Powstania Śląskie Spółka z o. o., czyli jak urwać kurze złote jaja

POWSTANIA ŚLĄSKIE SPÓŁKA Z O.O., CZYLI JAK URWAĆ KURZE ZŁOTE JAJA

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Czy można było uniknąć wybuchu tzw. “trzeciego powstania śląskiego”? Oczywiście! Do pewnego momentu. Jednak z chwilą, gdy zapadła decyzja o przeprowadzeniu plebiscytu, duża polska akcja zbrojna na Górnym Śląsku stała się nieunikniona. Choć z perspektywy prostego uczestnika “powstanie” mogło być walką o ideały, przygodą, sposobem na dorobienie lub metodą bezkarnego dokonywania rozbojów na ludności, dla warszawskiego rządu było w istocie rozpaczliwą próbą ratowania wartego ogromnych pieniędzy francusko-polskiego przedsięwzięcia biznesowego. Przedsięwzięcia, które najprościej mówiąc polegać miało na przyznaniu Polsce dzięki francuskiemu wsparciu politycznemu Górnego Śląska, a co za tym idzie – przejęciu całego znajdującego się tam pruskiego majątku państwowego przez państwo polskie, następnie zaś podzieleniu się “wypracowanym” w ten sposób zyskiem z Francuzami. Albowiem przy zmianie przynależności państwowej wszystko co prywatne pozostawało w tych samych, prywatnych rękach, ale to co państwowe – przechodziło na własność nowego państwa. Biznes-marzenie! Nie inwestujesz ani grosza, a z dnia na dzień stajesz się za darmo właścicielem gotowego, zorganizowanego, działającego, ogromnego przemysłu, w który ktoś inny latami inwestował mnóstwo pieniędzy. I ty już nie musisz. Ty tylko wchodzisz, instalujesz na stołkach swoich zasłużonych – i od razu kosisz hajs. Musisz się, co prawda, podzielić z protektorem, który zmianę własności umożliwił, ale i tak zostaje dla ciebie sporo.

POMYSŁ NA BIZNES

Trudno powiedzieć czy pomysł na przejęcie za darmo górnośląskiego państwowego pruskiego przemysłu narodził się w polskich głowach, zaś Francję poproszono o finansowanie i wsparcie polityczne w zamian za połowę zysków, czy też projekt był od początku francuski, zaś Polakom wyznaczono w nim po prostu rolę wnioskodawcy-słupa, na którego będzie można pobrać swoje 50%, płacąc mu jego 50%. Raczej to pierwsze, bo zyskami z przekrętu nikt nie dzieli się ze słupem po połowie. Tak czy inaczej, udział obu wspólników był niezbędny. Każdy miał swoje zadanie: Polska zgłaszała roszczenia wobec ziem górnośląskich, Francja je uznawała. Były to roszczenia absurdalne, które w normalnych warunkach budziłyby śmiech, ale w warunkach szczególnych, przy potężnej determinacji jednego ze zwycięzców Wielkiej Wojny, ich przeforsowanie stawało się możliwe. Uzasadnieniem polskich żądań oczywiście nie mogły być wiążące zasady prawa międzynarodowego, bo Śląsk nie należał do ziem polskich, które padły ofiarą rozbiorów. Podstawą roszczeń uczyniono więc strukturę etniczną. Domniemaną strukturę etniczną, bo świadczyć o niej miały dane z pruskiego spisu powszechnego z 1910 r., przy czym dane te nie dotyczyły narodowości, a języka. Według spisu ok. 60% badanych na Górnym Śląsku posługiwało się językiem zakwalifikowanym przez pruskiego urzędnika jako język polski. Warszawa uznała zatem, że stanowi to dowód przewagi żywiołu polskiego na tym terytorium i z uwagi na tę właśnie przewagę Górny Śląsk należy się Polsce jak psu miska.

Fot. 1. Od lewej: brytyjski premier David LLoyd George, premier Francji Georges Clemenceau i prezydent USA Woodrow Wilson

JUŻ BYŁ W OGRÓDKU, JUŻ WITAŁ SIĘ Z GĄSKĄ

I pewnie zmieniłby Górny Śląsk przynależność państwową, a pruskie kopalnie państwowe – właściciela, bez zawracania tubylcom głowy jakimiś głosowaniami, gdyby nie to, że francuskie nieumiarkowanie – w odniesieniu nie tylko do tej części Europy – zaczęło wkrótce działać na nerwy Anglikom, którzy w końcu stanęli okoniem. Zapadła zatem decyzja o przeprowadzeniu plebiscytu dającego ludziom możliwość wybrania, który kraj bardziej im odpowiada. Zaskoczenie, zawód i oburzenie z powodu poddania kwestii pod głosowanie były w Polsce ogromne, bo Polacy w zasadzie “już byli w ogródku, już witali się z gąską”. Jak pisze w swej kronice Jan Nowak, polski działacz narodowy przydzielony do Tarnowskich Gór: “Przyłączenie całego Górnego Śląska do Polski było nam zapewnione” i już nawet “po miastach zaczęły się organizować komitety przygotowawcze do objęcia władzy”. Oczywiście potajemnie, bo jak zwraca uwagę Nowak, usposobienie ludności było wrogie.

Polska reakcja na decyzję o rozpisaniu plebiscytu może zaskakiwać, bo jeśli zgłasza się pretensje terytorialne dowodząc istnienia na spornym terytorium polskiej większości, to raczej należałoby się cieszyć z nadchodzącego głosowania. Skoro owa polska przewaga istnieje, to zwycięstwo jest przecież w kieszeni. Ale Polacy doskonale zdawali sobie sprawę, że plebiscyt cholernie sprawy komplikuje, bo ta polska większość w rzeczywistości nie istniała. Stworzono karkołomną i absurdalną kategorię “Polaka, ale nieuświadomionego narodowo”. To taki “Polak”, który o swej rzekomej polskości słyszeć nie chciał, ale wspaniałomyślnie ją oto od Polski awansem otrzymywał, z uwagi na słowiańskie brzmienie nazwiska lub znajomość mowy choćby zbliżonej do języka polskiego. “Polak” taki był dobry przy powoływaniu się na etniczną polskość ziem, ale jego wartość w plebiscycie – jak łatwo się domyślić – była dla Polski żadna. Naczelnik Wydziału Kościelnego przy Polskim Komisariacie Plebiscytowym – polski działacz narodowy i ksiądz Michał Lewek wprost pisze w swoich wspomnieniach: “liczba Polaków w pełni uświadomionych była stosunkowo mała, mimo ich etnologicznego pochodzenia”. Wtóruje mu wspomniany już Nowak: “W związku z niedostatecznem jeszcze uświadomieniem narodowem ludu (…) nie rokowały dla sprawy polskiej nic dobrego”.

Fot. 2. Hindenburg (Zabrze), kopalnia Królowa Luiza

SKÓRA NA NIEDŹWIEDZIU

Z polskiego i francuskiego punktu widzenia rzec można – przykra sprawa, bo skóra podzielona, a tu trzeba pytać niedźwiedzia o zdanie. Państwo polskie na gwałt rozpoczyna więc akcję agitacyjną, w której wątki narodowe wcale nie są szczególnie intensywnie eksponowane. Kampania koncentruje się na bardzo ogólnych obietnicach socjalnych, co jest z dzisiejszej perspektywy o tyle zabawne, że składał te obietnice kraj ogarnięty nędzą na skalę niespotykaną w Niemczech, też przecież wyczerpanych wojną i pełnych społecznych problemów, ale mimo to umożliwiających łatwiejszą egzystencję. Przyznaje to nawet cytowany już polski działacz, ksiądz Lewek: “dla Górnoślązaka w czasie plebiscytowym Niemcy przedstawiały się, mimo przegranej wojny światowej, w porównaniu ze zniszczoną i całkowicie wyczerpaną Polską, jako kraj zupełnie nietknięty wojną” i “[Polska] nie posiadała nic, co by do niej pociągało”. Wtedy to właśnie następuje szczególne natężenie cudownych pojawień się w wielu górnośląskich miastach ludzi ze sporymi zasobami gotówki. Tak sporymi, że nabywają od ręki nieruchomości i natychmiast zakładają w nich polskie kluby, towarzystwa, księgarnie. Geszefty te najwyraźniej nie potrzebowały utrzymywać swych właścicieli, bo za szkolenia, kursy językowe, polskie książki itp. nie trzeba było płacić. Równolegle, nie za bardzo chyba wierząc w wystarczającą skuteczność prowadzonej na chybcika akcji propagandowej, państwo polskie rozpoczęło przygotowanie operacji wojskowej. O tyle nietypowej, że trzeba będzie udawać, że to nie armia. Ale w tym młodziutka Polska miała już co najmniej piąty dan. Ledwie chwilę wcześniej, w październiku 1920 r. regularne wojsko polskie przeprowadziło z sukcesem niemal identyczną operację na Wileńszczyźnie. Polska wysłała na Wilno 14 tysięcy żołnierzy pod dowództwem gen. Żeligowskiego, którzy na rozkaz Piłsudskiego jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmienili się w ludność Wileńszczyzny żądającą połączenia z Polską. Następnie zdobyli miasto stołeczne wypierając armię litewską, co w nomenklaturze polskiej zwało się wybuchem powstania w mieście.

SKĄD BRAĆ FORSĘ?

Spytać by można: skąd u władz państwa biednego jak mysz kościelna pieniądze na tę, bardzo kosztowną przecież, szeroko zakrojoną aktywność? W latach 1918-21 zaangażowana była Polska bowiem w aż sześć takich akcji z wszystkimi swoimi sąsiadami, z czego jedynie wojna polsko-bolszewicka była normalną wojną, pozostałe – w tym kilkuetapowa akcja na Górnym Śląsku zwana “powstaniami śląskimi” – miały charakter inwazji “zielonych ludzików”. Otóż pieniądze szerokim strumieniem płynęły z Francji. Oczywiście nie w formie darowizny, a kredytów oraz koncesji na przyszłe korzyści. Kwestię formy i wysokości wynagrodzenia za francuski sponsoring oraz obsługę polityczną uregulowano jeszcze przed plebiscytem, w postaci umowy z 1 marca 1921 r.

Fot. 3. Wojciech Korfanty

GŁOSOWANIE GŁOSOWANIEM, ALE NAM SIĘ NALEŻY

Obawy polskiego rządu co do wyników plebiscytu na Górnym Śląsku okazały się zasadne – rezultaty były dla Polski niekorzystne. Niezorientowany obserwator mógłby uznać je za wielki polski sukces, bo startując z wyjątkowo nędznej pozycji nie zostali Polacy przecież przez Niemców zdeklasowani. Różnica w ogólnej liczbie oddanych głosów nie była przytłaczająca: 60% za Niemcami, 40% za Polską. Jednak w istocie było to kompletne fiasko, bo Polska odniosła sukces głównie na terenach wiejskich we wschodniej części obszaru plebiscytowego, a nie o to przecież chodziło. Pruski przemysł skarbowy znajdował się gdzie indziej, a na co Polsce śląskie tereny wiejskie, skoro swoich własnych miała aż nadto? Akceptacja wyników demokratycznego głosowania przekreśliłaby wspaniale rysujące się jeszcze w 1919 r. perspektywy francusko-polskiego przedsięwzięcia. A kredyty już wzięte, pieniądze wydane, z czego spłacać, panie?

Akcja zbrojna była już wtedy jednak zapięta na ostatni guzik i 2 maja 1921 r. ruszyła. Dzięki stałym i niezmordowanym wysiłkom francuskim podejmowanym zarówno na europejskich salonach, jak i w rejonie działań zbrojnych, naciskom na rząd niemiecki (by się nie bronił), interwencjom na polu walk (gdy Polacy dostawali baty), a czasem i aktywnemu udziałowi oddziałów francuskich w walkach – ostatecznie udało się ustalić przebieg granicy luźno związany z wynikami plebiscytu, za to pozostawiający co trzeba z dawnej pruskiej własności państwowej po stronie polskiej. 25 lutego 1922 r. powołano zatem przyrzeczoną sobie wcześniej francusko-polską spółkę “Skarboferm”, która z kopyta zaczęła eksploatację zdobycznego majątku. Udziałowcami zostali po połowie: polski Skarb Państwa i francuscy przedsiębiorcy skupieni w Société de Gestion d’Intérêts à l’Etranger. Połowę kapitału zakładowego wpłacili Francuzi, natomiast drugą połowę… też Francuzi, ale Polacy mieli im oddać. Oddali szybko, już w 1927 r., bo przejęte za friko, gotowe, działające kopalnie to był po prostu złoty interes. Dzięki przytuleniu ogromnego majątku Skarboferm stał się największą spółką węglową w międzywojennej Polsce. Stanowiskiem przewodniczącego Rady Nadzorczej nagrodzono za zasługi “powstańcze” Wojciecha Korfantego, dla którego nie było to jedyne źródło bajecznych profitów, bo dostał również etat prezesa Rady Nadzorczej Banku Śląskiego SA. Za wydatne przysłużenie się akcji zmiany właściciela, stanowisko w Radzie Nadzorczej objął również generał Henri Le Rond, francuski przewodniczący Międzysojuszniczej Komisji Plebiscytowej.

Fot. 4. Gen. Henri Le Rond (czwarty od lewej) na Placu Teatralnym w Katowicach, fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

WYKOLEGOWAĆ FRANCUZÓW

Korfanty nie nacieszył się profitami zbyt długo, ale i tak stał się człowiekiem potwornie zamożnym, gdyż zarządy obu wspomnianych instytucji wypłacały sobie tytułem wynagrodzenia bajońskie sumy. Wkrótce jednak zakończyła się króciutka polska przygoda z demokracją, systemem obcym, niezrozumiałym i irytującym dla niedawnych poddanych cara. W wyniku zbrojnej rebelii władzę w Warszawie przejęła wojskowa klika Piłsudskiego i wypasiony już solidnie na państwowym Korfanty zaczął przeszkadzać, jako że junta naczelnika miała własnych ludzi do wypasienia. Oczywiście solą w oku sanacji była od początku konieczność dzielenia się władzą w spółce z Francuzami, bo – podobnie jak jej wąsaty szef – cała sanacyjna sitwa źle znosiła istnienie jakichkolwiek obszarów, nad którymi nie miała władzy absolutnej.

Fot. 5. Podpułkownik WP, późniejszy sanacyjny wojewoda, Michał Grażyński (właśc. Kurzydło), fot. Archiwum Państwowe w Katowicach

Podejmowano zatem próby wykolegowania wspólników z interesu, ale spełzały one na niczym, albowiem – jak można sobie wyobrazić – niełatwe jest życie ratlerka, który umyśli sobie pokryć bernardyna. Wielkie nadzieje wiązano na przykład z osobą księcia Pawła Sapiehy, który wprowadzony został co prawda do zarządu Skarbofermu przez Francuzów z ich “puli”, liczono jednak, że z uwagi na polską narodowość da Polakom ten jeden głos przewagi, a co za tym idzie – pełnię władzy w spółce. Książę jednak ani myślał działać wbrew woli swoich mocodawców, co stało się przyczyną ostrego spięcia między nim, a sanacyjnym nadzorcą interesu, wojewodą o uroczym nazwisku Kurzydło, które prawdopodobnie mu się jednak nie podobało, dlatego lepiej znany jest pod przybranym nazwiskiem Grażyński. Podczas ostatniej konfrontacji obu panów, Kurzydło vel Grażyński otwarcie wyrzucił Sapiesze, że ten nie spełnił pokładanych w nim nadziei unikając przyłożenia ręki do planowanego szwindlu. Z ust wojewody – wedle relacji żony księcia, Virgilii Sapieżyny – padły znamienne słowa: “Nie potrzebujemy tu ludzi niezależnych finansowo”. Krótkie zdanie, ale jakże bezlitośnie celnie obnaża fundament, podwaliny politycznej patologii tego nieszczęsnego, dogłębnie skorumpowanego państwa. Państwa, w którym prezydent sąsiedniej Czechosłowacji widział mniejszą i słabszą kopię Rosji, zaś ówczesny ambasador USA w Warszawie pisał, iż jego administracja jest tak bardzo “zajęta zarabianiem na życie łapówkami, że nie ma czasu zajmować się regularnymi sprawami rządowymi”.

Arkadiusz Poźniak-Podgórski – Tarnogórzanin z urodzenia i przekonania, ostatni poddany cesarza Wilhelma. Inżynier, przedsiębiorca, Ślązak, Niemiec, Polak, Czech, nawet Rusin, jak dobrze poszukać. Człowiek pogranicza.

Polecamy także inne teksty autora na blogu „Na krańcu królestwa”.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza