Zbierając okruchy dawnej sławy

Tym razem rzecz będzie się działa w samym centrum Górnego Śląska i zapewne po takim wstępie 99 procent mieszkańców Polski miałaby pewność, że artykuł będzie o Katowicach. Tymczasem każdy Górnoślązak, jako tako z „górnośląskością” obeznany, wie przecież, że Katowice położone są na wschodnich rubieżach górnośląskiej ziemi, natomiast w jej środku znajduje się Kędzierzyn-Koźle. Obydwa te miasta, choć różne pod względem wielkości, są do siebie bardzo podobne, bowiem powstały z połączenia wielu samodzielnych osad, wywodzących się często z różnych lokalnych tradycji kulturowych. W tym kontekście opowiemy o pewnej części Kędzierzyna-Koźla, którą Friedrich Zoellner – z Królewskiej Berlińskiej Akademii Nauk i Towarzystwa Przyrodoznawczego – uznał w swych zapiskach z 1791 r. za jedną z pięciu najpiękniejszych miejscowości rezydencjalnych na całym Górnym Śląsku, a która funkcjonuje dzisiaj jako odarta z dawnego blichtru, peryferyjna dzielnica powiatowego miasta.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

 

Miejsce „skazane” na … sławę

Zatem jesteśmy Sławięcicach, najbardziej na wschód wysuniętej dzielnicy współczesnego Kędzierzyna-Koźla i w tym wypadku nazwa sugeruje nam, iż mamy do czynienia z miejscem „sławnym”. Jak bowiem czytamy w leksykonie nazw śląskich, niemieckiego geografa i językoznawcy, Heinricha Adamy, termin „Slavencice” można tłumaczyć jako „miejsce sławnych ludzi” (choć wyraz „slawa” oznaczał raczej cześć i honor, aniżeli sławę w sensie popularności).

W każdym razie kolejni właściciele sławięcickiego majątku wzięli sobie do serca przesłanie zwarte w nazwie i rzeczywiście dbali o to by Sławięcice były sławne. Proponujemy zatem krótki spacer, będący też podróżą przez dzieje miejscowości. Wypatrywać będziemy zaledwie okruchów, które pozostały po latach świetności, kiedy w Sławięcicach powstawały pełne przepychu zamki, pałace, parki i ogrody, gdy prężnie rozwijał się przemysł, rolnictwo i gospodarka leśna, kiedy na wystawne uczty i polowania przyjeżdżali tutaj książęta, królowie i cesarze, a w miejscowym sanatorium naukowe badania prowadził jeden z najsłynniejszych w świecie bakteriologów…

Sacrum i morawskie tajemnice

Wieża sławięcickiego kościoła widziana od strony rzeki Kłodnicy (fot. Piotr Zdanowicz)

Miejscem idealnym do rozpoczęcia spaceru, zarówno ze względów logistycznych jak i „chronologicznych”, będzie sławięcicka wyspa na rzece Kłodnicy, z górującym nad okolicą kościołem św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Świątynia zbudowana w latach 1864-69 to zacna budowla z efektowną neogotycką bryłą oraz wystrojem pochodzącym z wiedeńskich, wrocławskich i monachijskich pracowni.

Jak zapisał w swym pamiętniku proboszcz Amand Dronia, dzięki którego uporowi i determinacji kościół w ogóle powstał, do budowy użyto przeszło milion cegieł, a ponieważ jednym z fundatorów był książę Hugo Hohenlohe, więc niektóre opatrzone zostały książęcym znakiem rodowym (takie niegdysiejsze „lokowanie produktu”).

Trzy ujęcia kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej oraz fragment elewacji kościoła z cegłą oznaczoną znakiem książąt Hohenlohe, a także pomnik nagrobny proboszcza Amanda Droni, inicjatora budowy obecnego kościoła (fot. Piotr Zdanowicz)

Oczywiście neogotycka świątynia nie jest pierwszym sławięcickim kościołem, bo wzmianka o tutejszej parafii pojawia się już w dokumencie z roku 1287. i już wtedy sławięcickie sacrum zostało nazwane paroecia (kościół matka, kościół nadrzędny). Zatem parafia posiadała już wówczas filie i musiała istnieć odpowiednio długo, by na taki tytuł „zasłużyć”.

To jednak nie wszystko. Otóż w 1864 r., kiedy wyburzano stary, mający przeszło 500 lat, kościół ceglano-drewniany, natrafiono pod nim na trzy warstwy fundamentów, z których najgłębszą tworzyły polne otoczaki bez zaprawy, co sugeruje prymitywną budowlę w stylu romańskim. Oznacza to, że przed kościołem zbudowanym na przełomie XIII i XIV w. były na sławięcickiej wyspie jeszcze dwie starsze świątynie. Zatem pojawia się pytanie, kiedy powstała ta pierwsza…

W tym kontekście, wrocławski historyk Heinrich Heyne postawił tezę, że sławięcicka wyspa na Kłodnicy jest jednym z najstarszych miejsc kultu na Śląsku z wielkomorawskim rodowodem. Oczywiście trudno uznać ją za pewnik, ale przecież tereny obecnego Górnego Śląska były w IX w. częścią potężnego Państwa Wielkomorawskiego, gdzie sakrę biskupią sprawowali słynni Apostołowie Słowian – Cyryl i Metody, a tak zwana „potwierdzona tradycja” wspomina ich uczniów – Osława oraz Klemensa Ochrydzkiego jako tych, którzy mieli organizować misje ewangelizacyjne na tereny dzisiejszego Śląska.

Okolicznością sprzyjającą jest też położenie Sławięcic na dawnym szlaku prowadzącym z południa Europy przez pobliską Bramę Morawską w tereny nadbałtyckie, a także na strategicznym europejskim korytarzu wschód-zachód (kilka kilometrów od Sławięcic przebiegała słynna Via Regia, będąca także Drogą Jakubową, a obecnie również autostrada A4). Być może kiedyś zagadka „sakralnej prehistorii” zostanie rozwikłana, a jeżeli tak się nie stanie, to… może i lepiej, bo wówczas nad tutejszą kłodnicką wyspą już zawsze unosić się będzie subtelna aura tajemnicy.

Poprzedni kościół sławięcicki zbudowany w XIII w., na fragmencie ryciny z początku XVIII stulecia

Również plac kościelny w Sławięcicach jest pełen ciekawych artefaktów. Na okalającym murze widnieją trzy metalowe tablice nagrobne z XVIII w., odnalezione podczas prac ziemnych, zaś w zewnętrznej niszy elewacji umieszczono pomnik nagrobny Friedricha Augusta Hohenlohe, który okoliczni mieszkańcy znaleźli porzucony w sławięcickim parku i uratowali przed dalszą dewastacją.

Jest też słynny w okolicy kamień z Czarnej Drogi (pomiędzy Sławięcicami i Miejscem Kłodnickim). Według legendy, w głaz ten zamienił się koń smagany batem przez bezlitosnego woźnicę. Charakterystyczne zgrubienia, symbole bolesnych pręg na grzbiecie konia, mają być przestrogą dla tych, którzy okrutnie traktują wszelkie żywe stworzenia. Aby właściwie zrozumieć przesłanie tej legendy musimy sobie uświadomić, że tracąc konia, ów okrutny chłop stracił wówczas praktycznie wszystko…

Po wschodniej stronie kościoła stoi klasycystyczna plebania i zespół dawnych budynków gospodarczych z połowy XIX w. oraz posąg „anioła z harfą” – jedyna rzeźba spośród zdobiących kiedyś sławięcickie parki i ogrody, zachowana do naszych czasów. Opodal nad Młynówką stoi także „chatka syberyjska”, pierwotnie altanka parkowa z 1800 r. Warto też zerknąć w kierunku parterowych budynków tuż poza kościołem. Na mapie z końca XVIII w. miejsce to opisane jest jako Blich (od niemieckiego bleiche – wybielać). Taką nazwę nosiły nasłonecznione łąki nad rzekami, a później także warsztaty gdzie bielono płótna.

Posąg „anioła z harfą” (właściwie jest to lira) autorstwa Adolfa von Hildebranda, kamień z Czarnej Drogi, fragment pomnika nagrobnego augusta Hohenlohe oraz fragment planu Sławięcic z końca XVIII w. z zaznaczonym przysiółkiem Blich (fot. Piotr Zdanowicz)

 

Piastowskie początki z puentą u św. Wacława

Sławięcice były miastem już w 1246 r., ale pech miejscowości polegał na tym, że tuż obok był jeszcze bardziej wiekowy i większy Ujazd, stanowiący własność biskupów wrocławskich. Obydwie osady nie mogły skutecznie korzystać z miejskich przywilejów, więc jedna musiała prawa miejskie stracić i w ten sposób w 1260 r. Sławięcice przestały być miastem.

Sławięcice już nigdy nie rozwinęły się w typowo miejski ośrodek, ale za to stawały się pełną przepychu miejscowością rezydencjalną. Już w wieku XIV działała w Sławięcicach mennica książęca, a w dokumencie z 1351 r. czytamy, że książę Bolko Opolski kupił sławięcicki zamek od Władysława Bytomskiego za 2800 marek. Skoro zaś książęcy zamek był przedmiotem transakcji w połowie XIV w., więc musiał istnieć wcześniej, być może już w wieku XIII.

Właśnie na przełomie wieku XIII i XIV, miały miejsce wydarzenia ważne dla Śląska. W 1281 r. wielkie księstwo opolskie uległo podziałowi i powstało także księstwo kozielsko-bytomskie, do którego przynależały również Sławięcice posiadające książęcy zamek. W 1289 r. książę kozielsko-bytomski, Kazimierz II, złożył jako pierwszy hołd królowi Czech, a potem zrobili to następni książęta i tak Śląsk stał się wpierw lennem, a w 1348 r. wolnym krajem Korony Czeskiej, obok Królestwa Czech, Moraw i Łużyc. Wcześniej, w 1335 r. król Kazimierz Wielki zrzekł się oficjalnie pretensji Polski do Śląska.

Było to apogeum potęgi Korony Czeskiej. Król Karol IV nosił tytuł cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, którego Czechy były częścią. Praga była stolicą cesarstwa i jednym z największych miast Europy, z przeszło 40 tys. mieszkańców. Cesarz powołał wówczas do życia tak zwaną Złotą Bullę Karola, dającą niemal zupełną niezależność państwom Świętego Cesarstwa, które tym samym stało się związkiem wolnych krajów, zbliżonym do idei dzisiejszej Unii Europejskiej. Był to też dobry czas dla Śląska, który przy potężnych wówczas Czechach był zamożnym i w dużej mierze niezależnym krajem, posiadającym własnego starostę generalnego, parlament (stany śląskie), a od pewnego czasu także własną armię.

Piastowski zamek w Sławięcicach z ok. 1351 r. na ilustracji z początku XIX w.

 

W kierunku sławięcickiego „wersalu”

Opuszczając wyspę idziemy w stronę zabytkowego cmentarza, gdzie znajdują się nagrobne tablice książęcego rodu Hohenlohe oraz wiele innych ciekawych artefaktów. Ciekawostką jest też potężny dąb przy pobliskiej starej drodze do Ujazdu, który według tradycji rośnie tam od 1495 r. Czy rzeczywiście jest aż tak wiekowy nie wiadomo, ale na pewno jest to drzewo piękne i bardzo sędziwe.

Tablice poświęcone członkom rodu Hohenlohe na elewacji kaplicy sławięcickiego cmentarza oraz pomnikowy dąb szypułkowy (na drugim planie) widoczny z okolic bramy cmentarnej (fot. Piotr Zdanowicz)

Od cmentarza kierujemy się w stronę parku, i w tym miejscu pojawią się wątki związane z tytułem rozdziału. Otóż były niegdyś w Sławięcicach aż dwie rezydencje kojarzone z „Wersalem”. W wypadku pierwszej chodziło o typ architektury, zaś w przypadku drugiej – o jej przepych. Jednak to, co zobaczymy po przejściu zaledwie kilkudziesięciu metrów, do „Wersalu” bynajmniej nie nawiązuje. Po prawej mamy bowiem XIX-wieczne budynki dawnego folwarku, gdzie stosunkowo niedawno działał zakład przetwórstwa owocowo-warzywnego, a obecnie wiele obiektów jest już w stanie „agonalnym”.

Jeden z dziewiętnastowiecznych budynków dawnego książęcego folwarku (fot. Piotr Zdanowicz)

Jednak kwintesencją braku dbałości o historyczne dziedzictwo jest obecny wygląd tak zwanego domu ogrodnika (od kilkudziesięciu lat wpisany do rejestru zabytków), a za cały komentarz odnośnie losów tej pochodzącej z 1830 r. budowli, niech posłużą poniższe fotografie.

Dom zbudowany dla ogrodnika dworskiego Rosenkranza. Widok z ok. 1830 roku.
Ten sam budynek w 1977 roku.
Stan budynku w roku 2002.
Dom ogrodnika w roku 2015 (fot. Piotr Zdanowicz)
I jeszcze groteskowy napis na tablicy przytwierdzonej do istniejącej części elewacji (fot. Piotr Zdanowicz)

Dochodząc do ruin domu ogrodnika widzimy od północy dawny pawilon ogrodowy, zwany Belwederkiem i zanim do niego dojdziemy winni jesteśmy kilka zdań komentarza, bowiem od czasów kozielsko-bytomskich Piastów przeskoczyliśmy już do wieku XVIII, kiedy działy się w Sławięciach rzeczy ważne i zarazem ciekawe.

Zacznijmy od tego, że od wieku XV, nie tylko książęta, ale też przedstawiciele niższej arystokracji stawali się właścicielami dużych terytoriów. Nie mogły być one zwane księstwami, więc nazwano je państwami stanowymi lub wolnymi państwami stanowymi (władca był niezależny od władzy księcia, na którego terytorium państwo się znajdowało).

Na terenie współczesnego Kędzierzyna-Koźla powstały dwa państwa stanowe: kozielskie, a  nieco później sławięcickie, które na zachodzie sięgało do rzeki Odry i obejmowało wszystkie obecne dzielnice Kędzierzyna-Koźla oprócz samego Koźla, zaś na wschodzie dochodziło do rogatek współczesnych Gliwic. Dlatego też od końca XVII w. historia lewobrzeżnego Koźla oraz prawobrzeżnych terenów współczesnego Kędzierzyna-Koźla to dwie zupełnie inne „księgi”.

Państwo kozielskie (Circulus Koslensis) oraz państwo sławięcickie (Circulus Slawenticensis) na fragmencie mapy Wolfganga Wielanda z 1736 r., a także spis miejscowości będących w XVIII w. siedzibami państw stanowych w górnośląskim księstwie opolskim

W każdym razie pierwszym właścicielem sławięcickiego państwa został w 1702 r. hrabia Jacob Flemming, człowiek błyskotliwy i kreatywny, a ponadto polityk znany na dworach całej Europy. Mimo krótkich, bo zaledwie 12-letnich rządów, zdołał on nie tylko zbudować pełną blichtru rezydencję, ale uczynił ze sławięcickiego państwa centrum górnośląskiej metalurgii.

Być może w skutecznym prowadzeniu tak wielu inwestycji pomogły hrabiemu liczne koneksje z możnymi ówczesnego „świata”, a w szczególności bliska znajomość z elektorem Saksonii Fryderykiem Augustem I, którego znamy także jako króla Polski – Augusta II Mocnego. Flemming był ministrem i doradcą Augusta zarówno na dworze polskim jak i saksońskim i wielu historyków sądzi, że dopóki żył Flemming to polityka prowadzona przez Augusta była w miarę logiczna. Sam August II także mógł być niezłym władcą, ale miał pewną wadę, która mówiąc najprościej – zabierała mu zbyt wiele czasu i energii. Otóż był on po prostu seksoholikiem. Miał niezliczone ilości „oficjalnych” i „nieoficjalnych” kochanek, metres i konkubin. Miał też przeszło 360. pozamałżeńskiego potomstwa, a na łożu śmierci sam stwierdził, że jego życie było „jednym wielkim grzechem”.

Jacob Heinrich Fleming (1667 – 1728) (źródło Wikipedia)

Przypadłość saksońskiego władcy z dynastii Wettinów przywołaliśmy po to, by uczynić wstęp do następnej sekwencji naszej opowieści. Otóż, choćby z książki Ignacego Kraszewskiego, znamy jedną z faworyt Augusta II Mocnego – niejaką hrabinę Cosel (tytuł nie pochodzi od niemieckiej nazwy pobliskiego Koźla, ale od miejscowości w Szlezwiku-Holsztynie). Pani Cosel, czyli Konstancja von Brockdorf, miała według legendy, być więziona w sławięcickim Belwederku, ku któremu właśnie idziemy.

Wiele popularnych informatorów sugeruje wręcz, że legenda jest bardzo prawdopodobna, podając przy tym kilka błędnych danych. Na przykład powstanie wspomnianego już wcześniej „wersalskiego” pałacu datuje się w owych informatorach na lata 1716-1720 i przypisuje jego budowę hrabiemu Magnusowi von Hoym, który po Flemmingu objął sławęcickie włości. Tymczasem pałac zbudowany został do roku 1710, w czasach Jacoba Flemminga, natomiast Hoym założył jedynie wokół niego ogrody francusko-holenderskie. Najważniejszy błąd polega jednak na tym, że wspomniane informatory twierdzą, iż pawilon zwany Belwederkiem powstał wraz z pałacem, około 1720 roku.

Na pozór wszystko wydaje się prawdopodobne – Flemmenig był zaufanym ministrem Augusta Mocnego, a Magnus von Hoym – także ministrem i na dodatek mężem Konstancji Brockdorff. Jednak, po pierwsze, gdy von Hoym w roku 1713, obejmował we władanie sławięcickie włości, był już 7 lat po rozwodzie z panią Brockodorff, a ponadto sławięcicki Belwederek nie powstał w roku 1720, ale po roku 1782 i nie jest on wcale budowlą barokową, ale klasycystyczną. Datowanie budowy pawilonu definitywnie ucina spekulacje bowiem w 1782 r. hrabina Cosel nie żyła już od 20 lat.

No dobrze, ale skąd wiemy, że to my mamy rację. Otóż potwierdza to źródłowy opis F. Zimmermanna z roku 1783, a także dwa artykuły ks. Georga Wlodarczyka z lat 1920 oraz 1921, oraz publikacja Bernharda Muschola z 1993 r. W wymienionych wcześniej źródłach znajdują się także dwie oryginalne ryciny pałacu wersalskiego. Z jedną z nich wiąże się jeszcze jeden, niemal empiryczny dowód na to, że Belwederek i pałac nie mogły istnieć równocześnie. Otóż na rycinie widzimy zadrzewioną alejkę, prowadzącą do pałacu od strony północnej… Ta alejka wciąż istnieje, przebiega przez pola od strony Zalesia, „celując” niemal dokładnie w Belwederek, a przecież to właśnie tam, na rycinie znajduje się główna brama pałacu…

Jeszcze bardziej przekonujący dowód mamy na mapie Christiana von Wredne z 1749 r. Bowiem widać tam, że „wersalska” rezydencja Fleminga stoi w miejscu Belwederka, który wobec powyższego jest oczywiście na mapie nieobecny.

Ryciny obydwu stron „wersalskiego” pałacu Flemminga zbudowanego w latach 1706-1710. Od strony północnej (pierwsza rycina), widać aleję wysadzaną dębami, która istnieje także obecnie.
Fragment mapy Christiana von Wredne z 1749 r., na której widnieją obydwie dawne sławięcickie rezydencje – piastowski zamek (Alte Schloss) oraz pałac wersalski, opisany jako N.S. (Neue Schloss), stojący dokładnie w miejscu zbudowanego kilkadziesiąt lat później Belwederka.

No dobrze, ale jak to się stało, że dzisiaj w tym samym miejscu stoi jednak Belwederek , a po pałacu Fleminga nie ma śladu. Otóż okazuje się, że „żywot” sławięcickiego pałacu „wersalskiego” był tyle burzliwy, co krótki. Wiemy jedynie, że na pewno nie istniał on już w 1782 r., kiedy prawdopodobnie spłonął w nieznanych okolicznościach.

Jednak a propos burzliwych dziejów pałacu oraz losów wspomnianej wielokrotnie hrabiny Cosel, okazuje się, że odwiedzała ona jednak sławięcicki pałac i to nawet kilkakrotnie. Działo się to w latach 1710-1714 w towarzystwie samego Augusta II Mocnego, zaś wizyty te były po prostu schadzkami, na które August II wybrał pałac swego zaufanego ministra.

Tymczasem dochodzimy do Belwederka i okazuje się, że jego kondycja jest tylko nieznacznie lepsza od domu ogrodnika, a ostatnie fragmenty pięknej lecz zdewastowanej posadzkowej mozaiki są miarą upadku i tego obiektu.

Pawilon ogrodowy Belwederek w początku XIX w. oraz współczesny widok ogólny, a także ostatnie fragmenty mozaikowej podłogi w podcieniach budowli (fot Piotr Zdanowicz)

Ogrody i park „ukryty w lesie”…

Wspomnieliśmy już, że następnym rezydentem pałacu wersalskiego w Sławiecicach był Adolf Magnus von Hoym. Człowiek ten nie lubił ponoć Flemminga (z wzajemnością), ale odkupił od niego dobra sławięcickie (Flemming zakupił pałac w saksońskim Dreźnie i tam doczekał końca swych dni). Hrabia Hoym upiększał tereny wokół pałacu zakładał kolejne ogrody oraz parki, ale przede wszystkim rozbudował zagłębie hutnicze w dolinach Bierawki i Kłodnicy (było ono wówczas największe na Górnym Śląsku).

W każdym razie w okolicy, gdzie stoją dzisiaj osamotnione ruiny Belwederka zakładano ogrody holenderskie, nieco później pojawił się ogród różany i sady oraz ogród warzywny, oranżeria, ptaszarnia, romantyczny pagórek i kolejna altanka, zwana „chatką syberyjską”.

Sławięcicki ogród różany istniał jeszcze w początku XX w.

Nieco na zachód widzimy ścianę lasu. W istocie jest to zdziczały, założony pod koniec XVIII w. park angielski, gdzie na niewielkim kopczyku ostały się ruiny rodowego mauzoleum książąt Hohenlohe z końca XVIII w. Niektóre źródła nazywają tę budowlę rotundą, termin „mauzoleum” rezerwując dla żeliwnego sarkofagu księcia Fryderyka Ludwika Hohenlohe (tego samego, który okazał się niefortunnym dowódcą w słynnej bitwie pod Jeną). Znajdował się on w pobliskim Zwierzyńcu (Rehparku) i został zniszczony w 1945 r. W dawnym parku znajdowała się też sztucznie wydrążona grota, a cały obszar usiany był rzeźbami i pomnikami. Nieco na zachód była bażantarnia oraz sztuczny kanał, po którym pływano łódkami. Dzisiaj odnajdziemy tu głównie nieużytki, zrujnowane budynki i park, który zamienił się w las.

 Ruiny mauzoleum (rotundy) książąt Hohenlohe oraz dawny park angielski w Sławięcicach istniejący na zachód od Belwederka (fot. Piotr Zdanowicz)

Ponieważ wymieniliśmy mauzoleum książąt Hohenlohe, więc czas wejść w kolejną epokę sławięcickiej historii. Otóż wnuk Magnusa – Gebhard von Hoym miał z hrabiną Charlotte von Dieskau nieślubną córkę Amalię. Właśnie ona w 1782 r. wyszła za mąż za Fryderyka Ludwika i w tym momencie zaczyna się 180-letnia przygoda Sławięcic z książęcą rodziną Hohenlohe Öhringen.

Pomnik (mauzoleum) księcia Ludwika Hohenlohe w sławięcickim Rehparku na litografii z połowy XIX wieku.

Wirtemberscy bogacze na pruskim Górnym Śląsku

Miejscem odpowiednim dla opowieści o losach tego zacnego rodu będzie kolejny park, położony na południe od Belwederka. Rośnie tam około 70 rodzajów drzew i krzewów, wśród których dominują dęby, lipy, klony oraz różne gatunki sosen i świerków. Wśród parkowej dendroflory są także gatunki egzotyczne: miłorzęby, tulipanowce, trójglicznie, platany czy żywotniki olbrzymie. W tej chwili co najmniej 45 egzemplarzy drzew ma wymiary pozwalające na wystąpienie z wnioskiem o nadanie statusu pomnika przyrody. Niestety do tej pory „zaszczyt” ten dotknął zaledwie cztery drzewa.

Żywotnik olbrzymi rosnący w sławięcickim parku (fot. Piotr Zdanowicz)

Zresztą, na terenie Sławięcic mamy do czynienia, nie z jednym, ale co najmniej pięcioma założeniami parkowymi. Wszystkie są w złym lub bardzo złym stanie. Drzewostan w wyniku uszkodzeń mechanicznych i braku należytej konserwacji jest zniszczony, a samosiewki zniekształcają pierwotne kompozycje krajobrazowe…

Tymczasem dochodzimy do miejsca, gdzie rzeka Kłodnica oraz jej odgałęzienie, tworzą piękny fragment półnaturalnego parkowo-wodnego krajobrazu. W tej okolicy znajduje się zbudowany w XIX w. (obecnie częściowo zrujnowany) budynek kancelarii dworskiej. Po śmierci księcia Hugo Hohenlohe pełniący także rolę rezydencji wdowy – księżnej Pauliny. Budynek ten widać na jednej z licznych litografii zebranych w albumie, który pracownicy dóbr sławięcickich sprezentowali księciu Hugonowi oraz jego małżonce w 1897 r., w 50 rocznicę ich ślubu.

Okolice dawnej kancelarii dworskiej z mostem na Kłodnicy na XIX-wiecznej litografii oraz współczesny widok tego budynku (fot. Piotr Zdanowicz)

Jednak nie ten budynek był rezydencją tutejszych książąt, ale zamek, który znajdował się w centralnym punkcie dzisiejszego parku. Ta nieistniejąca już budowla najbardziej kojarzy się z dziejami rodu Hohenlohe, ale miejsce to jest symboliczne dla całej historii Sławięcic. To tutaj znajdował się piastowski zamek, wzmiankowany już w 1351 r. Rezydencja Piastów Śląskich, w stanie nieco przebudowanym przetrwała aż do 1827 r., gdy spłonęła od uderzenia pioruna. Do 1836 r. ukończono budowę nowego zamku, nawiązującego do włoskiego baroku, zaś w 1861 r. i on został gruntownie przebudowany, stając się jedną z najwspanialszych rezydencji magnackich na Górnym Śląsku, zwaną – podobnie jak kilka innych budowli – „śląskim wersalem. Przed zamkiem znajdował się też ozdobny staw, ogrody i plenerowe instalacje architektoniczne.

Budowla przetrwała wojnę, bryła pałacu nie została też naruszona przez Sowietów rozkradających i demolujących pałacowe sprzęty. Dopiero pod koniec lat 70-tych XX w., zamek został wyburzony, a właściwie rozebrany na cegły. W tym kontekście pozostawienie bocznych schodów wejściowych wraz z werandą jako jedynego fragmentu zamku, było chyba ponurym żartem tych, którzy w latach 70-tych doprowadzili do dewastacji tego pięknego zabytku.

Sławięcicki zamek w formie włoskiego baroku po 1836 r. oraz w okresie największego rozkwitu (po roku 1861), a także współczesny widok bocznego wejścia, jedynego ocalałego fragmentu zamku (fot. Piotr Zdanowicz)

Zauważmy też, że gdy Jacob Flemming budował swój pałac, nie wyburzył starego piastowskiego zamku, ale zbudował go w innym miejscu. Natomiast polscy administratorzy terenu w latach 70-tych XX w. nie mieli żadnych skrupułów, aby ze względów ideologicznych (a po części z głupoty), rozebrać piękną budowlę, która mogłaby być teraz  jedną ze śląskich architektonicznych perełek.

Idąc przez park w kierunku południowym warto powiedzieć słów kilka o rodzie Hohenlohe, bowiem w wielu publikacjach jest on przedstawiany jako pruski, a tymczasem pochodzi on z Wirtembergii, która przez wiele stuleci była osobnym królestwem i wraz z Bawarią – jednym z największych antagonistów Prus. Uwidoczniło się to w czasach wojen napoleońskich, gdy Bawarczycy i Wirtemberczycy byli sprzymierzeńcami Francji i to właśnie te wojska, a nie armia francuska oblegały twierdzę Koźle w 1807 r.

Jednak akurat Ludwik Hohenlohe stał w czasach wojen napoleońskich po stronie Prus, będąc nawet głównodowodzącym armii. Najpierw wsławił się obroną Frankfurtu nad Menem, ale później w osławionej bitwie pod Jeną Auerstadt, przegrał Prusom bitwę, której ponoć nie dało się przegrać i odtąd między rodem Hohenlohe, a pruskimi Hohenzollernami panowała nieskrywana niechęć. Oliwy do ognia dolał jeszcze wnuk Ludwika – Hugo Hohenlohe, który w bardzo zamierzchłej młodości służył z kolei w armii wirtemberskiej i walczył z armią pruską, gdy Prusy sukcesywnie „pacyfikowały” kolejne kraje dawnego Świętego Cesarstwa, w drodze po „nową” cesarską koronę, co stało się faktem w 1871 r.

Zresztą krótko przed tym, Hohenzollernowie zmienili taktykę i zdając sobie sprawę jak bogaci są śląscy arystokraci (ród Hohenlohe, Hochbergowie, Ballestremowie czy Donersmarckowie), przestali w ich kierunku „wymachiwać kijem” i miast tego sięgnęli po „marchewki”. To wówczas Hochbergowie zostali książętami, a Hugo Hohenlohe otrzymał drugi tytuł książęcy zu Ujest. Przy tej okazji można powiedzieć, że Ujazd po raz drugi w historii bynajmniej nie przysłużył się Sławięcicom (Hugo Hohenlohe został księciem na Ujeździe, a nie Sławięcicach). Tym razem mogło chodzić po prostu o to, że na żadnym dworze europejskim nikt nie byłby w stanie wymówić poprawnie tytułu: Hohenlohe Öringen zu Sławentzic.

Książę Hugo Hohenlohe oraz herb rodu Hohenlohe Öhringen na murach zamku w Ujeździe

Ostatnia pamiątka po sławięcickiej metalurgii

Tymczasem dochodząc do południowego skraju sławęcickiego parku, znaleźliśmy się jednocześnie nad brzegiem zbudowanego w latach 30-tych XX w. Kanału Górnośląskiego, zwanego Gliwickim. Jednak niegdyś jego śladem płynął najstarszy na Śląsku – Kanał Kłodnicki i właśnie ten kanał wraz z okolicą sławęcickiej huty znalazł się na jednej z litografii śląskiego artysty Ernesta Knippela.

Na grafice widzimy zatem zbudowaną w 1811 r. sławięcicką hutę żelaza z tak zwanym „wielkim piecem” oraz inne hutnicze zabudowania. Widzimy też wspomniany Kanał Kłodnicki oraz dąb, który istnieje także obecnie. Okazuje się jednak, że do naszych czasów przetrwało nie tylko to piękne wielopienne drzewo, ale też jedno z zabudowań huty.

Budynek stoi w gęstwinie samosiewek, popadając w coraz większą ruinę. W ten sposób za kilka, może kilkanaście lat, przestanie istnieć ostatni świadek sławięcickiej metalurgii znanej niegdyś daleko poza granicami Górnego Śląska.

Okolica huty sławięcickiej na litografii z ok. 1830 r. oraz współczesne ujęcie tego samego terenu, a także wielopienny pomnikowy dąb widoczny już na litografii (fot. Krzysztof Kubicki)

Ruiny ostatniego budynku sławięcickiej huty, widocznego na litografii z prawej strony wielkiego pieca (fot. Piotr Zdanowicz)

Złote lata Sławięcic

Kontynuując opowieść o sławięcickich losach rodu Hohenlohe należy wspomnieć, że po Ludwiku schedę przejął książę August, a po nim najbardziej zasłużony dla rozwoju Sławięcic, wspomniany już Hugo Hohenlohe. Książę był wówczas drugim najbogatszym człowiekiem w całych Niemczech, a książęce zakłady przemysłowe znajdujące się także w okolicy współczesnych Siemianowic i Wełnowca (dzielnica Katowic) zatrudniały przeszło 7 tysięcy osób. Przez Sławięcice przepływał Kanał Kłodnicki będący wówczas przemysłowym oknem na świat Górnego Śląska. Miejscowość znalazła się też na strategicznej linii kolejowej Mysłowice-Wrocław, łączącej między innymi GOP ze zbudowanym na przełomie XIX i XX w. kozielskim portem – jednym z kilku największych w ówczesnej Europie.

Gmach dawnego zarządu dóbr książąt Hohenlohe w katowickim Wełnowcu (fot. Piotr Zdanowicz)
Sławięcicka stacja kolejowa na litografii Ernesta Knippela ok. roku 1850

Po Hugonie na tronie książęcym zasiadł Christian Hohenlohe, który wsławił się głośnym sporem z hrabią Władysławem Zamoyskim o terytoria wokół… Morskiego Oka w Tatrach. Były przyjęcia i wystawne polowania, a do sławięcickiego zamku i myśliwskich pałacyków w okolicznych kniejach zjeżdżali znamienici goście z carem Mikołajem II i cesarzem Niemiec Wilhelmem II, który odwiedzał Sławięcice aż trzy razy.

Do dzisiaj istnieje efektowny neogotycki zespół budynków siedziby książęcego łowczego w niedalekiej Starej Kuźni (obecnie siedziba nadleśnictwa Kędzierzyn), a wypracowane w II połowie XIX w. w książęcych włościach, nowoczesne (zrównoważone) sposoby gospodarowania zasobami leśnymi są stosowane przez leśników z drobnymi zmianami po dzień dzisiejszy (w każdym razie tak było jeszcze do niedawna).

Zabudowania dawnej siedziby książęcego łowczego wraz z dziwiętnastowieczną wieżą obserwacyjną, a także współczesne oznaczenie jednej z dróg leśnych, zwanych traktem książęcym (fot. Piotr Zdanowicz)

Tymczasem przechodzimy przez most na Kanale Górnośląskim, mijamy XIX wieczny budynek poczty i dochodzimy do eklektycznego pałacyku z końca XIX w., zwanego willą Frankenberg, lub pałacem kawalerów. Po wojnie obiekt ten zamieniono na przedszkole i kwatery prywatne, dzięki czemu nie podzielił losu wielu innych reprezentacyjnych budowli i dotrwał do naszych czasów. Budynek otacza niewielki park, w którym wyróżniają się dwa pomnikowe potężne dęby.

Dawna willa Frankenberg wraz z pomnikowymi dębami (fot. Piotr Zdanowicz)

Teraz idziemy na wschód i po jakimś czasie dochodzimy do efektownych ceglanych budowli. Jest to powstałe w 1884 r. dawne sanatorium i szpital gruźliczy. Gruźlica była śmiertelną chorobą i dopiero pod koniec XIX w., lekarz i bakteriolog Robert Koch odkrył prątki wywołujące tę chorobę, za co w 1905 r. otrzymał Nagrodę Nobla. Właśnie ów noblista, od końca lat 90-tych XX w. prowadził w sławięcickim sanatorium badania. Ostatecznie do końca życia nie zdołał wynaleźć lekarstwa, ale jego badania stały się milowym krokiem ku skutecznej walce z gruźlicą. Samo sanatorium miało zaś tak wielką renomę, ze trafiali tu kuracjusze nawet z Berlina. W czasach powojennych obiekt spełniał rolę szpitala miejskiego, a od lat 90-tych XX w. zaczął popadać w ruinę. Gdy wydawało się, że jego los jest przesądzony pojawił się inwestor, który odremontował zabytek.

Robert Koch (1843-1910) (źródło Wikipedia) oraz słąwięcicki szpital-sanatorium (obecnie centrum konferencyjne) gdzie pracował słynny noblista (fot. Piotr Zdanowicz)

Gdybyśmy poszli dalej ulicą Batorego, to po kilkuset metrach w pobliskim lesie, już na terenie Niezdrowi, znajdziemy pochodzący z połowy XIX w. kirkut (cmentarz) żydowski z wieloma zabytkowymi, niestety w dużym stopniu zniszczonymi macewami. Po drodze mijamy miejsce, gdzie niegdyś znajdowała się osada smolŏrzy i kurzokōw oraz obiekt zaznaczony na dawnej mapie jako Sand Kretschem.

Kirkut na granicy Sławięcic i Niezdrowic oraz fragment mapy z 1749 r. z budynkami dawnej karczmy Sand Kretschem (fot. Piotr Zdanowicz)

Kretschem (Kretscham) to dawne określenie karczmy, które przywędrowało na Śląsk wraz z fachowcami przybyłymi do rozwijającego się zagłębia metalurgicznego z terenów Saksonii (Górnych Łużyc). Okazuje się, że termin ten jest zniemczoną formą górnołużyckiego słowa oznaczającego karczmę. Tym samym, spotykane dość często nazwiska „Kretschmer” czy „Kreczmer” pochodzą od słowa karczmarz.

Tymczasem skręcając na północ przekraczamy powtórnie Kanał Górnośląski (z widokiem na zabytkową śluzę komorową) i docieramy do dawnej dworskiej elektrowni z 1911 r. Dzięki niej elektryczność już w 1913 r. pojawiła się we wszystkich domach mieszkańców Sławięcic. Niewiele brakowało, aby i ten efektowny budynek podzielił los innych tutejszych zabytków. Ostatecznie w ramach prywatnej inwestycji przywrócono budowli dawny blask.

Śluza Sławięcice na Kanale Górnośląskim (Gliwickim), budynek dawnej elektrowni dworskiej (obecnie zajazd i restauracja), a także próg wodny na Kłodnicy oraz ruiny budynku, gdzie znajdowała się turbina elektrowni (fot. Piotr Zdanowicz)

Smutne zwieńczenie 770 lat historii

Wraz z elektrownią  weszliśmy w wiek XX. Z wolna gaśnie splendor dawnego, odchodzącego już świata, a za progiem stoją wydarzenia, które i w Sławięcicach, i na całym świecie zmienią życie ludzi w koszmar… Najpierw był rok 1914 i wybuch I wojny światowej. Działania frontowe ominęły Górny Śląsk, ale wielu mężczyzn ze Sławięcic, wcielonych do niemieckiej armii ginęło na frontach całej Europy. Na domiar, zaraz po zakończeniu wojny rozszalała się epidemia grypy, w wyniku której w Sławięcicach zmarło 30 osób.

Potem był czas powstań śląskich. Szczególnie III powstanie w 1921 r. wyraźnie zaznaczyło w Sławięcicach swą obecność. Powstańcy zajęli osadę, a w pałacu książąt Hohenlohe ulokował się sztab I Dywizji Wojsk Powstańczych. Do Sławięcic przybył też dyktator powstania Wojciech Korfanty. Potem była kontrofensywa wojsk niemieckich i 21 powstańców zginęło nieopodal folwarku, przy drodze do Miejsca Kłodnickiego, gdzie dziś znajduje się tablica upamiętniająca tę okoliczność.

Zresztą powstańcy nie pierwsi urządzili sztab w sławięcickich rezydencjach. Już w XVII w, podczas wojny trzydziestoletniej w Sławięcicach stacjonowały oddziały szwedzkie. Ponoć w lesie opodal Miejsca Kłodnickiego jest nawet zapomniany już cmentarz szwedzkich wojaków. Sto lat później, w czasie wojen śląskich na sławięcickim „starym” zamku stacjonowali Austriacy. Wreszcie w 1807 r. podczas oblężenia Koźla, za kwaterę obrali sobie sławięcicką rezydencję oficerowie jazdy bawarskiej.

Po powstaniach i plebiscycie Sławięcice pozostały w granicach Niemiec, ale kolejne nieszczęścia miały dopiero nadejść. Najpierw w 1929 r. rozpoczął się globalny kryzys gospodarczy, potem nastąpił w Niemczech rozkwit nazizmu, a szowinistyczne hasła miały się niebawem zamienić w koszmarną rzeczywistość. Pierwszym symptomem była zmiana nazw górnośląskich miejscowości. Nie ominęło to także Sławięcic, bowiem nazwa, która od czasów Piastów Śląskich poprzez rządy czeskie, węgierskie, habsburskie, pruskie i niemieckie, trwała niezmiennie przez 700 lat jako Slavecize, Slawiencicz, Slawencice czy Schlawentzitz, została z w 1936 r. zmieniona  na Ehrenforst.

Wreszcie w 1939 r. hitlerowskie Niemcy rozpoczęły najokrutniejszą z XX-wiecznych wojen i zamek sławięcicki stał się po raz kolejny świadkiem ważnych wydarzeń. Nocą 21 sierpnia 1939 r., książęca rezydencja stała się bazą dla przeprowadzenia trzech niemieckich, tak zwanych „prowokacji” – w Rybniku, Byczynie i najbardziej znanej w Gliwicach.

Potem nastał rok 1940 i całą przestrzeń wzdłuż kanału Gliwickiego, od Sławięcic po Blachownię, wypełniły baraki dla jeńców, z krajów podbitych przez III Rzeszę. Dlaczego akurat tutaj? Otóż na przełomie 1939 i 1940 r. dwa niemieckie koncerny, AG Hydriewerke oraz IG Farben, na leśnych terenach opodal Blachowni oraz Bierawy rozpoczęły budowę ogromnych zakładów chemicznych, które miały produkować benzynę syntetyczną metodą tak zwanej suchej destylacji węgla. Przy tak wielkich inwestycjach potrzebna była ogromna ilość rąk do pracy, tymczasem większość mężczyzn była na froncie. Problem ten mieli rozwiązać robotnicy przymusowi, czyli jeńcy obozów pracy, których w okolicach Sławięcic i Blachowni powstało do lipca 1944 r. przeszło dwadzieścia. W okresie największego natężenia prac, w obozach tych mogło przebywać nawet 50 do 70 tyś ludzi.

Teren jednego z dawnych nazistowskich, a później stalinowskich obozów pracy w okolicy Sławięcic (fot. Piotr Zdanowicz)
Fragment mapy z 1940 r. z zaznaczonymi zabudowaniami obozów pracy oraz „biała plama”, czyli teren pracujących dla hitlerowskiej machiny wojennej zakładów Oberschlesische Hydrierwerke AG

Po 1945 roku, wbrew wciąż powtarzanym propagandowym sloganom, obozy te nie zaprzestały swej działalności, ale stały się miejscami przymusowego pobytu dla górnośląskiej ludności cywilnej, administrowanymi przez sowieckich i polskich stalinowców.

W czasach Peerelu, w roku 1973 Sławięcice po 613 latach odzyskały prawa miejskie, na… 2 lata, bowiem w 1975 r. bez żadnych konsultacji społecznych, na obchodach 1 maja poinformowano mieszkańców Koźla, Kędzierzyna, Kłodnicy, Sławięcic i innych okolicznych osiedli, że mieszkają już w Kędzierzynie-Koźlu. W ten sposób dwie znaczące niegdyś górnośląskie miejscowości, czyli Koźle (siedziba księcia, powiatu, dóbr kameralnych, siedziba starosty górnośląskiego) oraz Sławięcice (siedziba dóbr kameralnych, zarządu państwa sławięcickiego, jedna z najbardziej reprezentacyjnych miejscowości rezydencjalnych na Górnym Śląsku) stały się dzielnicami miasta, przy czym Sławięcice – dzielnicą peryferyjną.

Jednak nawet dzisiaj, po prawie 50 latach istnienia Kędzierzyna-Koźla nikt z mieszkańców Sławięcic, nie powie, że mieszka w Kędzierzynie-Koźlu. Na skwerze, w centralnym miejscu osady widnieje dawny herb Sławięcic i nawet miejscowy klub sportowy nazywa się KS Sławięcice. Także stacja kolejowa ma oficjalną nazwę „Sławięcice”, bo przecież napis: „Kędzierzyn- Koźle-Sławięcice byłby już po prostu groteskowy.

To dowód na to, że z pomocą technokratycznych, administracyjnych decyzji podszytych ideologią i polityką można bardzo łatwo i szybko zmieniać granice administracyjne oraz nazwy, ale o wiele trudniej zmienić przywiązanie do tradycji oraz lokalne poczucie tożsamości, kształtowane przez setki lat – i tę prawdę powinny sobie wziąć do serca władze państwowe i samorządowe wszystkich opcji, w każdym miejscu świata.

Tekst: Piotr Zdanowicz – pasjonat oraz badacz historii, kultury i przyrody Górnego Śląska. Dziennikarz, autor lub współautor książek i reportaży, a także kilkunastu prelekcji, kilkudziesięciu artykułów prasowych oraz kilkuset tysięcy fotografii o tematyce śląskiej. Pomysłodawca rowerowych i pieszych szlaków krajoznawczych na terenie Katowic, Mysłowic i Tychów oraz powiatu kędzierzyńsko-kozielskiego. Poeta, muzyk i plastyk-amator. Z zawodu elektronik, budowlaniec oraz magister teologii.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza