Monika Neumann: Pierōm sie przi Ôbrŏzku

Kobieta bezradnie spogląda przed siebie. Widzi drogę, widzi lasy, widzi ludzi, zrozpaczonych, zanoszących się z modlitwą ku niebiosom i ku niej. Ich oczy są podkrążone, przekrwione, niektórzy wyglądają niezdrowo. Krople potu zdobią ich czoło, niczym sznur rozsypanych pereł spływający po kościstych obliczach. Szurają nogami po wilgotnej ziemi, błoto lepi się do ich trzewików. Rzykajōm, ale ich myśli są nieobecne, wędrują do domów, w których leżą ich bliscy, którym życie ucieka z każdym gorączkowym oddechem z płuc w kierunku pochmurnego nieba.

Wiele by zrobiła, by móc się teraz wyrwać z płótna, oswobodzić nieustannie błogosławiące ręce i objąć wszystkich tych, którzy tak gorliwie się jej powierzają. Wiele by zrobiła, by móc teraz przebić zbite, wymyślnie zdobione drewniane ramy. Ale była na wieki wpisana w płótno, w które wsiąkła jej wielobarwna krew.

Ludzie szli przed siebie, jakaś kobieta jękliwym głosem zaintonowała litanię i echem przez pola, w kierunku lasów, uniosła się modlitwa do świętego Rocha, patrona kościoła, będącego świadectwem zwycięstwa nad zarazą w pobliskiej wiosce.

Monotonię tego krajobrazu przerwały postacie, które energicznie poruszały się na horyzoncie. Biegli bez pole, w ich dłoniach lśniły widły, cepy, drewniane narzędzia. Modlitwę przerwał niemal wojenny okrzyk tych majaczących coraz bliżej postaci.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

-Fōrt! Nazŏd lyźcie. Fōrt.

-Sofort!

-Nazŏd, weg z wasōm zarazōm!

Kobieta na obrazie nie wiedziała co się dzieje, bo po chwili ci ludzie, którzy z modlitwą i nadzieją ciągli swoje zmęczone kończyny krok po kroku do kościoła, byli okładani drewnianymi narzędziami, sami odnajdując w sobie pokłady energii, by oddać agresję. Rozpacz, żałoba i lęk wnet przeobraziły się w pożerający wszystko dookoła gniew, modlitwa zamieniła się w pomstę do nieba, jedno wielkie przekleństwo na ten los, w którym przychodzi im żegnać rodziców, dzieci i małżonków w jednym tygodniu.

Dej pozōr tyż:  Śląski rodowód kartofla

Wnet ôbrŏzek ląduje na ziemi, kobieta widzi już tylko ziemię, zaoraną, widzi kiełkujące zboże, zielone listki wybijające się z ziemi pełnią życia ku słońcu. Już teraz tylko słyszy odgłosy walki, jakiś mężczyzna ląduje tuż obok niej. Pluje krwią, wśród której bieli się ząb.

Majaczące postacie, bojąc się zarazy, walczą o swoje życie, o życie swoich dzieci, życie rodzin poskrywanych w chatach, rzykających  przy ciepłym płomieniu gromnicy. Biją tych ludzi, tak poznaczonych przez chorobę i strach. Biją, bo się boją. Biją, bo są źli. Biją, bo nie wiedzą, co innego mogą zrobić, by uratować siebie i swoich bliskich przed tym, co widzą przed sobą.

Kobieta, która przed chwilą śpiewała litanię, teraz krzyczy, płacze i zawodzi, gdy ktoś zanosząc się na mężczyznę, uderza ją w bezzębną już twarz. Krzyczy, płacze, ale po chwili z furią rzuca się na zaskoczonego mężczyznę. Urodziła trzech synów. Wszystkich wychowała na rosłych chłopów. Wszyscy trzej leżą teraz z gorączką, majacząc jak mali chłopcy. Mężczyzna, który wcześniej niósł ôbrŏzek, teraz podnosi do góry innego, trzymając go za gardło. Tamten dusi się, macha nogami w powietrzu, spogląda w przekrwione, przepłakane oczy, z których bije żałoba zmieszana z wciąż tlącą się nadzieją. Stracił niedawno ochrzczone dziecko, ale jego żona, gdy opuszczał z pielgrzymką dom, wciąż żyła. Jego matka pochylała się i chłodziła jej czoło mokrym ręcznikiem. Biją, bo się boją. Biją, bo są źli. Biją, bo spotkał ich ten paskudny los.

Dej pozōr tyż:  Na szpicy

Po chwili ktoś zaczyna płakać. Jakiś chłopak cofając się wpada na drewnianą ramę, ôbalōł się o obraz i obraca go. Obraz Maryi znów widzi. Mężczyzna rzuca kij i klęka, zanosząc się płaczem. Wszyscy zatrzymują się w połowie ruchu. Nagle robi się dziwnie cicho. Czas jakby się zatrzymuje. Nikt nie ma odwagi wziąć kolejnego oddechu .Wiatr rozwiewa strzępy ubrań na chudych pielgrzymach, którzy wciąż trwają w walecznym uścisku z przeciwnikami. Wyglądają trochę jak przerażone strachy na wróble w groteskowym teatrzyku kukiełkowym, w którym ktoś nagle przerwał przedstawienie. W powietrzu słychać głośny śpiew ptaków. Słychać kołysanie się źdźbeł trawy, słychać krople deszczu opadające na najwyższe gałęzie drzew.

W końcu kobieta przełamuje urok. Jej płuca, wciąż zdrowe, domagają się powietrza i wciągają je pełną parą do środka. Wszyscy przytomnieją i spoglądają na siebie, widzą poszarpane koszule, krwawiące usta, widzą puchnące oczy. Rzucają wszystko, co mają w dłoniach i zaczynają się wycofywać, krok po kroku, powoli, jakby mieli nadzieję, że wszystko, co się przed chwilą wydarzyło, w taki sposób się odstanie.

Zapominają o Niej na ôbrŏzku. Zapominają o Tej, która niemo spogląda na to wszystko. Po jakimś czasie ktoś ją zbiera, wiesza wysoko, by spoglądała na tą krainę, na zboże kiełkujące rok po roku z wilgotnej ziemi, pełnej życia, przyjmującej koniec końców wszystkich zmęczonych pielgrzymów, by odpoczęli po swojej pełnej trudów drodze. Spogląda w błękitne niebo, na którym wyrastają potężne kwiaty wielobarwnych chmur, a w tym smutnym i mądrym spojrzeniu odbija się modlitwa zrozpaczonych ludzi przerywana przekleństwem gniewu rodzącego się z wielkiego bólu.

Dej pozōr tyż:  Na gōrnoślōnskich szportplacach, 11.10.2020

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Mōnika Neumann

„Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice…” Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest absolwentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Śledź autora:

Ôstŏw ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ. Wymŏgane pola sōm ôznŏczōne *

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza