Opowieść leksykalna
Kolejne wynurzenia Górnoślązaka, który nie jest Katonem ani Starszym, ani Młodszym, więc przy każdej okazji nie o Kartaginie on prawi, ponieważ inna sprawa mu się z uporem maniaka jako aktualna jawi, dla niego całkiem naturalna – choć jest ona, rzec można, niestety, coraz bardziej irrealna, ale w tym stanie ducha to rzecz normalna.
Ten starszy gościu z Rzymu – używając rymu – po łacinie powiedział rem tene,verba sequentur – trzymaj się tematu, a słowa przyjdą same, skąd te mądrości były mu dane, użył swojej analogowej inteligencji, dla ułożenia tej sentencji.
Jak się to stało, co się tam działo, łacina to nie włoski, jakie płyną z tego wnioski, dla naszej górnośląskiej wioski, o której istnieniu on nic nie wiedział, gdy nad księgami siedział, w mieście, które wiecznie trwa – ale tam rąbano drwa, poleciały wióry, nad łaciną zebrały się chmury.
A z nich przyszedł deszcz, łacinę przeszedł dreszcz, zrozumiała, co się święci, jakie mają wobec niej chęci, ci, co nią nie władali, przybywający z oddali, co o niej gadali, jak ją spostrzegali.
Oni się z nią nie identyfikowali, nie była więcej na fali, oni się do niej nie garnęli, sprawy w swoje ręce wzięli, jej wcale nie pragnęli, bez niej się porozumiewali, przetrwała jeszcze trochę i to jej się chwali.
Ale jednak odeszła z tego świata, pozostała po niej poświata, w tajemnym żargonie lekarzy ciał i dusz, może jeszcze gdzieś przed maturą ją wkuwają – a nuż, jej złotymi myślami się obrzucają, trochę ją doceniają.
Gdyż, co by nie powiedzieć o łacinie, starożytny Rzym — historia, która wiecznie żyje, imperium potęgi, cesarzy wielkich ślad, a łacina wciąż w słowniku, choć minęło przeszło tysiąc lat. „Veni, vidi, vici” — Szekspir tego nie jest autorem, to Juliusz Cezar, gdy świat stanął mu otworem, Forum Romanum, gdzie debat był gwar, teraz echa w książkach i muzeach jako dar.
Na Górnym Śląsku — sztolnie, przemysł i dym, od Katowic po Gliwice — naszego bluesa słychać w tym. Tu historia z węglem weszła do gry, ciężka robota, ale serca były i są jak lwy, Tworzą kulturę, łączę style więcej niż dwa, jak Koloseum z Nikiszem — kontrast, lecz gra, Rapują łaciną, brzmi to jak zaklęcie: „Alea iacta est” — i niech się to dzieje wszędzie.
Górny Śląsk i Rzym — dwa światy, lecz siła, tradycja, język, dusza, co się nie myliła, w dziejach tego świata, siła historii to mit, z tych wersów leci ogień — ten feeling, ten beat! Niech bije bas jak młot — rytm tradycji i jej wzlot, w jednym wersie więcej prawdy niż w setkach mowach – trawach.
Z kopalni do muzeum — inna sceneria, ale duma się nie zmienia, to w genach dziedzictwa seria, uliczny etos, to nie tylko codzienna wiktoria, to wyryte w duszy, głęboko jak węgla złoża gloria.
Po tych wariacjach, które przybliżyły nieco do tematu, Jostont stwierdził z ukontentowaniem bezgranicznym, że rzeczywiście słowa mu przyszły jakoś same – tak jak to opisał ten Kato – i znowu te paralele z Katowicami, to nie może być przypadek – i ułożyły się nawet w linijki:
Meines Gehirns zwei Hälften
Vor eine Aufgabe mich stellten
Ich soll links und rechts schreiben
In zwei Sprachen meine Zeilen
Was ist mit der Dritten
Sie hat so viel erlitten
Auch von uns die sie sprechen
Die Lanze für sie nicht brechen
Sie ist die Sprache der Mitte
Immer lautloser ihre Schritte
Man redet in ihr noch kaum
Aus für einen Sprachtraum
Mojego mózgu dwie półkule
Przed zadaniem postawiły mnie czule
Powinienem zapisywać po lewej i prawej stronie
W dwóch językach moich poetyckich linijek wonie
A co z trzecią mową
Z jej trudną sytuacją życiową
Zawinioną też przez jej użytkowników
Którzy nie stawiają jej codziennie pomników
To mowa środka
Coraz cichsza ta sierotka
Prawie wcale już nie mówiona
Świętowana od dzwona do dzwona
To były kolejne kroki przybliżające Jostonta już prawie całkowicie do tematu, padły słowa – tagi – jak się to teraz mówi, w tym tekstowym mixtapie, jak się to też obecnie prawi. Niby nowe słownictwo, ale problem ten sam, chociaż przedstawiony w specyficznym kontekście – ale mogący być niewątpliwie przeniesiony na inne, bardziej codzienne obszary interakcyjne górnośląskiego hajmatu.
No więc, co my tu mamy – łacinę, muzeum i mowę śląska, mogącą też występować pod innymi określeniami. Co to ma ze sobą wspólnego? Trzeba rozpocząć ostatni etap dochodzenia do tematu.
O łacinie mówi się, że to język umarły, czyli należący zasadniczo do muzeum, do miejsca, w którym gromadzi i przedstawia się coś minionego. Ale nawet w muzeach mówi się o dokonaniach starych Rzymian bez użycia łaciny – gdyż maniaków posługujących się nią jest mniej niż niewielu – zarówno wśród personelu jak i zwiedzających.
Kto i jakim językiem mówił w czasach kwitnącej łaciny na terenie naszego górnośląskiego hajmatu – tego nawet Tacyt nie wiedział, zresztą, jak wielu innych rzeczy, ale to nie jest aż tak ważne. Faktem natury pospolitej jest istnienie dzisiaj jeszcze Górnoślązaków, godających po śląsku.
Pytaniem nie takim prostym, jest kwestia, czy ich mowa nadaje się już też do muzeum, czy też ten język jeszcze nie powstał jeszcze tak do końca, czyli znajduje się na etapie – i tu znów powrót do Rzymu – ujednolicania swojego alfabetu łacińskiego z wyróżniającymi go znakami specjalnymi, żeby każdy widział, że on, to on.
Trzymając się tej katonowskiej zasady, czas na wprowadzenie nie tak pospolitego pojęcia lektu. Nie myli się ten, który dopatrzy się w tym skróconej formy dialektu, ale podniesionego na wyższy poziom. Chodzi ogólnie o śląsko godka określano też jako : gwara, kreol, etnolekt, regiolekt, język. Dla każdego coś miłego, można sobie podkreślić, co komu odpowiada.
Po tych nieco krętych ścieżkach doszliśmy do sedna sprawy, czyli – trzymając się tematu – muzeum a język. Krzysztof Bulla opublikował w tomie 12 Rocznika Muzeum Górnośląski Park Etnograficzny w Chorzowie w roku 2024 artykuł „Używaniy ślōnskigo lektu we polskich państwowych i samorzōndowych muzyjach na Gōrnym Ślōnsku”.
Co to jest lekt już wszyscy się przed chwilą dowiedzieli, z resztą nie ma problemów – może poza pisownią, ale cały 71-jedno stronnicowy tekst jest napisany właśnie w tym śląskim lekcie. Dla Górnoślązaków, fanów, miłośników – czyli codziennych użytkowników – śląskiego lektu całość jest dostępna w Internecie.
Trudno się nie zgodzić z przedstawionymi na wstępie faktami: Piyrszo sztwierć XXI stolecio je ôkresym, w kerym podejście społeczyństwa do używanio ślōnskigo lektu fest sie zmiyniyło. Z jednyj strōny idzie ôboczyć, iże coroz to mynij ôsōb posuguje sie nim na co dziyń. Niy godo sie po ślōnsku już tak czynsto we robocie abo przi kożdodziynnych sprawach. Z drugij strōny ślōnski lekt pojawio sie w takich placach, kaj we XX stoleciu używany bōł barzo rzodko. Barzo klarownie idzie to ôboczyć we sektorze kultury. Coroz wiyncyj wydowo sie ksiōnżek po ślōnsku, tak prozy, jak i poezyje. Na ślōnski zaczynto tyż przekłodać dzieła światowyj literatury. Idzie ôboczyć moc spektaklōw po ślōnsku, wystowianych ôd amatorskich i profesjōnalnych tyjatrōw, na czele z Teatrym Śląskim. We ślōnskij muzyce mogymy trefić niy jyno zicpolki”.
Problemy nasuwają się przy ich interpretacji. Mówi się, iż popyt reguluje podaż. Jeśli po śląsku nie godo się już tak często – ujmując to eufemistycznie – w codziennych sytuacjach życiowych, to jego podaż spada – i nie jest ona do zwiększenia przez zjawiska w kulturze wysokiej, adresowanej do zawężonego kręgu odbiorców jako eventy.
Autor twierdzi jednoznacznie, że obecnie jest możliwe pisanie naukowych tekstów w języku śląskim, dopuszczając jednocześnie wykluczenie z nich tekstów wysoce specjalistycznych, gdyż te jakoby od razu są pisane po angielsku.
Zgoda, zjawisko to występuje – ale te teksty dają się przetłumaczyć bezproblemowo na dowolne języki ojczyste ich autorów. A do kogo ma być adresowany napisany po śląsku tekst naukowy?
Autor ujmuje to w ten sposób: „Inakszyj je, kej tekst kerowany je do ôdbiyrocza lokalnego abo badoczōw spoza regiōnu, kere ale szpecjalizujōm sie we gōrnoślōnskich tymatach. Dlō nich tekst napisany w ślōnskim lekcie bydzie tym barzij wertowny, bo bydzie pokazowoł, iże ślōnsko godka je żywo i durś sie rozwijo, a niyma używano jyno ôd starzikōw do godanio wicōw abo śpiywanio szlagrōw. Tyj zorty prōby, jak tyn artikel, testujōm tyż użyteczność ślōnskigo lektu na nowych ôbszarach, dotynczos tym lektym niy ôpisowanych. Pōmogajōm tyż w budowaniu nowyj terminologije, co bydzie przidajno niy jyno we naukowych tekstach, ale tyż popularnonaukowych abo we inkszych fōnkcjōnalnych stylach”.
Autor podkreśla znaczenie Internetu dla propagowania i docierania z tekstami po śląsku do szerszej rzeszy odbiorców, podajać m.in. taki przykład: „Dlō miyszkańcōw Chorzowa i ôkolic cynno je erbowizna ôd Eugeniusza Kosmały ôpublikowano we Śląskij Bibliotece Cyfrowyj , idzie tam znojś zrobiōny ôd Nich dykcjōnorz i moc tekstōw zapisanych po ślōnsku”.
Jostont sprawdził niereprezentatywnie ta erbowizna tego Chorzowianina znanego też jako Ojgyn z Pnioków obejmującą mniej więcej 3381 obiektów dostępnych wygodnie online z całego świata i cóż może powiedzieć – chyba jakaś cyfrowa biała plama w Chorzowie i okolicach, bo inaczej tych statystyk czytelnictwa nie da się wyjaśnić.
Autor omawia zasadniczo w artykule używanie mowy śląskiej w 36 placówkach muzealnych usytuowanych na terenie historycznego Górnego Śląska, przeprowadzone na podstawie analizy odpowiedzi tych placówek na 11 pytań dostarczonego kwestionariusza.
I tu z miejsca skok do podsumowaniy, czyli podsumowania. Tak jak to się zawsze przy wnioskach o śląskiej godce z reguły czyta, jest i dobrze, i nie za bardzo, czyli jak w tym starym powiedzeniu japońskiej proweniencji – jako tako.
Może starczy zacytować końcowy akapit: „Z ôdpowiedzi muzyjōw na przesłany kwestiōnariusz wyniko tyż, iże powodym, dlo kerego niy wrażujōm ślōnskij godki do swojij działalności, je brak zainteresowanio ze strōny zwiydzoczōw. Niy zowdy ale je to prowda. Zwiydzocze mogōm niy wiedzieć, iże mogōm ôczekować takich pōmian we bliskich im placōwkach. Z tego zglyndu muzyja winny poôzprawiać ze zwiydzoczami, jako muzyjalno ôferta ze użyciym ślōnskij godki była by dlō nich interesantno. Z drugij strōny noleży zachyncać miyszkańcōw Gōrnego Ślōnska, coby barzij dziwali sie na działalność pobliskich im muzyjōw, posyłali tam swoje idyje, propozycyje pōmian, pedzieli im, co je dlō nich wożne, a jeźli uwożajōm jake działania za dobre abo złe, to coby pisali do dyrechtorōw muzyjōw swoje ôpinie, nojlepij ze dugszym kōmyntorzym, coby było wiadōmo, co werci sie robić dalij, a co niy”.
Łacina, choć martwa, jednak żyje. Śląski lekt, porównując go na wyrost z łaciną, dochodzi do etapu przekształcania go w języki romańskie. Dzisiejsi mieszkańcy miasta nad Tybrem łaciną nie władają, ale są dumni z łacińskiej przeszłości.
Życzmy tego samego mieszkańcom miast nad Rawą, Kłodnicą i Odrą – bo chyba już nic innego nie pozostało. Ale cuda się zdarzają.
dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.
Grafika wygenerowna przez AI

