Bez tydziyń

Stefan Pioskowik: Juxebox

Profesor Ewald Mokrski – Strahl stał przy czymś, co wyglądało jak wehikuł z początków ubiegłego stulecia, ale z magnetofonem „Kasprzak” w wersji wybitnie wypasionej przez ostatnie zdobycze elektroniki użytkowej.

Proszę państwa! – zwrócił się do zebranych wokół niego: Oto mój najnowszy projekt badawczo – rozwojowy: „Mobilny analizator onomastyczny z zintegrowanym kreatorem muzycznym 3.0”.

Doktor Wichta Sandmann przyglądała się maszynie z wrodzoną jej powagą i zauważyła z szczyptą sceptycyzmu: Profesorze, to mi się zewnętrznie jawi jak skrzyżowanie automobilu z radiem lampowym. Czy to… jeździ i gra?

Profesor rzekł tonem starego subiekta, który próbuje sprzedać coś, czego sam nie rozumie: Pani doktor, może i będzie jeździć, bo tak jest w projekcie. Na razie stoi, bo sytuacją na tanksztelach jest dynamiczna, ale na pewno gra. Co prawda nie trąbi, bo jak szacowna koleżka wie, robiła to tylko grupa „Kombi”

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Szacowna koleżanka odpowiedziała: Ja to i wiem, ale z przekazu, ale pan to śpiewał z kolegami w liceum.

Zanim Ewald zdążył się do tej zawoalowanej wypowiedzi ustosunkować – Wichta z Ewaldem dogadywali się często wzajemnie w ramach treningu szarych komórek bawiąc się przy tym setnie – zwróciła się do niego jakaś studentka i nagle nowy cud techniki zaczyna grać stary szlagier. Z głośnika rozbrzmiewa: Laura, wir fahren mit dem Automobil von Hamburg bis nach Kiel…

Studentka Laura Hucka całkowicie zaskoczona wykrzyknęła: O! To o mnie śpiewają. Tylko, że ja nigdy nie jechałam z Hamburga do Kilonii. Jeden ujek kiedyś downo wyjechoł, ale na Bayery. A tak to do ciotki na urodziny do Michałkowic, albo do stolicy Zagłębia Rawy do galerii handlowych. A jak gdzieś do destynacji wakacyjnych to oczywiście przez Pyrzowice

Wichta zapisuje jak zwykle akrybicznie: Interesujące. Prototyp wykazuje właściwości audytywno‑asocjacyjne. Reaguje na imię rozmówcy.

Profesor Mokrski – Strahl prawie z ojcowską dumą: Oczywiście! To jest interfejs kulturowy. Maszyna – ale być dzisiaj może to już prawie nieadekwatne pojęcie – komunikuje się z człowiekiem. To przyszłość kultury! Odejście od tak zwanej biernej kultury masowej, do zindywidualizowanej kultury stadnej. Kamień milowy w rozwoju ludzkości. Duży krok naprzód w kierunku.. no, nie wiadomo.

Laura Hucka jako uważna obserwatorka: Aha. Ale jak pan profesor zaczął, do dlaczego nie grałoEwald, komm wir fahren in den Spreewald?

Profesor otwierał usta, by odpowiedzieć, ale w tym momencie do rozmowy włączyła sie z kolei studentka Izabela Łęcka, będąca myślami jakby w innej epoce: E tam, takie kabaretowe przyśpiewki – powiedziała. Jak na zawołanie zaczęły się sączyć pierwsze słowa „Isabelle” Charlesa Aznavoura.

Izabela uśmiechnęła się arystokratycznie wytwornie i odparła po francusku: Voilà! Co by nie powiedzieć: nomen omen

Laura Hucka, wciąż zafascynowana, podeszła bliżej i dotknęła obudowy przypominającej rzeczywiście automobil z czasów, gdy konie nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa: — Dobre to! Usłyszało mnie i momentalnie piosenka z moim imieniem. Nicht schlecht.

Technicznie wyrafinowane — wtrąciła Izabela Łęcka, przeciągając słowa jak dama z belle époque. — Może skanuje dowód osobisty. Po czym dodała z namysłem: — Albo podsłuchuje. W sumie nie wiem, co gorsze. Ale dobrze dobiera pod kątem osobowościowym – spoglądając przy tym na Laurę.

Laura Hucka, stojąca nogami mocno na górnośląskiej ziemi, nagle uniosła rękę, jakby coś jej się przypomniało z zajęć fakultatywnych:

Wiecie co? — zaczęła głosem z dyskusji oksfordzkiej — W sumie to całe to reagowanie maszyny na imiona… to jest jak taka onomastyczna emergencja. Bo imię to przecież nie tylko etykieta, ale nośnik tożsamości i pamięci kulturowej

Izabela westchnęła lekko, jakby cała sytuacja była dla niej jednocześnie zabawna i odrobinę nużąca: — W moim przypadku reakcja wykraczała chyba poza imię.

Laura parsknęła w tym momencie śmiechem, po czym dorzuciła pół żartem, pół serio: — Czasem mam wrażenie, że technologia słucha nas uważniej niż ludzie.

Wichta nieco zdegustowaną tą szafą grająca i peanami na jej cześć, a która na nią po prostu jakby ostentacyjnie nie reagowała, zwróciła się do Ewalda z wyczuwalnym wyrzutem w głosie:

Profesorze, coś z tym hipsterskim antykiem jest nie tak. Musi pan jeszcze nad tym popracować. Mojego imienia jakoś nie ma na playliście, a produkuję tu się przecież już jakiś czas

Profesor odrzekł Wichcie jeszcze serdeczniej niż zwykle:

Wichciu, ty dobrze wiesz, że ta Wichta to w naszych stronach zdrobnienie od Wiktorii. Ale masz racje, urządzeniu brakuje jeszcze modułu rozpoznającego takie górnośląskie deminutywy. Szczerze mówiąc nie wiem, czy są też jakieś muzyczne kawałki z Wichtą albo z Jorgiem. Zresztą, sama słyszałaś, przy moim imieniu też była cisza, jak to wychwyciła pani Hucka. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju.

Wichta kontynuowała w tej samej konwencji: Szewc bez butów chodzi, ale każde imię ma jakieś zdrobnienie, a Wiktoria to już miała moja oma i mianowali ją Wichta.

W tym momencie urządzenie w trakcie procesu testowania zareagowało prawidłowo i zaczęło grać Sen o Viktoriityskiego „Dżemu”. Wichta jako znana fanka tej grupy była zachwycona.

To rzeczywiście funkcjonuje – powiedziała – teraz już rozbawiona – po skończeniu kawałka. A aparat zaczął odgrywać coś następnego o „Victoria Hotel

A to jest co? – rzuciła Wichta w kierunku Ewalda, który zrewanżował się jej uśmiechem i odparł : A to „Kombi” właśnie. Widzę, że funkcja bisowania chodzi bez szwanku.

A na modrym niebie nad campusem drach sobie rajtowoł jak byk po morfinie i myśłol się: A co ci tam zaś pochają

dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Ôstŏw ôdpowiydź