Monika Neumann: Świętej Anki

Nieśmiały promień słońca, które zaczynało majaczyć gdzieś nad linią drzew i mrugało raz po raz zza zielonego listowia, wdarł się poprzez kwiecistą koronkę firanki do pokoju i pogłaskał śpiące dziecko po wystającym znad pierzyny nosie. Głowa zasłonięta rozlewającymi się po całej poduszce kosmykami włosów obróciła się powoli i leniwie. Oddech przyśpieszył o dwie mikrosekundy, a ręka odsunęła na bok ramię maskotki, które przy ruchu i zmianie wysokości poduszki opadło dziecku na czoło.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Po chwili do na wpół świadomego umysłu dotarł odgłos kroków stawianych piętro niżej. Ciężkie, powolne, ale stanowcze niosły się ku górze klatką schodową, wyrywając przy tym umysł dziecka z krainy snów i dziwnych marzeń. Po chwili do wystającego znad pierzyny niewielkiego nosa dotarł charakterystyczny zapach parzonej kawy zbożowej, gotowanego siemienia lnianego i czosnku. Codziennie, zanim ktokolwiek w domu wstał, ciężkie kroki udawały się do waszkuchnie i sam śniŏdały. Zanim ktokolwiek w domu zdążył się rozbudzić, przyoblekały ciężkie strzewiki, spodnie na szelkach, spraną z jakiekolwiek koloru lnianą koszulę i wychodziły powitać świtający dzień, obejść gospodarstwo i sprawdzić, czy żaden zły duch w nocy nie skrzywdził zwierząt, nie zaszkodził plonom, czy pogoda nie splatała figla, czy maszyny bezpiecznie i na miejscu przespały noc.

Dziecko, już obudzone, wciągając w płuca ten poranny zapach, tak typowy, rozpoznawalny, moszczący sobie w pamięci stałe miejsce, czując słońce nagrzewające powietrze w pokoju i słysząc kroki udające się do drzwi na dwór w końcu, wstało. Szybko, nieporadnie ubrało zoki i w poszukiwaniu papućkōw udało się na dół, gdzie odnalazło swoje własne, o wiele mniejsze i bardziej kolorowe szczewiki na beztydziyń, wciągnęło je na stópki, spoglądając przy tym z mimowolnym chichotem na dwie różne skarpetki i niewielką dziurę przez którą zalotnie mrugał do niej duży palec prawej stopy. Szybko upomniało się, żeby zachować ciszę i wybiegło na dwór, by dogonić starszego mężczyznę.

Dziewczynka przywykła przez te wszystkie dni, że dnie od rana do wieczora były ciepłe, nagrzane słońcem, biegając po podwórku jej skóra pokrywała się od razu potem i kurzem, klejącym się do lepkiej skóry rozgrzanego zabawą dziecka. Tak samo dzisiaj, wybiegła uśmiechnięta, jeszcze zaspana, ciepła od snu, pachnąca wciąż dziecięcym szamponem i oliwką dla maleństw.

Opa! Opa, cekej!- zawołała z całego serca.

A cōz Ty?- zapytał mężczyzna odwracając się do dziecka. Piżamka była nieco za duża i rękaw był jej ździebko za długi, podciągała go raz po raz, ale on i tak wiedział swoje i posłusznie grawitacji opadał i zasłaniał niewielką rączkę.

Jŏ tes chca iś. Kaj idzies?- wyrzuciła z siebie jednym tchem.

-Mama z papōm wiedzōm kajś ty jes?- zapytał. Dziecko pochyliło głowę i zajrzało na swoje stopy.

Nie wiam- zza włosów, które zasłoniły całą twarz, dobiegła nieprzekonana odpowiedź.

-Idziymy wypuścić kury- odpowiedział w końcu mężczyzna i mrugnął dziecku, które podskoczyło i podreptało za nim.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Rozglądając się wokoło, dziewczynka zauważyła, że niebo nadal było szaro-różowe, a w słabym świetle budzącego się dnia na trawie migotały tu i tam krople rosy, których już od jakiegoś czasu nie widziała. Powietrze było wyjątkowo rześkie, a nad łąkami snuła się delikatnie mgła.

Ôd świyntej Anki zimne poranki- powiedział mężczyzna, spoglądając na dziecko, które złapało się wokoło tułowia rączkami, idąc hardym krokiem za mężczyzną.

Mie niy ma zima- brzmiała sporna odpowiedź, którą miały potwierdzić wyjątkowo stanowczo stawiane kroki. Intensywność tych kroków sprawiła, że obraz zaczął nieco falować, aż nareszcie zniknął już całkiem.

Rześkie powietrze płynęło przez otwarte okno, opadało na jasne panele podłogi i wędrowało po pokoju. Natrafiło na nogi łóżka i wspięło się po nim, by po zmiętolonej pościeli natrafić na stopę śpiącej dziewczyny. Prześcieradło owijało się wokoło kostki i wracało do niej gdzieś w okolicach zarzuconej na brzuch ręki. Stopa drgnęła, a głowa obróciła się w nieco na poduszce, zrzucając przy tym włosy, które plącząc się wokoło twarzy zasłoniły oczy, policzka i zalały połowę jaśka, który odpoczywał nie pod, a obok głowy. Ręka po chwili drgnęła i odsunęła włosy od twarzy, dziewczyna usiadła na łóżku i spojrzała w kierunku okna, przez które razem z chłodnym powietrzem sączyło się też srebrzyście różowe światło zbliżającego się świtu. Podeszła bliżej i okiem ogarnęła pola, w połowie ogołocone, chmury sunące gdzieś daleko na horyzoncie, objęła się ramionami i zdała sobie sprawę, że już nadeszły.

Ôd świyntej Anki zimne poranki- szepnęła do wspomnień, które niemal obezwładniająco spłynęły na nią, razem z zapachem parzonej kawy zbożowej i odgłosem kroków piętro niżej, których przecież od lat nie mogła spotkać nigdzie poza sennymi marzeniami zapakowanymi w cienką folię pamięci.

Mōnika Neumann

„Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice…” Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest absolwentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza