Mōnika Neumann: Październik na budach

Ktoś szturchnął ją niechcący, gdy wychodziła przez wielkie, drewniane drzwi. Potknęła się przez to i gdyby nie maminy płaszcz, którego prędko chwyciła swoją niewielką dziecięcą dłonią, to by się przewróciła na wielkie, betonowe płyty przed kościołem i podarła swoje eleganckie białe rajtuzki, a tego przecież nie chciała. Nie miała za złe chłopcu, który ją przez przypadek niemal przewrócił, że ją przeoczył, bo dzięki niemu miała pretekst, by się na głos roześmiać. Tak mu się śpieszyło, że po drodze zgubił swoją czapkę. Musiał się po nią wrócić, ale wkładając ją na swoją rudą czuprynę włosów, przekonał się, że wpadła do kałuży i swój dalszy bieg musiał kontynuować z mokrym kosmykiem włosów.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Za placem kościelnym, niedaleko budōw ustawionych równym rzędem wzdłuż ulicy, stała grupa chłopców, do której młody zawadiaka zmierzał. W rękach trzymali opakowania z kolorowymi napisami i zapałkami i raz po raz dało się słyszeć charakterystyczne odgłosy petard rzucanych o asfalt.

To sōm gupieloki- skomentowała mała dama w białych rajstopkach z wyższością charakterystyczną dla młodej przedstawicielki płci pięknej i ciągnąc maminy rękaw, zmierzała obok grupy chłopców na budy z kolorowymi cukierkami wystawionymi w drewnianych skrzynkach. Wokoło gromadzili się ludzie z szeleszczącymi szarymi tytkami i dziewczynka dokładnie wiedziała, co jest w środku.

Mama, bierymy kartofelki a te druge rōzowe, ja?- pytała z najbardziej uroczym uśmiechem, na który było stać jej pulchne lica i jasne, otoczone jasnymi rzęsami, oczy.

Ja i dla omy wejźniymy jedna packa ekstra i dla papy wejźniymy te kokosanki- odpowiedziała bardzo poważnym głosem kobieta, ustawiając się w kolejce. Dobrze wiedziała, że za chwilę będzie musiała udać się z córką w kierunku błyskotliwych, hałaśliwych zabawek, które nie dotrwają jutra i każdemu swojemu dziecku dobrać mały prezent.

Ja, ja! Bandzie do kafeju i kołołca- zawołała dziewczynka poważnym głosem, zupełnie jakby była już doświadczonym kawoszem i z powagą ustawiła się w kolejce, zaznaczając stanowczo swoje miejsce, by nikt nie był w stanie się jej wepchać do kolejki. Była mała i łatwo było ją przeoczyć, a ona nie lubiła być przeoczaną i zawsze stanowczo podkreślała swoją obecność, czy to niecierpliwym tupaniem, czy to machaniem rękami. A po dzisiejszym zderzeniu z ognistowłosym chłopakiem czuła się potwierdzona w swojej racji.

Kajś z uchylonego okna dobiegał zapach rosołu i palonych rolad. Znad tytki, do której z łopatki ktoś wsypywał marcepanowe cukierki w powietrze unosiło się kakao. Przed kościołem orkiestra, która przyjechała z wioski obok, grała ostatnią piosenkę, nim zapakuje się do niewielkiego busika i odjedzie. Sztandary i figurki świętych z okolicznych parafii, które dumnie niosły się na procesji odpustowej wokoło ceglanego kościoła, chowały się do samochodów i odjeżdżały. Chopcy puscali jedna petarda za drugōm. Do uszu dziewczynki dobiegał szum ludzi, muzyka, jakiś zabawkowy piesek szczekał irytująco wysokim głosikiem, jakiś samochodzik włączył syrenę. Dziecko niedaleko od nich płakało na cały głos i wyrywało się rodzicom, którzy odchodzili od kramów z zabawkami. Z drzew stojącego za budą, opadł złocisty liść i wirując niczym baletnica na wietrze, zaczął opadać w kierunku dziewczynki, która zaczęła wyciągać ku małemu kawałku złota swoje dłonie. Nikt nie zauważył, jak piękny był ten listek, a dziewczynka nie chciała, by ktoś go przeoczył i przypadkiem podeptał.

-Trzydzieści deko kartofelkōw i ździebko tych rōżowych.

-Mieszanka?– zapytała sprzedawczyni, przekładając odważniki na wadze.

-Ja.

-I kokosanki dla papy- dodała poważnie dziewczynka, która prędko zorientowała się w sytuacji. Złoty liść wysunął się z jej dłoni i upadł obok maleńkiej stópki. Gdy chciała sięgnąć po cukierki, które sprzedawczyni z uśmiechem podawała jej na spróbowanie, coś dziwnego ponownie odciągnęło jej uwagę od słodkich łakoci, na które przecież tak bardzo się cieszyła.

Obok jej twarzy zakołysał się but. Taki blank dziwny szczewik, ździebko choby piyrwej, choby ôd omy, krziwy, ciymny, brzidki. Przewieszony był na sznurku, którym kobieta, która niespostrzeżenie stanęła obok, przewiązała sobie brunatną suknię. Gdy dziewczynka podążyła wzrokiem wzdłuż materiału w dół, zauważyła, że kobieta jest bosa. Gdy podniosła wzrok zauważyła nakrycie głowy podobne do tych noszonych przez siostry zakonne uczące w przedszkolu religii.

Na twarzy nieznajomej gościł błogi uśmiech, spokój i coś jasnego, pięknego,  co sprawiło, że dziewczynka na moment zaniemówiła i zatęskniła za złocistym listkiem, którego teraz nie potrafiła nikaj dostrzec.

Wejź jescy ździebko przed tego synka, co cie przetyn prawie ôbalōł- szepnęła jej do ucha.

A camu?- zapytało zdziwione i onieśmielone dziecko. Nikt zdawał się nie zauważać tej nietypowej kobiety obok, ani ich rozmowy, obie były właśnie przeoczane przez szemrające i zajęte sobą tłumy wokoło.

Jymo zŏdyn nie kupi dzisiej zŏdnej dobrōtki- odpowiedziała i położyła swoją jasną dłoń na czole dziecka, gestem nieco podobnym do sprawdzania gorączki, ale bardziej opiekuńczym, trochę na kształt prędkiego błogosławieństwa.

-A kim wyście sōm?- zapytało w końcu dziecko, gdy nabrało już trochę odwagi.

-Powiam ci tak, zdaje się, ze mōm dzisiej srogi fajer– odpowiedziała i w tym momencie matka zawołała do dziewczynki. Ta się znów obróciła i gdy znów chciała coś powiedzieć do nieznajomej, nie zobaczyła jej obok. Zniknęła, a nad jej głową zawirował kolejny piękny liść.

-Jesce coś ci wziōńś?- powtórzyła z nieznaczną irytacją kobieta.

Moga małŏ tytka kartofelkōw ekstra?- zapytała dziewczynka, rozglądając się przy tym za rudym chłopcem w mokrej czapce.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Mōnika Neumann

„Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice…” Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest absolwentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza