Mōnika Neumann: Pod kamieniami

Liście drzew, których korzenie sięgały głęboko w tajemnice ziemi, zaczęły pod dotykiem wartkiego nurtu powietrza głośno wołać. Kołysane przez nieśmiały wiatr to w jedną, to w drugą stronę, rozpoczęły swoje opowiadanie. Pojedyncze, porwane przez nieco bardziej namiętny powiew, zaczęły opadać. Wirowały szalenie szybko, tańczyły do melodii wyznaczanej przez ich pobratymców, melodii starej, pradawnej, tak pierwotnej, jak sam wiatr kołyszący je do snu. Słonce, zachodząc, przedzierało się między kruszącym się murem, a listowiem, którego gęstwina częściowo zasłaniała jakikolwiek widok z lotu ptaka i padało na stare kamienie z napisem, którego nikt, poza starymi duchami tej ziemi, nie mógł już odczytać. Wryte w kamień ludzką ręką, która dawno temu zamieniła się w ducha, w wspomnienie, którego nikt już nie mógł pamiętać, sprzeciwiały się czasu i ziemi, która powoli przyciągała je do siebie, jak zapomniany i opuszczony człowiek złakniony ciepła objęcia i uścisku ludzkiej dłoni.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Liście opowiadały historie, których żaden człowiek nie mógł zrozumieć, ba, nie miał prawa usłyszeć dopóki jego serce wciąż żywo biło w piersi. Szumiały, szemrały, szeleściły, gdy w nocy świerszcz cykał sam do siebie, gdy krople deszczu odbijały się od ich zielonych blaszek, gdy słońce swój żar zrzucało prosto na ich powierzchnię, a księżyc lał po nich swoją farbę. I tak, otulone w samotność liście już dawno przestały się przejmować. Były same, one, konary drzew i kamienie były już zupełnie same. Czasami jakiś zagubiony ptak podlatywał, siadał i śpiewał, a one słuchały. Ptak śpiewał pięknie, bo dla wspomnień, których nikt już nie mógł pamiętać. Czasem jakiś niewielki stwór przeszedł po listowiu, jakaś gałązka zatrzeszczała, martwe liście na ziemi zaszemrały, pszczoła przefrunęła z kwitnącego rzepaku między drzewami i zawróciła po jakimś czasie. Tylko cisza, przerywana przez głos natury, pierwotnej pani tego miejsca, mogła sam wytyczać czas, bo wszyscy obecni tutaj ludzie już dawno zasnęli i ziemia przykryła ich życia, rodziny, losy i pamięć.

Gdy tylko czyjaś noga stawiała pierwszy krok na tym skrawku ziemi, szemranie liści podnosiło się, odpowiadało na śmiałe zakłócenie ciszy i spokoju, w żywym spojrzeniu odbijało obrazy. Wszystko było tak bardzo inne niż wtedy, gdy pierwszy raz człowiek stanął właśnie tu, postawił mur i przyniósł swoje kamienie. Teraz nie było ani łez, ani pożegnań. Modlitwa była inna, ale nawet, jeśli nie spływała z ust, to oczy powagą wypowiadały jej słowa przy każdym mrugnięciu. Gdy ciepła dłoń dotknęła muru, krew uderzająca rytmicznie w żyłach wprawiła wszystkie pokruszone cegły w drżenie. Rośliny plątały się o te stopy, odkrywały kamienie, by przypadkiem na nich nie postawiono kroku, by nie zdeptano ostatniego skrawka ludzkiej pamięci, który pozostał po prawie trzech stuleciach.

– Poradzis to przecytać? – pyta głos i wskazuje na frakturę niemiecką wyrytą w poobijany kamień
– Toć, yno sam jes po hebrejsku to jŏ nie pochŏpia, ôbejrz – szepnął głos i przesunął dłonią po wyrytych znakach, wciąż widocznych, powalonych przez czas, leżących, ale wciąż upartych.
– Unserer Schwester, Wilhelmine… – zaczął czytać głos w innym miejscu. Kamień w cieniu drzewa milczał, jednak światło padało poprzez szemrające listowie prosto na twarz czytającej i malowało w jej spojrzeniu kolejne obrazy.

Wilhelmine czarującym uśmiechem wita gościa, ciemne loki wiją się wokoło jasnej szyi, śmiech wznosi się w powietrze, wibruje, cząstki powietrza drgają niezmiennie od 1832 roku. Światło idzie dalej, rysuje mężczyznę w sędziwym wieku pochylającego się nad kamieniem, w innym miejscu biegnie dziecko, skacze wysoko nad trawą. Gdy samotność z ciszą zaczynają bawić się w chowanego, światło zachodzącego słońca rysuje cienie. Te opowiadają, piszą, przesuwają się nad literami wykutymi w kamień, by, gdy zapadnie noc, znikać. Powieka opada, źrenica chowa się pod zasłoną rzęs, światło gubi się, traci kontakt, obraz znika.

– Pōdź sam, ôstŏw ciynie, po ćmie nie bymy im gŏdać dobranoc – mówi spokojnie inny głos.
– Myślis wiela by nōm pejdzieli?
– Kans, ździebko, abo nic, cowiek i ciyń nie porozprawiŏ sie po jednakymu.

Powieka kolejny raz opadła, ciemna kurtyna kilkakrotnie przemierzyła południki ludzkiego oka, zamknęła obrazy, których świadomość nie była w stanie przyjąć, zrozumieć, zarejestrować w umyśle, którego granice kończyły się na twardej powierzchni kamienia. Usta rozszerzyły się w słabym uśmiechu, ręce oparły o kolana, nogi podniosły całą postać i stopy znalazły wydeptaną wcześniej ścieżkę do auta i do domu.

Szemranie opadło, gdy słonce rozlewając się w purpurowej rzece zaszło za pola kładącego się, już prawie dojrzałego rzepaku. Cienie zapadły w sen, schowały się pod wiekowymi kamieniami, zimnymi, wilgotnymi, z wyrytymi znakami i pieczęcią wspomnień, bo tam było ich miejsce. W zaciszu, bezpiecznym przed wścibskimi spojrzeniami. W nieporuszanym przez ludzki oddech powietrzu, wciąż drgały słowa starych modlitw, głosy wspomnień pogrzebanych i zapomnianych, obrazy malowane światłem i historia zakuta pomiędzy literami, bluszczem i suchą trawą.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Mōnika Neumann

„Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice…” Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest absolwentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza