Monika Neumann: Rozdŏwka

Powietrze było ciężkie i wilgotne, pachniało słodko na ziemię, kwitnącą lipę i ciepłe promienie słońca, które jeszcze wczoraj pieściły dachy domów, drogi, kiełkujące w ogrodzie warzywa i korony drzew. Świeża zieleń, tak bardzo spragniona tych wyczuwalnych opadów, otwierała się na ciepły majowy deszcz, który lada chwila miał spaść z nieba i napoić rośliny. Poranna rosa wciąż dokładnie oklejała źdźbła trawy, niczym nietykalna biżuteria wisiała na delikatnych niciach pajęczyny rozwiniętych między sztachetami drewnianego płotu, spływała po kiełkującej naci pietruszki prosto w ziemię. Liście kwitnących kasztanów rosnących po obu stronach ścieżki szemrały z zaciekawieniem, gdy drogą szła dziewczyna z młodym chłopakiem, oboje z stertą tac z ciastem w dłoniach.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Na rozdŏwka?- zagadała kobieta opierająca się o swój płot. Otworzyła ulicka, żeby młodzi mogli przejść i spojrzała na ich tace. Podniosła dłonie, jakby chciała już jedną chwycić, jednak po chwili jej ręce zastygły i powędrowały w kierunku fartucha, by niecierpliwie go gładzić.

Na rozdŏwka- odpowiedziała z uśmiechem dziewczyna- Mōmy dla wŏs ździebko kołŏca weselnego, co bandzieta sie z nami radować, kiej my bymy wesele fajrować- dodała po chwili i spojrzała na chłopaka obok. Ten podał tackę kołŏca z gałązką mirty kobiecie, której okrągła twarz zaczęła cała promienieć, jakby już tylko przez trzymanie tacy mogła czuć słodki smak posypki i maku.

Dziynkuja wōm. Takŏ modoł ta nosŏ sōmsiadka, kiedyś ty nōm tak urosła, nojprzōd to zym wierzyć ani nie chciała, kiej padali, że sie bandzies wydŏwać, jŏ padōm dyć to je jesce blank modŏ dziołcha. A potyn zapowiedzi w kościele i jezichkusie, jak zym sie na Ciebie ôbejrzała to richitg, przeca tyś je rok starsŏ ôd nasej Francki, a ôna jus przesło rok abo i wiancej jus pannōm nie jes- zaczęła trajkotać, ściskając w dłoniach drogocenny kołŏc, aż posypka zaczęła się kruszyć i sypać prosto na zieloną trawę. Dziewczyna nerwowo uśmiechała się do kobiety, jej usta zastygły w uśmiechu, który już nie obejmował jasnych oczu i zerkała nimi na narzeczonego, wiedząc, że jeszcze chwila, a nie będzie miała możliwości odwrotu, bo kobieta zaleje ich swoim słowotokiem i chwyci w sita jednostronnej rozmowy.

Nie zaś takŏ małŏ- odpowiedział chłopak, który jest niewiele wyższy od dziewczyny– Na pewno dojś srogŏ, by sie wydŏwać. A my musimy iś dalyj, bo jesce trocha, a u mojej tanty Adeli kole starego krziza bymy blank nieskoro, a ôna przeca tak wartko spać chodzi- odpowiedział przyszły młody i tym samym zgrabnie ominął zapuszczone przez kobietę sidła, ukłonił się podnosząc przy tym wolną dłonią swój kapelusz, który dostał niedawno od wymienionej ciotki i poprowadził wybrankę dalej obraną przez ich obu ścieżką.

Niebo opadało coraz niżej, chmury zdawały się dotykać czubków drzew, ocierały swoje grube brzuchy o ich najwyższe gałęzie, ryzykując, że za chwilę pękną. Dzień stawał się coraz ciemniejszy, zapach deszczu intensywniejszy, a oni szli już do ostatniego domu na ich liście. Była to zagroda położona nieco na uboczu wioski, po obu stronach starego domu roztaczały się łąki. Na każdej sztachecie starego drewnianego płotu wisiała czerwona wstążka, falująca przy każdym nawet najmniejszym powiewie wiatru.

A na cuz te majśki?- zapytał z ironicznym uśmiechem, gdy przechodzili przez furtkę w kierunku drzwi.

Cerwōne ôdpyndzioł złe uroki- brzmiała odpowiedź dziewczyny, która wzrokiem próbowała przywołać swojego lubego do porządku, ten jednak, posłuszny swojemu wewnętrznemu żartownisiowi, bawił się w najlepsze. Obok drzwi stała olbrzymia drewniana beczka, która najlepsze lata miała już za sobą. Włożono do niej doniczkę z której wylewała się mięta, melisa i rumianek zawiązujący pierwsze kwiaty.

Na tej becce pewnie lŏce nocōm- żartował chłopak podchodząc do na niebiesko pomalowanych drzwi. Tym samym kolorem ozdobione były okna i okiennice. Na parapetach ustawione były kolejne doniczki, w których kiełkowały rośliny, których chłopak nie potrafił zidentyfikować.

I ciepie miyntōm w ôkna mōndrŏkōw- odpowiedziała dziewczyna i ponownie próbowała przywołać chłopaka do porządku.

A kiej sie robi ćma i miesiōncek wychodzi, to skŏca na becka i lŏca wele kŏzdego strōmu kole twojygo dōmu- odpowiedziała kobieta, otwierając wszerz błękitne drzwi tuż przed nosem młodzieńca.

-Jŏ… jŏ yno chcioł– zaczął się jąkać chłopak, który o mało nie upuścił ostatniej tacy kołŏca. Kobieta szybko uchwyciła ciasto i podniosła gałązkę mirtu, która spadła. Przy tym niektóre z kruczoczarnych włosów, ściągniętych z tyłu głowy w surowy kok, opadły do przodu i srebrne pasmo błysnęło młodzieńcowi w oko. Chłopak nie wiedział, czemu wywołało to w nim taki niepokój.

-Myrta, Adam chyciōł ja kiej uciekoł z raju, co by mu szczyńścia prziniōsła- powiedziała spoglądając na gałązkę, po czym podniosła wzrok ciemnych oczu prosto na twarz młodzieńca.

Winszujes mi tego szczyńscia, albo chces je sobie zapewnić? Wia, żeś chcioł ździebko poszpasować, co ta twoja dziołcha by sie uśmioła– uśmiechnęła się do niego i podała mu gałązkę.

Chcymy być szczyńśliwi, ale wōm tes sie przidŏ, a kołŏc zowdy dobry, prŏwda?- odpowiedziała nareszcie dziewczyna i uśmiechnęła się promiennie do kobiety. Ta uchwyciła wolną ręką jej dłoń, uścisnęła ją mocno i spojrzała prosto w oczy.

-Mogłabych ci pedzieć- zaczęła i jej oczy zaczęły migotać- Ale ty nie bandzies chciała wiedzieć. Dziynkuja wōm, że zyśta ô mie pamiyntali- przyłożyła dłoń do policzka dziewczyny i uśmiechnęła się ciepło- A terŏski wartko ciśnijcie nazŏd, bo zarŏs be padać, co nie pedzōm, że heksa wōm descu nasłała.

-Abo nie zmokniymy i potyn heksenszus dostaniymy- próbował zażartować chłopak, który znów odzyskał pion.

Musis to jesce ździebko poćwiczyć-odpowiedziała kobieta, odwracając się do nich i puszczając oko zza pleców, gdy zamykała drzwi.

Wtedy pierwsze krople deszczu opadły na ich twarze, zaczęli więc biec w kierunku domu. Wtedy ciasny warkocz się poluzował i kilka pasm jasnych włosów uwolniło się z upięcia, pozwalając przy tym srebrnej kępce włosów zabłysnąć. Wtedy chłopak sobie przypomniał, co go przed chwilą tak zaniepokoiło.

A ta heksa, to dobrze Cie znŏ?- zapytał gdy przeszli już kawałek wybraną wcześniej przez siebie ścieżką.

-Ta heksa to jes moja pŏtka- odpowiedziała i uśmiechnęła się w ten specyficzny sposób, który zwiastował niebezpieczeństwo, w ten specyficzny sposób, dla którego postanowił zaprowadzić tą dziewczynę przed ołtarz z wiankiem mirty na głowie.

Monika Neumann – Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice… Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest studentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza