Butterkyksy
Profesor Ewald Mokrski‑Strahl, luminarz antropologii stosowanej i nieformalny patron wszystkich badań „których nikt inny nie chce ruszyć”, siedział skulony na ławce remontowanego mysłowickiego bahnhofu i dmuchał w zgrabiałe ręce.
Obok niego doktor Wichta Sandmann, jego nieodstępująca go – według niektórych podobno wtajemniczonych głosów dająca na niego pozór – asystentka o umyśle ostrym jak świeżo wyklepana kosa, wpatrywała się w peron mysłowickiego dworca z miną osoby, która spodziewa się zobaczyć coś na miarę wjazdu pociągu na stację w La Ciotat.
— Pani doktor Sandmann, jest godzina 23:57 jeszcze 3 minuty do oczekiwanego przyjazdu naszego gościa z przeszłości — oznajmił profesor tonem ufności człowieka często korzystającego z połączeń kolejowych.
Faktycznie, za chwilę stanęła na stacji lokomotywa, z dźwiękiem pary, który brzmiał jak westchnienie ulgi. Z wagonu numer 41 wysiadł mężczyzna o twarzy człowieka, który widział w życiu za dużo okrągłych rzeczy i słyszał takowych słów.
— Pan Jacobsen? — zapytała doktor Sandmann z konwencjonalnym uśmiechem powitalnym
— A jakże… — odparł tak serdecznie powitany z niesprecyzowanym akcentem. — Przyjechałem tu, bo dalej od Kopenhagi już się nie dało, żeby było możliwie daleko, ale nie na końcu świata.
Profesor uścisnął dłoń gościa – chłodniejszą od jego własnych rąk – i przeszedł od razu do meritum, bo cug już odjechał, ale durścug był nieprzerwanie:
— Oczywiście, to zrozumiałe. Proszę opowiedzieć więcej szczegółów.
Jacobsen westchnął głęboko jak Mały i Wielki Bełt razem w czasie jesiennego sztormu:
— Jako dziecko byłem zmuszany jeść duńskie butterkyksy. Oryginalne – pisało Danish butter coockies. Codziennie. W przedszkolu, w domu, rano i wieczorem. A do tego kazali mi czytać bajki Andersena. Wie pan, ile razy płakałem nad „Dziewczynką z zapałkami”? Musiałem latać do kopenhaskiej Syrenki żeby się wypłakać, bo w domu w telewizorze rodzice widzieli kiedyś taki film „Chłopaki nie płaczą” i uwierzyli w to. Ołowiany żołnierzyk też mnie dołował.
Silnie wzruszona doktor Sandmann zanotowała drżącą ze współczucia ręką: „Wczesna ekspozycja na literaturę melancholijną — skutki: łzawienie spontaniczne, unikanie zapałek – na wszelki wypadek zrobić morfologię.”
Jacobsen ciągnął dalej:
„A mama z ojcem ciągle mi mówili: Jak bydziesz jodł te kyksy to bydziesz…”
Oboje naukowcy nie dali mu dokończyć, przerywając mu w pól słowa:
„Panie Jacobsen, stare górnośląskie wice to my znamy lepiej od pana. Prosimy o dalsze rozdziały z życiorysu”
Wielce zdziwiony takim obcesowym potraktowaniem jego egzystencjalnych wynurzeń Jacobsen wylewał dalej przed naukowcami swoje przeżycia:
— Jak dorosłem, to kazali mi w fabryce klepać z blachy okrągłe biksy na te przeklęte ciasteczka. Okrągłe! Cało szychta w kółko!
Profesor pokiwał głową – cokolwiek miało to oznaczać:
— Czyli mamy tu nieopisany jeszcze w literaturze przypadek „traumy blacharskiej”. Z naukowego punku widzenia fascynujące – prywatnie współczuję, oczywiście czysto werbalnie”
Jacobsen zwrócił się do empatycznego Ewalda w krótkich słowach, w których było jednak wszystko:
— Świetnie pan to ujął. Dlatego postanowiłem uciec. Wziąłem mapę, zamknąłem oczy i stuknąłem palcem. Wyszedł punkt między Katowicami a Sosnowcem. Pomyślałem: „To musi być w dalekiej rozkwitającej krainie”. Jak się uważnie przyjrzałem, to przeczytałem – Mysłowice.
Rozmarzony wspomnieniami Jacobsen kontynuował z jak na człowieka z szerokości geograficznej oddalonej od Neapolu z raczej nieoczekiwaną swadą:
„Od razu wiedziałem, tu stracę moje serce, nie w żadnym Heidelbergu, tylko właśnie tu, ‘Myslowitz, Myslowitz nur du allein”
Wichta z naukową nieufnością nie omieszkała się zapytać niewinnie, gdyż była ciekawa, skąd ta muzykalna hybryda:
„Pan muzycznie bogato ilustrowany. Jest pan pewny swego duńskiego pochodzenia? Może był to Sztokholm, albo no tak czy też a-ha Oslo?
Nieco skonfundowany Jacobsen odparł jednak pewnym głosem:
„Jasne, że w Kopenhadze, tak stoi przecież w moim akcie zgonu wystawionym przez mysłowicki Standesamt w roku 1887 ”
— Fakt, to niepodważalny argument. I założył pan od razu w roku 1840 firmę blacharską? — dociekała doktor Sandmann, gdyż Ewald robił wrażenie zaabsorbowanego brakiem ruchu na dworcu.
— Tak! Robiliśmy wszystko z blachy. Dachy, rynny, parapety, nawet ozdobne koguty na dachy. Ale jednego nie robiłem nigdy: okrągłych puszek. Ani jednej. Nawet jak wnuk przeniósł firmę na Roździeń i odwiedził mnie na cmentarzu, to mu powiedziałem: „Synek, możesz robić, co chcesz, ale jak zobaczę jedną okrągłą puszkę, to możesz zaraz zmienić nazwisko”.
Sandmann zamknęła notatnik z nieukrywaną satysfakcją badawczą.
— Panie Profesorze, moje ad hoc wnioski końcowe: przypadek Jacobsena pozwala wysunąć tezę, że migracje kulturowe mogą być motywowane nie tylko ekonomią, polityką czy klimatem, ale również geometrią opakowań spożywczych.
Ewald chrząknął i dopisał zamaszyście profesorskim pismem:
— „Butterkyksy i geometria spożywcza jako czynnik migracyjny — studium przypadku kopenhasko – mysłowickiego”
Jacobsen spojrzał na nich z trudną do wyrażenia w słowach wdzięcznością:
— Dziękuję państwu. Nikt mnie jeszcze tak poważnie nie potraktował.
— Ależ panie Jacobsen — profesor uśmiechnął się szeroko — u nas nawet najbardziej absurdalne historie mają nie tylko popkulturową wartość. Jak wszędzie heutzutage.
dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.

