Odszedł Adam Zagajewski. Śląskowi dziękował, że wspaniałomyślnie przyjął jego rodzinę z Lwowa [ROZMOWA]

Śląsk przyjął nas wspaniałomyślnie, ale nie stał się moim heimatem. Z poetą Adamem Zagajewskim rozmawia Marcin Musiał

Adam Zagajewski urodził się w 1945 r. w Lwowie, ale po czterech miesiącach jego rodzina została przesiedlona na Górny Śląsk. W Gliwicach spędził dzieciństwo i młodość, do których często wraca w swojej twórczości. Następnie studiował psychologię i filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Dwadzieścia lat spędził w Paryżu, wykładał także na uniwersytetach w Houston i Chicago. Uważany jest za najwybitniejszego żyjącego polskiego poetę. Jest laureatem większości nagród poetyckich na świecie. Co rok mówi się o jego szansach na Literacką Nagrodę Nobla. Kilka miesięcy temu odbierał z rąk króla Hiszpanii Nagrodę Księżnej Asturii, którą wcześniej dostali m. in. Susan Sontag, Leonard Cohen czy Günter Grass. Mimo tylu sukcesów pozostaje człowiekiem skromnym. Przyjmuje młodego gościa ze Śląska w swoim obładowanym książkami krakowskim mieszkaniu, sam parzy herbatę, jest bardzo gościnny. Na stercie książek leży czytane właśnie przez niego jedno z dzieł Hermanna Hessego, noblisty, ikony ruchu hipisowskiego. Zagajewski patrzy na jego uśmiechnięte zdjęcie i mówi „Musiał być dobrym człowiekiem”. Sam uśmiecha się łagodnie, ironicznie, ale ciepło. Uśmiech towarzyszy mu także przy opowieści o Górnym Śląsku jego dzieciństwa, ziemi, która „przyjęła wspaniałomyślnie” jego rodzinę.


Rzadko pan przyjeżdża do nas na Górny Śląsk. Co pan czuje, gdy już pan tam jest?

Ja wyjechałem z Gliwic właściwie zbuntowany, nie lubiąc Śląska czy Gliwic, ale głównie za to, że tam było mało ducha humanistycznego, a ja dosyć wcześnie odkryłem, że politechnika mnie nie interesuje. Mój ojciec był profesorem Politechniki Śląskiej, więc żyliśmy trochę w jej cieniu, znałem przyjaciół ojca i gdy byłem dzieckiem, to byłem dumny z mojego ojca, że jest profesorem. Moi rodzice jednak, gdy doszło do wyboru studiów, postanowili za mnie: no jak to? Pójdziesz na politechnikę!

W tym roku obchodzimy dopiero 50-lecie Uniwersytetu Śląskiego, nie mógł się więc pan załapać na studia humanistyczne na Śląsku.
Zdawałem maturę w 1963 r. Proszę nie zapominać, że ma pan do czynienia ze starcem. (śmiech) Wyjechałem do Krakowa i to był akt świadomej rebelii przeciwko temu deficytowi humanistyki. W Gliwicach nie było wtedy nawet teatru. Teatr studencki wówczas dopiero powstawał i nie grał regularnie. Ideowo wyjechałem więc ze Śląska w geście pewnej rebelii, a teraz gdy przyjeżdżam, to przede wszystkim na grób moich rodziców albo by odwiedzić kuzynkę, którą mam jeszcze w Gliwicach. I gdy wracam, to jestem wzruszony. Bo wraca dzieciństwo. Poza wszelką ideologią, poza humanistyką, poza politechniką. Wraca tkanka dzieciństwa, a ja do takich rzeczy mam dobrą pamięć. Wracają zapachy, smaki, drobne wydarzenia. Gdy wracam do Gliwic, to ogarnia mnie sentymentalizm pamięci, a tamta rebelia się rozpływa, nie ma znaczenia. Bo na Śląsku w końcu przeżyłem pierwszych osiemnaście lat, być może najważniejszych w życiu człowieka.

Jest pan w stanie sobie wyobrazić, że mógłby pan zostać na Śląsku, gdyby działała tam wówczas humanistyka uniwersytecka?
Trudno powiedzieć. Kraków miał wtedy dla mnie wielkie promieniowanie. Wyobrażałem sobie wtedy o tym mieście aż za dużo. Wyspiański… Szymborska… Choć ona wtedy może nie była jeszcze tak jasno świecącą gwiazdą. To było miasto naładowane elektrycznością pamięci historycznych. A Gliwice… Ja miałem wtedy taki uraz, że to było miasto poniemieckie. Nie byłem oczywiście szowinistą polskim, ale tęskniłem za miastem, które miałoby przeszłość bez tego post. Żeby było tak jakby popolskie, żeby tam królowie byli, Kochanowski…

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Dzisiaj Gliwice uchodzą na Śląsku za miasto najbardziej literackie. Pan stamtąd pochodzi, także pański przyjaciel Julian Kornhauser się w nich wychował, dosyć długo mieszkał tam Tadeusz Różewicz, później Gliwice opisał w sposób zdumiewający w swojej tetralogii Horst Bienek, dzisiaj mieszka tam uznany poeta Krzysztof Siwczyk. W pańskich czasach to było miasto jednego poety, wspomnianego Różewicza. Coś jeszcze artystycznie lokalnie pana wówczas inspirowało?
Niewiele tam było w tamtym, powojennym czasie. Było środowisko malarzy. Była pani Irena Acedańska, która malowała okolice Gliwic. To były prowincjonalne rzeczy. Wie pan, jak się ma szesnaście czy osiemnaście lat, to się jest szalenie krytycznym i wymagającym. Czytałem już wówczas tygodniki kulturalne, wiedziałem, że gdzieś w Krakowie jest Jerzy Nowosielski, jest Tadeusz Brzozowski. Miałem tęsknotę nie tylko do królów polskich (śmiech), ale także do uniwersalnej kultury. Buntowałem się przeciwko prowincjonalności, to bardzo banalna historia, bo w każdym kraju młodzi chłopcy i młode dziewczyny, którym się wydaje, że mają coś do powiedzenia, szukają centrum i prowincja wydaje im się niebezpiecznie senna. Potem się okazało, że Kraków też jest prowincją, ale ja lubię krakowską prowincjonalność. (śmiech)

Pisze pan w swoim autobiograficznym eseju „Dwa miasta”, że pana matka chodząc ulicami Gliwic, płakała z tęsknoty za Lwowem. U pochodzącego z Nysy poety Maxa Hermanna-Neissego znajdujemy frazę “Bezpańskie koty na uliczkach, / żebracy nocujący w mokrej trawie, / nie są tak opuszczeni jak każdy, kto miał szczęście heimatu / i je bez własnej winy stracił”. Czy to była taka właśnie sytuacja egzystencjalna?
Tak. O tym, że mama tak płakała zaraz po przyjeździe do Gliwic, dowiedziałem się dużo później. Płacz to była jej pierwsza reakcja na przemysłowe miasto. Po utraceniu Lwowa, który jest dla lwowiaków najpiękniejszym miastem Europy. Moi rodzice byli nieszczęśliwi, ale ja nie mogę powiedzieć, że straciłem swoją małą ojczyznę, bo jej nie znałem, wyjechałem za wcześnie. Nie mam heimatu. Każdy ma, a ja nie mam.

Dej pozōr tyż:  Na gōrnoślōnskich szportplacach, 17.10.2021

Jest pan bezdomny?
Jestem trochę bezdomny, teraz mniej, bo już sobie Kraków przysposobiłem. Ale krakauerzy patrzą na mnie z pewnym sceptycyzmem. (śmiech) Uważają, że nigdy nie zrozumiem, czym jest Kraków. Śląsk nie stał się tą moją małą ojczyzną, heimatem, dlatego że działała propaganda mojej rodziny, która cały czas mi wmawiała, że Gliwice to nie jest nasze miasto, że może jeszcze wrócimy do tego naszego prawdziwego miasta, które zostało na wschodzie. Mam sentyment do dzieciństwa, ale to nie przekłada się na zawłaszczenie terenu. Mam czas, ale nie mam terenu. Jest to moja osobliwość, może kalectwo, może siła, a może jedno i drugie.

Czy w trakcie życia pana rodziców melodia ich opowieści się zmieniła? Udało im się Śląsk oswoić? Pisze pan w wierszu „Nie należeliśmy do tej ziemi, / ale wspaniałomyślnie przyjęła nas – / przyjęła was oboje”. Pana ojciec odniósł tu sukces zawodowy, został prorektorem politechniki. Pana mama pracowała?
Mama skończyła prawo we Lwowie i pracowała tylko podczas okupacji. Ojciec chyba mniej myślał o Lwowie, dużo pracował, robił karierę, miał też podczas niej dramatyczne momenty. W marcu 1968 r. ujął się za studentami, jako jeden z niewielu. Stracił pozycję kierownika katedry i był o krok od przeniesienia się do Krakowa, bo partia wytworzyła wokół niego wrogą atmosferę. Został jednak i cieszę się z tego, bo ja i tak wyjechałem potem na długie lata z Krakowa. Miał w Gliwicach swoje miejsce. Ale czy pokochał Śląsk? Na pewno przeszedł go wzdłuż i wszerz – był niestrudzonym piechurem. Lubił nie tylko góry, ale też lasy pod Gliwicami, na zachód od Gliwic są piękne, ogromne lasy. Taciszów, Rudziniec, Rudy Raciborskie. Małe miejscowości, małe kościoły. To było jego miejsce.

Podobno jeździł pan na rowerze zbudowaną za czasów Hitlera autostradą, dzisiejszą A4.
Tak, ale wędrowałem też pieszo, gdy ojciec zabierał mnie na swoje wędrówki do lasów.

Gdzie najdalej się pan na tym kole zapuścił?
Na rowerze z kolegami najdalej dojechaliśmy do Strzelec Opolskich. To nie jest imponujący wynik, może z pięćdziesiąt kilometrów, ale jak na stary czeski rower to chyba nie najgorzej (śmiech). Ja nie zadomowiłem się na Śląsku, ale czy mojemu ojcu się to udało? To bardzo ciekawe pytanie. Na pewno bardzo poważnie traktował swój zawód. Był niezwykle lubiany przez studentów. Teraz na całym świecie spotykam jego studentów, którzy przychodzą i mówią, jakim dobrym był człowiekiem. Dostał dużo gratyfikacji na Śląsku, choć te nagrody nie były związane z naturą śląskości.

Pisze pan o przedmiotach, które pachniały Śląskiem i o tych, które pachniały Lwowem. Które dominowały?
Większość rzeczy pachniała Śląskiem, bo moi rodzice niewiele rzeczy przywieźli, większość stracili przez wojnę. Mój dziadek przyjechał do Gliwic kilka miesięcy po moich rodzicach i przywiózł trochę więcej rzeczy. Jakieś obrazy, można powiedzieć, że był małym kolekcjonerem. Mieszkanie dziadków, które lubiłem, pachniało Lwowem.

Adam Zagajewski ze swoim przyjacielem Jerzym Kronholdem w Cieszynie
Adam Zagajewski ze swoim przyjacielem Jerzym Kronholdem w Cieszynie

Na spotkaniu autorskim w kawiarni literackiej „Kornel i Przyjaciele” w Cieszynie czytał pan wiersz o dziadku, nauczycielu języka niemieckiego i o nauczycielce muzyki, która po pierwszej lekcji poleciła panu uczyć się raczej języków obcych niż muzyki. Uczył się pan języków od dziadka?
On bardzo chciał, żebym się nauczył niemieckiego. Mój dziadek Karol miał trójkę dzieci, dwie córki i syna – mojego ojca. Kiedy byli jeszcze bardzo młodzi, to powiedział im, że jeśli chcą mieć dobre życie, to muszą nauczyć się trzech rzeczy: niemieckiego, pływania i stenografii. I z tego co wiem, cała trójka opanowała te trzy umiejętności.

I mieli szczęśliwe życie?
Chyba nie. Dziadek nie przewidział wojny. (śmiech) Stenografia nie pomogła. Byłem jedynym męskim wnukiem, było nas sześcioro, ale jedna kuzynka umarła potem na dyfteryt. Byłem więc jedynym chłopcem a dziadek, który nie był za bardzo feministą, całą nadzieję we mnie ulokował. Chciał, żebym mówił po niemiecku, ale od razu dumnie powiedział, że sam nie będzie mnie uczył, bo jest surowym nauczycielem. A woli być dobrym dziadkiem niż dobrym nauczycielem. Wyszukiwał mi jednak różne staruszki, które na prywatnych lekcjach uczyły mnie niemieckiego.

To były Niemki?
Zapewne tak, choć nie zdawałem sobie wówczas z tego sprawy. Musiałem uczyć się deklinacji i koniugacji. Bardzo tego nie lubiłem, mimo to coś wchłaniałem i zostało mi to na całe życie. Dużo później wyjechałem do Berlina i okazało się, że potrafię mówić po niemiecku.

Pisze pan, że lwowiacy stworzyli tak jakby trupę teatralną, która w nowych okolicznościach wciąż odgrywała stare, przedwojenne role. Pan był w niej młodym aktorem. Czy miał pan poza tym normalne dzieciństwo? Grał pan na przykład w bal na placu?
Tak, trochę grałem, ale nigdy nie byłem zbyt utalentowany. Jedno z najboleśniejszych wspomnień pochodzi nie z okresu dzieciństwa, a nastolactwa. Na boisku mojego liceum formują się dwie drużyny. I jest dwóch kapitanów, którzy wybierają sobie zawodników. Ja zawsze jestem na końcu.

Dej pozōr tyż:  Hart Wegner: Off Paradise – cz.1

To doświadczenie nas międzypokoleniowo łączy.
To był wielki ból oczywiście! (śmiech) Muszę przyznać, że od początku byłem małym introwertykiem. Wychodziłem, bawiłem się z rówieśnikami, ale nie jakoś tak radykalnie. Lubiłem bardzo siedzieć w domu i czytać książeczki. Moim przeciwieństwem był Wojciech Pszoniak, mój sąsiad z kamienicy przy Arkońskiej 7. Był zdecydowanym ekstrawertykiem i dziecięcym przywódcą. Dzisiaj żartujemy, że mały Adaś, czyli ja, zepsuł mu psychikę swoim tupaniem, bo moja rodzina mieszkała nad jego.

Adam Zagajewski z autorem rozmowy

W dzieciństwie i potem przyjmowałem pan różne role, był pan ministrantem i harcerzem, bawił się w fotografię. Podobno był pan nawet fanatycznym kibicem „wiecznie drugoligowej drużyny piłkarskiej” Piasta Gliwice. Która z tych ról najbardziej pana rozwinęła? Nadal śledzi pan wyniki swojej drużyny?
No nie, albo minimalnie tylko. Wszystkie te próby z mojego dzieciństwa odpadły, zostały odrzucone. Tylko jedna utrzymała się: byłem i jestem dość fanatycznym czytelnikiem książek.

Julian Kornahauser w swojej autobiograficznej książce „Dom, sny i gry dziecięce” pisze, że jego ulica Rybnicka w Gliwicach, a za nią Śląsk, straciła swoją polifoniczność/wielojęzyczność po tym, jak wyprowadzili się z niej Żydzi. Pan pisze zaś, że rzadko miał styczność z Niemcami i Ślązakami, właśnie przez przynależność do wcześniej wspomnianej trupy. Tylko niemiecka niania, zwana Czołgą, była bliżej was. W swoim wierszu „Ziemia” pisze pan o powojennej rzeczywistości tak: „jedni mówili po polsku, inni po niemiecku, / tylko płacz był kosmopolityczny”. Jaka była rzeczywistość językowa powojennych Gliwic?
Wtedy na ulicy słyszało się polski, niemiecki, śląski i lwowski. Dla mnie to były cztery języki. Było mnóstwo ludzi, którzy mówili po lwowsku, na przykład przekupki na targu przy ul. Bytomskiej. Moi rodzice mówili jednak bez lwowskiej intonacji. Często słyszało się śląski. Czasem słyszało się niemiecki. Pamiętam, że bywało i tak, że z daleka słyszało się niemiecki, ale gdy się zbliżałem, to ci ludzie przechodzili na polski, obawiali się, bo w latach 50. rany po wojnie były jeszcze świeże.

A jak widział pan te powojenne relacje językowe? Społeczeństwo Gliwic było podzielone?
Pewnie tak, ale ja sobie nie zdawałem z tego sprawy, nie miałem politycznego spojrzenia na rzeczywistość. Pamiętam, że w ogóle nie miałem wrogiego nastawienia do śląskiej godki. Trochę mnie ciekawiła, trochę bawiła, choć miałem przeświadczenie, że u nas mówiło się inaczej. W ogóle mi nie przeszkadzało, że można mówić inaczej.

Obserwuje pan rozwój języka śląskiego? Trwa jego emancypacja, może zostać uznany za język regionalny. Dostrzega się to z Krakowa?
Mało się o tym mówi. Kiedyś, jak byłem bardzo młody, czytałem esej Antonio Gramsciego, w którym autor mówi, że rzeczy uniwersalne można wyrazić tylko w języku literackim, tym głównym, centralnym. Wtedy mnie to przekonało, dzisiaj patrzę na to inaczej. Wciąż uważam, że pisarze powinni zajmować się tematami uniwersalnymi, osadzonymi oczywiście w danym miejscu i momencie. We Włoszech są sławni poeci, którzy pisali w dialektach, czy etnolektach, jak się teraz uczenie mówi, a w Polsce tego nie było. A może ja za mało o tym wiem?

To gdzieś teraz się dzieje. Moglibyśmy spojrzeć na to z tej perspektywy, od której zaczęliśmy naszą rozmowę. Śląsk kulturalnie jawił się mocno prowincjonalnie. A dzisiaj, między innymi poprzez śląskojęzyczną twórczość, próbuje zdjąć z siebie odium prowincjonalności. I według mnie to się udaje – udaje się wyrażać rzeczy uniwersalne w śląskim etnolekcie, unikając przy tym groteskowości.

Podarowuję poecie książkę „Leanderka” Rafała Szymy, zbiór pisanych po śląsku opowiadań przedstawiciela tzw. Śląskiej Nowej Fali.

Porozmawiajmy właśnie o książkach. Pamięta pan pierwsze książki, które pan dostawał?
Na pewno dostawałem jakieś od szkoły, na zakończenie roku. Także rodzice kupowali mi książki. Bardziej intensywnie zacząłem czytać po październiku 1956 r. Przed październikiem nikt by nie wydawał na przykład Rodziewiczówny, po październiku nagle otworzyły się tamy dla tej literatury młodzieżowej, którą wcześniej uznawano by za reakcyjną, ziemiańską, burżuazyjną. To wszystko się czytało z wielkim apetytem i wielką zachłannością, także dlatego że nie było PRL-owskie, był w tym posmak innej Polski. Wtedy też wydano „Kamienie na szaniec”. Wreszcie można było czytać takie książki. Czytałem też ogromną liczbę sowieckich książek dla młodzieży, ich tytuły na ogół wyleciały mi już z głowy. „Samotny biały żagiel” czy „Młoda gwardia”. To były takie opowiastki dla młodzieży. Pokazywały dobrych, szlachetnych ludzi. Komunizm jawił się jako cywilizacja dobrych ludzi. Dobro zwyciężało zło na każdym kroku. Później czytałem także klasykę literatury młodzieżowej. Pojawia się James Fenimore Cooper i jego „Ostatni Mohikanin” i „Skórzana pończocha”, Karol May z „Winnetou”, a także Juliusz Verne, którego czytałem namiętnie. Potem również Sienkiewicz.

Brał pan te książki z biblioteki?
Dużo ich było w domu, one chyba kosztowały grosze i rodzice je kupowali. W domu było dwoje młodych czytelników – moja siostra i ja. Miałem jedną babcię, której nie lubiłem, a która mi zabroniła czytania „Emancypantek” Prusa. Zażądała od moich rodziców, by mi zabronili czytania tej książki.

Dej pozōr tyż:  Ślōnski adler nazŏd u czeskich hokeistōw

Podejrzewam, że jednak pan ją przeczytał.
No właśnie nie! Do dzisiaj jej nie przeczytałem. Jakoś straciłem motywację. (śmiech)

Nie łamał pan zakazów a czy sięgał pan po tzw. książki zbójeckie, zakazane?
Trochę później tak. Jedną z cech prowincji było to, że nie docierały tam wydawnictwa, nie było u nas na przykłady paryskiej „Kultury”. Mój ojciec, jako prorektor, pojechał na EXPO 58′ do Brukseli. Przywiózł stamtąd „Nową klasę” Milovana Dlijasa, sławną wtedy książkę antykomunistyczną.

A teraz co pan czyta?
Pracuję nad wykładem, który zgodziłem się wygłosić – to takie uroczyste słowo, „wygłosić” – podczas Copernicus Festival w Krakowie, mam mówić o „Życiu w wolności”, czytam więc różne bardziej czy mniej uczone książki, próbuję sobie przypomnieć, czym jest wolność (jeszcze pamiętamy). Ale, bez związku z wykładem, czytam też Hermanna Hessego, jego korespondencję i piękne eseje wspomnieniowe. Oraz Imre Kertesza, jego ostatnie książki.

Nazwałby się pan bibliofilem?
Zupełnie nie. Nie lubię przedmiotów. Ja bym chętnie zamienił te książki w jakieś mniejsze istoty, żeby nie zajmowały tyle miejsca.
Ma pan coś z tych starych książek tu w swoim krakowskim mieszkaniu?
Wie pan, jak się ma takie życie tułacze jak ja, dużo rzeczy ginie po drodze. Część książek została w Chicago, część w Houston, z Paryża przywieźliśmy wszystko. Ale wcześniej zostawiłem swoją biblioteczkę w Krakowie, mieszkałem przy ul. Chrobrego. I jacyś lokatorzy znieśli ją do piwnicy, dużo książek przez to straciłem. A takie straty to temat trochę bolesny (śmiech)

A stwierdzenie, że strata książki jest jak strata przyjaciela, byłoby przesadne?
Raczej przesadne. Był taki wybitny angielski krytyk literacki, zmarły w 2010 r., Frank Kermode. Mieszkał w Cambridge, ale na starość postanowił przenieść się z wielkiego domu do mniejszego mieszkania. Chciał zabrać ze sobą książki, a miał mnóstwo pierwszych wydań, z dedykacjami, chociażby od T.S. Eliota czy W.H. Audena. Firma od przeprowadzek miała zabrać te książki, mieli też przyjechać śmieciarze. Nastąpiła pomyłka i śmieciarze zabrali najcenniejsze książki. Pamiętam, że w Houston było spotkanie autorskie z nim i jakaś egzaltowana dama zapytała w nawiązaniu do tej sytuacji, czy taki cios jest jak strata przyjaciela. Odpowiedział, że książki to jednak nie ludzie.

U pana są takie cenne egzemplarze?
Mam ich trochę, na przykład „Barbarzyńcę w ogrodzie” Zbigniewa Herberta. Herbert napisał mi dedykację „koledze Adamowi Zagajewskiemu”, gdy na początku lat 60. odwiedził nasze liceum. Mam książki Miłosza, Czapskiego, Szymborskiej, a w bibliotece rodziców znalazłem kiedyś dwa egzemplarze książek czcigodnych. „Legendę Młodej Polski” Brzozowskiego i „Pałubę” Irzykowskiego. Jakimś cudem w bibliotece moich rodziców znalazły się takie dwa białe kruki.

Ma pan dużo przyjaciół Żydów?
Wie pan, ja ich nie liczę, bo tylko antysemici liczą Żydów. (śmiech) Mam sporo, ale przede wszystkim w Ameryce. Mówi się tam, że Żydzi to naród księgi i to się sprawdza, chyba bliżej im do czytania i pisania niż innym ludziom.

Jak reagowali na słynną już nowelizację ustawy o IPN-ie?

Ubolewali, ale sami są pogrążeni w rozpaczy z powodu swojego prezydenta. Jestem zaprzyjaźniony z pisarką Louise Steinman, jej rodzina pochodzi z Radomska i napisała książkę o pojednaniu Żydów i Polaków. Często bywa w Polsce i była zdruzgotana tym wszystkim. Musiałem ją pocieszać i mówić, że jeszcze nie wszyscy u nas w kraju stali się antysemitami.
Spodziewał się pan, że obóz rządzący uderzy akurat w antysemicką nutę?
Tego nigdy bym się nie mógł spodziewać, tym bardziej że pamiętam o tym, że Lech Kaczyński był nieomal filosemitą, jeździł do Izraela i pojednanie z Żydami leżało mu na sercu. To, że to stronnictwo poszło w stronę antysemicką, było dla mnie mimo wszystko szokiem.

W swoim eseju „O próbach zamykania otwartego społeczeństwa” pisał pan, że „państwo to nie św. Teresa z Avila czy św. Faustyna. (…) Państwa organizują i tolerują”. Co więc z wartościami?
Jeśli miałbym wybierać między państwem pluralistycznym i tolerancyjnym a państwem, które jest wychowawcą narodu, wybieram to pierwsze. Bo i tak są różne inne siły, które dbają o wartości. W Polsce zawsze będzie Kościół, jest opinia publiczna, jest niewidoczny głos sumienia wspólnoty, który wyraża się na przykład poprzez film czy literaturę. Natomiast państwo, które mówi nam, co mamy mówić i w co wierzyć, to jest dyktatura i to już przerabialiśmy.

A nie martwi pana, że te tradycyjne autorytety są w dzisiejszych czasach słabiej słyszane niż na przykład youtuberzy?
Trzeba słuchać Młynarskiego i robić swoje. Jak ktoś pisze wiersze, to musi wierzyć, że to do kogoś dociera. Myślę, że te tradycyjne głosy nie zaginą, w tym wielkim pluralizmie one chwilowo mogą być zagłuszone, ale poezja ma to do siebie, że nie jest na jeden dzień. Jest na długo.

 

Adam Zagajewski (1945-2021) – poeta, eseista i prozaik. Jeden z najbardziej cenionych polskich pisarzy na świecie. Wielokrotnie nagradzany, w ciągu ostatniego roku otrzymał dwa prestiżowe wyróżnienia: Nagrodę Księżniczki Asturii i macedoński Złoty Wieniec.

Fot. Marcin Musiał

 

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Marcin Musiał (ur. 1988) – humanista zaangażowany, Ślązak, literaturoznawca, bloger “tylko burak nie czyta”, autor projektu ustawy o śląskim języku regionalnym i dwóch samorządowych programów dla śląskiej kultury. Współautor (razem z Moniką Rosą) książki "Kiedy umrze ślōnsko gŏdka". Na portalu Wachtyrz.eu pisze o swoich pasjach – Śląsku, literaturze, polityce i piłce nożnej. Pochodzi z Żor, mieszka w Katowicach.

Śledź autora:

Ôstŏw ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ. Wymŏgane pola sōm ôznŏczōne *

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autorōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza