“Nie ma, nie ma, jak to bergmankowi”, czyli opowieść Karla Franza Mainki o dawnym Górnym Śląsku

“Nie ma, nie ma, jak to bergmankowi” to kolejna rewelacyjna pozycja książkowa przygotowana i wydana przez Stowarzyszenie Miłośników Ziemi Tarnogórskiej. To również kolejne po memoriale „Królewska Huta Fryderyk pod Tarnowskimi Górami na Górnym Śląsku” tłumaczenie z języka niemieckiego pozwalające tym, którzy mową tą posługują się niezbyt swobodnie bądź wcale, dotrzeć do wielu cennych informacji o naszej historii, dawnych obyczajach, ważnych dla społeczności wydarzeniach, codziennym życiu i pracy przodków, wreszcie tajnikach dawnej technologii wydobycia kruszców.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Książka jest wyborem ponad sześćdziesięciu publikacji o tematyce historycznej, etnograficzno-krajoznawczej i technicznej autorstwa rodowitego tarnogórzanina Karla Franza Mainki. Urodzony w 1868 r. Mainka, pisarz-robotnik, z zawodu górnik, był literackim naturszczykiem i jednym z największych fenomenów niemieckiego piśmiennictwa Górnego Śląska przełomu wieków. Jego dorobek, drukowany głównie w gazetach codziennych i rozmaitych czasopismach krajoznawczych, kulturalnych i historycznych, jest prawdziwie ogromny. Obejmuje wspomnienia, opowiadania, nowele, powieści w odcinkach, poezję, podania i legendy, wspomnienia, szkice historyczne i etnograficzne. Choć podstawowym językiem mówionym była dla Mainki słowiańska ślōnskŏ gŏdka, publikował wyłącznie w języku niemieckim. Przez niezmierzony gąszcz owych publikacji przedarł się pan Sebastian Rosenbaum, dokonał bardzo udanego wyboru, przetłumaczył na język polski i – co niezwykle istotne – opatrzył stosownym komentarzem prostującym pewne nieścisłości, które się Maince zdarzały. A zdarzać się musiały, bo dostęp do źródeł miał Mainka nieporównanie trudniejszy i znacznie bardziej ograniczony niż my w dobie powszechnego dostępu do informacji. Nieskrępowany za to dostęp miał autor do wspomnień – wspomnień własnych oraz starszych od siebie ludzi, których pamięć sięgała nawet początków dziewiętnastego stulecia, a więc okresu wojen napoleońskich.

Pośród wielu innych cennych opowieści, znalazła się w książce prawdziwa perełka: opublikowane pierwotnie w „Der oberschlesische Kurier” w 1927 r. wspomnienie autora z czasów młodości: „Święto górnicze w Tarnowskich Górach przed pięćdziesięciu laty”, zawierające niezwykle szczegółowy opis tradycyjnego przebiegu lipcowego święta górniczego, Bergfestu, z następującym po nim Freibierfestem. To ta sama impreza, którą wysiłkiem wielu tarnogórskich środowisk udało się w ostatnich latach reaktywować i która cieszy się rosnącą popularnością, sprawiając że nasze górnicze dziedzictwo jest wciąż pełne życia.

Brawa i najwyższe uznanie dla SMZT i Sebastiana Rosenbauma za tę genialną książkę. Szczerze polecam!

Jako zachętę do zagłębienia się w lekturze pozwalam sobie przytoczyć fragment wspomnianej opowieści o Bergfeście w Tarnowskich Górach. Skróty i komentarz w kwadratowych nawiasach – moje.

„ŚWIĘTO GÓRNICZE W TARNOWSKICH GÓRACH PRZED PIĘĆDZIESIĘCIU LATY” [czyli w latach 70. XIX stulecia]

W pierwszą niedziele po 16 lipca, dniu, w którym wydobyto pierwszą bryłkę kruszcu w szybie Rudolfine koło Bobrownik [chodzi o Bobrowniki Śląskie będące obecnie dzielnicą Tarnowskich Gór], królewska kopalnia Friedrichsgrube świętowała uroczystość upamiętniającą to szczęśliwe wydarzenie. Dla górniczego miasta było ono źródłem błogosławieństw, a dla całego Górnego Śląska – kamieniem węgielnym pod budowę obecnego przemysłu górniczego. (…)

W wigilię święta, w sobotę, gdy tylko zaszło słońce, górnicy z rewirów suchogórskiego, stolarzowickiego i miechowickiego zbierali się przy Karłuszowcu [tak po prawdzie był to obszar dworski Carlshof, z polska zwany również Karliszowem bądź Dworem Doroty, o czym urzędnik przybyły z Bóg wie kąd po wcieleniu Tarnowskich Gór do Polski w 1922 nie wiedział i wymyślił nieuzasadnioną niczym i absurdalną nazwę Karłuszowiec, która obowiązuje do dziś], na drodze wiodącej do miasta od Bobrownik. Wszyscy odziani byli w paradne stroje: czaka z czarnymi pióropuszami, ozdobione symbolem pyrlika i żelazka oraz królewską koroną, błyszczące skórzane fartuchy zawiązane na kitlu lśniącym jasnymi guzami, a w dłoniach dzierżyli płonące górnicze kaganki na olej. W takich strojach czekali mężowie ze straszliwych otchłani na to, by sędziwy nadsztygar Klingberg grzmiącym głosem zawołał: „Knappschaft! Antreten!” („Bractwo! Wystąp!”), ustawiając zebranych w szeregu przed capstrzykiem.

Na przedzie ruszała kapela kopalniana z górniczym starszym oboistą Olschowskim na czele, za nią górnicy w statecznym pochodzie maszerowali Krakauerstraße [aktualnie ulica Krakowska] do Rynku. Pośród licznie zgromadzonych młodych rębaczy i wozaków, po których na pierwszy rzut oka można rozpoznać pruski wojskowy dryl, człapali dzielnie w rytmie marsza weterani pracy, którzy ofiarowali swoje siły służąc kopalni. Teraz wszyscy zbierali siły, by kroczyć razem z młodymi kamratami w uroczystym marszu, który przed siedzibą inspekcji górniczej odbierał dyrektor kopalni, radca górniczy [Hugo] Koch ze sztabem swoich urzędników. Pochód migotał od lamp, tworząc przepiękny, romantyczny obraz. Kolumna mijała następnie inspekcję górniczą, zachodnią pierzeję Rynku ze starodawnymi laubami, przechodziła obok dawnej siedziby urzędu górniczego i kroczyła w blasku świateł przez Krakauerstraße i Beuthenerstraße [obecnie ulica Bytomska] do wyjścia z miasta, do Karłuszowca, gdzie lampki górnicze były gaszone, a uczestnicy capstrzyku w ciemnościach powracali do swoich domów położonych w okolicznych miejscowościach.

Nadeszła wreszcie niedziela, dzień święta górniczego. „Dość spania!”. O szóstej rano róg muzykanta z orkiestry górniczej rozlegał się nad sennymi ulicami miasteczka. Tu i ówdzie otwierało się okno i dziewczęce modre oczko zerkało ku zgrabnemu chłopcu z czerwonym pióropuszem, który jasnym dźwiękiem rogu obwieszczał miastu wielką radość: święto górnicze.

Gdy wybiła godzina dziewiąta, przy Bramie Lublinieckiej spotykali się hutnicy z huty Friedrichshütte w galowych strojach: białych lnianych spodniach, czarnej kurtce mundurowej ze złotymi guzami, na głowie piróg, dwurożny kapelusz, a na nim pióropusz, który jednak, inaczej niż u górników, nie opadał, ale sztywno sterczał. Również oni mieli swoją orkiestrę. Co więcej, cieszyła się ona lepszą sławą niż górnicza z Friedrichsgrube. Dyrygował nią kapelmistrz Winckler, muzyk znany powszechnie ze swych umiejętności. Przy Bramie Bytomskiej stali już górnicy, czekający na rozkaz wejścia do miasta.

Punktualnie o wpół do dziesiątej obydwa pochody ruszały przy grzmocie marszowej muzyki, kierując się w stronę Rynku. Tam zatrzymywały się przed budynkiem inspekcji górniczej, z którego chorążowie wynosili dawne sztandary kopalni i przy dźwiękach marsza prezentacyjnego stawali z nimi w szeregu. Obydwa sztandary były wykonane ze srebrzyście lśniącego jedwabiu, ze znanym fryderycjańskim (frunącym) orłem, który zdobił też kapelusze hutników. Jeden sztandar pochodził od hrabiego Redena, z roku 1785, drugi upamiętniał otwarcie Sztolni Boże Wspomóż (Gotthelf-Stollen) w 1806 roku.

Później bractwo ruszało ku kościołowi katolickiemu, do którego górnicy i hutnicy tego wyznania wkraczali przy dźwiękach marsza. Gdy ostatni z pochodu znikł w świątyni, członkowie kapel stawali na przedzie i cały pochód ruszał na Rynek, do kościoła ewangelickiego, w którym pozostali uczestnicy parady mieli wziąć udział w uroczystym nabożeństwie. W obydwu kościołach odbywały się msze, podczas których dziękowano wedle starego i pięknego zwyczaju naszych przodków Wiecznemu Panu Górniczemu za błogosławieństwa dla pracy górniczej. Po zakończonym nabożeństwie ewangeliccy górnicy szli po swoich katolickich kamratów. Następnie wszyscy ruszali spod katolickiej świątyni do Rynku, pod budynek inspekcji górniczej. Tam kierownik kopalni Friedrichsgrube wygłaszał przemowę do swojej wiernej załogi oraz do hutników i potężnym głosem odczytywał nazwiska nagrodzonych i awansowanych, zgodnie z corocznym zwyczajem. Wreszcie święto dobiegało końca. Przy dźwiękach kapeli górnicy wychodzili marszowym krokiem z miasta przez Krakauerstraße, a hutnicy opuszczali je przez Lublinitzerstraße [obecnie ulica Opolska].


Po święcie górniczym, zorganizowanym z wielka pompą w jubileuszową niedzielę, w wybranym dniu tygodnia odbywał się festyn piwny – Freibierfest. Hutnicy świętowali w Strzybnicy w parku huty Friedrichshütte, a górnicy w położonym w Bobrownikach parku Friedrichsgrube. Park ten został utworzony na placu o wielkości około sześciu mórg, obsadzonym lipami, jesionami, wiązami i kasztanami, ponad które wznosiła się uformowana spiralnie hałda szybu Rudolfine [park wciąż istnieje, nazywa się obecnie Park Kunszt, zaś hałda szybu Rudolfine również trwa na swoim miejscu]. Na trawniku otoczonym krzewami stała drewniana altana, w której od godziny trzeciej po południu orkiestra górnicza wygrywała swoje skoczne melodie. Górnicy z rodzinami zasiedli przy stołach i popijali szlachetny jęczmienny trunek piwny, roznoszony przez młodszych pracowników. Na zewnątrz, na brzegu parku były ustawione dwa-trzy wozy piwne z browaru opolskiego, z ogromnymi beczkami, które zamówiono specjalnie na festyn. Każdy rębacz otrzymywał osiem kwart piwa, funt kiełbasy i sześć bułek. W tym dniu poważni ludzie z głębin siedzieli pod koronami drzew, dowcipkując, pijąc, śmiejąc się i świętując radosny i mokry “bergamt” – spotkanie po szychcie.

Po zachodzie słońca nadchodził czas na tańce i wesoła młodzież tańczyła żwawo okręcanego aż do jedenastej w nocy. Gdy tylko zapadły ciemności, na stołach i w altanie, gdzie przygrywali muzykanci, zapalano potężne lampy górnicze. Niejeden błędny ognik płonął też w głowie upojonego na wesoło górnika, któremu czasem trudno było odnaleźć drogę do rodzinnej wioski. W cichą noc lipcową na ścieżkach wiodących pośród dojrzałych pól można było usłyszeć glosy rozbawionych górników, śpiewających w drodze powrotnej z festynu piękne pieśni górnicze, idących bez troski o szarą prozę jutra, smakujących przyjemności święta górniczego i festynu piwnego.

 

Arkadiusz Poźniak-Podgórski – Tarnogórzanin z urodzenia i przekonania, ostatni poddany cesarza Wilhelma. Inżynier, przedsiębiorca, Ślązak, Niemiec, Polak, Czech, nawet Rusin, jak dobrze poszukać. Człowiek pogranicza.

Polecamy także inne teksty autora na blogu „Na krańcu królestwa”.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza