Piotr Ryttel: Polski, niemiecki, śląski

Przeglądając prasę powojenną natknąłem się na ogłoszenia o mających się odbyć rozprawach przed sądami grodzkimi w kilku śląskich miastach. Chodziło o rehabilitację osób zamieszkałych na Górnym Śląsku, a należących do trzeciej i czwartej grupy Narodowej Listy Niemieckiej – Volkslisty. Zaskakująca była ilość nazwisk i ich brzmienie. Było ich dużo, część zupełnie polskich, część niemieckich, a problem do rozstrzygnięcia ten sam: przynależność państwowa.

Ślązacy pod panowaniem niemieckim mogli znaleźć się w jednej z czterech grup Niemieckiej Listy Narodowej. Pierwsza grupa to rodowici Niemcy, posługujący się językiem niemieckim i najczęściej zatrudnieni w niemieckich zakładach pracy. Interesowały mnie najbardziej pozostałe trzy grupy, ponieważ wykazanie odrębności narodowej, polskiej lub niemieckiej u osób należących do każdej z tych grup, z pewnością nie było łatwe.

Starałem się zagłębić w ten temat myśląc o tym, że lata 1945 – 1946 były tymi, które znacząco zmieniły życie Ślązaków. Przynależność państwowa nie była równoznaczna z narodową, a to, co się działo przez kilka lat powojennych było czymś niespotykanym w historii i pozostawiło ślady w mentalności Ślązaków do dziś.

Wracając do poszczególnych grup trzeba wyjaśnić czym była druga grupa NLN. Należały do niej osoby pochodzenia niemieckiego, które przed 1939 rokiem deklarowały przynależność do polskich organizacji, jednakże zachowały kulturę typowo niemiecką. Najczęściej władze niemieckie wpisywały tych ludzi do wymienionej grupy niejako z urzędu lub na wniosek zainteresowanych.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Inaczej było z trzecią i czwartą grupą. W pierwszej z nich znajdowały się osoby pochodzenia niemieckiego, za takich urzędy niemieckie uważały wszystkich Ślązaków, ale ich przynależność państwowa była niepewna i kultura bardziej związana z polskością. Stosowane były wobec nich liczne ograniczenia w życiu prywatnym i publicznym. Nie mogli zajmować niektórych stanowisk i miejsc pracy, władze mogły nakazywać im zmianę miejsca zamieszkania. Zapisywani byli do trzeciej grupy zwykle pod przymusem, najczęściej nikt ich o zdanie nie pytał.

Do czwartej grupy należeli ci, którzy w ogóle nie powinni się w niej znaleźć. Niemcy wpisywali ich, bo byli Ślązakami. Dostawali dowody osobiste z czerwoną okładką, bez wpisu o przynależności państwowej. W aktach personalnych mieli zaznaczoną nielegalną działalność polityczną. Ich los był przesądzony: wysiedlenie do pracy w Rzeszy, w razie niesubordynacji rozdzielenie rodzin: dzieci do germanizacji – rodzice do obozu koncentracyjnego.

Podział na grupy był istotny również dla polskich władz po zakończeniu II wojny światowej. Część Niemców już wcześniej opuściła miejsce zamieszkania, zanim zostały ustalone granice i wyjechała do Rzeszy. Pozostali zdani byli na łaskę, czy bardziej niełaskę nowej władzy. Należący do pierwszej grupy, jeżeli jeszcze nie uciekli, byli przeznaczeni do natychmiastowego wysiedlenia na Zachód, zgodnie z przyjętą dewizą: ani jednego Niemca na polskiej ziemi, ani jednego!

W skład drugiej, trzeciej i czwartej wchodzili volksdeutsche, którzy mieli możliwość rehabilitacji i uzyskania polskiego obywatelstwa. Jednym z warunków było wykazanie przymusu przy umieszczeniu ich na narodowej liście niemieckiej. Jak to z tym przymusem było obrazuje wierszyk, krążący wówczas wśród ludności śląskiej.

Jeśli się nie wpiszesz – twoja wina,

Bo wnet cię wyślą do Oświęcimia.

A jak się wpiszesz, ty stary ośle,

To cię Hitler na Ostfront pośle.

Dodatkowo konieczne było udowodnienie, że dana osoba postępowała zgodnie z polską odrębnością narodową. Domorośli poeci i tym razem sklecili odpowiedni wierszyk.

Ein, zwei – uciekaj!

Drei, vier – bleiben hier!

Jeden, dwa – uciekaj!

Trzy, cztery – zostań tu!

Czy warto wyciągać te stare sprawy? W jakim celu? Niekoniecznie po to, by potwierdzić istnienie niezbyt chlubnego modelu Ślązaka lub mu zaprzeczyć.

Powstaniec śląski – volksdeutsch trzeciej lub czwartej grupy NLN – zrehabilitowany polski obywatel – volkswagendeutsch –  członek Ruchu Autonomii Śląska – członek Mniejszości Niemieckiej

Zaszeregowanie wszystkich Ślązaków do takiego wzorca byłoby nadużyciem. Jednak powstańcy śląscy również byli na Volksliście. Według różnych opinii z radością witali wejście wojsk hitlerowskich. Później większość z nich podlegała rehabilitacji. Z takim samym entuzjazmem, nieliczni co prawda, przyjmowali Armię Czerwoną.  Następnie oni sami lub ich potomkowie wyjeżdżali do NRF w celach zarobkowych (tak zwani volkswagendeutsche). Otrzymywali „pakiety z Reichu”. Zapisywali się do organizacji proniemieckich.

Dej pozōr tyż:  Mamy być z czego dumni, albo…?

Pozostałością z przeszłości jest, chyba jednak już „ledwo żywy” problem przesiedlonych lub jak kto woli, wypędzonych Niemców z Ziem Odzyskanych. Usuwani byli do Niemiec ci, którzy nie przeszli weryfikacji lub jej z mocy prawa nie podlegali, bo ich niemiecka przynależność narodowa była oczywista. Warto przy tym temacie zatrzymać się nieco dłużej, gdyż te z pewnością bolesne przeżycia, mogą rzutować nawet na obecne stosunki polsko – niemieckie. Nie wiadomo też, czy kiedyś wszystko nie odżyje i nie stanie się podstawą do kolejnych i nowych antagonizmów między narodami.

W materiałach z 1945 i 1946 roku pojawiały się relacje z punktów zbornych, w których gromadzono Niemców skazanych na wysiedlenie. Charakterystyczne było podkreślanie domniemanego, niebywałego humanitaryzmu jakim obdarowywani byli Niemcy, nie zasługujący przecież zdaniem wielu na aż tak dobre traktowanie. Rozbawiło mnie oburzenie pewnego dziennikarza, który opisywał, że wagon kolejowy z przesiedleńcami był umajony zielonymi gałązkami. Nie zrobili tego sami Niemcy, bo nie mieli na to czasu, zajęci pilnowaniem swego sporego bagażu. Z kolei dwóch redaktorów wizytujących punkt w Nysie, wziętych przez uchodźców za Anglików, z cierpliwością wysłuchało skarg na złe traktowanie, brak wygód i złe warunki, aby w końcu pokazać fotografie z obozu na Majdanku. Podziałało to na Niemców jak prysznic z lodowatej wody. Odwrócili się od dziennikarzy, by wrócić do swych zajęć polegających na pieczeniu na wielkiej patelni, równie wielkiego kawałka bezkartkowego mięsa.

Wiele mówiący był opis odprawy grupy Niemców w punkcie zbornym w Głubczycach. Wysiedlani zostali przedstawieni w sposób obrazowy, nie brakowało w nim złośliwości i epitetów. Unikano natomiast słowa obóz, jako źle się kojarzącego, tym bardziej, że punkty zborne nie miały drutów kolczastych ani strażników. Urzędnicy przeglądali bagaże, znajdowała się w nich głównie pościel, drobny sprzęt domowy i żywność. Biżuterię można było zabrać tylko w małych ilościach, nie wolno było wywozić metali szlachetnych w żadnej postaci oraz dewiz. Dalszy opis osób wywożonych z Polski przedstawię wiernie z zachowanych materiałów prasowych, myśląc jednocześnie o prawdziwości powiedzenia, że słowa często bardziej ranią niż czyny.

Na górach pościeli wygrzewają się opasłe Gretchen w oczekiwaniu na kartkę z numerem wagonu. Wrzaskliwe i czupurne bachory uganiają się po trawie. Na twarzach Niemców na próżno szukać śladów głodu i poniewierki oraz strachu przed uderzeniem czy kopnięciem. Nietrudno rozwikłać tajemnicę tego dobrego wyglądu . Sześciomiesięczny pobyt w czystych salach punktu zbiorczego, pod opieką lekarską, na dobrym wikcie, przy nieograniczonej prawie swobodzie ruchu , to cały sekret.

Hasłem powtarzanym powszechnie było „Niemcy precz!”. Zdarzały się jednak dziwne przypadki powrotu już wysiedlonych i przygotowanych do transportu Niemców. Okazało się, że sowieccy komendanci wojskowi w związku z zakończeniem wojny otrzymali dyrektywę, aby dobrze traktować niemieckich cywilów i kierowali ich z powrotem do miejsca zamieszkania. Powstawało zamieszanie do czasu, aż tym razem polska władza wysłała odpowiednich funkcjonariuszy by przywrócić poprzedni stan rzeczy, czyli doprowadzić zaskoczonych i pognębionych Niemców do punktu zbornego. Z pewnością operacja ta nie przebiegała łagodnie i była powodem do narzekań na prześladowanie.

Ciekawą lekturą okazały się donosy kierowane do władz, mające wykryć volksdeutschów. Oto fragment jednego z nich:

W luksusowej willi na Wełnowcu w Katowicach, na ulicy Oblatów mieszkają do dziś różne Kellery itp., którzy przez cały czas wojny mieszkania te zajmowali. Twierdzę, że niemożliwością było, by obywatel z Volkslistą nr 3 i 4 mógł mógł był utrzymać się przez cały czas okupacji w tak luksusowym mieszkaniu. Kartoteki tych ludzi w dziwny sposób znikły z lokalnego komisariatu milicji polskiej. Proszę o wyciągnięcie wniosków.

I następny:

Za niemieckiej okupacji nie można było żyć bez żadnej legitymacji i papierów. Jak taki obywatel bez papierów mógł mieszkać w luksusowym domu wielkich zakładów przemysłowych. Do dzisiaj tacy lokatorzy mieszkają w domu zarządzanym przez magistrat, żyją spokojnie chociaż nie legitymują się żadnymi dowodami. Twierdzą, że przez cały czas okupacji nie mieli papierów. Podobno jedna  tych lokatorek była urzędniczką NSDAP.

Bardzo możliwe, że osoby donoszące i te, na których były donosy znały się, mieszkały w sąsiedztwie i jeszcze niedawno pozdrawiały się rano guten Morgen a wieczorem guten Abend.

W historii nie było to czymś wyjątkowym, że w sytuacjach ekstremalnych powstawały konflikty na tle narodowościowym. Ale między samymi Ślązakami z jakiego powodu?  Przyczyną mogła być zawiść.

Dej pozōr tyż:  Kamiynie, borlochy, szyby a biydaszyby. Orzesze a okolice

Inaczej było w Wałbrzychu. Zostały podane liczby wysiedlonych, wśród których przeważały kobiety i dzieci. Z pewną dozą satysfakcji poinformowano, że wreszcie udało się pozbyć nieproduktywnego elementu niemieckiego. Zdolni do pracy mężczyźni zanim nastąpiło ich wysiedlenie zostali zakwaterowani i skierowani do robót publicznych. Wyszło na jaw, że niektórzy Polacy zatrudniający Niemców ukrywali ich, mimo że groziła za to wysoka kara. Również i tym razem nie można było mówić o ludzkich uczuciach. Po prostu chodziło o pracowników.

Zagadkowa okazała się sprawa doktora Holzmana z Jeleniej Góry. Ten specjalista chorób zakaźnych zwrócił się do władz z propozycją swojej dalszej pracy w Polsce. Z początku otrzymał zgodę, po pewnym czasie jednak został wezwany do opuszczenia kraju. Jako powód usłyszał, że udzielał płatnych porad. Miasto pozbyło się lekarza leczącego panoszącą się wówczas gruźlicę. Z pewnością wiele osób zawdzięczało mu zdrowie i życie, ale był Niemcem, a przecież obowiązywało hasło Wszyscy Niemcy precz!

Minęło wiele lat od akcji „odniemczania” Śląska. Sięgam pamięcią do lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Był taki program telewizyjny z redaktorem Ryszardem Wojną, jako główną postacią. Widzowie usłyszeli wówczas, że nie ma żadnej akcji łączenia rodzin, że plotką są wiadomości o masowych wyjazdach Ślązaków do Niemieckiej Republiki Federalnej. Słuchałem tego czytając list, który właśnie nadszedł z Reichu.

Heidelberg, 12. VII. 1976 r.

Cześć Piotr!

Zajechaliśmy szczęśliwie. Na razie jesteśmy całą rodziną w mieszkaniu przejściowym. Jest trochę ciasno, ale to już długo nie potrwa. Mamy przydzielony dom dla mnie i żony i osobne mieszkanie dla rodziców i dziadków. Dostaliśmy katalog i możemy sobie wybrać urządzenie mieszkania: meble, firanki, zasłony. Firma wszystko pozakłada. Dostaliśmy niskooprocentowany kredyt, rozłożony na trzydzieści lat. Od jutra idę do pracy jako inspektor nadzoru budowlanego, podobnie jak w Polsce. Tu mam o wiele lepsze warunki. Dostanę samochód z kierowcą i będę objeżdżał budowy na terenie miasta. Dowiedziałem się, że do Reichu wyjechali prawie wszyscy koledzy z Z. (…).

Joseph M.

Mojemu koledze szkolnemu się udało. Jednak nie wszyscy byli przyjmowani z otwartymi rękami. Władze niemieckie owszem – zapewniały start w nowej rzeczywistości. Pamiętam jednak jak ktoś opowiadał prześmiewczo: co to za Niemcy przyjechali, nawet języka dobrze nie znają. Podobno przyjezdnych nie traktowano zbyt dobrze. Wiadomo: ani Niemcy, ani Polacy, ot – Ślązacy.

Z Polski wyjechali prawie wszyscy znajomi ze szkolnej ławy. Ci, z którymi byłem zaprzyjaźniony i ci, którym nie mogłem zapomnieć kpiących słów, że Polska na sto lat była wymazana z mapy Europy. Byłem w klasie jedynym z centralnej Polski. Miałem przyjaciół, kolegów i tych, którzy nie chcieli integrować się z „chadziajem”.

Opolskie było szczególnym rejonem kraju. Jeszcze w latach osiemdziesiątych, w małych miejscowościach nikogo nie dziwiło to, że sklepowe podliczały rachunek za zakupy w języku niemieckim. Starsi ludzie do przechodzącego księdza mówili grüß Gott, czemu on się wcale nie dziwił. Radio nastawione na niemiecką stację, z satelity niemiecka telewizja, oczekiwanie na pakiet z Reichu i oczywiście święto świniobicia: krupnioki, zemloki – tak wyglądało codzienne życie na Śląsku. Dziś nikt już nie liczy głośno po niemiecku, robią to komputery i kasy elektroniczne, którym jest obojętne kto naciska klawisze. Do Niemiec do pracy nie bardzo opłaca się jechać, nikt też nie czeka na dworcu z plikiem marek i skierowaniem na mieszkanie i do pracy. Msze w języku niemieckim w polskich kościołach odprawia się bez konspiracji, na tabliczkach wielu miejscowości są nazwy w dwóch językach. Chciałbym widzieć minę któregokolwiek z działaczy od „odniemczenia” Śląska z lat 1945 – 48 – co by na to powiedział, gdyby miał wtedy wizję obecnych czasów.

Dej pozōr tyż:  Anna i Zeflik Jannja - Kattowitz 1894-1895

Problem wypędzonych ze Śląska Niemców może nie jest dziś wyjątkowo ważny, ale też nie jest zapomniany. Nie pokusiłbym się o porównanie komu bardziej serce krwawiło: kresowiakom za Wilno i Lwów, czy też? Może lepiej nie kończyć.

Nie wszyscy Niemcy wyjechali. Z pewnością byli tacy, którzy przeszli przez sito weryfikacji, wypełnili deklarację i zostali Ślązakami – Polakami.

Było jeszcze coś, co istniało przed laty. Gdy się o tym dowiedziałem, nie rozumiałem tego i nie chciałem wierzyć –  obóz w Łambinowicach. Nie był to punkt przetrzymywania przesiedleńców, taki jak wspomniane wyżej, o nie! Szeptem, bo nie wolno było w latach siedemdziesiątych o tym mówić, znajomy wyjawił mi tajemnicę miejscowej ludności. Do tego obozu trafili Polacy, Niemcy, Ślązacy z okolic i nie wiadomo kto jeszcze. Było okrutne traktowanie, były ofiary. Dziś już powszechnie o tym wiadomo, kilkadziesiąt lat temu strach było o tym myśleć nawet. Do „Tragedii Górnośląskiej”, tak nazwane zostały wydarzenia z lat 1945- 48, przyczyniła się Armia Czerwona, polscy komuniści i w jakimś stopniu część Ślązaków. Ci ostatni kierowali się zawiścią, sąsiedzkimi rozliczeniami i zatargami.

Czy te kilkudziesięcioletnie zaszłości mogą jeszcze wpływać na czyjeś życie? Okazuje się, że niemieccy psycholodzy opracowali ankietę dla wnuków osób wysiedlonych ze Śląska i innych ziem przynależnych Polsce po wojnie. Ich rodzice nie mieli czasu na przemyślenia, gdy podrośli zajęci byli budowaniem nowej rzeczywistości. Ankieta wykazała, że ci, do których była skierowana odczuwali często brak swojego miejsca w życiu i cierpieli z powodu odcięcia od korzeni. Przeżycia dziadków i rodziców odbiły się na następnym pokoleniu.

Nasuwa się też pewna myśl: kiedyś nie wolno było mówić o wypędzonych, dziś można narazić się na posądzenie o „rewanżyzm” – nie tylko w Polsce, również w Niemczech. Może wynika to stąd, że wypędzeni Niemcy stali się poniekąd ofiarami, a przecież jako naród są winni nieszczęść wojennych i za takich się ich uważa. Nie wypada inaczej. Niedomówienia mszczą się na pokoleniach.

Mając okazję częstych spotkań ze Ślązakami mieszkającymi w Niemczech, którzy odwiedzali ojczyste strony, obserwowałem z pewnym wzruszeniem, że ci ludzie będący już w podeszłym wieku, po wielu latach pobytu w Reichu niewiele się zmienili. Mówili po śląsku, chętnie wspominali dawne czasy z rozrzewnieniem, nie bacząc na biedę, która im niegdyś towarzyszyła. Oni nie mieli problemów z tożsamością. Uważali się za Ślązaków i nie musieli udowadniać, że są rdzennymi Niemcami. Gorzej było z ich dziećmi. Gdy dorosły starały się dorównać rodowitym Niemcom i często wpadały w kompleksy. Mimo posługiwania się językiem niemieckim, starań zakończonych sukcesem by wtopić się w niemieckość, młodzi mieli sercach coś dla nich samych niezrozumiałego, nieuchwytnego, wywołującego niepokój. Czy to może dziedzictwo polskości albo raczej śląskości, zakotwiczone w duszy?

Ryzykuję twierdzenie, że wieś śląska, a zwłaszcza opolska nie zmieniła się tak bardzo. Nadal jest ostoją polskości, śląskości i niemieckości. Tak jak było od lat. Żyją sobie w miarę spokojnie obok siebie, mimo pewnej odrębności, napływowi dawni wschodni kresowiacy, prawdziwi Ślązacy, nie całkiem prawdziwi Niemcy i przyjezdni Polacy. Czasem tylko zdarza się coś tragicznego jak nagła i niewyjaśniona śmierć Dietera Przewdzinga, zamordowanego w 2014 roku. Sprawców nie odkryto. Długoletni burmistrz Zdzieszowic najpewniej nie był ofiarą zatargu politycznego, chociaż jako lokalny patriota i zwolennik autonomii Śląska mógł mieć wielu przeciwników. Obecne czasy to jednak nie te, gdy zginął z rąk zamachowców w 1920 roku Theofil Kupka, zawzięty zwolennik niezależności Górnego Śląska. Wówczas motyw polityczny był bardziej prawdopodobny.

Czy rok 2020, rok pandemii, mógł cokolwiek zmienić w życiu Śląska? Mam nadzieję, że nie. Niech będzie jak było do tej pory. Niech mieszkańcy kultywują dawne obyczaje, niech topią Marzannę i wodzą niedźwiedzia, niech zachowają mowę śląską, niech warzą rolady z kluskami śląskimi, z „zołzą” i modrą kapustą. Te przysmaki kuchni śląskiej zjedzone przy wspólnym stole załagodzą waśnie i spory.

Piotr Ryttel

Inne artykuły autora: https://moremaiorum.pl/teofil-czy-moze-raczej-theofil-kupka-zdrajca-szpieg-czy-gornoslaski-patriota/

 

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jedyn kōmyntŏrz ô „Piotr Ryttel: Polski, niemiecki, śląski

  • 25 mŏja 2023 ô 20:28
    Permalink

    Ciekawa historia , co dla niektórych , bo znam ją z podwórka , i z opowiadań , niestety jest smutna i przykra . A zarazem ucząca nas , faktów , i historii , prawdy .

    Ôdpowiydz

Ôstŏw ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ. Wymŏgane pola sōm ôznŏczōne *

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autorōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza