Monika Neumann: Cień połednicy

Zeskoczył z traktora i zatrzasnął za sobą drzwi. Nagły trzask obudził z przedpołudniowej drzemki psa, który leżał w zacienionym miejscu i z zmrużonymi oczami pilnował podwórka. Leniwie zmienił położenie, szczeknął od niechcenia na intruza i znów położył się do snu. Tymczasem chłopak szybkimi krokami przebiegł podwórko i wparował do kuchni, w której jego matka i babcia siedziały przy piecu. Starsza kobieta w ręku obracała jabłko i wprawnym ruchem oddzielała skórkę od owocu.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Dejcie mi wartko mitag, co zaś na pole wrōca.

-A kaj Ci sie tak uwijŏ?- zapytała starsza kobieta i odłożyła nóż na stół- Na fatra byś pocekoł i z wszystkimi mitag zjŏd.

-Ah, oma… Nie marudź, uwijŏ mi sie, co robota wartko skōńca.

Młodsza z obu kobiet wzięła talerz, nałożyła na niego obiad i położyła przed synem, jej wyraz twarzy jednak zdradzał niezadowolenie z pośpiechu chłopca.

-Mamcia, nie gŏdej ze ty tes. Jes sobota i chciołbych do niedzieli mieć jus wszysko popresowane.

-Tyś je narwany, nic wiyncej. Mŏs to po fatrze. Ale mŏs, nie banam ci jedzynia ôdmawiać. Wejź sie aby dobrze pojydz, a woda ze sobōm weź na pole. Hica tam jes nie z tej ziymiy, a ty ani nic na gowa nie weźnies. Fto cie tam na polu be widzioł, jakŏ mŏs fryzura.

-Posłuchej starej omy, wejź sie to na spokojnie, do wiecora mŏs casu, porobis, a aby cie zŏdnŏ połednica nie postrasy.

-Ah, oma, ty i te twoje bajki…- powiedział cicho pod nosem, po czym wziął spory kęs mięsa i się o mało nie zakrztusił, gdy poczuł w ustach jak bardzo gorące danie jeszcze było.

Gdy wracał, minął ojca, który mu szybko skinął, zadowolony z pracowitości syna. Chłopiec odpalił silnik i ruszył w stronę pola. W połowie drogi zauważył, że zostawił butelkę wody w domu, ale nie chcąc tracić czasu, nie wracał już po nią.

Na miejscu czas mu się strasznie dłużył. Radio nie chciało działać i po kilku próbach trafienia na jakiekolwiek fale, poddał się i całkiem wyłączył aparat. Był gorący sierpniowy dzień, niebo było idealnie czyste, więc słońce bez przeszkód mogło rozlewać po ziemi swój żar. Powietrze jakby stało w miejscu, było niemal nieruchome. Gorąco spowalniało każdy ruch, nawet liście na drzewach, które dawno temu ktoś posadził wzdłuż ulicy, z którą pole sąsiadowało, poruszały się jakby w zwolnionym tempie. Gdy spoglądał przez szybę przed siebie, przestrzeń przed nim jakby wibrowała, nagrzewane cząsteczki rozpoczęły przedziwny taniec. W tym momencie bardzo żałował, że nie wziął z sobą wody. Pusta butelka leżała obok jego stopy i tylko przeszkadzała, szeleszcząc, gdy nogą dociskał sprzęgło, gdy zmieniał bieg na szybszy.

Wiedział, że przed nim została już ostatnia prosta, jeszcze tylko kawałek i będzie mógł wracać. Spoglądał więc przed siebie, ale koniec pola jakby się coraz bardziej oddalał, cząsteczki powietrza coraz szybciej wirowały. Równocześnie delikatny, ledwie wyczuwalny powiew wiatru i ruch nagrzanych liści jakby z zdwojonym nagłośnieniem docierał ponad odgłosem silnika do jego uszu i uspakajał go, wręcz usypiał. Wszystko wokoło wydawało mu się być takie spokojne. Ogołocone z zboża pola były takie puste i odległe. Słoma złociła się w promieniach słońca, przypominając mu coś dziwnie nieosiągalnego, a przecież leżała na odległość wyciągniętej dłoni od niego. Jego własna krew coraz głośniej pulsowała mu w żyłach. Powieki, powoli, milimetr po milimetrze opadały, zawężając jego pole widzenia do niewielkiej szpary, którą raz po razie już całkowicie zamykał, pozostawał przy tym na coraz dłuższe okresy w ciemności.

Gdy już chciał ostatni raz zamknąć powiekę, kątem oka ujrzał ją i nagle, bez zastanowienia zahamował. Maszyna pod tak nagłym ruchem odmówiła posłuszeństwa i wszystko stanęło, w zupełnej ciszy, podobnie jak on. Nie potrafił się ruszyć, cień kobiety, którą zobaczył wywrócił go kompletnie z równowagi, widział ją przez ułamek sekundy, ale był pewien, że do końca życia nie zapomni tego obrazu. Nie wiedział skąd te przerażenie, skąd ten pierwotny strach w jego sercu, skąd te drżenie rąk, które nie pozwalało mu na nowo odpalić silnika.

Próbując mimo to odpalić silnik, rozglądał się wokoło, aż ujrzał niedaleko ulicy dwa niewielkie rowerki oparte o drzewo. Kolorowe wstążeczki przyczepione do kierownicy jednego z nich, powoli poruszały się w rytmie wytyczanym przez leniwy wiatr. Kątem oka znów dostrzegł cień i gdy jego wzrok podążył za tym kierunkiem, dostrzegł dwójkę dzieci bawiących się w słomie. Ogarnęło go przerażenie na myśl o tym, co mogło się stać.

Przez sekundę znów dostrzegł cień kobiety, zanim poczuł, że jej już nie ma. Wtedy cały strach go opuścił, spokojnie odpalił silnik i użył klaksonu, by przestraszyć dzieci, które w tym momencie podskoczyły i pobiegły w kierunku swoich kolorowych rowerków.

Żeby mi to bōł ôstatni rŏs, nastympnym razym biera wase koła na ciōngnik i was fater be mōg je ôdbiyrać ôd nŏs z podwōrka- zawołał za dziećmi na przestrogę, ale mijając je i widząc, że z zaciekawieniem przyglądają się maszynie, pomachał do nich z uśmiechem, jeszcze raz użył klaksonu i skończywszy pracę zjechał z pola w kierunku domu.

Gdy wieczorem wszedł do kuchni, jego babcia nadal siedziała przy stole. W ręku miała kubek jej ulubionej kawy zbożowe, jej oczy utkwione były w piecu kaflowym. Ogień trzaskał, nadając pomieszczeniu uczucia błogiego spokoju. Chłopiec usiadł przy stole i zamknął na chwilę oczy. Widział znów tą kobietę. Stała kilka centymetrów przed traktorem, w białej, poszarpanej sukni. Jej wzrok był tak intensywny, że na samą myśl po plecach przechodziły mu ciarki. Jej oczy były tak dziwnie mądre, jakby przez wieki przyglądały się światu i były zdziwione tym, do czego on przez te wszystkie lata doszedł. Nie była zła, była po prostu niezmiernie smutna, jej smutek dotknął także jego i nie pozwalał mu się uspokoić.

Otworzył oczy, potarł zmęczoną dłonią jeszcze młode czoło i zapytał ostrożnie:

-Oma, zanim jŏ wyjechoł dzisiej bez połednie na pole, to tyś mi coś gŏdała, wiys, te twoje bajki…

-O połednicy?

-Moze być, co to bōła za połednica?

Kobieta podniosła wzrok i spojrzała na wnuka.

Dŏwno tymu moja muter mi padała, ze jak ludzie w żniwa wychodzōm na pole, budzōm duchy. Kobiyty, ftōrym przisło umrzeć w dniu ślubu i nie potrafiōły sie z tym pogodzić, połednice. Teroski mŏs klima, siadŏs do traktora i jedzies, dŏwniej chop broł kosa i sed na pole, a jak fest przigrzało, to nierŏs przichodziōła po niego połednica i zabierała go ze sobōm. Chop, abo i kobiyta abo jaki bajtel mioło udar i jus żywym nie wrŏcoł z pola. Co to lamyntu potyn bōło. Jak słōńce zesło i zajś ku jesiyni szło, połednice chowały sie w ziymi i wrŏcały dopiyro, jak słōńce zajś na lato fest grzało. Camu mie pytŏs?

-Moze mie i postrasōła dzisiej takŏ połednica, wiys.

-Ha! Jakby cie połednica postrasōła, to byś sōm do dōm jus nie wrōciōł.

-A moze terŏski ta połednica jus spokorniała i nie zabiyrŏ tych ludzi ze sobōm?

-Moze i spokorniała. Terŏski wszysko tak wartko musi iś, tyn świat taki dziki sie zrobiōł, kaj tam plac na połednice?- powiedziała i powoli się podniosła z miejsca. Mijając swojego wnuka, położyła mu dłoń na ramieniu i delikatnie uścisnęła, zanim zostawiła go zatopionego w swoich myślach.

Chłopcowi nagle przypomniały się smutne oczy kobiety, którą ujrzał. Ten świat był taki szybki, że faktycznie, niewiele dla niej tego miejsca zostało, akurat taki skrawek świata, że jej cień się mógł zmieścić. Ale skoro połednica przez wieki potrafiła spokornieć i się uspokoić, to może i on potrafił. A jak on potrafił, to może i ten dziwny świat?

Monika Neumann – Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice… Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest studentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza

Cyntrum Preferyncyji Prywatności

Potrzebne

Zbiory cookies potrzebne do nojbarzij podstawowych funkcyji serwisu: zgoda na politykã prywatności (gdpr) i informacyjŏ ô blokowaniu reklam (anCookie), testowy zbiōr ôd platformy (wordpress_test_cookie)

gdpr, anCookie, wordpress_test_cookie

Ino po zalogowaniu

Zbiory cookies potrzebne do byciŏ zalogowanym w serwisie.

wordpress_logged_in_, wordpress_sec_, wp-settings-time-