ÔpinijePolecane

Twardy reset Rady Języka Śląskiego

Radość

Gdy zakładaliśmy Radę Języka Śląskiego, nie posiadałem się z radości. Oto wreszcie na jednej platformie udało się zebrać grupę naukowców i praktyków pisania po śląsku, żeby wspólnie dalej naprzód pociągnęli kodyfikację języka i żeby taka proponowana norma miała umocowanie dzięki stojącej za nią grupie naukowej.

Jeszcze szczęśliwszy stałem się, gdy członkowie, w dużej części znakomici naukowcy z budzącymi niemały respekt osiągnięciami i tytułami naukowymi, zdecydowali się zaufać mi i wybrać mnie na pierwszego w historii przewodniczącego tej nowej organizacji. Moja radość trwała jednak krótko, ponieważ mój jedyny kontrkandydat natychmiast po wyborze zabrał głos. Nie pogratulował mi zwycięstwa, lecz stwierdził, że nie ma szacunku do mnie i mojej twórczości, a jedynie do Mirosława Syniawy, „ponieważ Mirosław Syniawa nie używa translatora w swoich przekładach”.

Zawód

Wydarzyło się to dwa dni przed Bożym Narodzeniem. Prawie wszyscy członkowie Rady należeli do grupy roboczej w jednym z komunikatorów. W mojej obronie stanął tam Szczepan Twardoch, nazywając takie zachowanie haniebnym. Dołączyła się prof. Jolanta Tambor, prosząc o zaprzestanie rzucania oskarżeń, a prof. Zbigniew Kadłubek napisał, że praca w tym gronie to nie igry scholastyczne. Mimo tego mój adwersarz nie ustępował, więc po kilku kolejnych wiadomościach autorytarnie wyrzuciłem go z grupy, mając na uwadze to, że reszta członków wolałaby przed Świętami mieć głowy wolne od utarczek, a powtarzające się nieprzyjemnie powiadomienia nie pozwoliłyby im na to. Po drodze Stanisław Neblik dorzucił, że „skoro profesor tak mówi, to trzeba to sprawdzić”.

Przez Święta zastanawiałem się, co będzie dalej i co zrobić. Nietrudno się domyślić, że nie były one najprzyjemniejsze. 29 grudnia pod adresy mailowe wszystkich członków przyszedł ośmiostronicowy list, który mój adwersarz napisał, ponieważ „[n]aukowa rzetelność i szacunek do Członków Rady [nakazały mu] przedstawić przesłanki, które pozwoliły [mu] wygłosić taką opinię”. Za pomocą m.in. analizy jednego akapitu śląskiej wersji „Kajś” próbował udowodnić, że jest to tłumaczenie niepełnowartościowe, ponieważ szyk zdań jest prawie identyczny i podmienione są tylko słowa, przez co uważa, że oryginalny tekst książki był przetłumaczony translatorem i obrobiony do ostatecznej wersji.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Fragment listu.

Zaznaczył, też że swoje tezy formułuje z pełną naukową odpowiedzialnością, oraz że jako nauczyciel akademicki odrzuciłby moje tłumaczenia z oceną niedostateczną i prawdopodobnie zgłosiłby do dziekana podejrzenie złamania przez studenta Kodeksu Etyki Studenta jego uniwersytetu. Na koniec nazwał moje przekłady pogardliwie „wytworami translatorskimi” i stwierdził, że moja twórczość jest „na wyrost nazywana dorobkiem literackim”.

Tu już reakcji ze strony członków nie było. Czworgu naukowców wysłałem uźródłowiony komentarz do zarzutów i wszyscy odpisali prywatnie ze wsparciem. Nie chciałem wysyłać go do wszystkich członków, żeby w istniejącym od półtora tygodnia ciele nie było awantury, bo liczyło się dobro sprawy. Gdy kontaktowałem się z działaczami, dowiadywałem się, że „wszędzie tak jest”.

Psychoza

Kolejne tygodnie upływały w napięciu i na dalszym drenażu mojego zdrowia psychicznego. Każda moja próba kontaktu z członkami na forum Rady skutkowała opryskliwymi odpowiedziami od mojego adwersarza wysyłanymi pod adresy wszystkich w Radzie oraz kilku osób na zewnątrz. Znalazłem się w pułapce. Z jednej strony jego oskarżenia miało uwiarygadniać to, że „profesor tak mówi”, a z drugiej nie mogłem w żaden sposób się do nich ustosunkować, bo „dobro sprawy”. Czułem się coraz bardziej wyizolowany, zastraszony i bezsilny. Nie mogłem zrozumieć, że te wszystkie osoby patrzą na to, jak ktoś mnie tygodniami nęka, i nijak nie reagują. Zaczynałem popadać w paranoję: „Może oni po prostu wszyscy tak myślą?”.

Moje psychiczne wycieńczenie znajdowało ujście gdzie indziej. O ile zdarza mi się ostrzej wypowiedzieć, to w tamtym okresie szczególnie nieodpowiedzialnie zachowałem się wobec kilku osób. W niewybredny sposób skomentowałem na przykład język jednego ze śląskich aktywistów. Można go oczywiście interpretować różnie, ale nie powinienem był negatywnie się o nim wypowiadać, będąc przewodniczącym Rady Języka Śląskiego.

Aktywista ten pod koniec lutego napisał list do członków Rady, w którym znalazło się odniesienie do translatora i sugestia, że zapewne przedkładam go nad praktyczną znajomość języka. Uznałem, że nie mogę już dłużej milczeć i swój komentarz do profesorskich zarzutów wysłałem do wszystkich. Po zaledwie 45 minutach nieposiadająca żadnych kompetencji w języku śląskim młoda doktor odpowiedziała do wszystkich w tonie nadętej egzaminatorki, że zarzuty się powtarzają, choć nie ma twardych dowodów, i „należałoby się w odpowiednim czasie nad tym pochylić”. Innej odpowiedzi nie dostałem. Wspierało mnie wtedy prywatnie dwoje naukowców, ale w kręgu całego gremium sprawa nadal była nierozwiązana.

Zaszczucie

W tamtym czasie już nie miałem woli do jakichkolwiek inicjatyw w Radzie i najchętniej dałbym sobie w ogóle wtedy z nią spokój, gdyby nie „dobro sprawy”. Działania Rady zostały w praktyce uśpione. Ja nie chciałem się angażować w coś, co przynosiło mi wyłącznie psychiczny stres, a żadnej satysfakcji. Reszta już dawno była pogrążona w apatii.

Wkrótce dowiedziałem się, że na zewnątrz panuje przekonanie, że brak działań Rady jest moją winą. Okazało się, że moja reputacja jest niszczona już na każdym froncie.

Gdy pod koniec maja czekaliśmy na decyzję Andrzeja Dudy w sprawie podpisania przyznania językowi śląskiemu statusu języka regionalnego, mój adwersarz przysłał kolejny, sześciostronowy list do Rady. Atakował w nim mnie oraz dwie osoby, które uznał za członków mojej kliki. Opłacaną z mojej własnej kieszeni i stworzoną osobiście przeze mnie stronę internetową Rady nazwał prywatną inicjatywą, a o wspomnianym wyżej nieodpowiedzialnym komentarzu napisał: „osobą wyśmiewaną jest doktorant jednego z najbardziej renomowanych uniwersytetów w Europie […]. Osobą wykpiwającą zaś Grzegorz Kulik, ubiegłoroczny licencjat na Uniwersytecie Śląskim. Warto podkreślić, że prawo do wyśmiewania czyjegoś języka uzurpuje sobie ktoś, kto nie tylko nie jest naukowcem, ale nawet jakimś szczególnym stylistą językowym. O jakości tłumaczeń literackich i ich zbieżności z tłumaczeniami automatycznymi, generowanymi przez Translatōr, pisałem już we wcześniejszym liście skierowanym do Szanownych Członków Rady, toteż nie będę więcej do kwaziliterackiej działalności przewodniczącego RJŚ wracał”. Posługując się też nagłówkiem relacji z wywiadu, którego udzieliłem Radiu Piekary („Godka powinna czekać jeszcze 10 lat na status języka regionalnego”), dodał insynuację, że jestem sabotażystą dążeń do emancypacji języka śląskiego. Następnego dnia młoda doktor napisała do wszystkich, że mój prześladowca „poruszył istotne kwestie, które wpływają na wizerunek Rady”.

Zmusiłem część członków do spotkania i powiedziałem, że tę sprawę trzeba wreszcie rozwiązać. Podjęta decyzja była chyba najbardziej surrealistyczna ze wszystkiego, co się wydarzyło do tej pory. Oto ja, ofiara, miałem napisać do prześladowcy apel, w którym „my apelujemy”, i samotnie się podpisać. Wielkie nazwiska, które dopiero co się ochoczo podpisywały pod listem otwartym do prezydenta, nie miały odwagi przeciwstawić się jednemu człowiekowi w zamkniętej grupie. Jedynym efektem apelu była oczywiście buńczuczna i opryskliwa odpowiedź ze strony prześladowcy i kuriozalny mail do mnie od jednego z członków, twierdzącego że „mój konflikt” z tamtym osobnikiem „załatwi Radę”.

Półtora miesiąca później mieliśmy zebranie plenarne, na którym był Zbigniew Kadłubek, nieuczestniczący w spotkaniu, na którym podjęta została decyzja o apelu. Skierował on kilka ostrych słów w stronę mojego prześladowcy. To wystarczyło, żeby kwadrans później ten zrezygnował z członkostwa.

Zbigniewowi Kadłubkowi będę do końca życia wdzięczny za to, co wtedy dla mnie zrobił. Był on jedyną osobą, która wykazała cywilną odwagę i umiejętność twardego wstawienia się za słabszym. Gdyby nie on, nie wiem, czy dziś pisałbym te słowa. To w tamtym okresie stojąc pod prysznicem złapałem się na myślach, jak to zrobić, żeby było po mnie jak najmniej sprzątania.

Dalsze męki

Mimo rozwiązania tej sprawy koszmarna atmosfera wokół Rady pozostała. Chcąc w jakikolwiek sposób ją uzdrowić, zapytałem dwóch śląskich aktywistów, o których wiem, że nie boją się roboty i wykonują ją dobrze, czy chcieliby wejść do grona członków. Obaj odmówili, powołując się na wizerunek tego ciała. Później nie byłem już w stanie wykrzesać z siebie jakiejkolwiek inicjatywy stricte pod egidą Rady. Pod koniec listopada bieżącego roku, gdy zakończyła się moja kadencja, zrezygnowałem z członkostwa.

Czy czytelnik wyobraża sobie, żeby w jego firmie, zakładzie czy instytucji uporczywie wysyłane otwarcie do wszystkich pracowników były oskarżenia niszczące reputację jednego z nich, insynuujące mu działanie na szkodę firmy i oszustwo, a okraszone były odzierającymi z godności elitystycznymi komentarzami typu „zeszłoroczny licencjat niebędący nawet naukowcem”? Jak długo utrzymałby się na stanowisku profesor, menedżer, dyrektor albo kierownik, zachowujący się tak wobec kogoś, kto jest niżej w hierarchii? Ktoś może zapytać, dlaczego niżej w hierarchii, skoro byłem przewodniczącym. Przewodniczący w takim ciele tak naprawdę nie ma żadnej władzy, a jedynie dodatkowe obowiązki i odpowiedzialność. Stanisław Neblik powołał się na stanowisko profesorskie prześladowcy, a ten na moje — niższe od jego — wykształcenie. Hierarchia między nami była jasna. Swoje dokładała, świadomie czy nie, druga osoba również stojąca wyżej.

Etyka pracownika naukowego

Jeżeli czytelnik pojawienie się takiej sytuacji u siebie w pracy uznałby za niedopuszczalne, to może nazwijmy rzecz po imieniu: w Radzie Języka Śląskiego dział się mobbing. Mój prześladowca w swoich szykanach powoływał się na kodeks etyki studenta jego uczelni. A co mówi kodeks etyki pracownika naukowego?

§ 2.
Podstawowe wartości i zasady pracy naukowej:
[…]
2) uczciwość w prowadzeniu badań, krytycyzm wobec uzyskanych wyników, skrupulatność, dbałość o szczegóły i staranność w przedstawianiu wyników badań;
[…]
10) niewykorzystywanie swojego naukowego autorytetu w wypowiedziach na tematy spoza obszaru własnych kompetencji naukowych;
[…]
12) troska o przyszłe pokolenia naukowców przejawiająca się w poszanowaniu i uczciwym traktowaniu współpracowników, otwartości wobec osób ubiegających się o awans naukowy, merytorycznej pomocy w reprezentowanej przez siebie dyscyplinie oraz w zaznajamianiu ich z obowiązującymi zasadami i wartościami etyki badań naukowych i rzetelności w nauce;
13) niewykorzystywanie – przez m.in. mobbing, dyskryminację, molestowanie seksualne – swojego stanowiska, pełnionej funkcji lub innych relacji hierarchicznych do osiągania nienależnych korzyści osobistych czy zawodowych.

Mój prześladowca wprost napisał, że swoje tezy formułuje z pełną naukową odpowiedzialnością, po czym zestawił ze sobą jeden akapit tłumaczenia z jednego języka na drugi, przecież bardzo podobny, i insynuował mi oszustwo. Przemilczał moje przekłady z innych języków, ponieważ ich struktura jest zupełnie inna, więc tu już się nie dało stworzyć narracji o podobieństwie. Gdzie zatem była uczciwość w prowadzeniu badań? Gdzie była dbałość o szczegóły?

Jestem informatykiem-amatorem, który od 35 lat rzadko się odrywa od komputera. Uważam, że wciągnięcie języka śląskiego za uszy w sferę cyfrową jest konieczne, żeby nie dopuścić do jego cyfrowej śmierci. Od sześciu lat kształcę się w kierunku tego, żeby język śląski zyskał należne miejsce w tej dziedzinie i rzeczywiście wtedy byłem zeszłorocznym licencjatem. Dziś jednak jestem doktorantem NASK i Polskiej Akademii Nauk, a tytuł mojego planowanego doktoratu to w wolnym tłumaczeniu z angielskiego: „Niskozasobowa adaptacja modeli językowych dla polskich języków regionalnych: Studium przypadku na języku śląskim”. Gdzie wtedy była troska o przyszłe pokolenia naukowców przejawiająca się w poszanowaniu i uczciwym traktowaniu współpracowników i otwartości wobec osób ubiegających się o awans naukowy?

Tutaj doszedłem do miejsca, gdzie wydarzenia sprzed półtora roku łączą się z teraźniejszością. Otóż gdy opublikowałem niedawno aktualizację swojego maszynowego tłumacza polsko-śląskiego, mój prześladowca zaczął w mediach zwykłych, społecznościowych i wszędzie, gdzie mógł, krytykować jakość maszynowego przekładu proponowanego przez moje narzędzie. Przy tym twierdzi, że jest profesorem uniwersytetu, a ja nie jestem językoznawcą, więc translator jest bezwartościowy. Rzecz w tym, że takich narzędzi nie tworzą językoznawcy, lecz programiści. Gdzie tu więc niewykorzystywanie swojego naukowego autorytetu w wypowiedziach na tematy spoza obszaru własnych kompetencji naukowych?

Niszczenie darmowej pracy

Gdy mój prześladowca zaczął się czepiać nowej wersji translatora, uznałem, że nie mogę tak dłużej funkcjonować. Translator to oprogramowanie otwarte, tworzone i udostępniane za darmo. Każda osoba ze świata programistów lub mająca choć mgliste pojęcie o zasadach w nim panujących wie, że ostatnią rzeczą, którą można robić wobec ludzi poświęcających swój czas dla społeczności, jest krytykanctwo. Krytykanctwo prowadzi do szybkiego wypalenia autora i projekt zostaje porzucony.

Krytykanctwo translatora, deprecjonowanie autora, powoływanie się na stanowisko i lajkowanie internetowej agresji.

Napisałem odpowiedź na krytykę na portalu Ślązag. Gdy Ruch Autonomii Śląska opublikował ją na swoim fanpejdżu, znany nam już Stanisław Neblik zamieścił w komentarzu krytykę translatora z przykładami, które pokazywały, że nijak nie interesowała go argumentacja zawarta w moim artykule, bo w przeciwnym wypadku by tych przykładów nie podawał. Wkrótce dodał też, że „[umieścił] przykłady z translatora w internecie, żeby pokazać, że nie jest to jeszcze takie idealne narzędzie, jak to jest przedstawiane”, zupełnie ignorując fakt, że na samej stronie translatora, nad polem do wpisywania, jest umieszczona klauzula „Przekłady ôd translatora niy sōm perfekt”.

Nawet w wypowiedzi o reklamie po śląsku na ścianie w Katowicach trzeba nie dość że skrytykować translator i Kulika, to jeszcze sfingować błędy. Translator nigdy nie tłumaczył „podpisz się” na „szrajbnij siã” i można to zweryfikować w tym pliku sprzed siedmiu lat na Githubie.

Postanowiłem pójść na konfrontację. Jeżeli dwa lata milczenia nic nie zmieniły i jeżeli nic nie dało wyczerpujące według mnie wyjaśnienie problematyki tworzenia narzędzi tego typu, to co jeszcze mi zostało poza pójściem do sądu z oskarżeniem o mobbing, nękanie i zniesławienie? Jedyny raz, kiedy mój prześladowca się wycofał, nastąpił wtedy, gdy ktoś wprost powiedział mu, że przekracza granice.

Wcale mnie zresztą nie dziwi, że cofa się właśnie w takich momentach. To człowiek, który potrafi innych ludzi nękać przez internet latami, ale gdy znajduje się ze swoimi ofiarami w jednym pomieszczeniu, jego wzrok jest wbity w ziemię.

Założyłem konto na Facebooku, żeby nawiązać bezpośrednią interakcję ze swoim prześladowcą, który w międzyczasie włączył się do komentarzy Neblika. Napisałem, że oto jestem i skoro od dwóch lat ma tyle do powiedzenia na mój temat, to porozmawiajmy. Obaj stwierdzili, że ze mną rozmawiać nie będą, ale — przekonani, że prowadzą jakąś wyrafinowaną grę psychologiczną — buńczucznie oświadczyli, że jeśli chcę, to mogę wywlec wszystko na zewnątrz. I oto jesteśmy w tym miejscu.

Twardy reset

Warto może byłoby zadać następujące pytanie: Jak to jest możliwe, że po dwóch latach ten człowiek mnie nadal nęka? Czy dwuletnia obsesja spowodowana przegraną w wyborach na przewodniczącego nieposiadającej jeszcze żadnego prestiżu organizacji zajmującej się — bądźmy szczerzy — w skali świata nic nieznaczącym językiem, jest przejawem normalnego zachowania?

Jeżeli od działaczy słyszałem, że „wszędzie tak jest”, to może należałoby się zastanowić, czy ruch śląski nie ma problemu z mobbingiem? Najmłodsi śląscy aktywiści są w okolicach trzydziestki i jest ich jak na lekarstwo. Jeżeli „wszędzie tak jest”, to może niekoniecznie to jest efekt tego, że młodych nie ciągnie do śląskości? Może wina leży po stronie normalizowanej codziennej agresji? Jeżeli w ciele w założeniu profesjonalnym i naukowym przez ponad pół roku mogą się dziać takie rzeczy, to co się dzieje w organizacjach nastawionych na politykę?

Warsztat dziennikarski autora tego paszkwila był wynoszony pod niebiosa, gdy ten zmarł pół roku później.

Nie jest przecież jakąś rzadkością, gdy zwyczajni pisarze, tłumacze, czy ludzie kultury ogólnie próbujący coś robić na polu niepolitycznym, są traktowani przez śląskich polityków i ich akolitów jak śmiertelni polityczni wrogowie. Bryluje w tym szczególnie jeden osobnik, który od lat jest przyklejony to do jednego, to do innego lewicowego parlamentarzysty.

Pracownik parlamentarzysty, gdy zwrócono mu uwagę. Wkrótce po paszkwilu w gazecie miesiącami z grupką kolegów szydził z mojej pracy jednocześnie się z jej pomocą promując.

Myślę, że śląskie środowisko potrzebuje twardego resetu. Potrzebne jest sprofesjonalizowanie zachowań, ponieważ nigdzie nie zajdziemy, jeżeli będzie przyzwolenie na dręczenie.

Efektem małości jednego człowieka jest zduszenie już na dwa lata inicjatywy, która miała nam przynieść nowe perspektywy w pracy nad językiem śląskim. Czy drugim ma być doprowadzenie do wypalenia się osoby, która od lat za darmo lub co łaska ciągnie język śląski w cyfrowy świat? Niech sobie czytelnik zada pytanie, ile jest osób, które mogłyby po mnie przejąć inicjatywę w tym zakresie.

Co po Radzie

Twardego resetu potrzebuje też Rada Języka Śląskiego, jednak odbędzie się on beze mnie. Nie jestem w stanie funkcjonować w grupie, która potrafiła ponad pół roku patrzeć bezczynnie, jak ktoś się nade mną znęcał.

Do dziś tak naprawdę nie doszedłem do siebie po męczarni pierwszej połowy 2024 roku. Moje ciało jest w stanie chronicznego napięcia, wściekam się z byle powodu, zraziłem do siebie kilka wartościowych osób, śpię na prochach, od prawie trzech lat nie opublikowałem żadnej nowej dużej książki.

Wszystkie opisane zachowania są dokładnie udokumentowane. Nie zdecydowałem się jeszcze, czy wziąć swoją sprawę do sądu. Proponuję środowisku śląskiemu umowę. Męczę się od dwóch lat dla „sprawy”. Niech teraz „sprawa” da coś od siebie i się oczyści.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Grzegorz Kulik

Tumacz, publicysta, popularyzatōr ślōnskij mŏwy. Autōr Korpusu Ślōnskij Mŏwy, ślōnskich przekładōw „A Christmas Carol” Charlesa Dickensa, „Dracha” Szczepana Twardocha, „Le Petit Prince” Antoine de Saint-Exupéry'ego i „Winnie-the-Pooh” A. A. Milne, jak tyż ger kōmputrowych Euro Truck Simulator i American Truck Simulator. Laureat Gōrnoślōnskigo Tacyta za rok 2018.

3 thoughts on “Twardy reset Rady Języka Śląskiego

Ôstŏw ôdpowiydź