Monika Neumann: Babŏk wśród zboża

Przyczepa w słabym świetle księżyca nabierała surrealistycznych rysów. Jasne, złociste ziarno, bezpieczne między czterema burtami, za dnia bijące w oczy swoją słoneczną barwą, w ciemności nocy zamieniało się w bezkresną otchłań cieni i pojedynczych punków, na których zbierało się srebrzyście blade światło.  Traktor tykał cicho na najniższych obrotach, wlekł za sobą przyczepę, jakby już ostatkiem sił, jakby lada chwila miał się zatrzymać i powiedzieć stop.  Wraz zaczął stopniowo zwalniać, jakby zmęczenie całodniową pracą i gorąco lejące się prosto z nieba na blachę w końcu zwyciężyło z końmi mechanicznymi i całą mądrością ludzkiej inżynierii. Powoli koła zaczęły się obracać w lewo i pojazd skręcił na podwórek, zjechał po wysypanym żwirku, gubiąc przy tym kilka ziaren z przyczepy i zatrzymał się, tykając dalej na jałowym biegu.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

-Sam na zadek pod siauer zaciś- zawołał głos mężczyzny, którego twarz, częściowo przez kurz, pot i przyklejony do skóry brud, częściowo przez bezlitosne słońce za dnia i ciemność teraz już oblewającą całą jego postać, przybrała czarnej barwy, spośród której świeciły jak dwa małe księżyce zmęczone oczy. Rękawy przepoconej, brudnej już koszuli zwisały luźno po bokach mężczyzny, palce, zgrubiałe i pełne odcisków, zaciskały się na staromodnej czapce z daszkiem, wycierając przy tym zupełnie nieintencjonalnie w nią smar, który podczas bieżących napraw zebrały się w zmarszczkach, rysach i bruzdach wykreślonych przez czas na dwóch dłoniach.

Jezichkusie, wyglōndŏs choby jakiś babŏk- zawołała wychodząca z domu kobieta.

Cekej, jŏ ślauch włōnca i synecku zaros cie okōmpiymy, bo cołŏ wana zmarasis kiej tak wlyzies- zawołała druga, młodsza kobieta, która też wyszła z domu na powitanie ciężko pracujących dwóch mężczyzn. Rześkie powietrze przyjemnie owiało jej twarz. Z domu zza jej postaci sączyło się jasne światło, wypływał zapach gorącej herbaty, kawy zbożowej z mlekiem, chleba, pomidorów, cebulki, powitania po długim dniu wśród kurzu, suchej ziemi i bezkresu łanów zbóż, nareszcie czegoś niezidentyfikowanego, aromatu, który każdy dom z osobna tworzy, gdy tętni w nim życie.

Babŏk, babŏk, babŏk- zaczęło wołać dziecko pokazując palcem na mężczyzn. Chichrało się przy tym z przekąsem i chowało za nogami matki, która chciała karcić malucha, jednocześnie jednak sama dostrzegała podobieństwo między mężczyznami, a postacią z starych bajek, straszydłem z ciemnych kątów.

Siostrzicko, nie śteruj mie, bo jak yno zacisna pod siauer, to cie tak uściskōm, ze nŏs dwōch pod ślauch postawiōm- zawołał przez uchylone drzwi ciągnika młodzieniec, któremu z bujnej grzywy zalotnie zwisało źdźbło słomy na czoło, gubiło się jednak swoją barwą wśród jasnych włosów. Kurz osadził się na młodej twarzy o zawadiackim spojrzeniu, połączył jasne brwi ścieżką brudu przyklejonego przez pot do czoła, osadził się na koszulce z krótkim rękawem o nieczytelnym już napisie, na szczupłych jeszcze ramionach i całej wydłużonej nieproporcjonalnie posturze młodzieńca. Rodzina zaczęła się przekomarzać, ktoś zawołał, któraś kobieta krzyknęła, dziecko wspięło się na przyczepę i ręką zaczęło głaskać zboże.  Wraz ciemność zrobiła się jaśniejsza, cykanie świerszczy i rechot żab, powiew wiatru i szum dobiegający z innych pól przebiły odgłosy wydawane przez gromadkę.

Zlyjzies ty mi! Wykōmpany w piżamie, zyś mioł jus dŏwno spać- zawołała kobieta podbiegając prędko do malca. Ten jednak głośno się śmiał i w małej piąstce mocno ściskał ziarno, planując wyrzucić je wysoko w powietrze w kierunku matki.

-Ôstawis Ty mi te ziorno- powiedziała przez zęby kobieta i przycisnęła dziecko mocno do sobie, jakby miało to wzmocnić działanie słów. Malec już podnosił drugą dłoń, w której również trzymał złocisty skarb, już miał wypuszczać ziarno, gdy nagle całkowicie zamarł, wpatrując się w kąt między słupem podtrzymującym zadaszenie, a ścianą stodoły, z której dach był spuszczony. Bezradnie wyciągnęło w tamtym kierunku dłoń, drugą mocno chwytając się matki, źrenice rozszerzyły się i dziecko zaczęło ponownie wołać:

Babŏk! Babŏk! Babŏk!- tym razem jednak nie chichrało się ani trochę. Mężczyźni, którzy w międzyczasie zaczęli pokrywać przyczepę dodatkowo plauą, również zamarli i wpatrzyli się we wskazany przez dziecko kąt. Tam jednak nie dostrzegli nic. Dziecko ciągle wpatrywało się w to miejsce, jego oczy były tam skierowane, gdy matka odnosiła je do domu, by położyć już na dobre spać,  a mężczyźni kończyli na ten dzień pracę. Wołanie babŏk dochodziło także z pokoju dziecięcego i strach w nim zawarty sprawił, że noc stała się jakby chłodniejsza, cienie zaczęły przekomarzać się wokoło przyczepy i dowodu zbrodni dziecka, wyrzuconych w kierunku matki ziarenek jęczmienia.

Na dworze została tylko dziewczyna, której rześkie powietrze pozwoliło w końcu głęboko odetchnąć i wpatrywała się w ten kąt. Włosy już prawie wyschły, mając czas, zmyła z siebie kurz i wspomnienie szufli, słońca i przyczepy pełnej zboża, które zrzuciła poprzedniego dnia. Wpatrując się w obraz przed nią, nagle wydało jej się, jakby coś do niej mrugało. Jednak po chwili stwierdziła, że nic tam nie ma, wzruszyła ramionami i ostatni raz podeszła do przyczepy. Z okna na piętrze sączyła się strużka światła. Brat nie skorzystał z propozycji prysznica z szlauchem i poszedł kąpać się w wannie. Z otwartego okna dobiegał odgłos lanej wody. Na dworze zrobiło się znów ciszej. Wspięła się na przyczepę i włożyła rękę w zboże, ziarniste złoto, owoc tak długiej pracy i wtedy kątem oka dostrzegła to samo, co dziecko. Wystraszyła się tak bardzo, że nogi z rękami poplątały się między sobą i spadła z przyczepy prosto na ziemię. Potłukła się nieco, ale nie na tyle, by nie wstać i nie podejść bliżej. Znów dostrzegła to mruganie. Może to był kot, może mysz, może księżyc tak igrał wśród starych sprzętów, a może ona była już na tyle zmęczona, że jej się coś przywidziało, ale szybko poszła do domu, obracając się tylko raz za siebie, by posłać ciemnemu kątowi ostrzegawcze spojrzenie.

Babŏk zaś siedział w swoim kącie i się chichrał. Śmiał się z dziecka, które się go wystraszyło, z mężczyzn, którzy przecież nie mogli wyglądać tak jak on, a jednak próbowali, śmiał się z niedowierzającej dziewczyny, z niewidzącej go kobiety. Śmiał się potem znowu z niegrzecznego dziecka, które znało jego imię, śmiał się nareszcie z samego siebie, bo wciśnięty w ten kąt mógł już tylko mrugać po nocy, a nie straszyć tak porządnie, jak kiedyś. Nie mógł już złapać niegrzecznego dziecka za rękę, mógł się tylko przyglądać i śmiać się sam do siebie i zmęczonych, starych sprzętów, bo pradawne moce, dużo bardziej pierwotne, jak otaczający go sprzęt, zapadły się już dawno pod ziemię, a on sam siedział tu i czekał na ciekawskie niegrzecznego dziecka.

Mōnika Neumann

Mōnika Neumann

„Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice…” Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest absolwentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza