Bon żur
Doktor Wichta Sandmann otwarła drzwi z takim rozmachem, jakby witała nie swojego znajomego, ale komisję degustacyjną Michelina.
— Panie profesorze, proszę szybko wejść, bo mi się żur za gibko łostudzi, a zimny żur żyniaty to już nie żur, ino nieporozumienie — oznajmiła tonem, który nie znosił sprzeciwu. – A następnym razem proszę przyjść punktualnie, bo dom to nie stołówka.
Profesor Ewald Mokrski-Strahl, człowiek poważny, z brodą tak uczoną, że sama mogłaby wykładać na uniwersytecie, wszedł pośpiesznie do środka i od razu zatrzymał się jak wryty.
— Pani doktor… ja muszę przyznać, że pani mieszkanie to jest… hybryda. — stwierdził patrząc na ultranowoczesne blaty oraz inne akcesoria kuchenne bliżej mu niewiadomego przeznaczenia – Tu wszystko jak w laboratorium a ten byfyj i stół jak z muzeum etnograficznego do dla przykucia wzroku?
— Kuchnia się zmienia wraz z czasami, więc proszę mi się nie wtykać – wasserbanki tu na pewno nie ma. Ale byfyj może tu stać bo ma swój urok – te wszystkie drzwiczki i szuflodki. A stół? Ten stół pamięto jeszcze moja oma, jak żur był kiszony w małym boncloku, a nie w tych współczesnych cudach — odparła Wichta, stawiając przed profesorem talerz pełen żuru żyniatego ze sztampfkartoflami.
Profesor usiadł, do jego nozdrzy zaczął dobiegać aromat unoszący się z dymiącego talerza.
— Pani doktor… Wichta… ja muszę pani powiedzieć, że jak na osobę tak kształconą, to pani żur uwarzony jest… no… zaskakująco dobrze. Jeszcze przed spróbowaniem zaryzykuje tezę: wybitnie.
Wichta spojrzała na niego z zauważalnym rozbawieniem w oczach.
— Panie profesorze, a co to ma znaczyć „jak na tak kształconą”? Myśli pan, że jak ktoś nie ukończył szkoły gastronomicznej, to omija kuchnię szerokim łukiem?
Mokrski-Strahl odparł nadspodziewanie szybko zdecydowanym głosem
— Nie, nie, broń Boże! Ja tylko… no… pani doktor, pani potrafi i bakterie opisać, i żur zakisić. To jest obecnie coraz rzadziej występujące połączenie kompetencji. UNESCO by to mogło wpisać na listę kobiecego niematerialnego dziedzictwa kulturowego naszego regionu.
Wichta uśmiechała się, mieszając łyżką w swoim talerzu, żeby zupa stygła
— UNESCO? — prychnęła Wichta. — UNESCO to by mogło wpisać pana , bo pan to już całkiem unikatowy okaz. Taki… nieżyniaty. Widzi pan, żur żyniaty to jest potrawa kompletna. On ma wszystko, co trzeba. Kartofle, wuszt, smak, charakter. To nie jest taki samotny, biedny żur, co mu czegoś brakuje.
Profesor, którego zamurowało, zareagował w końcu na słowa, użyte przez gospodynię
— Nieżyniaty? Samotny?
Jego asystentka, jeszcze pod językowym wpływem sympozjum w Opawie rzekła
— Ano. Bo żur nieżyniaty to taki… jakby pan profesor pozwolił… taki trochę jak pan.
Wichta spojrzała na niego z niewinną miną, która nikogo ją znającego nie mogła jednak zmylić – za wyjątkiem Ewalda.
— Jak był pan to uprzejmy sformułować pod moim adresem – kształcony, ale jednak… no… niekompletny.
Ewald zakrztusił się sztampfkartoflami.
— Pani doktor! Ja protestuję!
— Protestować to może pan sobie na konferencji. A teraz niech pan je żur. On panu ukaże, jak smakuje pełnia życia.
Profesor szuflowal łyżką z nieskrywanym apetytem
— Pani doktor… ja muszę przyznać, że chociaż jestem wychowany na żurze, to ten cechuje się specyficznie dobrym smakiem.
Na chwilę zapadła cisza — ta szczególna, w której człowiek nie milczy, bo nie ma nic do powiedzenia, tylko dlatego, że jedzenie przy stole w kuchni jest konwersacją dusz.
Wichta nie wytrzymała tak za długo i spojrzała na niego z takim politowaniem, jakie mają tylko kobiety, które od tygodnia czekają, aż mężczyzna zrozumie coś oczywistego
— I co, zjadliwe? A pan profesor dalej nieżyniaty. Może by tak…Wichta machnęła z rezygnacją ręką. — Ale nie będę się wtrącać. Ja tu ino gotuję.
— Pani doktor, ja nie wiem, czy to była sugestia kulinarna, czy życiowa?
— Panie profesorze, żur żyniaty sam mówi za siebie. A jak pan chce, to ja panu dam przepis. Na żur, oczywiście.
Profesor spojrzał na nią znad brzegu talerza, który właśnie wyjadł do ostatniej łyżki
— Pani doktor… ja się jeszcze zastanawiam, co pani właściwie chciała mi kulinarnie zakomunikować
— A to dobrze, panie profesorze, myślenie ma przyszłość. Bo żur żeniaty działa powoli, ale skutecznie, czy jak to tysz się określa abo ino godo – sicher
Wichta Sandmann oparła się wyzgernie o stół
— Ewald, ty wiesz, ale…. Na Górnym Śląsku żur to nie jest byle zupa, a co dopiero żyniaty. To jest danie jedzone w cieple domowego ogniska
Doktor Wichta Sandmann kontynuowała dalej, jak gdyby kuchnia zamieniła się na moment w salę wykładową
— Adolf Dygacz, wiysz, jeden z tych co zbiyrali górnośląskie pieśni i zwyki, zapisoł nawet taki kąsek, co go kajś zasłyszoł:
Musioł teraz żur spucować,
a na uobioud ślinki łykać,
tu szychty dopiero poła,
ciężko przetrwać do wieczora
Jednak już ten fajrant przyszoł
Każdy do domu uciekoł,
Zeflik sypie aż się iskrzy,
Bo uwijał się do miski.
Pani doktor przystąpiła następnie do prawdziwie feministycznej – a może na szczęście do kobiecej – wykładni wiersza.
— Widzi pan profesor? To nie jest poezja o zupie. To jest poezja o górnośląskim życiu. O tym, że żur był tym, co człowieka trzymało. Jak chłop szedł na grubę, to żur miał w brzuchu i myśl o misce w głowie. A jak wracał styrany, to wiedział, że w domu czeka na niego jego misska z żurym, który przysięgała mu warzyć przy ślubie.
Ewald spojrzał na nią wysoce badawczym wzrokiem, mogącym wskazywać na powolne, ale skutecznie działanie żyniatego żuru.
Wichta, czy ty jeszcze panujesz nad tymi wszystkimi miskami w twojej tradycjonalistyczno-progresywnej narracji?
Wichta żachnęła się
Widzę, że jednak powoli rozumiesz. Tak, Ewald, żona to dla Górnoślązaka jego misska per se, ale która również w misce potrafi wykreować zmysłowe cuda
Ewald wpatrzony w Wichtę przytaknął krótko
Co fakt, to fakt, trudno to nawet próbować interpretować inaczej
Wichta z kobiecym wdziękiem w oczach i głosie
A propos – jak ci smakował mój żur? Może już czas na deser?
dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.

