Mōnika Neumann: Niezwykła przygoda zwykłego Erwina

Erwin nie był człowiekiem słów, nie należał do ludzi, którzy potrafią opowiadać, z których ust słowa wylewają się potokiem i niczym rzeka opływają słuchaczy. Nie lubił mówić, nie lubił opowiadać, nie lubił się tłumaczyć, słów używał oszczędnie, wyrzucał je z siebie jak ciężkie klocki. Gdy już mówił, długo dobierał słowa, nabierały one wtedy wielkiej wagi i znaczenia, ponieważ treść, którą ktoś inny, jak chociażby jego żona, zawarłby w dłuższej wypowiedzi, on próbował ugnieść w kilku prostych wyrazach.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Za to Erwin charakteryzował się inną, bardzo istotną cechą. Posiadał bardzo wymowne oczy, zupełnie jakby Bóg postanowił wynagrodzić mu brak polotu w mowie spojrzeniem, które śpiewało ballady, spojrzeniem, które potrafiło napisać epos, spojrzeniem zupełnie oderwanym od wszelkiej przeciętności i zwyczajności erwinowskiej codzienności. Oczy Erwina, w bardzo przeciętnym, typowym, zwyczajnym szaro-niebiesko-zielonym odcieniu, bardzo ciężkim do zdefiniowania, ale według upodobania nawet uroczym, potrafiły prowadzić swoją własną konwersację. Podczas gdy Erwin kiwał tak, jego oczy wprost krzyczały nie. Używały słów, których Erwin prawdopodobnie nawet nie znał. Jego oczy cierpiały i radowały się, zachwycały i wyrażały dezaprobatę, były zaciekawione i znudzone, jego oczy modliły się i przeklinały, czego jego oczy nie potrafiły wyrazić, tego nie wiedział chyba nawet sam Erwin.

Poza oczami Erwin niczym innym się jakoś szczególnie nie odznaczał. Za bajtla był dzieckiem, jakich biegała cała gromada, tylko nie za bardzo potrafił cyganić, wszelkie próby kończyły się mało szczęśliwie spranōm rziciōm. Erwin wyrósł na mężczyznę o przeciętnym wzroście, ni to wysokim, ni to niskim, metr osiemdziesiąt w kapeluszu. Miał dużą twarz o kwadratowej szczęce i gęste, ni to jasne, ni to ciemne włosy, które z roku na rok zmniejszały swoją objętość, ale mimo już trzeciej dekady jego życia, wciąż równomiernie pokrywały skórę głowy, która umiejscowiona była na szerokiej szyi, wlepionej w równie szerokie ramiona, zakończone wielkimi, kwadratowymi, ukształtowanymi przez ciężką pracę dłońmi, które, jeśli Erwin nie pracował, nie czytał gazety, nie jechał na rowerze i nie prowadził konia, miał zazwyczaj skrzyżowane przed wielką piersią, która wciąż w linii poziomej wyróżniała się bardziej niż jego rosnący dzięki kulinarnym staraniom żony brzuch.

Erwin nie miał wielkich oczekiwań od życia. Miał żonę, którą szczerze kochał. Nie była to wielka, namiętna i gwałtowna miłość. To nie było w stylu Erwina. Erwin nie posiadał odpowiednich słów by takie uczucia nazwać. Erwin nie posiadał żadnych słów do nazywania emocji. Z tego też powodu to Erwina oczy wielokrotnie ratowały jego małżeństwo, bo to one mówiły kobiecie, której lata temu niezgrabnie wsunął na palec obrączkę, że kocha ją uczuciem szczerym, mądrym, rozsądnym, spokojnym, trwałym i wiernym. Erwin dochował się dwójki dzieci i krągłego brzuszka żony, w którym raz po raz coś kopało i dawało znać o swojej obecności. Erwin lubił pracować na swoim polu i przy zwierzętach.  Erwina życie było cudownie proste, zwyczajne i gdyby nie jego oczy, sam Erwin mógłby się zupełnie wtopić w tą szarość.

Jednak jego oczy, które tak wiele mówiły, też wiele widziały, były bardzo spostrzegawcze i łapały wiele nieistotnych szczegółów, które spędzały mu sen z powiek. I tak, gdy pewnej nocy wrócił w stanie niepełnej trzeźwości, przed oblicze swojej żony, Erwin nie mówił nic, a mimo to, jego żona niemal zemdlała, trzymając się równocześnie za okrągły brzuch, bo oczy Erwina krzyczały rzeczy tak niesłychane, że kobieta, która przez lata nauczyła się wyczytywać wszelkie odpowiedzi nie z ust, a z spojrzenia swojego męża, ogarnięta wielkim przerażeniem, musiała trzy razy się przeżegnać, zapalić świeczkę przy świętym obrazku i posadzić męża w zasięgu blasku tej świeczki, by się znów uspokoić.

Erwin, powoli dobierając słowa, opowiadał zdawkowymi zdaniami, a jego żona spoglądała w jego oczy, by widzieć to, czego jej mąż opowiedzieć nie potrafił.

Soł zym do dōm z knajpy. Benik i Alfred tes byli. Jŏ wcale kans nie wypiōł. Soł zym gerade aus nach Hause. Wrŏz zym bōł na kopalinie- kobieta widziała, że mężczyzna był szczery, ale w spojrzeniu widziała śmiech i pokrzykiwania. Benikowi urodził się synek. Musieli to ochrzcić ognistą, by mały zdrowo się chował. Każda wymówka była dobra, by udać się do knajpy. Ale ta na pewno lepsza od pozostałych.

Widza, sam chop lezy. Jakoś dziko ôblecōny, chopy opa, kiej soł do lasa. Nad nim drugi, trzimie gewera i kolbōm piyrsymu w twarz. Sam jak krziz stoi bōli, suchać srogie larmo, jedyn dmuchoł w rōg myśliwski, a tyn mu gewerum szlag w twarz. Mozno i postrzelōł go warciyj, bo tejla krwi, cołki cerwōny bōł. Cołki we krwi. Tamtyn uciekoł, a przibiegoł jakiś starsy chop. Tyn, co lezy, jes mody. Fest mody. Za starsym dziołcha leci, tes modŏ, gryfnŏ, takŏ prawie- jakże lakoniczne są te słowa w obliczu tragicznych wydarzeń, których podnadczasowym świadkiem staje się Erwin, nie będący w stanie pojąć tego, co zobaczył. Jego oczy opisują z szczegółami makabryczny obraz miłości, zazdrości i niepohamowanej agresji. Kobieta widzi to wszystko w szaro-niebiesko-zielonych oczach swojego męża. Zacynŏ rzykać zdrowaśki. Wie, o kim mowa, wie też, że jej mąż nie mógł tego wszystkiego widzieć, bo działo się to między wojnami, wie też, że jej mąż to wszystko widział, bo oczy Erwina jus za bajtla nie poradziōły cyganić i ciyngiym prŏwda padały. Jak to się stało, że Erwin widział ostatnie tchnienia Hansa Jungera, który tuż po I wojnie zginął z powodu swojej wielkiej miłości w miejscu, w którym stanął później krzyż, tego on sam pojąć nie potrafił. Jak to się stało, że widział rŏbsika, jak z wściekości i zazdrości morduje rywala do serca pięknej córki leśniczego pracującego u turawskich Garnierów, tego też nie wiedział. Jak trafił po tym wszystkim do domu, to tym bardziej pozostawało tajemnicą zarówno dla Erwina, jak i jego żony. Z tego wszystkiego, Erwin, który nigdy za wiele nie pił, tylko tyle, ile wypadało, by nie wypaść z tej swojej przeciętności, odstawił na dobre kieliszek i choćby koledzy błagali i prosili, na zŏdnygo sznapsika, na zŏdnygo bira, na nic się wyciągnąć nie dał i wszyscy wiedzieli, że mówi poważnie, bo mówił to nie tylko Erwin, mówiły to też jego oczy.

W końcu Erwin był całkiem zwyczajnym człowiekiem, żadnym filozofem, żadnym mądrym, co by to zrozumieć potrafił. Erwin był tym, kim był, nie potrafił wyjść poza ramy samego siebie, takim został stworzony, takim miał umrzeć, taki był świat i Erwin, typowy ślōnski chop, był z tym w zupełności pogodzony, lubił siebie, chociaż nigdy nie ująłby tego w takie słowa. Ale czasem takie niezwykłe rzeczy przydarzały się nie tym, co za mądrych się uważali, tylko tym całkiem zwyczajnym, przeciętnym, nie wysokim, nie niskim, mało mówiącym, ale za to wnikliwie spoglądającym na świat swoimi niezwykle szczerymi oczami, takim Erwinom tego świata.

 

* Historia krzyża na Kopalinie w Bierdzanach została zaczerpnięta z książki pt. “Księga historii Ziemi Turawskiej. Część druga. Duchowni i obiekty sakralne” autorstwa Jerzego Farysa

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Mōnika Neumann

„Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice…” Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest absolwentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza