Krzysztof Kafka: Stąd do Alfamy – cz. 2

Nie, jeszcze nie teraz. Nie pora. Nie do domu. On nie wiedział, do czego wracać. Ona wiedziała, do czego nie wracać.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

– Popatrz, tramwaj – powiedziała.

Nie rozumiał, dlaczego czasem traktuje go jak dziecko, któremu można łatwo odwrócić uwagę. Od zbyt trudnych myśli. Któremu można założyć czapkę i poprawić grzywkę. Zawsze się wtedy obruszał, ale w sumie to lubił to. Obruszał się, bo trzeba.

– Tramwaj – potwierdził.

Przed tramwajem pojawiły się jednak najpierw szyny.

Tak, widzieli je już w nocy, zaraz po przylocie. Zatopione w błyszczących szklistych kamieniach bruku. Szyny w tym mieście też z resztą zrobione były ze szkła. Gładkiego, soczystego, ciemnego, gęstego szkła. Iskrzyły ciepłym, zakrzepłym światłem. W nocy odbijały się w ulicznych latarniach. A latarnie odbijały się w nich. Szyny pojawiały się zawsze niespodziewanie. W ulicach, w bruku, w chodnikach, trotuarach. Zawsze zaskakiwały. Wyrastały wśród kamieni nierównych, połamanych posadzek to tu, to tam. Bez porządku. Bez ładu.

Nie to, co nasze śląskie. Te śląskie są logiczne, proste. Zakręcają tylko wtedy, kiedy trzeba.  Prowadzą zawsze z domu do kopalni. Nawet jeśli kopalni już nie ma. Nawet jeśli domu już nie ma. One zawsze prowadzą. Po prostu są. Nikomu nie przyszło nigdy do głowy, że szyny mogą być ze szkła, że mogą plątać się, tworzyć podpisy, kaligraficzne popisy. Sploty i wariacje. Arabeski, miniatury i inicjały.

W Alfamie można tymi szynami wędrować. Pieszo. Gapić się w nie, muskać wzrokiem ich szkliste ciała. Iść z nimi do przodu lub do tyłu. Nie ma to zresztą znaczenia, gdyż te szyny nie mają ani przodu, ani tyłu. Tutejsze szyny nie mają celu, ani początku. Nie ma od A do B! Nie ma! Dla Ślązaka to zawsze odkrycie. Szyny Lizbony nie prowadzą ani do kopalni ani do domu. Ani do A, ani do B. Nie można z nimi maszerować. Bo alfamskie szyny nie są do marszu. Raz – dwa, raz – dwa. One nie maszerują. One tańczą. W rytmie nieznanym nam. W ich własnym rytmie. Obok.

Więc idą nimi. Ôn z Ônom. Za ręce, jak zawsze.  Ona zawsze po jego prawej stronie. On zawsze po jej lewej. Jak idą, to on podaje jej zawsze swoją rękę prawą, ona mu lewą. Tak chodzą. Nigdy inaczej. Idą tymi szynami, śledzą ich ruch, ich taniec.

– Tramwaj – powiedziała.

– Tramwaj, już mówiłaś – powiedział.

Tramwaj  jak tramwaj. A jednak było w tym tramwaju coś zaskakującego, coś innego, coś dziwnego. Kolor, kształt, faktura. Nie. To chyba raczej ten dźwięk. Ostry i krótki dźwięczny zgrzyt. A potem jeszcze krótszy dzwonek. Nie, nie taki jak w kościele, raczej taki jak w szybie w kopalni. Tak, to ten sam, dokładnie ten sam dzwonek. Dzjing. Dzjung. Jakieś głosy ludzi, którzy są w środku. Większość siedzi, oczy skierowane do okien i za okna. Na miasto. Tramwaj ma numer 28. Nie znam. 19 jeździ ze Stroszka do Katowic. 4 nie jeździ z Gliwic do Zabrza. 28..?

– Ten tramwaj objeżdża całą Alfamę – Ona wie to, co jest ważne, to co praktyczne.

– Chodźmy.

Wsiadają. Ona w słomkowych kapeluszu, On w czapce z daszkiem.

Wagon jest żółty i stary. Bardzo żółty i bardzo stary. Ma ławki. One też są stare, chociaż już nie żółte. Drewniane. Nie mają koloru. Nad nimi wiszą uchwyty, takie jak hamulce bezpieczeństwa. On postanawia ich nie dotykać. Tak na wszelki wypadek, żeby nie uruchomić alarmu, nie opuścić zaworów, nie zatrzymać wagonu, nie spowodować jakiejś katastrofy. Podłoga – z takich samych drewnianych listewek jak ławki. Bez koloru.  Okna ogromne, Tak ogromne, że w zasadzie ich nie ma. Do tramwaju wnika ostre światło słońca. Wszystko w tym świetle jaśnieje, blaknie, blednie. Jak prześwietlone i wypłowiałe zdjęcie. Takie jest światło w tym tramwaju. Wagon numer 28. Ludzi niewiele. Kilka osób. Chyba tubylcy. Raczej starzy.

Dzjing. Dzjung. Zgrzyt. Zgrzut. Po szklanych szynach do przodu. Tramwaj nie rusza jednak. Stoi. Ani drgnie. To Alfama rusza. Płynie. Najpierw powoli. Potem coraz szybciej. Znów w tym rytmie nieznanym. Tańczy, czasem zgrzyta. Alfama ta sama, tylko w ruch wprawiona. Tramwajem skołowana.

Najpierw kołują domy, a w zasadzie budynki. W końcu nie wiadomo jakie jest ich przeznaczenie. Dom to dom. W domu się mieszka. W tych alfamskich domach kołujących nie wiadomo, czy ktoś mieszka. A więc budynki. Niektóre dziurawe. Inne zaplombowane. Jak zęby. Płyną i kołują w szeregach nierównych. W zasadzie – w nie-szeregach. Kołują kafelki na ścianach. Kafelki białe, niebieskie, kolorowe inne.  Niektóre kafelki jednak tempa tramwaju nie wytrzymują i odpadają, zostawiając kolejną dziurę w zębie. Nie, chyba nikt jej nie załata. Może to i lepiej.

Potem płyną ludzie. Są tu tacy. Gdyby nie tramwaj, na pewno staliby w miejscu. Zastygli jak muchy, w pianie, z której to miasto zrobiono. Ten tramwaj jednak rusza nimi. Jak marionetkami tańczącymi. Splątanymi ze szkłem szyn.

– Ludzie są różne – mówi On.

– Taaaa – uśmiecha się Ona i patrzy w jego oczy.

On kocha te oczy i ten uśmiech. Chyba uśmiech najbardziej. Wie o tym nie od dziś. Dziś odkrył to jednak na nowo. Po raz kolejny.

Ludzie tu jednak są bardziej różne niż bywają normalnie. Są w zasadzie nienormalnie różni. Ciemni. Jaśni. Pojaśnieni. Posiwiali (tych jest chyba najwięcej). Pociemniali. Zestarzali. Zniemłodzeni. Zlewają się z budynkami. Ludzko-kamienny melanż. Niektórzy ludzie też są dziurawi. Z okien tramwaju widać to wyraźniej. Chyba nikt ich nie załata. Może to i lepiej.

Za ludźmi płyną zwierzęta, gołębie, koty i mewy. Te ostatnie tańczą z workami śmieci, dziurawymi i ze śmieciami niezaworkowanymi. Dalej – jakieś wieże. Mury. Całe kościoły. Kamienne schody. Kamieniste place zawieszone gdzieś między dnem a szczytem. Między niebem a morzem. A na morzu, na końcu płynie wielki statek. Ogromny. Jak statek obcych na zbyt małej planetce.

– Wycieczkowiec – mówi On.

Odwracają wzrok.

I znowu płyną budynki, ludzie, dziury. Masa. Piana. Tramwaj cały czas stoi, to Alfama wokół niego płynie. Myślą to samo. Dziwne to miasto, w którym tramwaje stoją w miejscu, szyny są ze szkła, a miasto tańczy tańcem szyn. Kołuje. Ludzie tańczą. Budynki. Dziury.

– Wysiadamy? – proponuje On.

– M-hm – odpowiada Ona.

Wysiadają. I znowu miasto staje.

Tramwaj znowu odjeżdża.

Szyny jak zawsze, pod stopami.

Krzysztof Kafka, Ślązak, z wykształcenia architekt, z zawodu urbanista i nauczyciel akademicki. Od czasu studiów do dnia dzisiejszego związany z Wydziałem Architektury Politechniki Śląskiej w Gliwicach, najpierw jako student, później jako adiunkt. Jego pasją jest jego zawód. Zajmuje się urbanistyką i planowaniem przestrzennym. Zarówno od strony dydaktycznej i  naukowej jak i praktycznej. Członek wielu komisji urbanistyczno-architektonicznych przy burmistrzach i prezydentach śląskich i pozaśląskich miast. Aktywny w stowarzyszeniach oraz samorządach zawodowych urbanistów. Jego prace naukowe i wystąpienia publiczne na konferencjach są związane z problematyką kształtowania przestrzeni  miejskich. Jego drugą pasją są dobre książki, niekoniecznie fachowe. Lubi czytać i pisać, chociaż dotychczas pisał jedynie artykuły naukowe.

Prywatnie wdowiec, ojciec jednego syna.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza