Mōnika Neumann: Żniwniŏk

W pomieszczeniu unosił się kurz, niemal przejrzysty maleńki pyłek wirował wokoło, raz w górę raz w dół, poruszany przez kobiece rękawy, spódnice, podnoszone dłonie, odrzucane do tyłu włosy, chusty, nagłe ruchy czy gwałtownie wydmuchiwane powietrze. Kurz wirował w rytm gwaru, który kobiety tworzyły wokoło siebie poprzez szuranie stóp, szelest materiału, śpiew, śmiech, rozmowy i zwykłe codzienne narzekania. Powietrze pachniało na zboże, słomę i słodkie czerwone jabłka, które układane były na plecionej złotej koronie żniwnej. Wokoło ich zarumienionych policzków i uśmiechniętych twarzy emanowała kobieca energia, ciepło, coś, czego nikt nie potrafił ująć w słowa, ale każdy czuł, gdy wchodził do pomieszczenia pełnego zapracowanych i roześmianych kobiet. Jedna twarz wydawała mu się dziwnie znajoma, taka radosna i młoda, piękna w bardzo naturalny i zwyczajny sposób.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Mógłby tak stać w potężnych drewnianych drzwiach stodoły i podziwiać tą scenę, gdyby nie głos, który gdzieś głęboko w jego głowie dobijał się do jego świadomości i gorąco parzące go w dłonie, które przywołały go znów do rzeczywistości. Faktycznie stał w drzwiach starej murowanej stodoły. Przez deski tej strony bramy, której nie odsunął wchodząc do środka, światło kładło się leniwymi pasmami na tworzoną koronę. W tych promieniach światła, na tle ciemności skradającej się z zacienionych kątów stodoły, faktycznie wirowały maleńkie niemal przejrzyste ziarenka kurzu, zaś panie przed nim, tak onieśmielające w całej swojej kobiecej aurze, sile i larmie uwijały swoje dłonie plotąc kolejne kłosy. Jednak nie latały tu żadne rękawy, żadne wielobarwne chusty i stroje, włosy upięte były w luźne kucyki czy koki na czubkach głowy, niektóre miały jaśniejsze pasma niekoniecznie utworzone przez naturę i ślady makijażu na twarzy. Przetarte dżinsy i stare koszulki wiodły prym, a do nosa mężczyzny dotarł zapach trzymanej w dłoniach kawy.

– Ecik, bracisku, coś zaś słepoł abo camu tak stois i patrzis sie na nŏs jak na świynty ôbrŏzek?

– Jŏ wōm yno chcioł bōnkafej prziniejś i Alina zarŏs ździebko kołŏca prziniejsie, a wyście sōm takie gryfne, takie sumne, no jŏ sie napatrzeć nie mōg, tak jŏ wōm sam przaja – odpowiedział zmieszany mężczyzna, szybko odzyskując mowę i wkraczając na swój codzienny szarmancki ton.

Panie Ecik, a jŏ myślała zeście do ftōrejś z nŏs na zŏlyty przijś chcieli – zawołała jedna młoda dziewczyna, w której rozpoznał córkę sąsiada, której, jak była jeszcze młodsza, zawsze dawał ôdpustowe kartofelki, za sodkie przed niego, ale bajtle to sie mogły wściec za nimi.

-Do ftōrej byście pośli? – zapytała siedząca obok dziewczyna, równie roześmiana. Wokoło jej dłoni rozsypywały się ziarenka zboża, plecenie nie szło jej tak dobrze, jak innym, ale dla towarzystwa siedziała. Do tego miała ładny czysty głos i jak dla zbicia nudów kobiety zaczynały coś nucić, co zazwyczaj było dla niego hasłem, by uciekać na pole, do sąsiada, do szynku, gdziekolwiek, bo śpiew niósł się z stodoły aż na pole albo prosto do stołowego, to dziewczyna wiodła prym i sprawiała, że czasami poczekał chwilkę, dwie, zanim uciekł.

-Dziołski moje kochane, kiej jŏ by mioł wybiyrać, to byście wszyjskie musiały na niedziela kołŏc piec a kafej warzić. Ale jakbych skōńcōł z zŏlytōma, to by mie chyba musieli od tego kołŏca jak prosie jakie na karze do dōm wiyjź, takich by bōł ruby. Nie to co wy – powiedział siadając obok najstarszej z kobiet, która faktycznie nieco przypominała ten krąg, który mu się przed chwilą przywidział. Mioła fortuch zawdziōny na dugi ciymny rok. Kragen kosuli bōł z cornej szpicy. Dugie wosy igłōm spiōnła z zadku gowy. Kabzie fortucha mioła połwne jakiś lōńtōw, rance blank pomarscōne, pleca pochylōne, ale ôcy wesołe.

– Ale nojpiyrw bych do wŏs przisoł, mozno byście mi w kōńcu tego kusika dały – zagadał wesoło i wziął dłonie kobiety, zamierzając uniżenie je ucałować. Dobrze wiedział, że kobieta za chwilę wytarga mu ręce, z śmiechem zawoła Ty pierōnie!, po czym przyciśnie go do potężnej piersi i pocałuje w czoło jak małego chłopca, jak to zresztą czyniła, gdy był właśnie takim małym dziejciem.

-Yno na tyn żniwniŏk nie pij tejla Ecik, bo ci padōm, przida sam i cie do dōm sprowadza- dodała i zagroziła mu przekrzywionym na prawo palcem wskazującym.

Rozejrzał się wokoło. Pięknie tu było w tej stodole. Zapach perfum zmieszany z aromatem kawy zbożowej, jakimś ogórkowym szamponem do włosów i wonią słomy, siana i świeżego zboża był niemal uwodzicielską mieszanką. Mógłby tu tak siedzieć, ale przywidzenie i to, co miał przed sobą przypominało mu jakiś święty krąg, którego on, mężczyzna, nie mógł naruszać. Pozbierał się więc z ławy, na której siedziały kobiety i wyszedł.

Żniwniŏk był jednym z jego ulubionych festynów. Kolorowy korowód, przy którym za każdym razem śmiał się do rozpuku, aż do łez, odwracał jego uwagę od codziennej rutyny. Wieczorna zabawa dożynkowa, która zazwyczaj odbywała się na boisku obok starego dworku, przyciągała młodych, nieco mniej młodych, średnio zaawansowanych wiekowo i nareszcie tych starszych, pary i pojedyncze osoby, poszukujących potencjalnej pary i zadowolonych z swojej nieparzystej liczby, ludzi ze wsi i spoza. Muzyka była głośna, piwo tanie i Ecik, jako główny przedstawiciel stanu wolnego wieku średniego w swojej wiosce, miał w zwyczaju zajrzeć nieco głębiej w kufel przy takich okazjach. Koledzy z żonami chętnie popijali, ale podczas gdy jego rówieśników właśnie ten magiczny krąg kobiet, który wieczór wcześniej plótł w jego stodole wraz z jego siostrą koronę, powstrzymywał przed rozwinięciem pełnego potencjału pochłaniania złocistego, pienistego i w miarę chłodnego napoju, on dawał pokaz wszystkich swoich umiejętności w tej kategorii. Zazwyczaj jego siostra zostawiała wtedy swojego męża i przychodziła polować na niego, by sprowadzić go z piedestału, na którym wydawało mu się, że lśnił, znów na ziemię. Tym razem jednak postanowił wymknąć się jej czujnemu oku i udać się na spacer za murek dworka, z którego miał w planie wrócić o kilka litrów lżejszym.

Gdy tak szedł, pogwizdując sobie pod nosem w rytm granego walczyka, do jego uszu dotarła muzyka. Słyszał akordeon, słyszał skrzypki i radosne pokrzykiwanie zza murku. Zaintrygowany zaparł się rękami na cegłach i podniósł swoje chwiejne ciało do góry. Sam, przy ognisku bawili się ludzie. Magiczny krąg, który siedział u niego w stodole, razem z mężczyznami w staromodnych koszulach i spodniach trzymanych na szelkach, wirował w rytm muzyki, zawadiacko obracał dziewczęta, których spódnice podnosiły się wokoło kostek, warkocze odbijały się jeden od drugiego, jakiś starszy mężczyzna poklaskiwał do całego rytmu, a kilka bajtli plątało się pod nogami. Mężczyzna w fraku siedział na krześle i w nieco bardziej elegancki sposób, niż staruszek, poklaskiwał do rytmu.

– Panŏcek z dworku – wyszeptał mężczyzna. Nagle zrobiło mu się bardzo zimno, poczuł każdą kroplę potu, które jego pijane ciało wytworzyło, poruszaną przez powiew już dość chłodnego powietrza jednej z tych ostatnich letnich nocy. Przetarł oczy, przeczesał włosy, stężał jeszcze bardziej, gdy mara nie chciała ustąpić, aż nareszcie stracił równowagę i poleciał z murku w tył na plecy. Dyć nieboscyk jus dŏwno na smyntorzu lezy.

Szybko pozbierał się na równe nogi i dla złapania równowagi oparł o murek, zza którego dobiegał go wesoły gwar i spojrzał na ściernisko, które było pomiędzy boiskiem, a starym dworem. W świetle księżyca lśniły metalowe narzędzia poukładane równym rzędem obok chleba, który leżał na delikatnym białym materiale. Już od kilku pokoleń nikt ich nie używał, u niego w stodole leżały zardzewiałe i zapomniane. Kłosy zboża leżały obok i wydawało mu się, jakby dostrzegał dłonie, które przed chwilą ułożyły je tam. Ale te dłonie do nikogo nie należały. To nie miało sensu.

Pot zaczął spływać mu z czoła na nos, stamtąd kapać na rozwarte w mieszaninie zdziwienia i przerażenia usta. Obrócił się nieco i ujrzał znów tą dziewczynę, która spośród magicznego kręgu, wydała mu się poprzedniego dnia tak piękna. Tym razem miała bardziej odświętne ubrania, długi ciemny warkocz lśnił niebieskawo w blasku księżyca. Patrzyła prosto na niego z niebezpiecznym, niemal wściekłym błyskiem w jasnych oczach. Ecik przeżegnał się i szepnął coś niezrozumiałego, sam nie wiedział co, bo zauważył że kobieta zmierza prosto ku niemu i poza oczami rzucającymi iskry, cała piękna twarz układała się w gniewny grymas.

– Matko przenajświyntszŏ, jŏ jus nigdy wiyncej nie banda piōł- szepnął nieco wyraźniej i spojrzał na piękną zjawę przed sobą, która właśnie otwierała usta, by przemówić. Spodziewał się wszystkiego, od pięknego syreniego śpiewu po przeraźliwe krzyki, wszystkiego, tylko nie tego.

Pejdziałach ci, jak bes słepoł, to samŏ po ciebie przijda – powiedział znajomy głos, w którym Ecik zaraz rozpoznał starszą kobietę, którą prosił o kusika podczas plecenia korony. Dostrzegł zgarbioną sylwetkę. Urok jakby prysł i do jego uszu dotarły odgłosy basów z namiotu nad parkietem. Księżyc schował się za jakąś chmurą, chleb, narzędzia, ognisko i muzyka na dworku, wszystko zniknęło, wyparowało, zamilkło. Mężczyzna momentalnie otrzeźwiał, jakby ktoś wyrwał go z nieprzyjemnego snu, kobieta wydała mu się aniołem, którego chwycił za obie dłonie, by ucałować je w szorstką i pomarszczoną skórę, nim staruszka zdąży zareagować i wyszeptał:

Dziynkuja wōm, dziynkuja – po czym jeszcze raz uścisnął dłonie i poszedł w kierunku domu, pozostawiając zadowoloną i mądrą staruszkę, by wróciła do namiotu pilnować swoje wnuczki. Mijał ściernisko, mijał namiot, mijał kombajn odpoczywający przy załadowanej zbożem stodole. Udzieliło mu się wszechogarniające uczucie spokoju, błogiego odpoczynku po natężonej pracy. Myślał o wszystkim, co dzisiaj zobaczył, myślał o kobiecie, niegdyś pięknej żniwiarce i niewiele z tego rozumiał. Wiedział tylko, że kiedyś ten Żniwniŏk znaczył o wiele więcej niż dzisiaj, został pozbawiony pewnej nierozerwalnej sfery sacrum, w którą on tego dnia, jakimś cudem wkroczył. Coś w nim drgnęło i wiedział, że pragnął zachować cząstkę tego utraconego świata kajś w kabzi kosuli blank blisko serca, bo niosła w sobie urodzaj i życie, nawet jeszcze zza progu przemijania i zapomnienia, których on tak bardzo potrzebował w swoim życiu.

 

Zdjęcia korony żniwnej z Kraskowa koło Kluczborka.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Mōnika Neumann

„Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice…” Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest absolwentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza