali znak swojego cechu).
Działo Hanusza było lżejsze, miało nieco mniejszy kaliber niż Locha, strzelało też nieco lżejszymi kulami, ale dzięki bardziej dopasowanym średnicom kul, zasięg strzału był większy, a energia burząca podobna. Przy jej wykonaniu pracowało, oprócz mistrza, prawdopodobnie około 30 innych osób – czeladników i pomocników. Do uzyskania tak wielkiej ilości płynnego stopu potrzebowano aż 6 ogromnych tygli, w każdym z nich roztopiony surowiec musiał mieć identyczny skład i temperaturę. Zalewanie formy musiało odbywać się z stałą prędkością, ale tak, by nie trwało dłużej niż cały dzień. Późniejsze wyjęcie bombardy z formy było najbardziej ekscytującą chwilą: dokładne osłuchiwanie opukiwanego każdego kawałka dawało nadzieję na wewnętrzną jednorodność odlewu, brak ukrytych pęcherzy powietrza. Było to wielkie święto Hanusza, jego załogi i całego miasta: we wrocławskich księgach rachunkowych zanotowano zakup kilkunastu beczek piwa wrocławskiego dla poczęstunku całej ekipy odlewniczej i obserwujących to wyjątkowe wydarzenie gości.
Podobnie jak Locha w Świdnicy, bombarda Hanusza większość czasu spędzała na murach Wrocławia. Jej zapisana „kariera” bitewna to:
-
1460 r. – oblężenie zamky w Leśnicy (dziś dzielnica Wrocławia), zajętego przez siły sprzyjające Jerzemu z Podiebradów.
-
1467 – 1469 r. – działo było wielokrotnie transportowane w nieodległe od Wrocławia rejony, by wymuszać kapitulację mniejszych zamków i miasteczek zajętych przez Czechów i ich zwolenników. Sam fakt, że Hannus „wyjeżdżał” z arsenału, często wystarczał do podjęcia przez nich decyzji o poddaniu się.
-
1468 r. – zdobycie warowni w Otmuchowie, zajętej przez husycką załogę czeską (Jerzego z Podiebradów), gdzie 1 strzał z bombardy skłonił załogę do poddania się (można sobie jedynie wyobrazić, jak załoga warowni bezradnie obserwowała ustawiane do strzału, w dużej odległości, ale wciąż ogromne działo. Potworny huk wystrzału – porównywany w opisach do dźwięku uderzenia młota w kowadło, ale o monstrualnym natężeniu, skowyt nadlatującej, wielkiej kuli kamiennej, jednym uderzeniem rozbijającej mur fortecy i niszczącej fragmenty zabudowań zamkowywych wewnątrz).
-
1474 r. – funkcja obronna w czasie oblężenia Wrocławia przez wojska polsko-czeskie (Kazimierz Jagiellończyk i Władysław Jagiellończyk). Jedna z najważniejszych chwil w historii działa. Hanusz stał na murach Wrocławia w każdej chwili gotowy do strzału, broniąc miasta przed połączonymi armiami polską i czeską. Potęga wrocławskiej artylerii była tak duża, że najeźdźcy nie odważyli się na walny szturm.
-
1488 r. – Oblężenie Głogowa (tutaj ramię w ramię ze świdnicką Lochą).
-
XVI w – służba forteczna (w tym salwy honorowe).
Jako przestarzała i nieefektywna została przetopiona w czasie wojny trzydziestoletniej.
Jakub Schickfus w swojej kronice poświęcił sporo miejsca obu miastom, a zestawienie Lochy świdnickiej z wrocławskim Działem Hanusza pozwalało mu ukazać rywalizację i potęgę militarną Śląska. W Liber Civitatum (Księdze Miast) Schickfus opisał wrocławskie działo w kontekście tamtejszego arsenału (Zeughaus), który uważał za najwspanialszy w tej części Europy. Podkreślał, że działo było dziełem wybitnego ludwisarza Hanusza z 1459 roku. Opisywał je jako działo „niezwykłej sztuki i proporcji”. Było dla niego symbolem kunsztu i nowoczesności (mimo XV-wiecznego pochodzenia!). Podkreślał jego doskonałe zdobienia i to, że Wrocław, jako stolica, musiał posiadać broń, która budziła respekt u obcych posłów.
W przypadku Lochy Schickfus skupiał się bardziej na jej brutalnej sile i masie. Świdnica była dla niego miastem-twierdzą, a Locha „kamiennym potworem”. Jeśli Wrocław miał działo najpiękniejsze, to Świdnica miała najstraszniejsze. Zaznaczał, że choć Hanusz był technologicznym majstersztykiem, to Locha przyćmiewała go pod względem logistycznego wyzwania i „huku, który wstrząsał ziemią”8. Kronikarz nie wskazał jednoznacznie „lepszego”, ale z jego tekstu wynika ciekawy podział: działo Hannusa było dowodem na bogactwo i kulturę techniczną Wrocławia (często pokazywane gościom jako duma miasta). Locha była dowodem na nieugiętość i potęgę militarną Świdnicy. Co ciekawe, Schickfus zauważył, że oba działa – choć odlane w różnym czasie i miejscu – wspólnie tworzyły obraz Śląska jako „kraju spiżem stojącego”. To on utrwalił przekonanie, że kto posiada takie „puszki”, ten panuje nad handlem i bezpieczeństwem regionu.
Obiektywnie, mimo podobnych osiągów militarnych, bombarda Hanusza ze względów technicznych była z pewnością znakomicie bardziej dopracowana. Jej dużo mniejszy ciężar (pod Głogów działo Hanusza ciągnęło 30 koni, Lochę – 43) przy zbliżonej sile wybuchu ładunku prochowego, wskazuje na dużo lepsze wyprofilowanie wewnętrznych krzywizn komory prochowej, co równiej rozprowadzało naprężenia powstałe w czasie eksplozji ładunku i pozwoliło na nieco cieńszy – zatem lżejszy – odlew.
Tajemnica Hanuszowego gmerku.
Gmerek to był osobisty, unikalny znak średniowiecznego rzemieślnika. Służył do identyfikacji wykonawcy. Z czasem stał się „logotypem” tych najwyższej klasy fachowców, gwarantującym jakość wykonania. Określenie pochodzi z języka niemieckiego Gemerk i znaczy po prostu znak, oznaczenie. Gmerek był po prostu średniowieczną „marką” towaru. Podobnie jak dzisiaj, za znakowanie towaru cudzą marką, w średniowieczu groziły kary, tyle, że nieco surowsze: od ucięcia ręki, po ścięcie lub powieszenie włącznie. Gmerki były dziedziczne, przechodziły z ojca na syna. Wiązało się to z przekazywaniem umiejętności i tajemnic produkcji wyłącznie w rodzinie. Gigantyczna marża „za kunszt” ludwisarski była – w tym wypadku – zapłatą za ogromną wiedzę, zgromadzoną w setkach i tysiącach doświadczeń, kumulowaną czasami przez wiele pokoleń. Gmerki prawie zawsze były prostymi znakami geometrycznymi.
„Znak cechowy” był podobnym znakiem towarowym, tylko oznaczającym produkcję w obrębie cechu (najczęściej gromadzącego kilku mistrzów), dysponującego wspólną wiedzą i doświadceniem. Pierwotnie bardzo podobne do gmerków, z czasem stały się bardziej ozdobne i wyszukane. Oba znaki były, w pewnym sensie, herbami rzemieślnika lub cechu, były nierozerwalnie z nimi związane.
Hanusz cechował swoje wyroby znakiem przypominającym odwróconą literę „T” (czasami opisywaną jako schematyczną kotwicę lub hak), znak zwany w heraldyce Krzyżem Tau, symbolizował stałość, niezmienność i zakotwiczenie, odwoływał się do św. Antoniego. Dokładnie taki sam znak, jako pierwotny herb, używała rodzina Rore – najstarsza szlachta śląska (w herbarzach śląskich takie rody określano „Uradel”), występująca już w dokumentach XIII wiecznych. Uważa się, że krzyż Tau był ich rodowym znakiem, którym pierwotnie, nawet jeszcze w czasach plemiennych, oznaczali granice swoich posiadłości. Średniowieczne posiadłości Rore rozciągały się na południe i wschód od Świdnicy – np. wsie Pankendorf (Panków) czy Goglau (Gogołów). Z kolei XVI/XVII wieczny ród patrycjuszy miejskich von Rore posiadał kamienice przy południowej i zachodniej pierzei rynku, (rejon tzw. Strony Siedmiu Elektorów i Strony Złotego Pucharu). To właśnie w tych miejscach znaki z krzyżem Tau były umieszczane na zwornikach sklepień lub nad portalami. Na tożsamość tych kamienic z tymi zakupionymi przez Hanusza za dochód z bombardy (co świadczyło o tym, że wrocławscy von Rore byli potomkami Hanusza) wskazali m. in. Rudolf Stein9 nazywając finalnie Hanusza wprost „Hansem (Hanuszem) von Rore” wcześniej, już w XIX wieku, pochodzący z górnośląskiego Bytomia Hermann Luchs, współtwórca m.in. Museum schlesischer Altertümer (Muzeum Starożytności Śląskich), które wolontariacko prowadził jako kustosz od momentu powstania, do swojej śmierci.
Takie osiedlanie się w miastach szlachty czy arystokracji śląskiej, lub odwrotnie: nobilitacja patrycjuszy miejskich, nie były – inaczej niż w sąsiedniej Polsce – nie były niczym dziwnym na Śląsku. Także paranie się handlem czy (niektórym) rzemiosłem przez „szlachetnie urodzonych” było na Śląsku normą do tego stopnia, że np. w napisanym na początku XVII wieku dziele Roździeński wprost sugerował, że przydomek księcia żagańskiego Henryka V Żelaznego (teścia Kazimierza Wielkiego) pochodzi od zamiłowania do kowalstwa (podobne sugestie wysuwali też dawni śląscy badacze).
Dodatkowego smaczku tej historii dodaje fakt, że pierwotnym znakiem reprezanującym na zewnątrz Świdnicę był często również krzyż Tau: np. na halerzach świdnickich z XIV wieku – co wskazuje, że ród Rore gwarantował jakość monet, był właśnie gmerkiem, wcześniej pojawiał sięrównież jako pieczęć wójtowska – czyli zarządcami miasta byli przedtawiciele tego rodu. I co najważniejsze: był również znakiem cechowym ludwisarzy świdnickich (m.w. do połowy XV wieku – w 1452 herbem miasta została dwudzielona tarcza z dziekiem i gryfem, ten herb jednocześnie stał się znakiem cechowym – co wskazuje na bardzo sile powiązanie tego cechu z władzami miasta).
Tą zbieżność gmerk Hanusza = świdnicki znak cechowy zauważył już np. I. E. Naso, wskazując rodzinne powiązania ludwisarzy wrocławskich i świdnickich jako możliwe wyjaśnienie. Tłumaczenie możliwe, ale nie wyjaśniające wszystkiego co m.w. jednocześnie działo się w Świdnicy i Wrocławiu.
Miasta formalnie były sojusznikami. Organiowały nawet wspólne wyprawy wojenne – np. w tym miej więcej czasie puszkarze wrocławscy i świdnicy wspólnie uczestniczyli w wyprawie przeciwko rosnącemu w znaczenie rycerzowi-rabusiowi w Starym Książu. Zakulisowo jednak trwała ostra rywalizacja i bezpardonowa, brutalna walka właśnie np. cechów ludwisarzy obu miast, o której pisał też wspomniany Naso, ale przede wszystkim mocno opisana przez Schuberta. Popatrzmy na wszystko z zewnątrz i całościowo, uwzględniając następstwo zdarzeń.
Krzyż Tau przestał pojawiać się na znaku cechowym Świdnicy → pojawił się gmerk Hanusza → cech świdnicki wprowadził surowe kary za zdradę tajemnic cechowych i zmusił swoich czeladników i mistrzów do składania dodatkowej, kościelnej przysięgi wierności.
Locha, jako jedyna wśród odlewów świdnickich ma wyryte (o nieznanej nam treści) inskrypcje → wszystkie odlewy Hanusza zdobione są inskrypcjami, co jest nowością w środkowoeuropejskim odlewnictwie, ale jest wtórne wobec Lochy.
Ród Rore przez wieki związany był ze Świdnicą → od czasów Hanusza stają się jednak patrycjuszami wrocławskimi, chociaż wciąż dysponują majątkami ziemskimi w okolicy Świdnicy
To wszystko łącznie może wyjaśnić hipoteza (chociaż jedynie hipoteza, tajemnica gmerku Hanuszowego na zawsze chyba pozostanie tajemnicą) że to ojciec i mistrz Hanusza (ojciec – ze względu na dystans czasowy), był projektantem świdnickiej Lochy. Był właścicielem znaku (rodowego), który był używany także jako cechowy, co świadczy, że był Starszym Mistrzem tego cechu. Z powodu jakiegoś konfliktu już po odlaniu Lochy (nie było to raczej podkupienie przez Wrocław; sam Hanusz potem „kupował” czeladników świdnickich i ślady tego znajdujemy w miejskich księgach rachunkowych), przeniósł się do Wrocławia, które oczywiście przyjęło go z otwartymi ramionami, oferując jemu i Hanuszowi wyjątkowe przywileje, opłacając eksperymenty i badania nad odlewnictwem. W dzisiejszych kategoriach było to „wrogie przejęcie”, przez bezpośrednio konkurującą firmę, osób prowadzących lub nadzorujących najważniejsze, najbardziej dochodowe projekty, znających wszystkie tajemnice produkcyjne i handlowe firmy.
Finalnie, w oparciu o doświadczenia które zdobyto w czasie odlewu Lochy, Hanusz projektuje i wykonuje swoją bombardę. W takim kontekście Locha to dzieło prototypowe, a bombarda Hanusza jej ulepszonym, nowocześniejszym modelem. To pokazuje, jak bardzo dzisiaj jesteśmy podobni do naszych średniowiecznych przodków. Dokładnie tak, nawet w porównywalnej współczesnej technologii wojskowej, działają wielcy producenci i dzisiaj. Doskonałym przykładem jest bomba atomowa, której szczegóły konstrukcyjne Rosjanie wykradli jej twórcom – Amerykanom.
Bombarda Hanusza, w przeciwieństwie do wielu innych ówczesnych największych dział, cieszyło się sławą broni technicznie doskonałej, niezawodnej i wyjątkowo celnej. Już w przeszłości, ale i obecnie, pod względem sztuki inżynieryjnej i innowacyjności był on porównywany do najbardziej znanego odlewnika średniowiecznego świata: Węgra Orbana.
Średniowieczna „broń atomowa”.
Czy ktoś potrafi cobie dzisiaj wyobrazić, jak w średniowieczu postrzegany był Konstantynopol? Z perspektywy zachodnioeuropejskiej nazwaliśmy Rzym „wiecznym miastem”, ale Rzym rósł i upadał, odbudowywał się i znowu był morzem ruin…
Mury Teodozjusza, zbudowane w V wieku przez prawie 1000 lat uchodziły za niezdobyte. W ich cieniu rodziły się, dorastały i umierały dziesiątki pokoleń – a one trwały niezmienne. Rozbijały się o nie hordy barbarzyńców. W XIV wieku pod Konstantynopol dotarła rodząca się największa potęga ówczesnego świata – tureccy osmanowie i też odbili się od murów miasta. Miasta, które przez 1000 lat kumulowało bogactwo, wiedzę, umiejętności techniczne, otoczone niezdobytymi sięgającymi w sumie 60 m grubości umocnieniami, sam tylko wewnętrzny mur był gruby na 6, a wysoki na 12 metrów (od wyżej położonego gruntu miasta). Nie było takich taranów czy katapult, które były w stanie naruszyć ten wydawający się sięgać nieba murowany monolit.
Nie jesteśmy w stanie tego sobie wyobrazić: nie mamy w najnowszej historii punktu odniesienia i skali, aby zrozumieć jakim ogromem, potęgą i odwiecznością był Konstantynopol dla sobie współczesnych. W połowie XV wieku przybył do Konstantynopola mistrz Orban – Węgier z Siedmiogrodu, odlewnik, specjalista od spiżu. Zaproponował władcy – Konstantynowi XI – odlanie potężnych dział, które powiększą jego chwałę i przede wszystkim możliwości obronne. W Konstantynopolu nie mieszkali głupcy.. Było to wówczas centrum światowej nauki i techniki, handlu i sztuki. Wiedzieli, że odlanie takiego działa jest niemożłiwe. Orban – jako prawdopodobnie chcący po prostu wyłudzić spore sumy – został wyśmiany i wypędzony. Udał się zatem do wrogów Konstantynopola. Mehmed II Zdobywca, nawet, jeżeli obietnice Orbana wydawały mu się mało prawdopodobne, postanowił spróbować. 23 maja 1453 r, po 53 dniach niszczących stopniowo mury miejskie ostrzeliwań, osmańskie wojska szturmem wzięły miasto. Sam Orban zginął w czasie oblężenia, zabity przez rozerwaną lufę jednego ze swoich dział. Najpotężniejsze z nich – wielka Basilika – mimo że mogła onna oddać dziennie jedynie do 7 wystrzałów (studzenie lufy i bardzo czasochłonne ładowanie), walnie przyczyniło się do porażki Konstantynopola. To jej potężne, ważące do 600 kg kamienne kule rozbiły „niezniszczalne” mury. Spiżowa Basilika była „game changerem” – dokładnie tak samo, jak w XX wieku całe postrzeganie wojny zmieniło się dzięki broni atomowej. Podobieństw tego spiżowego potwora z bronią atomową jest więcej: niezwykle wysokie koszty wykonania w porównaniu do tradycyjnej broni, zaawansowana wiedza specjalistyczna – dla pobocznych wręcz z pogranicza magii, niewyobrażalna wcześniej, niszcząca i mordercza potęga jej zastosowania…

Basilika nie była jednorodnym odlewem – to było niemożliwe do osiągnięcia dla Orbana z powodu jej wielkości. Odlał on osobno komorę prochową, do której już na miejscu walki dokręcano drugi spiżowy odlew: lufę. Taką technikę produkcji stosowali również później jego tureccy uczniowie i następcy. Pierwsze w całości odlane „spiżowe potwory” to opisane wcześniej Locha i bombarda Hanusza – które niespecjalnie ustępowały dziełom tego powszechnie uznawanego za geniusza ludwisarza.
Zestawienie tabelaryczne wszystkich najbardziej znanych gigantycznych bombard XV wieku w poniższej tabeli, uszeregowanych są wg malejącej masy kuli, wskazuje na przepaść technologiczną śląskich i tureckich bombard w stosunku do innych:
|
Nazwa własna |
Miejsce / Kraj produkcji |
Rok produkcji |
Kaliber [mm] |
Masa kuli [kg] |
Technologia |
Trwałość bojowa |
Uwagi |
|
Basilika (Orbana) |
Adrianopol (Imperium Osmańskie) |
1453 |
750–900 |
500–600 |
Spiżowa skręcana |
nietrwała (rozerwana) |
Rozerwana podczas ostrzału Konstantynopola |
|
Działo Dardanelskie |
Imperium Osmańskie |
1464 |
630 |
400–480 |
Spiżowa skręcana |
Wyjątkowo trwałe |
Odlana przez Munir Alego pomniejszona kopia Basiliki. Czynnie służyło do 1807 r. |
|
Pumhart von Steyr |
Steyr (Austria) |
ok. 1420 |
800 |
450 |
Żelazo kute |
niska | Prawie nie używana, przetrwała do dzisiaj |
|
Locha |
Świdnica (Śląsk) |
przed 1450 |
550–600 |
350–400 |
Spiżowa |
trwała |
Przetopiona w 1647 r |
|
Działo Hannusa |
Wrocław (Śląsk) |
1459 |
500–550 |
350 |
Spiżowa |
trwała |
Przetopione w czasie wojny 30-letniej |
|
Danzigerin |
Gdańsk (Hanza) |
1408 |
ok. 700 |
350 |
Żelazo kute |
niska |
Zezłomowana w połowie XVI wieku |
|
Faule Mette |
księstwo Brunszwik |
1411 |
670 |
320–400 |
Spiżowa |
trwała |
W całej swojej historii oddała jedynie 12 strzałów, stąd nazwa „Leniwa Mette” |
|
Choche |
Praga (Czechy) |
1420 |
580 |
300–350 |
Żelazo kute |
Bardzo niska |
Rozerwana podczas oblężenia Karlstejnu w 1421 r |
|
L’Orage |
La Rochell (Francja) |
ok. 1450 |
500-580 |
250-300 |
Żelazo kute |
średnia |
Zaprojektowane na oddanie 50-100 strzałów |
|
Bombarda Wenecka |
Republika Wenecji |
ok. 1490 |
500–600 |
250–300 |
Spiżowa skręcana |
– |
Została zniszczona w czasie transportu na statku |
|
Szalona Greta |
Gandawa (Niderlandy) |
ok. 1431 |
640 |
250–300 |
Żelazo kute |
niska |
Oddała tylko 12 strzałów i została odkształcona. Prtrwała do dziś w tym stanie |
|
Wielka Bombarda |
Rodos (Zakon joanitów) |
ok. 1480 |
500-600 |
260 |
Żelazo kute |
wysoka |
Służyła bojowo przez 300 lat! Obecnie w muzeum w Paryżu. |
|
Mons Meg |
Mons |
1449 |
510 |
175 |
Żelazo kute |
wysoka |
Brała udział w bitwach przez 230 lat. „Poległa” w czasie salwy honorowej w 1680 r. |
|
Wielka Puszka |
Kraków (Polska) |
1406 |
ok. 450 |
100–150 |
Żelazo kute |
Bardzo niska |
Rozerwana podczas strzału próbnego w czasie oblężenia Marlborka w 1410 r. |
Samo to proste zestawienie wskazuje na kilka kluczowych wniosków (dotyczacych tylko tych największych gigantów):
-
Dominowały (liczebnie) mniej technologicznie zaawansowane technicznie, wykonane z żelaza kutego. Spiż to Śląsk, przebogate Imperium Ottomańskie i Wenecja, oraz pojedyncza konstrukcja z Brunszwiku (oczywiście ta śląska przewaga wynikała z dostępu do własnych rud metali, a zatem i nieograniczonych możliwości eksperymentowania).
-
Bombardy spiżowe były na ogół większe niż wykonane z żelaza kutego. Dodatkowo podkreśla to niewyobrażalne umiejętności techniczne ich konstruktorów.
-
Spiżowe potwory na ogół służyły przez wieki. Bombardy z żelaza kutego projektowano na oddanie kilkunastu wystrzałów jedynie (za wyjątkiem francuskich – te mogły oddwać kilkadziesiąt wystrzałów). Absolutnym ewenementem w tym kontekście jest „Meg z Mons”.
-
Mimo wcześniejszego udziału Basiliki w bitwie, świdnicka Locha była na pewno nie później, a prawdopodobnie wyraźnie wcześniej odlana. Dowodzi to niewyobrażalnej dla współczesnych wiedzy i kunsztu technicznego ówczesnych odlewników świdnickich. Wiedzy „z pogranicza szalbierstwa i magii”. Szalbierstwa dla nieszczęsnego cesarza Konstantyna XI, użytecznej magii dla Mahmeda Zdobywcy.
Warto przy okazji wskazać nadzwyczajną jakość średniowiecznego żelaza kutego. Udowadniają ją losy Szalonej Grety z Gandawy. Po uszkodzeniu w czasie oblężenia została porzucona. Przetrwała około 100 lat w tym miejscu, częściowo nawet „wrastając” w ziemię. Dopiero potem ją wydobyta i przetransportowana do Gandawy. Możemy ją do dzisiaj podziwiać wystawioną na publicznym placu Groot Kanonplein w Gandawie, Belgia.

Paradoksalnie to rozwój odlewnictwa spiżowego, napędzany m.in. na Śląsku, oraz proponowane m.in. przez Hanusza kalibrowanie kul, doprowadziły do upadku te średniowieczne giganty.
Już w XIV wieku ekserymentowano z żelaznymi kulami. Zaniechano z powodów ekonomicznych: kula wykonana z żelaza kutego (odlewane były zbyt kruche) kosztowała porównywalnie z ceną prochu potrzebnego na jej wystrzelenia. Zatem prawktycznie podwajała i tak ogromny koszt wystrzału. Ludwisarze dożów weneckich próbowali inaczej: kamienne kule oblewali „płaszczem ołowianym”, który miał bardziej dopasować kaliber kuli do lufy. Ponownie zbyt wielkie koszty położyły ten pomysł.
Powtarzalne formy odlewnicze (wprowadznone m.in. na Śląsku). Razem z koncepcją skalibrowania kul doprowadziły do (oczywistego dziś) odkrycia, że dokładniej wypełniająca lufę kula żelazna pozwala na użycie dużo mniejszej ilości prochu, zyskując jednocześnie kilkakrotnie większą prędkość wylotową. W ten sposób spiżowe działa miotjące żelazne kule o wadze np. 12 kg (zatem maluszki w porównaniu do Lochy), potrafiły spowodować porównywalne i większe szkody, będąc jednocześnie znakomicie łatwiejsze w transporcie, manewrowości, ładowaniu i celowaniu. Tyle, że działo się to już w XVI wieku i w niczym nie było w stanie ująć absolutnej w średniowieczu dominacji spiżowych gigantów.
Dodatkowy smaczek: śląskie ciekawostki językowe.
Jedynym słowiańskim słowem, które zrobiło międzynarodową karierę i jest używane do dzisiaj to określenie cięzkiej armaty: haubica. Pochodzi ono, choć droga była skomplikowana, ale jest dobrze znana, od pojawiającej się w tekście często średniowiecznej hufnicy. Zaszczyt ten przypada, pewnie słusznie, Czechom (pochodzi podobno od zaadaptowanego w Czechach środkowo-wysoko-niemieckiego „Hūfe” – współczesny niemiecki: Haufen, staroczeski houfe; z czeską końcówko stało się hufnicą, a potem haubicom), oznaczającego tłum, dużą gromadę ludzi. Interesujące, że w niemieckim dialekcie śląskim – Schläsch – od średniowiecza aż do połowy XX wieku używane było słowo „hufa”, mające te samo pochodzenie co stare czeskie houfe, w znaczeniu właśnie „tłum”. Ze słowiańską końcówką doskonale, wręcz lepiej niż w czeskim (z którym w średniowieczu śląski był bardzo blisko spokrewniony i wzajemnie doskonale zrozumiany) tworzy „hufnicę” (przy okazji warto zauważyć, że podobne pochodzenie ma polski „hufiec”). To bardzo typowe dla Schläsch i języka śląskiego: staroniemiecki rdzeń i słowiańska końcówka. Zatem możliwe, że to ślońskie słowo zrobiło „międzynarodową karierę”
Innym słowem, które z średniowiecznej artylerii przetrwało do dziś, choć zmieniło swoje znaczenie, a świadome jego pochodzenia babcie pewnie nawet nie odważyłoby się go użyć jest „huncwot”. Każda babcia dawniej takim okrzykiem „ty huncwocie” witała wracającego do domu rozczochranego i niemiłosiernie ubrudzonego wnuka. Średniowieczny „huncwot” to był długi drąg, pierwotnie zakończony konopną „czupryną”, służący do czyszczenia i chłodzenia lufy hufnicy, czyli po prostu zwykły wycior. Pochodzenie słowa jest jednak bardzo wulgarne: (od Hundsfott: Hund – pies i Fott – wulgarne określenie żeńskich narządów płciowych; pierwotnie było to wyjątkowo wulgarne wyzwisko).
1Pomimo zapisów w śląskich kronikach polscy historycy powątpiewali w możliwości świdnickich ludwisarzy. Poszukiwali śladów prowadzących do mistrzów norymberskich (chociaż akurat „w spiżu” prawie nikt w średniowieczu nie dorównywał świdnickim). Aktualnie polska historiografia przyznaje, że dzieło musiało być odlane w Świdnicy przez świdnickich fachowców (chociaż nadal – np. G. Podruczny – wskazują, że mógł to być sprowadzony z Norymbergii odlewnik).
2Ephraim Ignatius Naso (1634 – 1708), urodził się we Świdnicy. Był jednym z najważniejszych śląskich historyków doby baroku. Prez całe życie i działalność związany ze Świdnicą. Jego najsłynniejsza praca to „Phoenix redivivus ducatuum Svidnicensis et Javroviensis” (Feniks odrodzony księstw świdnickiego i jaworskiego), wydany w 1667 roku. Tytuł „Feniks” nawiązywał do odradzania się regionu po katastrofalnych zniszczeniach wojny trzydziestoletniej. To właśnie jemu zawdzięczamy najbardziej obrazowe opisy Lochy, które wykraczają poza suchy techniczny raport. Choć wplatał w swoje teksty legendy i mity (jak np. o srebrze w składzie stopu Lochy czy nadnaturalnym huku), dla historyków jest bezcennym źródłem, ponieważ bardzo często cytował dokumenty z XV i XVI wieku, które spłonęły lub zaginęły w późniejszych stuleciach.
3To kolejna informacja, która mimo pojawienia się w kilku śląskich kronikach, oraz sensowności takiego dodatku z punktu widzenia technologicznego, była uznawana przez polskich historyków za legendę jedynie. Dopiero badania składu stopu pochodzącej z tego samego okresu spiżowej czeskiej armaty (stanowisko Rakov), które wykazały faktyczny dodatek 2.17% srebra, uciszyły w pewnym stopniu te wątpliwości.
4Jacob Schickfus (Jacobus Schickfusius, 1574–1637) prawnik, kronikarz i historyk, którzy utrwalili pamięć o świdnickiej Losze. Fundamentalne dzieło „Neu-vermehrte Schlesische Chronica und Landes Beschreibunk” (Nowa rozszerzona Kronika Śląska i opis kraju), Jena, 1613.
5Simon Hibicius (możemy również spotkać wersję nazwiska Hubicius – taka forma występuje w oficjalnym spisie cechowym)był świdnickim puszkarzem obsługującym Lochę. Wywodził się z rodziny od pokoleń zajmującej się odlewnictwem i puszkarstwem.
6 Friedrich Lucae (1644–1708), wybitny kronikarz śląski, wspominał o Losze w swoim monumentalnym dziele „Schlesiens curieuse Denckwürdigkeiten” („Śląskie pomnikowe ciekawostki”, 1689)
7Heinrich Schubert (1839 – 1920). Chociażurodził sięw okolicy Wołowa, a zawodowo całe życie związany był ze stolicą – Wrocławiem, sercem i badaniami oddał się Świdnicy. Został pochowany w Świdnicy, a jego nagrobek znajduje się przy tamtejszym Kościele Pokoju. Najważniejsze dzieło: „Bilder aus der Geschichte der Stadt Schweidnitz” (Szkice z historii miasta Świdnicy), Świdnica, 1911.
8Wolne tłumaczenie tego opisu: „Miasto to [Świdnica] posiada tak wspaniały i bogaty arsenał, że mało które w całym kraju [na Śląsku] może się z nim równać. Przechowują tam puszki wielkie i mniejsze, a pośród nich ową największą i najsławniejszą puszka kamienną, którą zwą Lochą. Ma ona taką gardziel i ciężar, że do jej poruszenia potrzeba siły dziesiątek koni, a jej głos, gdy raz się odezwie, słychać w milach oddalenia, co serca nieprzyjaciół trwogą napełnia.” Locha była (dla niego) dumą regionalną. Nie po prostu bronią, ale skarbem arsenału. Używa określenia „puszka kamienna” (Steinbüchse) dla podkreślenia, w modnym w owym czasie odniesieniu do klasyki rzymskiej, archaicznej mocy i szlachetności.
9Rudolf Stein (1899–1978), architekt i konserwator zabytków. W swoich fundamentalnych pracach dotyczących wrocławskich kamienic i rodów mieszczańskich (m.in. „Der Rat und die Ratsgeschlechter des alten Breslau”), Stein szczegółowo analizował gmerki i herby. To on wskazał na Hanusza jako postać łączącą świat rycerski (ród von Rore pieczętujący się krzyżem Tau) z elitą miejską Wrocławia.

