Z pamiętnika Kunegundy
Jo żech je Kunegunda. Stworzenie różowiutkie z rozumem, charakterem i godnością własną, co się niy sprzedo za łoszkrabiny abo nawet i za futer. Dzisiej żech się siedziała w chlewiku, jak Pan Bóg przykazoł: w słomie, w cieple, w spokoju.
A tu nagle — drzwi się otwiyrajom, światło wali do środka, a w progu stanął Egon z miną, z wtorej jo w momencie wszystko wyczytała.
— „Kuneś… jutro wielki dzień.”
Odezwoł się do mnie słodko jak Sinobrody. Jak żech to usłyszała, to o mało na moich czterech nogach nie zynkła. Bo jak Górnoślązok do wieprzka goda „wielki dzień”, to mo na myśli ino jedno rzecz.
Na drugi dzień od rana ruch był jak na odpuście. Sąsiedzi Egona przyszli z roztomajtymi dingsami z kuchni – niewtóre fest ostre – gorkami, miskami i humorem, co by szło nim cało chałpa zarazić.
Gerhard godoł bez ogródek:
— „Z Kunegundy bydom żymloki, że hej!Z cimtym. Palce lizać”
Marta też nie owijała rzeczy w bawełna:
— „Krupnioki z niej do się tyż zrobić jak za dawnych czasów, jak moja oma robiła.”
Alojz wykłodoł kawa na ława:
— „Lyberwuszt udo się prima sort. A preswuszt… to bydzie niebo w gymbie.”
Jo żech patrzała i myślała: Ludzie, dejcie się pokój. Jo tu się stoja, ledwo żywo, a wy już mnie widzicie na szpajsykarcie. Jeszcze mi ceny dopiszcie i promocjo na weekend.
Za chwila Egon przyprowadził takich dwóch, co żech ich nie znała. Łon z łoną. Tyn chop to wyglondoł na takigo co się lubiol pojeść, ta kobieta była szlank, ale może miała dobrego kokota.
Egon godoł do nich per profesor Ewald Mokrski-Strahl i doktor Wichta Sandmann, wtorzy ustawili się z boku, gotowi jak do obserwacji zaćmienia słońca. Słyszałach, jako Egon im zachwoloł, że to ostatnie świniobicie na Górnym Śląsku.
Profesor aż się oblizoł, ale udowoł, że to z emocji naukowych a i u Wichty — choć była bardziej powściągliwa, szło wyczuć w tym jej lekkim, niby przypadkowym uśmiechu, że i ona już czuła w ustach smak przerobionej Kunegundy.
Godali jeszcze tak przez chwila, następnie Egon pogłaskał mnie po łbie i westchnął:
— „Kuneś, trza to zrobić. W celach kulinarnych i naukowych”
—Że co proszę? – kwikło mi się
Profesor popatrzył na mnie z zachwytem:
— „Proszę spojrzeć, pani doktor. Zwierzę wykazuje podwyższoną czujność, nieufność wobec zgromadzonych, zachowania unikowe oraz wyraźną świadomość sytuacyjną w połączeniu z potencjałem decyzyjnym”.
Doktor Sandmann dopowiedziała po kontakcie wzrokowym ze mną:
— „Zauważam w spojrzeniu obiektu badań element nieufności a nawet uzasadnionej podejrzliwości, być może wynikający z percepcji faktu, że jego rola w wydarzeniu jest subiektywnie niekorzystna.”
Jo żech się pomyślała:„Jak mi jeszcze roz wtoś powie ‘obiekt badań’, to pobodza go moim różowym ryjkiem.”
Egon podniósł rękę, żeby zacząć rytuał, wtory jo już tu na placu pora razy widziała.
I wtedy żech zrobiła to, co każdo świnia z rozumem by zrobiła. Wyleciała żech z chlewika, minęła ludzi z ich marzeniami o wyrobach ze świniobicia i naukowych wynikach i citała żech przez plac, łogrodek i paplyta.
Gerhard ryczoł:
— „Chytejcie jom!”
Alojz darł się :
— „Z lewej, z lewej!”
Profesor podekscytowany:
— „To akt emancypacji gatunkowej!”
Pani doktor sucho i rzeczowo:
— „To klasyczna reakcja obronna wobec presji środowiskowej!”
A jo? Jo żech przebierała nogami jak król do miejsca do wtorego nawet on chodzi piechty. Ale jo nie tam leciała, ino do nieczynnej gruby, co niedaleko stoła jako pomnik czasów prawie już minionych.
Wlazła żech do środka, zjechała szolą na 600. Ciemno, ciepło, i spokojnie, wypisz wymaluj jak w moim chlewiku ino placu więcej i żodyn mi nad głową nie goda, żech jest rajfno do masorza. Idealne miejsce dla świni, co chce mieć w życiu święty spokój.
Z daleka, znad szybu, dobiegały mnie glosy:
Egon stropiony:
— „Bez Kunegundy niy zrobimy świniobicio.”
Marta z żalem w głosie:
— „Krupniok bez świni? To jak wesele bez młodych.”
Alojz z pretensją:
— „Lyberwuszt bez wątroby? To już niy lyberwuszt, ino szmarowidło.”
Profesor konkludował:
— „To fascynujące i nadaje całemu wydarzeniu wymiar symboliczny: zwierzę wraca do przestrzeni industrialnej, z której wywodzi się tożsamość regionu.”
Doktor Sandmann tym razem wtrąciła kulinarnie – rzeczowo:
„Całkiem składnie ujęte Ewald, ale skąd żymloki dla twojego całkiem pokaźnego kałduna? — Być może konieczne jest rozważenie substytutu.”
Zapadła cisza wypełniona konsternacją.
Egon pierwszy doszedł do siebie:
— „Erzac Kunegundy?Jo jom żech prawie rok chowoł”
Wichta zakasłała, jakby to słowo miało jej stanąć w gardle, po czym — zachowując pełną powagę badaczki, choć w jej oczach mignęło coś między rezygnacją a cichym protestem — wykrztusiła z siebie:
— „Tofu.”
Ludzie na wierchu zamarli. Powiem wom, że jo tysz. Prawie bych z tyj szachty nazod wylazła i poświęciła się na ołtarzu normalnego świniobicio, bo to, co tej kobiecie przyszło do głowy urągało mojej wyżej wzmiankowanej godności własnej.
Alojz machnął ręką:
— „Tofu? Na Górnym Śląsku Śląsku? Pani doktor, dej pani pokój.”
Marta sztuchnyła go łokciem:
— „Siedź cicho bamoncie! Tofu to może i je dobre… ale nie przy świnobiciu.”
Gerhard pokręcił ino głową z ciężkim zawodem w oczach:
— „Tofu byłoby profanacją tradycji.”
Uśmiechnięty profesor skomentował w kierunku Wichty:
— „Opór społeczny wobec alternatyw roślinnych jest znaczący. Substytuty roślinne napotykają na barierę kulturową o charakterze fundamentalnym.”
Doktor Sandmann dopisała w swoich notatkach dwa zdania, w których pobrzmiewała skrywana nostalgia za dawnym świniobiciem, a jednocześnie cicha determinacja badaczki, która w tofu przeczuwa rozwiązanie:
„Wprowadzenie tofu na tym odcinku wymagałoby wieloletniej pracy edukacyjnej i socjotechnicznej. Jak znam Ewalda, to też nie obyłoby się to bez dużej dozy perswazji, niekiedy wykazuje on cechy skrzyżowania osła z mułem.”
Towarzystwo na wierchu musiało się obejść smakiem, to i gibko się rozeszło, każdy z miną, jakby mu ktoś powiedział, że od jutra na obiad będą jeść ino majonezowy szałot. No trudno, niech się zaczną przystosowywać do czasów postświniobiciowych.
Jo się zaczyła mościć wygodnie na dole, a tu naroz ze spągu wylazł mi jakiś stwór. Kapła żech się, że to Skarbnik. Ale taki jakiś chuderlawy był.
— „Niebiosa mi cię zsyłają” odezwoł się do mnie galanteryjnie. Od Egona żech nigdy czegoś takigo nie słyszała.
— Nie niebiosa, ino szolą żech tu zjechała, na wandrze żech jest. Powiedz mi ino, jest tu coś do jedzynio, bo coś licho wyglondosz?” zaindagowałam go bezpośrednio.
„Jak by ci to wyeklerować” – powiedział Skarbnik – „Kiedyś bergmany co tu robiły, to zawsze mi tam coś do jedzenio zostawiały. Ale to się skończyło. Jak się tak przypomna, jakie wyroby mi ze świniobicio przynosili…”
Jaby nie było tak cima, to by było widać jak żech zbladła. Tosz jo trefiła z dyszczu pod rynna, ale zamiast panikować, użyłam mojego łba, co go nie nosza od parady. Skarbnik stał przede mną, chudy jak ostatni żymlok na stole, ale gały mu się świeciły, jakby już widział mnie w formie krupnioka.
No to żech pomyślała: Nie ma takiej sytuacji, z której świnia z głową na karku nie wyjdzie cało.
— „Skarbniku, a ty wiesz, że ta kopalnia… to się nadaje na zabytek?” — rzuciłach niby od niechcenia, jakbych komentowała pogodę.
Aż zamurowało tego pierona łognistego.
— „Zabytek?” — powtórzył, jakby mu ktoś powiedział, że za chwila zaczną tu fedrować łod nowa.
— „A jakże. Ludzie kochają takie starocie. Jak im się powie, że tu duchy chodzą, że Skarbnik żyje, że świnia Kunegunda zeszła pod ziemię… to oni tu będą walić drzwiami i oknami. I wiesz, co ludzie robią, jak zwiedzają? Jedzą. Cały czas jedzą. A jak jedzą, to zawsze im coś z brody kapnie.”
Skarbnik przełknął ślinę tak głośno, że echo trzy razy powtórzyło jedzą, konsumują, wcinają.
— „I… i to by znaczyło, że… że bym miał… regularne dostawy?” — spytoł, jakby bał się, że to sen.
— „A jakże. I to nie byle jakie. Ludzie teraz znają takie frykasy, że nawet krupniok by się zarumienił bez smażenio. A jo? Jo bym się tu żyła spokojnie, bez gonitwy, bez Egona, bez masorzy. Ty byś miał ludzi, ludzie by mieli atrakcję, a przewodnicy… przewodnicy by opowiadali o nowej atrakcji: śwince Kunegundzie, co zaprzyjaźniła się ze Skarbnikiem.”
Skarbnik aż się wyprostowoł, jakby nowy duch wstąpił w tego…no ja pra, ducha.
— „Kunegunda… jo ci powiem…ty mosz łeb.”
No i tak poszło. Udałach się powierzchnię, pobiegła do doktor Sandmann, ta załatwiła papiery, papiery załatwiły komisję, komisja załatwiła status zabytku, a status zabytku załatwił… turystów.
Dziś gruba żyje jak nigdy. Przewodnicy opowiadają:
— „A tu, proszę państwa, mieszko Skarbnik. A czasem, jak macie szczęście, to zobaczycie Kunegundę, świnkę‑legendę, co uratowała kopalnię przed zapomnieniem.”
Zwiedzający przychodzą z kanapkami, maszkytami, kołoczkami, a czasem nawet z całymi koszami piknikowymi, bo „dzieci się głodne robią”.
A Kunegunda i Skarbnik? Siedzą sobie w bocznej sztolni, jedzą, plotkują i żyją jak kreple w maśle.
Skarbnik czasem ino wzdycha:
— „Kunegunda, jakby mi ktoś powiedział, że świnia mnie uratuje, to bych go wyśmiał – słyszołech ino o gęsiach kapitolińskich”
A Kunegunda na to: „Bo ty boroku nie znosz tego powiedzenia: Schwein gehabt.”
dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.
Grafika: AI

