Gabriela Szewiola: Carl, Karol, Karlik

Na placu przed kopalnią panowała cisza. Słychać było tylko uderzenia wiatru w resztki szyb pobliskiego budynku i krakanie gawronów buszujących w drzewach przy bramie. W powietrzu czuć było pył węglowy i śnieg. Przez napakowane kłęby sinych chmur co jakiś czas przebijały się promienie słońca. Co kwadrans z daleka dochodziło bicie kościelnego zegara. Było zimno.

Karol stał na placu wraz z innymi. Niecałą godzinę wcześniej mężczyźni wyszli z porannej zmiany. Mieli na sobie to, co zwykle – swoje stare, znoszone  kurtki, czapki z daszkiem. Nie wiedzieli, dlaczego kazano im tu się zebrać, ale – przywykli do karności – stanęli w rzędach. Karol, szczupły i niewysoki, trząsł się z zimna. Miał na sobie tylko uniform kierownika magazynów. Stali już tam ponad pół godziny, a przecież był koniec lutego – kolejnego miesiąca tej niekończącej się zimy. Wciąż leżał śnieg, mróz odpuścił tylko trochę.

– Nazwisko? – Jansen. – Imię? – Karol.  Mężczyzna w  futrzanej czapce podchodził po kolei do zgromadzonych na placu, przyglądał się każdemu, niektórych taksował szczególnie dokładnie. Notował coś w notesie. Obok stało jeszcze kilku żołnierzy z bronią. Broń była jednak opuszczona, nikt się nie bał. Rosjanie byli tu przecież już od miesiąca, nie było już walk, kopalnia pracowała.

– Deutsch? – zapytał człowiek w czapce z zaciśniętymi zębami. Uniform Karola wzbudzał podejrzenia.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

– Jestem kierownikiem magazynów, tutaj na kopalni – odparł Karol, starając się zachować spokój. Karol mówił po niemiecku, po śląsku i po polsku.  Mundurowy nie odpowiedział, ale wyraz jego twarzy nieco złagodniał.

– Kierujemy was do pracy przy torach, kilka kilometrów stąd. Będziecie pracować dwa tygodnie. Dostaniecie jedzenie, ubrania i spanie w pobliskiej fabryce – powiedział głośno.

 – Was sagt er[1]? – szepnął Herbert, który stał w rzędzie za Karolem. – Wir werden an den Gleisen arbeiten[2]  –  odpowiedział Karol, lekko odwracając głowę.

– Jeżeś już cały siny na gymbie – powiedział do Karola Paulek, któremu zawsze było do śmiechu.

–  Zaraz przyjadą tu po was – mundurowy pokazał wylot ulicy.

Tam właśnie, tylko dalej, za kłębami niebieskawej, zimowej mgły, widać było ich domy, ich osiedle. Ale dym sączył się z niewielu kominów. Wiele ludzi powyjeżdżało. W tłumie i popłochu, uciekając przed frontem. Przed tym, co miał przynieść i co potem też przyniósł.

Z lewej i prawej do grupy mężczyzn wciąż dołączali nowi. Towarzyszyli im żołnierze.

– Jo musza iść do dōm, moja Agnes rano zaczynła rodzić! – głos po prawej był pełen rozpaczy.

–  Nigdzie teraz nie pójdziecie – powiedział  zdecydowanym głosem żołnierz w mundurze. Podniósł broń wyżej, ale nie celował w nikogo. Mówił po polsku, jednak słychać było, że nie jest Polakiem. Żołnierze rozejrzeli się wokół z czujnością. Było ich tylko około dziesięciu i chyba zależało im na tym, żeby wszystko odbyło się w spokoju. Starszy rangą mundurowy przeszedł jeszcze raz obok Karola i zatrzymał na nim wzrok.

– Czy mogę pójść do magazynu po płaszcz i koc? – zapytał Karol. Zapanowała cisza. – To tutaj, zaraz za bramą po lewej, za rogiem. Mundurowy odwrócił głowę. – Idźcie, ale macie tu zaraz wrócić, jasne? Słyszycie? – Karol pokiwał głową.

Szedł w stronę magazynu szybkim krokiem, nie oglądając się za siebie. Serce biło mu szybko. Miał w sobie dziwny niepokój, który kazał mu biec – ale nie zrobił tego. Cała ta akcja nie była zapowiedziana. Na kopalni zawsze wszystko chodziło jak po sznurku, a szczególne wydarzenia – remonty, wizyty, kontrole – były wcześniej zapowiadane. Wiadomo, że teraz oni wprowadzali tu swoje nowe porządki i trzeba było robić, co każą. Nie uśmiechało mu się jechać na roboty, ale z drugiej strony – czemu nie, zawsze to jakieś urozmaicenie. Szło ku wiośnie, a Berty z dziećmi i tak już ponad miesiąc nie było. Pojechali z wszystkimi – w styczniu, w największe mrozy i śnieżyce. Nie miał od nich wieści. Słyszał tylko, że jakieś wagony utknęły, inne pojechały w stronę Czech. Słyszał o bombardowaniu Drezna i choć nie był zbyt religijny, w tych dniach modlił się za nich. Pocieszał się, że mają przecież ciepłe ubrania i dwie walizki, chleba trochę i sucharów, że nie zginą z zimna i głodu. Co wieczór widział przez sobą Bertę, stojącą na peronie w krótkim, czarnym płaszczu i wełnianej czapce koloru piasku, spod której wyglądały ciemne loki. Liza i Jorguś stali dzielnie obok matki. Dobrze, że nie były jeszcze świadome tego, co może spotkać ich po drodze – pomyślał Karol. Były jednak na tyle już duże, by przeczuć, że to nie wycieczka ani jeden z wyjazdów do rodziny, które tak lubiły. Żadne z nich nie płakało, tak starali się dodać sobie wzajemnie otuchy. Karol nie słyszał wtedy gwizdu pociągu, krzyków, nie czuł nawet popychania tłumu na peronie. Widział tylko orzechowe oczy Berty, a w nich powagę, troskę i smutek. Ale też siłę. Berta była silna. Krótko ich przytulił, przyłożył dłoń do policzka żony.

Dej pozōr tyż:  Gostyń i Wyry: 8 filmów o kulturze i historii dwóch miejscowości

Dotarł do magazynu. Od strony placu przed kopalnią rozległy się dwa wystrzały i stłumione głosy. Karol zamarł.

Nagle z piwnicznego okienka usłyszał głos: – Karlik! Czy mu się zdawało, czy ktoś tam był? Po pustym podwórzu hulał wiatr. Po chwili znowu: – Karlik! Był to głośny szept i Karol nie wiedział, do kogo należy. Podbiegł do okienka. To był Edward, młodzik taki, nowy na kopalni.

– Co ty tukej robisz, Edward? – Karol był zdziwiony. – Chopy wszystkie mieli się stawić przed grubōm. Muszymy tam zarozki iść! – Jo nikaj niy ida! Nikaj! – Edward już prawie płakał. – Karlik, niy idź tam, niy idź tam! – chłopak wychylił się z okienka i chwycił Karola za nogawkę. – Karlik, oni ich bierōm do Rosji!!

Karol zbladł i w sekundę pojął wszystko. Wskoczył do okienka, złapał Edwarda za rękę. Wreszcie otuliło go jakieś ciepło, ale i strach. Rozejrzał się i chwycił  Edwarda za ramiona. – Godej Edward, co je lŏs! Chłopak był blady jak kreda i cały się trząsł. – Bōła sam wczorej u nos muter – powiedział po chwili.  – Prziszła z Paulsdorfu przez pola. Tam tyż chopōw zabrali. Fatra tyż!  Słyszała potyn, jak polskie wojoki godali ô tym. – Edward wybuchnął płaczem.

Karol rozejrzał się po piwnicy magazynu. Znał kopalnię jak mało kto, pracował  tu od dwudziestu lat. Co robić? Którędy uchodzić?

Karol był dumny, że pracował u Ballestrema i piastował odpowiedzialne stanowisko. Ludzie mu ufali, a i on wiedział, komu z nich może ufać. Nie należał do żadnej partii i jak sam mówił, dzięki Bogu nie musiał iść na wojnę. Pod koniec czterdziestego czwartego miał zakaz opuszczania kopalni i jak to on, posłusznie go wykonywał. Ale teraz przecież nie było już Ballestrema i nikt nie wiedział, co będzie dalej. Karol nie mógł jeszcze wiedzieć, że Nikolaus Wolfgang Friedrich Franz Graf von Ballestrem-Plawniowitz już nie żyje, zginął w nalocie na Drezno. Wiedział jednak, że tamten świat się na zawsze skończył – widział zresztą, jak rozpadł się na kawałki w ciągu kilku dni. To przeczucie towarzyszyło mu już od dawna. Jeszcze jedna wojna, pierōńsko wojna. Pamiętał też jeszcze tę pierwszą, czasy cesarza. Był tam na sam jej koniec nastoletnim zwiadowcą i wolał nie wspominać nigdy tego, co widział nad Marną i pod Amiens. Ale i tak wracało to do niego. Teraz wojna wprawdzie dotąd ich oszczędzała, ale też ciągle o sobie przypominała. Łzy i rozpacz sąsiadów – z ich trzech synów został jeden, którego zabrali krótko przed wejściem Rosjan. Nagłe aresztowania. Skrzekliwe wrzaski z głośników. Słuchał radia, nie tylko tego oficjalnego. Wielkie, ciężkie radio odbierało wiele stacji z całej Europy, wypluwając ze swojego wnętrza mnóstwo sprzecznych wieści. Karol wiedział, że wojna nadchodzi, jest coraz bliżej, zbierze i tu swoją ofiarę. I wkrótce rzeczywiście nastało to, co przepowiadane – grabieże, pożary, gwałty, egzekucje.

Dej pozōr tyż:  O ślōnskich Texanerach - prozaicznie i lirycznie

Karol chodził markotny i nachmurzony. Wcześniej jeszcze dzieci i Berta były w stanie na chwilę przepędzić jego ciemne myśli, jak marcowy  wiatr przepędza znad Śląska pył i dym. Siadali w malutkim ogrodzie za domem, w laubie wśród gęstych krzaków albo wieczorem przy kachloku. Karol miał dar opowiadania i nie tylko dzieci słuchały jego historii, nawet rozbawiona Berta wyglądała wtedy z kuchni. Ale teraz był sam.

Bał się dnia ich wyjazdu, ale też dopilnował, by mogli ujść przed frontem. Na kopalni kazali im dalej pracować. I tego Karol się trzymał jak gałęzi na rzece, do której wpadł jako dziecko.

Nie, przez cechownię nie można było uciekać. Tam mógł ktoś być. Pewnie zaraz zaczną go szukać. Którędy iść? Wyszli bocznym wyjściem magazynu, przebiegli wzdłuż lampowni i markowni. Zaczął padać mokry śnieg. Ogrodzenie. Trzeba było wspiąć się na stertę desek, żeby je przeskoczyć. Potem już tylko pole. Ale otwarte pole? Biel śniegu i dwóch biegnących mężczyzn? Nie, w drugą stronę. Rzeka, zarośla, śnieg po kolana. Tu się rozdzielili. Karol w swoim uniformie – przemoczony, ale już nie zmarznięty.

Gdy zrobiło się szaro, musiał jednak przebić się przez otwarty teren. Okolice Rudy nie były płaskie. Z góry każdy szczegół krajobrazu widać było jak na dłoni. Biegł miedzą, od jednego krzewu do drugiego. Śnieg, zmarznięty w lodowa kaszę, wsypywał mu się do butów. Kiedyś była tu granica. Wcale nie tak dawno różnymi sposobami przemierzali ją szmuglerzy. Nie było to proste, bo pole obniżało się w nieckę i znów wznosiło. Ale to wszystko zdawało się teraz być bardzo daleko, w jakimś innym życiu. Albo w jednej z tych opowieści, które wieczorami snuł przy kachloku. Karol czuł, że jego życiowy rozsądek może mu teraz pomóc tylko w wybraniu kryjówki. Reszta była kwestią szczęścia, losu. Nie zabrali go. Inne myśli na razie nie zajmowały mu głowy. Wiedział tylko, że nie może teraz iść do sióstr, bo tamci mogą go szukać.

Wieczorem, już po zmroku, dotarł do Szewczyków. Przyszywana rodzina, ale jak swoja. Przyjaciele rodziny od pokoleń. Stary Szewczyk zbladł, gdy usłyszawszy mocne pukanie otworzył drzwi i zobaczył go przed sobą. – Karlik, co ty tukej robisz? Pōdź rajn. – Karol stanął w kuchni.  Jego spodnie ociekały wodą. Nadal łapiąc powietrze, zaczął wyrzucać z siebie strzępy zdań, jakby nie był sobą, tylko całkiem kim innym. Jego ciałem wstrząsały dreszcze. – Co ty godosz? Z gruby? Do Rosji?! – Szewczyk z niedowierzaniem kręcił głową. – Możno baniorzy tyż wziynli? – Szewczyk się zasępił. Wiele lat spędził na kolei. Inga Szewczyk przyniosła tymczasem suche, czyste ubranie. Wpatrywała się w Karola z osłupieniem, pomieszanym z lękiem. Karol był im wdzięczny. Urządzili mu tymczasowe posłanie w waszkuchni. Tej nocy przewracał się jednak w półśnie i tak miało być jeszcze przez wiele dni.

Po  tygodniu odważył się nocą pójść do mieszkania. Wziął plecak i karbidkę Szewczyka. Noc była bezgwiezdna, ciemne domy tkwiły w szarej wacie mrozu. Karol znał tu wszystko jak własną kieszeń. Mimo ciemności nie chciał iść ulicą, bał się lodowej powłoki, która zdawała się zwielokrotniać stukot kroków. Szedł przygarbiony ścieżkami na tyłach domów, wzdłuż ogrodów. Dotarł na miejsce dobrze po północy. W całym domu panowała ciemność i cisza, zdawało się nie być tu nikogo, ale Karol nie był tego pewien. Ci, którzy jeszcze tu byli, spali. Mieszkanie było zaplombowane. A więc dowiedzieli się, kim jest, mieli go na celowniku. Wszedł swoim sposobem przez werandę. Rozejrzał się. Niby wszystko było na swoim miejscu. Dwie ryczki i kołkastla koło pieca, szezlong przykryty porządnie, byfyj z modrymi szolkami, pachnący kopalniokami, które kupiła jeszcze Berta. Obraz z Chrystusem i apostołami, wędrującymi przez pole. Jeszcze tydzień temu, gdy przychodził tu po robocie, z każdego kąta wyzierało ku niemu ich minione, przerwane  życie. Teraz jednak wszystko zdawało się być w letargu, czekać na przebudzenie. Zegar się zatrzymał. Na piecu nie było żadnego jedzenia. Karol nie zapalił światła. Nie wiedział, że właśnie widzi to ich ciepłe, piękne mieszkanie ostatni raz. Mieszkanie w domu dla urzędników Ballestrema, w którym żyli piętnaście lat. A jednak otworzył szufladę w kredensie i wiedziony jakimś instynktem zabrał parę zdjęć, kilka rzeczy. Rodzina Karola była liczna – siostry i bracia z rodzinami. Gdy jednak Karol następnego dnia wziął do ręki zdjęcie z zeszłego lata, z wesela najmłodszej siostry Lidy, chciał w odruchu rozpaczy je podrzeć. Ponad połowy rodziny nie było. Rozpierzchli się, byli daleko. Czy żyli?

Dej pozōr tyż:  Na szpicy

W maju wojna się skończyła. Przez następne dwa lata Karol oficjalnie nie istniał. Chciał zapuścić brodę, ale przekonali go, żeby tego nie robił – broda wzbudziłaby jeszcze więcej podejrzeń. Pracował tu i tam, zarabiając parę groszy. Pomagał Szewczykowi w warsztacie stolarskim. Krewni przechowywali go na zmianę – miewał posłanie w piwnicy, w szopie, na fiśli. Smarował twarz popiołem, obwiązywał rękę i nogę bandażem, na wszelki wypadek, gdyby ktoś wtargnął do którejś kryjówki, miał udawać chorego. Chorował zresztą naprawdę, a lekarstwa, przepisane przez znajomego doktora, nie skutkowały. Ciągły kaszel, dreszcze, brak sił. Rany, wybroczyny. Do tego narzucona samemu sobie czujność, wieczne czuwanie.

Długo nie było wieści od Berty. Listy szły na ich stary adres. Dopiero po kilku miesiącach, gdy Berta napisała do ciotki, dowiedział się, że wszyscy żyją. Że są prawie przy holenderskiej granicy, na wsi. Cali, zdrowi.  Mają co jeść, dostali pokój w gospodarstwie i tam pomagają. Wtedy Karol przestał się bać, że mogą go jeszcze zabrać, choć nie miało to racjonalnego wytłumaczenia. Był nadal ostrożny, żył wszak bez dokumentów.  Brak tożsamości prawnej mu doskwierał. Zawsze był legalistą. W ogólnym bałaganie urzędowym nikt o niego nie pytał, ale Karol już wiele razy przekonał się, że nic nie jest pewne w takim miejscu i czasie. Unikał patrzenia w lustro, jednak pewnego dnia, ujrzawszy swoje odbicie pomyślał:  – Ktoś ty je, Karol? Kaj żyjesz? Naprowdy żyjesz? Listy przychodziły rzadko, część nie dochodziła. Czasem w niedzielę, gdy szansa spotkania milicjanta była mniejsza, wypuszczał się na spacer nad stawy, do brzozowego lasku, gdzie dawniej spacerowali wszyscy razem. Szybko jednak wracał, te wspomnienia nie robiły mu dobrze. Czuł się tak, jakby ktoś odrąbał mu nogę czy rękę albo wyjął kawałek wnętrza. I tak żył, z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień.

Pewnego ranka, latem czterdziestego siódmego Karol obudził  się później niż zwykle. Coś wydawało mu się inne, jakiś sen nie chciał go wypuścić ze swoich szponów. Usłyszał podniesiony głos siostry, Flory. Nie mógł otworzyć oczu, bo przez okno wpadało oślepiające słońce. Odwrócił głowę i przez chwilę zdawało mu się, że znów pochwycił go sen. Zobaczył nad sobą uśmiechniętą twarz Berty.

Zamiast epilogu

Historia Karola jest w swoim głównym zarysie prawdziwa. Dwa lata po wojnie rodzina Karola – wzbudzając powszechne zdumienie –  wróciła na Górny Śląsk z brytyjskiej strefy okupacyjnej – statkiem, z Hamburga do Szczecina. Nikt wtedy nie wracał, wszyscy raczej jechali w odwrotnym kierunku. Ale oni wrócili – tu był Karol, tu był Heimat. Żyli tu jeszcze przez wiele lat, bardzo  skromnie, w  pokoju z kuchnią. Ale nigdy nie narzekali – mieli przecież siebie. Karol pracował w kopalni na dole. Jego potomkowie żyją na Górnym Śląsku  do dziś.

Z deportacji do ZSRR wróciła na Górny Śląsk tylko niewielka część Wywiezionych.

 

[1] Co on mówi?

[2] Będziemy pracować przy torach.

Gabriela Szewiola, Ślązaczka, germanistka, ukończyła studia na uniwersytecie w Lipsku, od wielu lat pracuje jako wykładowca języka niemieckiego na Politechnice Śląskiej. Współpracuje jako edukator z Goethe-Institut, kieruje Ogólnopolską Olimpiadą Języka Niemieckiego dla studentów uczelni technicznych. Naucza z pasją. Wciąż doskonali swój warsztat wykładowcy, stosując nowatorskie i autorskie metody dydaktyczne. Uczestniczy w konferencjach i publikuje swoje artykuły.

Prywatnie mama dwójki dorosłych dzieci. W wolnym czasie obcuje z przyrodą, wędrując i uprawiając ogród, czyta, pisze i próbuje doskonalić swoją znajomość języków obcych.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Ôstŏw ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ. Wymŏgane pola sōm ôznŏczōne *

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza