Monika Neumann: Sam durch grŏ muzyka

-Pa-ra-ra-ra-ram… Pam-pam… Pam-pam… Pa-ra-ra-ra-ram… Pam-pam… Pam-pam…– nuci na głos mężczyzna o nienagannej postawie, z lekko oszronioną już skronią, w zakurzonym fraku i niewypolerowanym trzewiku. Kiedyś zwali go hrabią. Dziś obraca się w takt muzyki, która gra już tylko w jego wyobraźni. Ale jak cudownie rozbrzmiewa w niemal pustym pomieszczeniu z paroma starymi drewnianymi bibliotekami i wciąż pięknym, białym piecyku.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Pa-ra-ra-ra-ram… Pam-pam… Pam-pam… Z dezaprobatą puka w szybę, która ledwo co opiera się pokusie, by nie potrzaskać się i nie wypaść z zmęczonej ramy. Wygląda przez inne okno, którego szyba już jakiś czas temu poddała się w walce z czasem i spogląda na skąpane złocistym blaskiem zachodzącego słońca drzewa starego parku. Gałązki, wciąż nagie, spragnione ciepła, chłoną ten blask. Pa-ra-ra-ra-ram… Pam-pam… Pam-pam… Obraca się w takt wyimaginowanej muzyki i wpada prosto w ramiona uderzająco pięknej kobiety o porcelanowo białej cerze, starannie ułożonych lokach, w postrzępionej, tu i tam nadgryzionej przez jakąś głodną mysz sukni.

-Schau mal da, liebster1szepcze dźwięcznym głosem, wyciąga swoją zgrabną rękę o niemal mlecznej cerze i wskazuje na dwoje młodych ludzi.

-Emma! No pocekej! Emma, nie uciekej! Emma, no prosa cie! Emma!

Hrabia podąża wzrokiem za kobietą i widzi nieszczęsną parę, która wykłóca się na ulicy. Dziewczyna zatrzymuje się, opiera dłonie na odzianych w odrobinę zbyt szerokie dżinsowe spodnie, wciąż szczuplutkich i lekko spiczastych biodrach, przechyla głowę tak, że grzywka krzywo opada jej na czoło i zanosi się już z zamiarem powiedzenia czegoś wysoce zabawnego, mądrego, może nawet nieco złośliwego, jednak tego hrabia już nie słyszy, bo odpowiedź zostaje zagłuszona przez perlisty śmiech kobiety obok.

-Man sollte denken, dass sich mit den Jahren doch etwas verändert hat. Aber nein. Sie sind genauso, wie sie es damals waren2.

-Menschen bleiben Menschen, egal im welchen Jahrhundert.

Hrabia wzrokiem śledzi dwoje młodych ludzi i z uśmiechem obserwuje, że chłopak w dziurawych spodniach i koszuli w wielobarwną kratkę, udając, że wcale nie jest mu zimno, już trzyma swoją białolicą za dłonie.

-Emma, przeca wiys, ze jŏ nie jes taki.

-No ja, gŏdka to mŏs. Yno ty to po prŏwdzie nic wiyncyj jak gŏdać poradzis…

-Emma- słychać tu więcej ostrzeżenia, niżeli prośby. Hrabia widząc, że ramiona młodzieńca, lekko przydługawe, przygarnęły dziewczynę, odwraca się i spogląda na swoją hrabinę, kroczącą po skąpanej delikatnym, wciąż nieśmiałym mrokiem sali.

-Miz… Mickiewicz?- pyta, biorąc do odzianej w białe rękawiczki dłoni książkę, która wypadła z regału i rozsypała swoje stronnice po niegdyś pięknym parkiecie.

War ein polnischer Dichter3odpowiada hrabia, mając uciechę z problemów związanych z wymową nazwiska, którym towarzyszy urocze wydymanie ust.

-Ah…- odpowiada obojętnie hrabina i wkłada książkę nazŏd. Obraca się parę razy wokoło własnej osi, a wokoło niej wznoszą się tumany kurzu, które w ostatnim blasku słońca długo wirują w powietrzu, niczym miotane przez wiatr płatki śniegu. Hrabia z uwielbieniem wpatruje się w swoją towarzyszkę. Pa-ra-ra-ra-ram… Pam-pam… Pam-pam…

-Und was macht das Fahrrad da unten und die seltsamen bunten Spielsachen?4

-Naja… Wir haben es doch 1937 zum Kinderheim gemacht? Weißt du nicht mehr?5

Ah ja. Es ist halt so lange her.6

Hrabina podchodzi do swojego męża i opiera głowę na jego ramieniu. Spinka z jej włosów spada na ziemię i kaskada nieposkromionych loków opada na jego frak, strzepując przy tym odrobinę kurzu. Pa-ra-ra-ra-ram… Pam-pam… Pam-pam…

Emil, ale wiys, jŏ jus musa nazŏd do dum. Papa be zły, jak po ćmie wrócam.

-Pódź. Bez park cie odkludza, to be warciej i zŏdyn w duma nic nie powiy. Ale Emma, jŏ i tak jutro przida. Nie bymy zowdy pod Schlossym zŏlytów odprŏwiać. Jescy nŏs hrabia postrasy.

Ten krztusi się śmiechem, gdy docierają do niego strzępy rozmowy. Słyszy trzaskanie gałązek pod stopami nastolatków i miękki szelest jeszcze suchej trawy.

Noc zbliża się wielkimi krokami, jej dłonie delikatnie trącają gałęzie drzew z pierwszymi pąkami liści, jej suknia klei się do źdźbeł trawy, pochłaniając coraz to większe połacie świata. Ziemia pachnie wilgotnie, oddaje zebrane w dzień ciepło i wytrąca je w noc, poruszając maleńkie drobinki w powietrzu. Ta noc pachnie życiem. W zamku panuje już ciemność, jedynie światło księżyca wdziera się przez brudne szyby i oświetla hrabiego i hrabinę.

-Liebster, es ist nicht unsere Zeit. Lass uns gehen.7

-Die Nacht ist aber so schön. Spürst du es? Fühlst du die Nacht? Ich…8

-Wir können es nicht mehr spüren oder fühlen, nicht so richtig. Ich fühle den Staub auf mir, ich spüre den Mondschimmer durch meinen Körpers scheinen. Ich spüre jede Diele unseres alten Schlosses und ich weiß, ich muss bald weiter.9

-Nur noch ein bisschen.10

-Na gut11odpowiada hrabina i obraca się wokół własnej osi. Podnosi ręce do góry i na moment pomieszczenie rozbłyska światłem tysiąca świec zawieszonych na bieluśkim jak śnieg suficie. W powietrzy słychać szmer rozmów, sunięcie jedwabiu po wypolerowanych deskach, słychać fortepian, szelest, śmiech. Oczy hrabiego lśnią. Podchodzi do swojej hrabiny, obejmuje ją i w ciemności delikatnej, niemal już wiosennej nocy suną, tańczą walca, cały pałac tańczy i nuci. Para kręci się wokoło własnej osi jeden raz i drugi i trzeci i… Pałac znów milczy. Tak prawie. Bo gdzieś pomiędzy opuszczonymi ścianami słychać ciche pa-ra-ra-ra-ram… pam-pam… pam-pam…

2Chciałoby się myśleć, że przez te wszystkie lata coś się zmieniło. Ale nie. Oni dalej są tacy sami, jak wtedy.

3Był polskim poetą.

4 A co na dole robi rower i te osobliwe kolorowe zabawki?

5 No tak… W 1937 zrobiliśmy z tego sierociniec. Nie pamiętasz już?

6Ah tak. To po prostu było tak dawno temu…

7Najdroższy, to nie jest nasz czas. Chodźmy.

8Ale noc jest taka piękna. Czujesz to? Czujesz tą noc? Ja…

9My już nie możemy czuć, nie tak naprawdę. Czuję kurz na sobie, czuję jak księżyc lśni poprzez moje ciało. Czuję deski naszego zamku i wiem, że za chwilę muszę iść dalej.

10Jeszcze tylko trochę.

11No dobrze.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Mōnika Neumann

„Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice…” Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest absolwentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza