Śląska różnorodność – bogactwo kłopotów czy kłopot bogactwa

Pojawił się niedawno na Wachtyrzu artykuł Pana Kamila Czaińskiego, gdzie autor, zainspirowany pewną śląsko-śląską granicą, w ciekawy sposób przedstawił różne aspekty śląskiej różnorodności. Jak mi się wydaje, ostateczna konkluzja była jednak taka, iż wszystkie „wewnątrzśląskie” granice – te istniejące fizycznie i te, tkwiące w naszej świadomości – mogą być również kluczem do zrozumienia samej istoty śląskości. Zgadzając się generalnie z „przedmówcą”, chciałbym dorzucić w tym temacie garść własnych przemyśleń. 

A jednak jesteśmy…

Oczywiście, całe wieki zawiłości etnicznych, politycznych i społecznych, a przede wszystkim nie posiadanie nigdy w pełni wykształconej państwowości, sprawiło, że trudno dziś zdefiniować w prosty sposób, czym jest śląskość i kim jest Ślązak. Często narzekamy też, że jako Ślązacy jesteśmy nijacy, że nie potrafimy określić i bronić swej śląskości. Jest to po części prawda, ale tym razem chciałbym spojrzeć nieco inaczej – może bardziej optymistycznie – na wszystkie te zjawiska.

Na pewno potrzebna jest praca u podstaw, bo przeciętny Ślązak w kwestiach swej śląskości bywa raczej zdezorientowany, aniżeli zorientowany. Jednak z drugiej strony… czy nie jest „cudem nad Wisłą i Odrą” to, że pomimo tylu dziejowych zakrętów; pomimo presji zewnętrznej; pomimo obwiązujących na Śląsku różnych flag, języków, hymnów narodowych i granic, które w większości nie były i nie są śląskimi granicami – Ślązacy mimo wszystko wciąż jeszcze mają pomysł na autoidentyfikację.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Przecież nie mieliśmy nigdy i nie mamy własnych szkół, w których uczono by śląskiego języka oraz śląskiej historii… Przecież przez stulecia jedynymi bastionami śląskości – i to w wersji nie do końca uświadomionej – były domy rodzinne. To właśnie ci, w dużej mierze prości ludzie, w swym dążeniu do samookreślenia kierowali się przede wszystkim intuicją, albo w wersji bardziej patetycznej – językiem serca.

No właśnie, czy nie jest tak, że różnej maści mąciciele, którzy wciąż mieszają chochlą  propagandy w naszym śląskim bōncloku, w pewnym sensie osiągnęli swoje cele? Chodzi mi o to, że nawet jeśli nie potrafili nas do końca poróżnić i wmówić wszystkim z nas, że jesteśmy tylko innymi wariantami Niemców, Polaków, Czechów czy Morawian, to przynajmniej udało im się w nas zasiać ziarno niepewności…

Owa niepewność objawia się tym, iż sami zaczynamy się czasem zastanawiać, czy aby rzeczywiście jesteśmy na tyle spójni, by pretendować do miana narodu. Czy nasza mowa jest na tyle jednolita, by mogła się stać zestandaryzowanym językiem wszystkich Ślązaków… Czy nasza historia jest na tyle „nasza”, by w ogóle można było mówić o historii Śląska i Ślązaków, a nie jedynie o historii wielu tak zwanych „małych ojczyzn”.

Oczywiście to dobrze, że zadajemy sobie te wszystkie pytania, ale spróbujmy na chwilę odłożyć na półkę „szkiełko mędrca” i zapatrzmy się w tę prostą śląskość naszych starek i starzikōw… I nie chodzi o porzucenie merytorycznej dysputy nad istotą śląskości, na rzecz ckliwego bajdurzenia o tym jak to piyknie boło piyrwyj, ale raczej o to byśmy się zastanowili, czy nie jest czasem tak, że śląska tożsamość ma się znacznie lepiej, niż chcą nam wmówić ci, którzy pragną, aby jej nie było.

Nie kombinujmy, ale odkrywajmy

No właśnie… tyle stuleci kompletnej rozpierduchy, etnicznego chaosu, braku struktur państwowych, braku własnego szkolnictwa. A potem jeszcze kulturkampf, polski i czeski nacjonalizm międzywojnia, niemiecki nazizm, polska i czeska komuna… I po tym wszystkim, ludzie, liczeni w setki tysięcy i żyjących w jakże różnych stanach śląskiej świadomości, a nawet w innych państwach – stwierdzają oficjalnie na piśmie, że są Ślązakami i mówią w języku śląskim… Czy nie jest to najlepszy dowód na to, że świadomość etniczna to coś znacznie więcej niż wspólne granice, flagi, hymny i cały ten państwowy patos…

Może zbyt mało doceniamy naszych śląskich przodków i tak sobie myślimy, że skoro nie mieli tabletów, smartfonów i internetu (oraz oczywiście portalu Wachtyrz), to co oni „kurde” mogli wiedzieć o śląskości… Ano mogli wiedzieć o śląskości bardzo dużo, nawet jeśli w ogóle nie używali tego terminu… Mało tego, to właśnie dzięki określonym postawom ludzi żyjących przez setki lat na terenie Śląska możemy dzisiaj próbować zdefiniować śląskość w rozumieniu historycznym i kulturowym.

Dej pozōr tyż:  Ślōnzŏk szefym czeskigo hokeja

My naprawdę nie musimy tworzyć od nowa jakiejś sztucznej „wszechśląskości”, a jedynie już istniejące, lecz rozsypane różnorodne treści, spróbować powkładać w odpowiednie miejsca, aby na powrót stworzyły spójną całość, jak setki wielobarwnych elementów witraża. To tylko ci, którzy nie rozumieją lub nie chcą zrozumieć specyfiki Śląska – chcieliby wmówić Ślązakom, że każda śląskość, która nie jest „inną formą polskości”, to jedynie na siłę sklecany wykwit naszej wyobraźni.

To nieprawda. Poczucie śląskości – jak poczucie polskości, niemieckości i każdej innej tożsamości narodowej – krzepło i ewoluowało przez stulecia, aby w obecnej rzeczywistości przybrać taką, a nie inną formę. Przecież, jeżeli śląskość jest jedynie utopijną mrzonką garstki marzycieli, to z czym w tak nachalny i agresywny sposób walczyła polska przedwojenna i powojenna propaganda, która traktowała Ślązaków jako element wrogi lub co najmniej niepewny.

Odmienność to nie obcość

No dobrze, ale trudno zaprzeczyć, że Śląsk jest różny i Ślązacy są różni. To prawda, ale czy nie na tym polega właśnie kulturowe bogactwo narodu. To tylko wschodni model sprawowania władzy zakłada, że państwo ma być jednonarodowe i jednokulturowe, a jeżeli nawet takie nie jest, to rolą władzy jest, aby funkcjonowało tak, jakby takie było. Tradycja świata zachodniego jest inna. Tutaj czymś normalnym jest funkcjonowanie narodu, a tym bardziej państwa, pośród różnorodności, zaś elementem scalającym nie jest bynajmniej centralistycznie zdefiniowany uniformizm.

Pamiętam podręczniki szkolne sprzed 50 laty, gdzie pod ilustracją górnika w stroju galowym widniał podpis: „mieszkaniec Śląska”. Zupełnie tak, jakby termin „Śląsk” był jedynie synonimem słów „górnictwo” lub „przemysł”. Zupełnie tak, jakby słowo „Ślązak” oznaczało jedynie Polaka pracującego na kopalni. Oczywiście taki sposób pojmowania śląskości jest niedorzeczny, ale obawiam się, że sporo rdzennych Ślązaków ma z terminem „Śląsk” – dokładnie takie lub podobne skojarzenia.

Autor artykułu, do którego odniosłem się na wstępie, porównał też śląską różnorodność do Szwajcarii, zaś model funkcjonowania szwajcarskiego poczucia wspólnoty, przedstawił jako możliwy do powielenia w przypadku Śląska. – Być może to niezły trop, ale chciałbym jednak zwrócić uwagę na to, że Szwajcarzy mówią kilkoma naprawdę różnymi językami: włoskim, francuskim, niemieckim i językami retoromańskimi.

Szwajcarzy są po części romańscy, po części germańscy, a po części niby romańscy, ale prawdopodobnie też „przedindoeuropejscy”, po trosze celtyccy i właściwie do końca nie wiadomo jacy… Szwajcarzy nie mieli nigdy jednej wspólnej mowy, a ich historia jest jeszcze bardziej zagmatwana i wielowątkowa niż historia Śląska. Jednym słowem Ślązacy przy Szwajcarach to niemal etniczny i kulturowy monolit… Różnica jest jedna – Szwajcarom od pewnego czasu powiewa nad głową wspólna flaga; mają stolicę, hymn, Zgromadzenie Federalne i te swoje referenda. My nie mamy tego wszystkiego i jeszcze wielu innych rzeczy, a mimo to zadeklarowaliśmy w spisie powszechnym swoją śląskość…

Jeżeli przykład Szwajcarów wydaje się mało czytelny, to spójrzmy jeszcze na kilka innych nacji. Kim są Belgowie? Przecież Walonowie są tak różni od Flamandów, jak Francuzi od Holendrów, a jednak jedni i drudzy nazywają siebie Belgami… No a mieszkańcy Stanów Zjednoczonych?… Pomijając już fakt, iż ludzie ci pierwotnie przybyli z różnych zakątków świata, to przecież i dzisiaj są zupełnie inni. To prawda, że Ślązakowi (Cysarŏkowi) z Istebnej trudno spoglądać z nostalgią na familoki rudzki Fryncity… ale czy łatwiej Amerykaninowi z niemal tropikalnej Florydy, utożsamić się z etosem traperów z Gór Skalistych… A jednak i ci z południa, i ci z północy z taką samą atencją słuchają swego hymnu… A Polacy… Co ma wspólnego jadący swą bimbą Poznaniak z etosem lwowskich baciarów… Okazuje się, że ma…

Dej pozōr tyż:  Tomasz Kamusella: Premonition - The Kremlin’s Quest to Destroy Ukrainian Language and Culture

Nie dajmy się zwariować – to, ci którzy chcą, aby nas nie było, ukuli aksjomat zuniformizowanego Ślązaka jako „egzotycznego Polaka”, który kopie węgiel, w sobotę idzie na mecz Górnika (przepraszam kibiców Ruchu, ale tak się lepiej składa z kopaniem węgla), a w niedzielę przy dźwięku szlagrōw jy roladã ze klōskami, a na zista, przi kafyju ze kołŏczym abo tortynsztikym, ôsprawiŏ szpaśne wice. To jest polska definicja, a zarazem wyczerpujący wykład o śląskiej kulturze i tożsamości. Tylko taka śląska odmienność jest do zaakceptowania przez polską rację stanu i tak ma się jawić śląskość przeciętnemu mieszkańcowi Suwałk, Warszawy, a nawet Opola.

To dlatego wszystkie rejony Górnego Śląska, które nie pasują do tej karykaturalnej formuły przemianowano na Podbeskidzia, Opolszczyzny, raciborszczyzny…. Kim jest mieszkaniec Podbeskidzia – Góralem; kim jest mieszkaniec Opolszczyzny – opolszczaninem? Hm, tutaj był problem, ponieważ mieszkańcy owej „nieśląskiej” Opolszczyzny mówią po śląsku… właściwie „mówili”, bo coraz częściej słyszymy, że autochtoni z województwa opolskiego używają gwar opolskich. Kim zatem są?… opolanami, mieszkańcami Opolszczyzny, ziemi opolskiej… – byle nie Ślązakami…

Nie podążajmy tym tropem, bo to demagogia… Aby być narodem nie trzeba chodzić w jednakowych mundurkach, mieszkać w takich samych zidlōngach i mieć za oknem ten sam krajobraz. Gdyby tak było, musielibyśmy wszyscy mieszkać w jakiejś dzielnicy tego samego miasta, albo w tej samej wsi, ale wówczas moglibyśmy wykształcić jedynie coś w rodzaju subkultury mieszczańskiej na kształt warszawskiej Pragi, albo jakiś wyjątkowo lokalny, rustykalny folklor.

Idea kulturowego etosu, zamiast etosu zideologizowanej kultury

Poczucie narodowej wspólnoty to coś znacznie więcej. Ja spędziłem młodość w boguckich familokach (nie kamienicach) oraz kolejarskich zidlōngach na kędzierzyńskim Pogorzelcu, ale będąc w „zagranicznej” Opawie czuję się bardziej swojsko niż w Warszawie czy Krakowie. Ba, nawet na niemal „obumarłym” etnicznie Dolnym Śląsku, na jego całkowicie zachodnich rubieżach czuję się bardziej „u siebie” niż w Będzinie oddalonym o kilka kilometrów od Katowic…

Również moi koledzy Polacy – bez względu na to, czy jesteśmy w Katowicach, Cieszynie, Kędzierzynie, na Anabergu, czy w Karniowie, kiedy zapomną już o całej tej nowomowie i „odwiecznych” schematach, to sami stwierdzają, że wszystko jest tutaj spójne, chociaż trudno im tę spójność ująć w jakąkolwiek sensowną definicję… Jednym słowem, nie będąc Ślązakami, być może bardziej wyczuwają śląski etos niż my, którzy spoglądamy na to wszystko niejako od wewnątrz…

Tego najbardziej namacalnego, a jednocześnie najbardziej prozaicznego przejawu owej śląskiej inności doświadczyłem też wielokrotnie wyjeżdżając poza granice etnicznego Śląska. Nawet gdy staram się mówić literacką polszczyzną, to i tak ogromna większość Polaków z Warszawy czy Bydgoszczy słyszy w mojej mowie Ślązaka. No właśnie – myślę, że jesteśmy o wiele bardziej spójni i rozpoznawalni, niż nam się zdaje…

Oczywiście należy nieustannie pracować u podstaw, aby tej „pierwotnej” intuicyjnej śląskości nie zatracić oraz nadać wymierne kształty wszystkim jej przejawom – inaczej śląska tożsamość stanie się cepeliowskim skansenem; będzie powierzchowna i skurczy się do poziomu wspomnianych już wcześniej wicōw, szlagrōw i niedzielnyj modryj kapusty.

Jednocześnie błędem powielanym według „najlepszych polskich wzorców”, byłaby próba wykreowania sztucznego, fasadowego wizerunku kulturowego Śląska oraz wskrzeszenia sztucznej śląskiej tożsamości – na potrzeby podręczników, narodowych uroczystości i mądrych konferencji. – Takiego śląskiego kulturowego capo de tutti capi, który istniałby tylko na papierze i nigdzie indziej. To byłby koniec prawdziwego śląskiego etosu i początek sterowanej odgórnie zideologizowanej karykatury Canonu Silesiae.

Ale znowu – nie powinniśmy popadać w paranoję – i promując śląskość we wszystkich wymiarach, nie możemy się obawiać, że narzucamy lokalnym społecznościom jakieś „wszechśląskie” tradycje… Standaryzując język śląski nie możemy dać sobie wmówić, że działamy na szkodę tych śląskich grup etnicznych, które inaczej wymawiają jakieś głoski, albo inaczej akcentują sylaby…

Dej pozōr tyż:  Tynis: Petra Kvitová wygrała turniyj WTA

Wypracowanie zestandaryzowanego kompendium wiedzy o śląskiej historii, języku, kulturze i tradycji z jednoczesnym przyswajaniem (a nie wchłanianiem) przez tę kulturę wszelkich przejawów śląskiej odmienności jest bardzo potrzebne, a nawet konieczne.

Swojsko, ale kulturalnie

Praktyczną odpowiedź na pytanie: „dlaczego jest potrzebne”, otrzymywałem na przykład podczas pracy dziennikarza w opolskiej części Górnego Śląska. Wielu opolskich Ślązaków, szczerze szukających swojej tożsamości działało tam bowiem według prostego schematu – „nie czuję się Polakiem, więc muszę (chcę) być Niemcem”.

Oczywiście wybór ten jest tak samo dobrym wyborem, jak każda inna identyfikacja etniczna, a wiele osób czuło się rzeczywiście Niemcami, albo śląskimi Niemcami, bo mając świadomość swych związków ze Śląskiem i śląskością, bliżej im jednak było do niemieckiej tożsamości. Jednakowoż, sporo osób wybierało bycie Niemcem niejako z automatu jako jedyny dostępny sposób na zaprzeczenie swej polskości.

Myślę, że jedną z przyczyn takiej postawy jest właśnie zaszczepione przez lata propagandy, postrzeganie śląskiej mowy i kultury. Przeciętny śląski autochton jest przekonany, że jego mowa jest gwarą – przaśną i częściowo zgermanizowaną formą języka polskiego. Zatem wniosek: jeżeli mowa Ślązaków jest tylko bardziej prymitywną formą polskiego, to analogicznie – sami Ślązacy są jedynie bardziej prymitywną formą Polaków… a przecież nikt nie chce być prymitywną formą czegokolwiek.

Praktyczny przejaw takiego nastawienia pojawiał się na przykład wówczas, gdy – szczególnie starszym śląskim autochtonom – proponowałem książkę napisaną w języku śląskim. Miałem wówczas wrażenie, że w wielu osobach publikacja taka budziła podobną nieufność i zakłopotanie, jaką u wielu osób powodują wydawnictwa świadków Jehowy.

Śląskość wyrażona na piśmie językiem śląskim była dla nich bardziej obca niż „śląskość” w języku niemieckim lub polskim. Zatem mowa, której wielu z nich używało w domu – odwzorowana na papierze stawała się dla nich nieczytelna, chociaż były tam te same znajome słowa… Zupełnie tak, jakby Ślązakiem „wypadało” być tylko w domowym zaciszu, a w trybie oficjalnym należało wybrać między polskością i niemieckością.

Dlatego też warto, aby dla kolejnych pokoleń, śląskość nie była już tylko czymś przaśnym i wyłącznie prywatnym, a nawet niezręcznym, ale aby stała się dla wszystkich osób mających śląskie korzenie – konkretną i czytelną opcją wyboru, obok polskości i niemieckości. Oczywiście bardzo pomogłoby prawne usankcjonowanie śląskiej narodowości oraz uznanie śląskiej mowy za język, ale równie ważne są mądre i roztropne działania na rzecz promocji szeroko pojętej śląskiej kultury.

Pozostaje jeszcze pytanie, czy powinniśmy się „obrażać” na osoby, które rozumieją śląskość inaczej niż chcielibyśmy, aby ją rozumiały? Oczywiście byłoby to znowu powielanie najgorszych wzorców. Trzeba zaakceptować, że dla niektórych mieszkańców Śląska, język niemiecki, a także myślenie na sposób niemiecki, jest kluczem do odkrycia swej śląsko-niemieckiej tożsamości. Oczywiście to samo dotyczy spontanicznego (nie narzuconego odgórnie) pojmowania śląskości na sposób polski, ale moim zdaniem tutaj mechanizmy są jeszcze bardziej złożone i w ogóle nieco inne, dlatego jest to raczej temat na osobny obszerny artykuł.

W każdym razie, nie wierzmy w to, że jesteśmy zbyt różni. Różnorodność dla społeczeństw świadomych i dojrzałych jest atutem, a nie defektem. Mozaika lokalnych kultur w obrębie jednego narodu to rzecz zwyczajna. Różnorodność ubogaca narody, a zagrożeniem staje się tylko dla tych, którzy centralistyczny uniformizm i szowinistyczny nacjonalizm uważają za jedyną gwarancję narodowego i społecznego ładu… Nie sądzę, aby ktokolwiek z nas na takich „wartościach” chciał budować śląską tożsamość.

Piotr Zdanowicz – pasjonat oraz badacz historii, kultury i przyrody Górnego Śląska. Dziennikarz, autor lub współautor książek i reportaży, a także kilkunastu prelekcji, kilkudziesięciu artykułów prasowych oraz kilkuset tysięcy fotografii o tematyce śląskiej. Pomysłodawca rowerowych i pieszych szlaków krajoznawczych na terenie Katowic, Mysłowic i Tychów oraz powiatu kędzierzyńsko-kozielskiego. Poeta, muzyk i plastyk-amator. Z zawodu elektronik, budowlaniec oraz magister teologii.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

7 kōmyntŏrzi ô „Śląska różnorodność – bogactwo kłopotów czy kłopot bogactwa

  • 5 marca 2022 ô 21:27
    Permalink

    Piykno fraza. Podpisuja sie pod niōm łobiyma rynkami, bo tak samo, jak Piotr Zdanowicz rozumia ślōnskość. A terozki, kej Ukraina walczy z kacapami, świyci miesiōnczek na złoto-niybiesko. To sōm farby ôd Ukrainy i ōd Ślōnska…

    Ôdpowiydz
  • 15 lutego 2022 ô 14:21
    Permalink

    Oj dużo jeszcze czasu upłynie zanim nauczymy się tolerancji, akceptacji i zrozumienia naszej historii. Brak szacunku i pogarda do ślązaków przez mylenie pojęć (opcja niemiecka), które wpajali nam na lekcjach historii pokutuje niestety. Jednak już większa jest świadomość ludzi, którzy chcą wiedzieć więcej i mądrzej. Dzięki takim artykułom i takim ludziom jak Piotr Zdanowicz i wielu jeszcze innych “walczących” o swoją śląską historię może uda się zmienić myślenie i jeszcze uda się powrócić do korzeni. Pozdrawiam i dziękuję za mądry artykuł.

    Ôdpowiydz
  • 23 stycznia 2022 ô 11:52
    Permalink

    Różnorodność to bogactwo. Każda ziemia ma powikłane dzieje. Wszędzie są ludzie żyjący w stereotypowych kompleksach i wszędzie mniejszość stanowią elity. Tożsamość to nie wyłącznie autonomia 2020, godka regionalizm i sentymentalizm.

    Ôdpowiydz
  • 19 stycznia 2022 ô 22:47
    Permalink

    Uwagi warte przeczytania i przemyślenia.

    Ôdpowiydz
  • 16 stycznia 2022 ô 17:22
    Permalink

    Bardzo dobry artykuł. Mogymy sie różnić, i to je w porzondku, ale niy wynokwiojmy, że my som za bardzo roztomajci. Jak pedzioł autor w porównaniu z nieftorym inkszymi nacyjami i tak my som wyjontkowo spójni.

    Ôdpowiydz
  • 16 stycznia 2022 ô 13:53
    Permalink

    W ponkt. Ale mom jedna uwaga: niy “z rudzkiego Fryncitu” yno “z rudzki Fryncity”. Fryncita (po niymiecku Friedenshutte) – po polsku Nowy Bytom. Dzielnica Rudy Śląskiej.

    Ôdpowiydz
    • 17 stycznia 2022 ô 08:16
      Permalink

      Nō ja, gynau. Dziynkujã, zarŏz poprawia tyn feler.

      Ôdpowiydz

Ôstŏw ôdpowiydź do Ireneusz Borek Pociep ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autorōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza