KulturaPolecane

Biskup Henryk z Wierzbna i jego ród

Pracę tę dedykuję Jurkowi Ciurlokowi
– nasza dyskusja sprzed kilku lat
zachęciła
mnie do poszukiwań,
których efekty
tutaj opisuję.

W niedzielę, 7 lutego 1311 roku, w bazylice św. Wita w Pradze, arcybiskup Moguncji Piotr z Aspeltu dokonał królewskiej koronacji 14-letniego Jana Luksemburskiego, syna cesarza Henryka VII i jego żony Elżbiety, córki Wacława II Przemyślidy. Po prawicy Piotra, najważniejszą pozycję koncelebranta podającego mu naczynia liturgiczne, oleje i insygnia władzy królewskiej, zajmował wrocławski biskup Henryk z Wierzbna. Tłem byli pozostali dostojnicy kościelni – Baldwin Luksemburski (arcybiskup Trewiru i stryj Jana), biskup praski, ołomuniecki i inni.

Wśród zaproszonych do bazyliki świadków wydarzenia, obok najwyższych rangą dostojników cesarstwa i Czech, znajdowali się też rycerz Stefan – brat, oraz Fasold i Henryk – bratankowie Henryka z Wierzbna. Niesłychane wyróżnienie Henryka i jego rodu musi zastanawiać. Pozycję „drugiego najważniejszego” celebranta na pewno musiał zaakceptować Piotr z Aspeltu, główny reżyser tych wydarzeń i sam Henryk VII, ale tym bardziej budzi to zdziwienie1. Piotrowi, najważniejszemu, najpotężniejszemu kościelnemu dostojnikowi Świętego Cesarstwa Rzymskiego, powinien towarzyszyć najwyższy przedstawiciel lokalnego duchowieństwa. Powierzenie tej roli Henrykowi, stanowiło potężny policzek dla biskupa praskiego Jana IV z Drazic, który pełnił jedynie funkcję asystenta liturgicznego. Arcybiskup – słusznie zwany w literaturze historycznej „kreatorem królów” (Königsmacher)2 – jako jeden z najwybitniejszych polityków tego czasu doskonale z tego sobie zdawał sprawę (to wydarzenie zapoczątkowało ewolucję postawy biskupa praskiego: od wcześniejszego pełnego poparcia Jana, do późniejszej co najmniej niechęci).

Zaledwie kilka miesięcy później, 11 czerwca 1311 roku w Ołomuńcu, przedstawiciele rodu z Wierzbnej (Jan i Stefan – starsi bracia biskupa, oraz Fasold i Henryk – bratankowie) byli świadkami ważnego układu międzynarodowego, zawartego pomiędzy pięcioma książętami śląskimi a Janem, królem Czech i Polski, dotyczącego ziemi opawskiej. C. Grünhagen oceniał układ ołomuniecki jako moment, w którym ród z Wierzbnej definitywnie przestał być wprawdzie potężną, ale jedynie lokalną rodziną rycerską, stając się ważnym graczem politycznym w tej części Europy3.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

W późniejszych latach Jan Luksemburski (grafika z epoki) i Henryk z Wierzbna spotykali się regularnie, aż do śmierci biskupa Henryka w 1319 roku. Wg czeskich historyków4 spotkań w ciągu tych ośmiu lat mogło być nawet około 20 (chociaż potwierdzonych dokumentami jest tylko kilka). Odbywały się w samej Pradze, w dobrach królewskich w centralnych Czechach, na Morawach (przede wszystkim w Ołomuńcu), ale też na pograniczu czesko-śląskim lub nawet w zamku biskupim w Otmuchowie (sic!). Młody król traktował starzejącego się Henryka jako zaufanego doradcę, powiernika, rozjemcę w sporach z czeską szlachtą, a nawet przyjaciela.

Kim zatem był biskup Henryk, skąd potęga jego rodu i ewidentny szacunek wśród elit Cesarstwa?

Ród Panów z Wierzbna.

Dzięki interwencji cesarskiej, w 1163 r. wrócili na Śląsk Bolesław Wysoki i Mieszko Plątonogi. Towarzyszyła im (za Kadłubkiem) „grupa młodych, lecz świetnie wyszkolonych rycerzy”. W XII wieku „świetne wyszkolenie w młodym wieku”, połączone z brakiem własnej ziemi, to podręcznikowy profil młodszych synów (tzw. juvenes) z rodów rycerskich środkowej Europy.

Jest uznanym pewnikiem, że w przygotowaniu ich powrotu uczestniczył biskup wrocławski Walter z Melonne, pochodzący z niewielkiego hrabstwa Namur w południowych Niderlandach. Namur sąsiadowało z księstwem biskupim Leodiensis (Liege), hrabstwem Luksemburg na południu i hrabstwem Hainaut na północnym zachodzie. Kościelnie było podporządkowane biskupowi z Liege, stąd pewność, że Walter dobrze znał, a nawet musiał być w którymś momencie swojej kariery duchownego podwładnym biskupa Leodiensis, Henryka z Leez. Ten z kolei był jednym z najbardziej zaufanych doradców cesarza Fryderyka I Barbarossy i – co jest absolutnie pewne – musiał dobrze znać kuzynów cesarza: Bolesława Wysokiego i Mieszka Plątonogiego5.

Region Namur – Hainaut – Leodiensis jak i cała Flandria cierpiły na gigantyczne przeludnienie, w tym zdecydowaną „nadprodukcję” rycerstwa. Jednocześnie rygorystycznie stosowano tam zasadę primogenitury (całość majątku rodu rycerskiego dziedziczył wyłącznie najstarszy syn). Młodsi synowie mogli co najwyżej zrobić kariery duchownych, lub szukać szczęścia i ziemi gdzieś w innych krajach. Wskazane wcześniej powiązania sugerują, że sławnym w cesarstwie ze swoich rycerskich przewag Bolesławowi (słynny pojedynek z olbrzymem z mediolanu) i Mieszkowi, wracającym odzyskać zagrabione dziedzictwo, towarzyszyli także młodzi rycerze z tamtego regionu, mogący na miejscu mieć oparcie w biskupie Walterze. Takim juvenes mógł być Andreas, od którego zaczyna się śląska historia rodu.

Jedną z pierwszych czynności porządkujących sytuację na Śląsku po powrocie Bolesława i Mieszka, w dodatku wyraźnie wcześniej dobrze skalkulowaną i zaplanowaną, jest usunięcie z klasztoru w Lubiążu prawdopodobnie osadzonych tam wcześniej przez Piotra Włosta benedyktynów6. Usunięcie absolutnie bezwzględne: wypędzono ich prawdopodobnie z opactwa, instalując na ich miejsce sprowadzonych, w tym chyba głównie celu, cystersów. Benedyktyni w połowie XII wieku byli potęgą instytucjalną, intelektualną i polityczną Europy. Usunięcie ich z Lubiąża (ale potem także z innych śląskich klasztorów, za wyjątkiem opawskiego, będącego w tym czasie pod władzą Przemyślidów, a nawet udokumentowany zamiar usunięcia ich z Tyńca przez Władysława I raciborsko-opolskiego w drugiej połowie XIII wieku) świadczy o zapiekłej wrogości synów Wygnańca. Być może jest to ślad nieznanego nam, czynnego udziału benedyktynów w wypędzeniu Władysława, szczególnie prawdopodobnego z powodu ich bliskości z Piotrem Włastem, którego przejście na stronę jego młodszych, przyrodnich braci, zapoczątkowało te wydarzenie.

Faktem jest, że na obrzeżach byłych latyfundiów lubiąskich benedyktynów, na terenie w większości porośniętym jeszcze puszczami, Bolesław nadał pierwszemu z Wierzbnowiców rozległe ziemie. Nieważne jest, czy nadany teren stanowił wcześniej własność jakiegoś, razem z benektynami usuniętego, rodu – zatem to jego znaki cechowały granice tego obszaru – czy po prostu wzięto pierwszy z brzegu prosty znak, którym te granice oznaczono. Ważne, że był to sposób znaczena granic własności ziemskiej w pełni zrozumiały przez Andrzeja. Identycznie, za pomocą prostych znaków graficznych oznaczano w XII w i wcześniej granice wlasności ziemskiej we Flandrdii i całych w ogólności Niderlandach. To, że takie powiązanie rodu z ziemią rodową było czymś zwykłym w owych czasach, powoduje, że później ten i nieco zmodyfikowane znaki dla odgałęzień rodu, Wierzbnowie utrzymują dłużej.7

Jak wiemy, układanie stosunków z pozostałymi Piastami (stryjami Kędzierzawym i Starym) nie przebiegało gładko. Kędzierzawy nie zwrócił całego Śląska (ponownie za Kadłubkiem: „za wyjątkiem miejsc i grodów, które dla zwiększenia bezpieczeństwa sobie zostawił”). Archeologia XXI wieku rzuciła zupełnie nowe światło na sens tej informacji. Autorzy8 podsumowującej te odkrycia publikacji „Traces of war of ores in the Middle Ages on the border of Upper Silesia and Malopolska” opisują wyniszczającą wojnę w pasie od Bytomia i Siewierza po Olkusz i dalej na południe. Zniszczone, opuszczone osady, zdewastowaną infrastrukturę. Zniszczenia, które zbiegiem okoliczności mogły być bardzo precyzyjnie datowane na koniec 1165 / początek 1166 roku. Wskazują wprost, że wydarzenia te działy się w czasie wyprawy Kędzierzawego do Prus, były zatem tymi kadłubkowymi „nieszczęściami, które spowodowało (to wcześniejsze bezprawne) zatrzymanie miejsc i grodów”.9 Stan zbrojnego napięcia tlił się na tej granicy aż do 1177 r. – czasu bulli papieskiej biorąca w ochronę śląskich władców. Prawdopodobnie z powodu tej papieskiej opieki, nie mogąc już myśleć o ponownym zbrojnym zajęciu tych ziem, Kazimierz Sprawiedliwy (w 1177 lub 1179) usankcjonował prawnie stan faktyczny „przekazując kasztelanie bytomską i oświęcimską” Plątonogiemu, co znormalizowało napiętą wcześniej sytuację graniczną10.

Końcówka XII wieku na samym Śłąsku była jednak bardzo burzliwa, w tym bunt śląskich możnowładców (i krótkotrwałe wypędzenie Bolesława), być może ponownie powiązany z benedyktynami: gdy tylko normuje się sytuacja w rodzie Piastów Śląskich, Bolesław (tym razem pod kościelną „opieką” syna – biskupa Jaroslawa) równie brutalnie i bezwzględnie usuwa benedyktynów z wrocławskiego Ołbina, na ich miejsce wprowadzając norbertynów. Przy okazji Bolesław (także Mieszko i potem Henrykowie), jeżeli w ogóle miał jakieś na to nadzieje, zyskał pewność, że nie może opierać się na lokalnych rodach. Jedynymi, których wierności mogli być pewni śląscy Piastowie to ci, którzy wyruszając z nimi w 1163 r. ze swoich ojczystych krajów, na dobre i złe związali z nimi swój byt, przyszłość swoją i swoich rodów.

Andrzej – pierwsze pokolenie panów z Wierzbnej.

Gdzieś na początku lat ’70 tego wieku Andreas – mający zapewne w 1163 r. co najwyżej 19-20 lat – wybudował na otrzymanej za wierną służbę ziemi niewielki stożkowy gródek typu Motte (grafika: rekonstrukcja takiego grodu). To proste budowle. Na usypanym z ziemi wzniesieniu budowano drewnianą wieżę mieszkalno-obronną. Sztuczne wzgórze otaczał rów wypełniony wodą – fosa. Postawienie tak prostej twierdzy zajmowało zaledwie kilka miesięcy. Motte są bardzo charakterystyczne dla całego Śląska w XIII wieku11. W sąsiednich krajach (Polska właściwa, Ziemia Krakowska) odnaleziono ich tylko kilka, są ewidentnie „importem” ze Śląska. To budowle bardzo charaktyrystyczne, dla tego i wcześniejszych czasów, na płaskich, nizinnych terenach Flandrii, Walonii, i północno-wschodniej Francji, co dodatkowo sugeruje pochodzenie Andreasa. To motte, po kilku pokoleniach i wzroście bogactwa rodu, zostanie przebudowane na „zamek na wodzie”. On być może sprowadza też pierwszych osadników z Waloni i Flandrii, co potem w sposób potwierdzony dokumentami kontynuują jego synowie. Prawdopodobnie jeszcze za czasów Bolesława Wysokiego, Andrzej obejmuje jeden z najważniejszych urzędów w jego kraju: został kasztelanem Głogowa (w dokumencie z 23 maja 1202 r. tytułowany jest „Andreas castellanus de Glogov”). Kasztelan pełnił funkcję lokalnego administracyjno-skarbowo-militarnego przedstawiciela władcy, zatem musiał posiadać jego pełne zaufanie, szczególnie w kasztelani kontrolującej prawie połowę Dolnego Śląska i co równie ważne: granicę ze zdecydowanie wrogim wtedy krajem Piastów (wielko)polskich. Dokument z 1208 r. jednoznacznie wskazuje, że Andrzej był protoplastą rodu, wiążąc go z – pierwszym bezpośrednio tak nazwanym – Stefanem z Wierzbna12. Andrzej ma jeszcze dwóch rozpoznanych synów: Jana i Guenthera. Ten pierwszy prowadził wielką akcję osadniczą (walońsko-flandyjską) w dobrach rodowych, zbudował kościól romański w Wierzbnej, bezdyskusyjnie mający rodowód nadreńsko-mozański, prawdopodobnie on też wystawił drugi rozpoznany gródek motte w rozległych dobrach rodowych.

Stefan (pierwszy – osób o tym imieniu jest chyba najwięcej w rodzie) zrobił zawrotną karierę w państwie Henryków Śląskich. Już w 1202 r, zatem mając zapewnie nie więcej niż 25 lat, zanotowany został jako kasztelan Legnicy. Potem kolejno pełni funkcje kasztelanów Bolesławca i Niemczy. W 1209 r. wystąpił w dokumencie jako palatyn Henryka Brodatego. Palatyn to nie był po prostu namiestnik władcy. Był osobą reprezentującą sobą cały jego majestat pod jego nieobecność. Jego sądy i decyzje miały dokładnie taką samą wartość, jak osoby, którą reprezentował. Ta funkcja Stefana z Wierzbna wskazuje na całkowite zaufanie Brodatego, w tym zaufanie do jego rozsądku, ewentualnych osądów i decyzji, także finansowych i militarnych. Na pieczęci Stefana znajdujemy napis „S’Stephani de Verbno” (pieczęć Stefana z Wierzbna). Ród był już zatem dobrze rozpoznawany na Śląsku, ich dobra stają się ich „nazwaniem”, niezależnym od aktualnie pełnionych funkcji (Ród zdecydowanie od początku tak się podpisuje. W prawie flandryjskim identyfikowanie rycerza z posiadaną ziemią – czyli narodziny nazwiska – to standard w XII wieku, całkowicie jeszcze nie znany na ziemiach Piastów). Mając już sporo powyżej 60 lat, będąc przybocznym księcia Henryka Pobożnego zginął w bitwie pod Legnicą (wraz ze swoim najstarszym synem Andrzejem). W XIII wieku ród Wierzbnów mocno się rozrósł, jednak zawsze jego przedstawicieli znajdujemy na najwyższych stanowiskach. Początek XIV wieku to już czasy czwartego pokolenia. Zdumiewnająca jest regularność powtarzania tych samych imion w obrębie rodu. Stefan, Jan, Henryk, Gunther, Szymon, Andrzej, od pewnego momentu Fasold…

Imiona rodu Wierzbnów.

Antroponimia (nauka zajmująca się konkretnymi imionami i nazwiskami ludzi) obok genealogii jest podstawowym narzędziem do rozplątywania skomplikowanych koligacji średniowiecznych. Polega na identyfikacji imion rodowych i tropieniu ich powtarzania się w konkretnym rodzie przez pokolenia. To powtarzanie się imion w kolejnych pokoleniach było bardzo charakterystyczne właściwie we wszystkich kręgach kulturowych Europy. Nowe imiona pojawiały się prawie wyłącznie jako swoisty posag, wnoszony przez żony (np. imię Bolesław/Bolko do rodu Piastów wniosła Dobrawa – to imię jej ojca). Wszystkie imiona Wierzbnów pierwszych pokoleń nie są rodzimymi. Jan, Henryk czy np. Szymon, w średniowieczu były prawie wyłącznie imionami osób przybyłych z Europy środkowej i ich potomków (ich liczna reprezentacja na dworach wrocławskim, raciborskim czy opolskim wskazuje na liczny napływ rycerzy i urzędników dworskich w tamtym czasie). Są jednak równie popularne w całym Cesarstwie, zatem ich tropienie wstecz nie ma wielkiego sensu. Zupełnie inaczej jest ze Stefanem i Fasoldem. „Stefan” w XII/XIII wieku występuje rzadko i nigdzie, poza dwoma regionami, nie ma wskazań, by służyło za imię rodowe. Poza Węgrami – które można wykluczyć – jedynym miejscem w Europie, gdzie kult św. Stefana Męczennika był powszechny to księstwo Liege (Leodiensis) i jego sąsiedztwo. Imię Stefan (w rdzennym walońskim i francuskim brzmieniu Étienne lub flandryjskim Steven) było jednym z najpopularniejszych imion we Flandrii, hrabstwie Namur, hrabstwie Hainaut oraz w księstwie biskupim Liège i walońskiej części Hrabstwa Luksemburg. To kolejny fakt wspierający kiełkujący pomysł o tamtejszym pochodzeniu rodu.

Fasold to prawdopodobnie imię, które wniosła do rodu żona Stefana, brata biskupa Henryka. To imię rycerza, który osiadł w części Śląska Mieszka Plątonogiego. Co ciekawe, to starogermańskie imię występowało wtedy głównie w dolinie Renu, ale jako imię rodowe pojawiało się niemal wyłącznie w mozelskiej części Hrabstwa Luksemburg, co wskazuje na to, że podobnie jak Andrzej mógł pochodzić z Niderlandów południowych. Jego śląskie posiadłości obejmowały dzisiejsze Buków i Syrynia (pow. wodzisławski), Roszków i Krzyżanowice (pow. raciborski) i podobnie jak w wypadku rodu Wierzbnów, zachowały dla tych terenów ślady osadnictwa na prawie flamandzkim. Osadnicy z Flandrii byli szczególnie potrzebni w rejonach rozlewisk wodnych; posiadłości potomków Fasolda słynęły potem z licznych stawów hodowlanych, a układ wiosek do tej pory zachował w części cechy osadnictwa na prawie flamandzkim.

Bardzo wymowne jest wyłączne powtarzanie tego zestawu imion w pierwszych czterech pokoleniach rodu panów z Wierzbna. Jest świadectwem kontynuowania tradycji rodzinnych wywodzących się z flamandzko-walońskich korzeni. Typowo słowiańskie imiona pojawiają się dopiero w następnych pokoleniach, szczególnie wśród odgałęzień osiadłych w Wielkopolsce i przede wszystkim na Morawach.

Herb panów z Wierzbna.

Herb Wierzbnów w pełnej formie znamy dopiero z 1318 r. Na pewno nie był czymś nowym w tym czasie, jego elementy pojawiają się wcześniej, w końcu XIII wieku, co też oznacza jedynie, że dopiero z tego czasu jest zachowana informacja o nich. Popatrzmy na ten herb oczami Jana Luksemburskiego, którego umiejętność rozpoznawania herbów rycerskich, czytania znaczenia ich elementów, była elementem edukacji wcześniejszej nawet od nauki czytania i pisania. (Formalny opis herbu: w polu błękitnym pas złoty, nad i pod którym po trzy takie same lilie złote w pas. Nad tarczą hełm turniejowy, frontem, z otwartą przyłbicą i ze złotą koroną, z której wyrasta klejnot: kolumna złota, przeszyta strzałą w skos w lewo. Labry błękitne, podbite złotem, poszarpane).

Co widział młody Jan Luksemburski patrząc na ten herb13?

  • Pierwsze spojrzenie na tarczę wywołałoby u niego jednoznaczne wskazanie geograficzne i dynastyczne: właściciel tej tarczy to potomek lub najbliższy krewny jednego z najważniejszych domów rycerskich Kasztelanii Brugijskiej – rodu de Lichtervelde14 lub ich bocznej linii de Coolscamp. Układ tarczy pokazuje, że ród ten należy do szlachty odwiecznej (Noblesse Immémoriale), tzn. udokumentowanej w XIII wieku i wcześniej.

  • Klejnot herbu (wieża przebita strzałą) informuje, że właściciel tego herbu nie jest poddanym ani wasalem głównej linii we Flandrii. To założyciel nowego domu (ramage). Dokonał uszczerbienia herbu za pomocą klejnotu (brisure par le cimier), aby zachować niezależność i uniknąć konfliktu heraldycznego. Kolumna (pilier) w tradycji nadmozańskiej i lotaryńskiej reprezentuje suwerenny słup sprawiedliwości. Fakt, że jest ona przebita ostrą strzałą, oznacza, że właściciel herbu nie podlega lokalnym sądom książęcym. Na swoich ziemiach posiada zamek obronny, posiada pełny immunitet i sprawuje najwyższe sądownictwo karne – tzw. prawo krwi i miecza (haute justice), czyli prawo do skazywania na śmierć.

  • Korona na hełmie turniejowym świadczy o dziedzicznym statusie „Barona Turniejowego” (Noblesse de Tournoi): była zastrzeżona dla elit szlacheckich. Informowała o wysokim statusie rodowym, pozwalającym stawać w szranki z książętami i hrabiami (heroldowie turniejowi zatwierdzili krew rycerza jako absolutnie nieskazitelną – wymagało to udowodnienia szlachectwa w czterech liniach: po obojgu dziadkach i babciach).

  • Hełm świadczy o pasowaniu na rycerza. Typ hełmu (turniejowy) pokazywał, że właściciel herbu posiada pełne i dziedziczne prawo turniejowe (droit de tournoi). Ustawiony wprost, z otwartą przyłbicą, w tradycji franko-flandryjskiej był przywilejem królów, książąt, parów oraz niezależnych baronów terytorialnych.

  • Poszarpane labry to weryfikacja jego statusu bojowego. Ten człowiek lub jego przodkowie brali udział w ciężkich bitwach i wojnach.

Jednym słowem: to człowiek o równym mi statusie rycerskim!

Wiemy, że Jan był przede wszystkim rycerzem. Tradycje i zasady rządzące średniowiecznym rycerstwem, wiedza heraldyczna i honor rycerski były dla niego wszystkim15. Temu podporządkował swoje królewskie panowanie, a nawet losy swojej rodziny.

Henryk z Leez, książę-biskup Leodiensis – zwornik hipotezy16.

Książę-biskup Henryk z Leez był potomkiem panów na Grand-Leez (de Grand-Leez / de Leez). Był to ród wywodzący się się z lokalnej, rycerskiej szlachty Hrabstwa Namur (gniazdem rodowym była gmina Grand-Leez, obecnie część Gembloux w Belgii). Byli bezpośrednimi wasalami hrabiów Namur. Ród mocno rozrośnięty, ale o średnim znaczeniu. Potężny awans polityczny w ramach Świętego Cesarstwa Rzymskiego dokonał się dzięki małżeństwu ojca biskupa z przedstawicielką elity pogranicza namursko-flandryjskiego – bocznej linii panów Lichtervelde17. Co ciekawe, w rodzie samego Henryka z Leez, ale i rodzie jego matki, rodowymi są wszystkie imiona powtarzające się później u śląskich Wierzbnów18.

Urodzony około 1144 roku (lub nieco wcześniej) Andreas – młodszy syn z bocznej linii klanu Henryka z Leez, zgodnie z prawem kanonicznym i feudalnym Rzeszy, osiągnął w 1157 roku tzw. wiek rozeznania (pueritia). Miał 13 lat – to minimalny, legalny próg, od którego młodzieniec zyskiwał podmiotowość urzędową. Wystąpił jako świadek na dokumencie z 26 czerwca 1157 roku regulującym uposażenie i prawa własnościowe dla podległych Henrykowi dóbr; bez podania oficjalnego statusu majątkowego, lecz w grupie de familia (najbliższego kręgu rodowo-dworskiego biskupa)19. W 1158 roku Barbarossa ogłosił wyprawę przeciwko zbuntowanemu Mediolanowi. W kampanii tej cesarzowi towarzyszyli Bolesław Wysoki oraz Henryk z Leez wraz ze swoim dworem i rycerskim otoczeniem. Po kapitulacji Mediolanu w 1162 roku odbyły się tam najbardziej prestiżowe, masowe pasowania na rycerzy (adoubement). Andreas, wykazawszy się męstwem pod okiem suwerena, mając już wymagane zwyczajem i prawem 18 lat, właśnie wtedy otrzymuje ostrogi i pas rycerski. Od tej chwili przysługuje mu prawo do noszenia pełnej zbroi, hełmu oraz – co najważniejsze – do eksponowania na swojej bojowej i ceremonialnej tarczy rodowego herbu.

Śląski książę jest wówczas w obozie cesarskim uosobieniem zachodniego etosu rycerskiego. Cała armia powtarza opowieści o jego niebywałym wyczynie: Bolesław w pojedynku na oczach obu wojsk zabił potężnego, wcześniej niepokonanego przez nikogo, włoskiego olbrzyma. Dla młodego, świeżo pasowanego 18-letniego rycerza, Bolesław był żywą legendą, turniejowym idolem i idealnym wodzem. Jako juvenis (tzn. nieposiadający szans na własne włości w przeludnionym sercu cesarstwa – poza ewentualną karierą kościelną) Andreas zdecydował się związać z nim swoją przyszłość i wyruszył w 1163 roku do odziedziczonego przez Bolesława Śląska. Na zawsze znika tym samym z dokumentów dyplomatycznych diecezji Liège oraz hrabstw Namur i Hainaut.

Andrzej pojawił się potem w dokumentach dopiero w 1202 r jako kasztelan Głogowa. W 1163 r. podjął słuszną decyzję: po latach walk u boku śląskich książąt, praktycznie dorównał znaczeniem potężnym krewniakom Lichtenvelde, a jego dzieci i wnuki sięgną nawet wyższej godności – palatynów księstwa. Do imion rodowych śląska gałęź rodu dodała Henryka – na pamiątkę potężnego wuja-biskupa, dzięki któremu ten sukces był możliwy. W czwartym pokoleniu właśnie Henryk z Wierzbna, także biskup, sięgnie nawet po tytuł księcia Cesarstwa. Andrzej zmarł w wieku ok. 60 lat – nie pojawił się już w licznych dokumentach Henryka Brodatego z 1204 r.

Biskup Henryk z Wierzbna.

Urodzony najpóźniej w 1265 roku Henryk, prawnuk Andrzeja, najmłodszy syn kasztelana ryczyńskiego i wrocławskiego Jana z Wierzbna, w odróżnieniu od starszych braci wybrał karierę duchownego. Na początku lat dziewięćdziesiątych XIII wieku, wciąż jeszcze jedynie jako kanonik wrocławski, trafił do Pragi, gdzie on i jego starszy brat Stefan spotkali pochodzącego z Hrabstwa Luksemburg Piotra z Aspeltu, pełniącego wówczas funkcję kanclerza Czech i biskupa Bazylei. Być może wspomniana wcześniej solidarność klanowa (Sippe) spowodowała, że Piotr wziął pod opiekę braci, co znakomicie przyspieszyło ich kariery. Okazja pojawiła się wkrótce: po śmierci biskupa wrocławskiego Jana Romki, wbrew woli arcybiskupa gnieźnieńskiego Jakuba Świnki, który przeforsował na to stanowisko swojego kanonika Witolda20, Piotr „wydeptał” bezpośrednio u papieża bullę mianującą na to stanowisko Henryka z Wierzbna21. To, jak się wydaje, było początkiem późniejszej głębokiej wrogości Jakuba Świnki wobec Henryka.

Początek XIV wieku to szczyt władzy Wacława II, jednego z najpotężniejszych władców Cesarstwa. Wbrew papieżowi22 – 26 maja 1303 r. w Pradze – biskup Henryk z Wierzbna udzielił ślubu Wacławowi II i Ryksie Elżbiecie, córce ostatniego króla Polski Przemysła II, oraz dokonał jej koronacji na królową Czech i Polski. Miał do tego formalne upoważnienie arcybiskupów Moguncji (Piotra z Aspeltu) i Gniezna (Jakuba Świnki23). Już na początku swojego pontyfikatu stał się zatem europejskim „zawodnikiem wagi ciężkiej”.

Po dramatycznym wygaśnięciu rodu Przemyślidów w 1306 r. i wznowieniu walki metropolity gnieźnieńskiego z krakowskim biskupem Janem Muskatą, zakończonej ekskomuniką tego ostatniego, Henryk udzielił Muskacie 24 azylu w swojej diecezji. Skutkiem tego kroku była kolejna klątwa Świnki: tym razem obłożył nią naszego bohatera. Sama ekskomunika personalna (excommunicatio) dotykała bezpośrednio tylko biskupa, ale Jakub Świnka połączył ją z interdyktem (interdictum) dla całej diecezji wrocławskiej. Interdykt oznaczał całkowity zakaz odprawiania mszy świętych, udzielania sakramentów (chrztów, ślubów, spowiedzi) oraz chowania zmarłych na poświęconych cmentarzach na terenie całej diecezji. Dla średniowiecznego społeczeństwa, w pełni zorganizowanego wokół rytuałów religijnych, była to katastrofa.

Henryk znalazł jednak ryzykowne wyjście z tej beznadziejnej sytuacji. Zamiast ukorzyć się i w pełni podporządkować metropolicie, złożył odwołanie do Kurii Papieskiej25. Dzięki temu Henryk z Wierzbna mógł w lutym 1311 roku bez przeszkód kościelnych i prawnych koronować Jana Luksemburskiego w Pradze, a życie w diecezji toczyło się normalnie. Wniesiona apelacja była wystarczającym certyfikatem czystości prawnej – w świetle prawa rzymskiego klątwa Świnki była w tamtym momencie „niebyła” aż do wyroku w Avignonie. Była to jednak gra o wszystko. Gdyby Kuria Awiniońska podtrzymała wyrok Świnki, Henryk z Wierzbna zostałby ogłoszony ekskomunikowanym imiennie i publicznie (excommunicatus vitandus – ekskomunikowany, którego należy unikać). Oznaczałoby to nie tylko usunięcie z urzędu i utrata legalności władzy świeckiej, ale przede wszystkim zakaz jakichkolwiek kontaktów towarzyskich i handlowych z wykluczonym. Ktokolwiek np. podałby mu rękę, sprzedał chleb lub z nimi rozmawiał, automatycznie sam popadałby w ekskomunikę. Byłaby to prawdziwa śmierć cywilna.

Proces apelacyjny Henryka z Wierzbna przed Kurią w Avignonie zakończył się ostatecznie w 1314 roku. Sędziowie podjęli decyzję o zdjęciu z ordynariusza wrocławskiego suspensy i przywróceniu mu pełnych praw do zarządzania diecezją. Wyrok był rezultatem ugodowego porozumienia o charakterze finansowym: w zamian za oczyszczenie z zarzutów, Henryk został zmuszony do przekazania na rzecz Kamery Apostolskiej wysokich sum pieniężnych oraz do zastawu na rzecz kurii papieskiej klucza majątkowego w Wiązowie (do chwili pozyskania zeń wymaganych przez Kurię kwot).

Wielu badaczy postawiło też tezę26, że niezapisane (nieformalne) podjęcie się przez Henryka z Wierzbna stworzenia struktur inkwizycji (przeciwko waldensom i beginkom na Śląsku) było podyktowane koniecznością zneutralizowania najpoważniejszego formalnie zarzutu Świnki o nieposłuszeństwie kanonicznym. W 1315 r. Henryk powołał na stanowisko inkwizytora Pawła z Banczy (swojego biskupa pomocniczego). Prowadzone były procesy inkwizycyjne i ferowane wyroki śmierci przez spalenie na stosie we Wrocławiu, Świdnicy, Nysie.

W 1317 r. papież Jan XXII, poszukując środków na sfinansowanie praktycznie ciąglych swoich wojen w Italii, w celu zwiększenia skuteczności ściągania świętopietrza, wysłał do Europy środkowej swojego legata, Piotra z Owerni27. Skarb diecezji wrocławskiej, zrujnowany spłatami poprzednich kar, nie był w stanie udźwignąć nowych obciążeń. Henryk szukał rozwiązań proceduralnych, które pozwalały na opóźnienie wpłaty tych kwot. Stworzyło to jednak jego przeciwnikom politycznym idealną okazję do skutecznego ataku.

Ktoś musiał poinformować Jana XXII o pobłażliwości biskupiej inkwizycji wobec śląskich beginek28. W związku z tym w 1318 roku papież powołał Inkwizycję Papieską. Dla diecezji wrocławskiej sędzią inkwizytorem zostaje mianowany dominikanin29 Peregryn z Opola30. Peregryn był w tym czasie osobistym spowiednikiem Łokietka i jego zaufanym doradcą politycznym. Być może koncepcja „kupienia” korony31 od wiecznie potrzebującego pieniędzy papieża, która pojawiła się dokładnie w tym czasie, była również jego autorstwa.

Jesienią 1318 roku Peregryn zjawił się we Wrocławiu. Biskup jednak odmawił mu dostępu do archiwów diecezjalnych oraz wydania beginek. Gwałtowny spór kurii wrocławskiej z dominikanami stał się publicznym i doprowadził do rozruchów w mieście. Peregryn i dominikanie zostali zmuszeni do opuszczenia Wrocławia.

W maju 1319 r. Peregryn napisał donos do papieża. Sprytnie połączył w nim wątek finansowy (gwarantujący papieskie zainteresowanie), którego rozwiązanie mogło ciągnąć się jednak latami, z oskarżeniem o herezję, wymagającym natychmiastowej interwencji. Sugerował, że Henryk sabotuje podatki i inkwizycję z tego samego powodu: potajemnie sprzyja wrogom Kościoła. Napisał w nim: „[…] czcigodny brat nasz Henryk, biskup wrocławski, sprawę inkwizycji przeciwko heretykom w swojej diecezji – jakkolwiek należy to do jego obowiązków – prowadzi w sposób udawany i letni, a nadto powiada się, iż rzeczonych [heretyków] osłania i ukrywa z wielką szkodą dla wiary ortodoksyjnej […]”32.

Gdy w lipcu 1319 r. na Śląsk dotarły oficjalne wezwania sądowe z Avignonu, ze względu na śmiertelną jak się okaże chorobę, Henryk nie był w stanie podjąć podróży do Francji. Przenosi się do podwrocławskich dóbr w Biskupicach, gdzie próbuje dyktować instrukcje dla swoich przedstawicieli w Avignonie. Tam też umiera 23 września 1319 roku.

Gigantyczne koszty wieloletniego procesu w Avignonie, narzucona przez Kamerę Apostolską grzywna oraz utrata bieżących dochodów z zastawionego klucza majątkowego w Wiązowie doszczętnie zrujnowały finanse diecezji wrocławskiej oraz osobisty majątek Henryka z Wierzbna. Gdy umierał, pozostawił biskupstwo głęboko zadłużone, a on sam odchodził w warunkach materialnych, które współcześni określali jako skrajne ubóstwo.

W połowie XX wieku, w trakcie prac remontowych i towarzyszących im badaniom archeologicznym we wrocławskiej katedrze, zlokalizowano grób biskupa Henryka. Kapituła wrocławska pochowała go w kamiennym, surowym grobowcu. Szczątki biskupa złożone były w szatach pontyfikalnych, wraz z pastorałem oraz pierścieniem biskupim. Pochowano go zatem jako pełnoprawnego, świętego i nieskalanego księcia Kościoła (mimo ciążącego donosu Peregryna z Opola i otwartego śledztwa w Avignonie). Murowana krypta usytuowana była w osi głównej prezbiterium katedry, bezpośrednio pod dawną posadzką, w pobliżu ołtarza głównego.

Dorobkiem życia Henryka było stworzenia Księstwa Nyskiego. Ogromne znaczenia dla przyszłości i rozwoju miasta Nysy miało odsunięcie od władzy dziedzicznych wójtów, na rzecz samorządu mieszkańców. To za zgodą Henryka już w 1308 r. ukształtowała się w pełni nyska Rada Miejska z burmistrzem na czele. Bardzo znamienne jest, że w dokumencie z 20 lutego 1310 r. Henryk przywrócił w mieście prawo flamandzkie33 (wbrew zdobywającemu wszędzie popularność prawu saskiemu), poszerzając dodatkowo prawa i przywileje ekonomiczne mieszkańcom tego miasta.

Górnośląscy Wierzbnowie.

Związanie się rodu z Luksemburgami w 1310 r. miało decydujący wpływ na przyszłość głównej linii rodu, reprezentowaną przez potomków Stefana, starszego brata biskupa Henryka. Pierwotne dobra rodowe tworzyły trójkąt pomiędzy Świdnicą, Niemczą a Sobótką, z centrum w Wierzbnej.

Sam Stefan został kasztelanem ryczyńskim w 1311 r. Sprawował ten urząd ok. roku – do swojej śmierci. Jego najstarszy wnuk Jan – syn Fasolda – przejął rodowe dobra w Wierzbnie. Był też ostatnim kasztelanem ryczyńskim w latach 1326 – 1334. Wydaje się, że ta funkcja – w całkowicie tracącej swoje znaczenie kasztelanii – miała umożliwić im „posprzątać” ślady kultu pogańskiego, trwającego na terenie grodu na pewno do przełomu XIII/XIV wieku34. Śmiertelnie dla biskupa Henryka i całego rodu niebezpiecznych dowodów w kontekście procesu lat 1310 – 1314 i późniejszych oskarżeń Perygryna. Wskazujących na wiedzę i co najmniej cichą akceptację pogańskich rytuałów na terenie kasztelu ojca biskupa – Jana, kasztelana ryczyńskiego, a tym samym na wiedzę o tych „odrażających” praktykach samego biskupa i całej rodziny

Linia Jana wygasła dwa pokolenia później. Jedynym potomkiem jego syna (kolejnego już) Stefana z Wierzbna była córka Małgorzata; Wierzbno przeszło na własność jej męża z rodu Rohnau.

Jego młodsi bracia wybrali służbę na dworach Luksemburgów w Czechach i na Morawach. W 1474 r. potomek jednego z nich nabył prawa do opawskiego miasta Bruntal i wprowadził do heraldyki nazwisko (Jan I) Bruntálský z Vrbna (Bruntalski z Wierzbna), co prawnie potem usankcjonował król Matyas Korwin. Jego najmłodszy syn zyskał po matce dobra w Rudzie, Bielszowicach, Szombierkach i Orzegowie. Ta gałąź rodu wymarła po kilku pokoleniach – ostatnią informacją jest testament Doroty z Vrbna (1572 r), w którym rozdysponowala resztki majątku i klejnotów wprost stwierdzając, że jej „syn Mikołaj nie ma ochoty do gospodarowania”.

Linia bruntalska – po uformowaniu w 1505 r bruntalskiego państwa stanowego, a tym samym zyskaniu tytułu Wolnych Panów Bruntálský z Vrbna – w XVI wieku rosła w znaczenie i znacznie powiększała swoje posiadłości. Na przełomie XVI/XVII wieku ich państwo składało się z 3 miast (Bruntál/Freudenthal, Andělská Hora/Engelsberg, oraz Vrbno pod Pradědem/Wierzbno pod Pradziadem/Würbenthal) oraz około 30 wsi i osad górniczych, ród posiadał również liczne zamki, miasta i majątki na zewnątrz tego państwa.

W 1619 r. główni przedstawiciele rodu jednoznacznie opowiadają się po stronie Konfederacji Czech, Śląska, Moraw i oby Łużyc. Wolny Pan Jan Bruntálský z Vrbna, hetman (starosta – namiestnik króla) księstwa opawskiego (jego herb obok), oraz Jiří Bruntálský z Vrbna, pan na Helfštýnie. Być może ród – wyjątkowo konserwatywnie stosujący te same imiona rodowe, Jan wciąż korzystająca z tego samego herbu, którego wieki wcześniej używał biskup Henryk – nadal pamiętał swojr niderlandzie korzenie, a Konfederacja była przecież dokładnie wzorowana na Konfederacji Niderlandów35… Po klęsce Konfederacji Jan zagrożony karą śmierci uciekł za granicę, Jiří – jeden z dyrektorów Konfederacji – „zmarł” niespodziewanie, uwięziny w habsburskim więzieniu. Posiadłości rodu zostały skonfiskowane przez Habsburgów, doskonale zagospodarowane państwo bruntalskie przekazali oni potem Zakonowi Niemieckiemu (w Polsce nazywanemu Krzyżakami).

Boczna linia, mająca posiadłości w Czechach centralnych, wymarła w 1976 r. (od 1945 r. na wygnaniu).

Brzytwa Ockhama. Krytyka historiograficzna.

Zasada ekonomii myślenia, zwana brzytwą Ockhama, mówi, że przy wyjaśnianiu zjawisk należy wybierać teorie najprostsze – takie, które wymagają jak najmniejszej liczby dodatkowych założeń. W historiografii zasada ta ma kluczowe znaczenie, choć jej stosowanie bywa bardziej skomplikowane niż w naukach ścisłych.

Brzytwa Ockhama nie jest abstrakcyjną zasadą filozoficzną. To bardzo prosta matematyczna zależność. Jeżeli na starcie mamy dwie możliwości (w tym wypadku: obce versus rodzime pochodzenie), to szansa na prawdziwość każdej z nich wynosi 50%. Jeśli do uzasadnienia jednej z nich potrzebujemy stworzyć dodatkowych np. 5 założeń – hipotez wspierających jedną z nich (dla prostoty przyjmijmy też średnio 50% szansę na realizację każdej z nich), sytuacja drastycznie się zmienia. Szansa na jej prawdziwość spada do 1,56% (1/2*1/2*1/2 *1/2 *1/2 *1/2), lub inaczej: pewność, że hipoteza jest fałszywa wynosi 98,44%!

Przedstawiona powyżej hipoteza o niderlandzko-flandryjskim pochodzeniu rodu panów z Wierzbna nie wymaga tworzenia żadnych dodatkowych hipotez pomocniczych. Utożsamienie Andreasa – krewnego biskupa Leodium Henryka z Leez, postaci precyzyjnie dopasowanej chronologicznie i generacyjnie – z kasztelanem Andrzejem, zaufanym stronnikiem Bolesława Wysokiego i Henryka Brodatego oraz protoplastą rodu, jest modelem prostym. Jedno, fundamentalne i dobrze osadzone w realiach epoki założenie o obcym, wysokim pochodzeniu w komplementarny sposób wyjaśnia wszystkie zagadkowe kwestie związane z tym rodem. Wyjaśnia absolutne zaufanie śląskiego księcia, budowane trzydziestoma latami wspólnych walk ramię w ramię, imiona rodowe, obecność rezydencji typu motte w Wierzbnej, flandryjską symbolikę herbu z trzema liliami, a cztery pokolenia później – zaufanie i przyjaźń, jakimi Henryka z Wierzbna darzył król Jan Luksemburski.

W opozycji do tego modelu stoi ugruntowana od nieco ponad stu lat w polskiej historiografii hipoteza o rodzimym, małopolskim pochodzeniu Wierzbnów. W sposób najbardziej wyczerpujący i szczegółowy przedstawił ją w swojej monografii profesor Tomasz Jurek. Konstrukcja ta, choć tytaniczna pod względem rzemiosła źródłowego, cierpi na podręcznikową wadę mnożenia pobocznych założeń ratujących teorię główną. Jest to struktura wielopiętrowa (łańcuch założeń, gdzie jedno wynika z drugiego) i wielowymiarowa (liczne hipotezy poboczne), której realizacja w praktyce jest matematycznie bliska zeru. Co istotne, dodatkowych hipotez w konstrukcji profesora jest znacznie więcej niż w przytoczonym wyżej, uproszczonym wyliczeniu. Wprowadzanie kolejnych założeń tylko po to, by uratować zagrożoną teorię główną przed upadkiem, sprawia, że zamiast dopasowywać teorię do faktów, żmudnie dopasowywano kolejne domysły do z góry założonej teorii. Skąd zatem w polskiej nauce wziął się tak potężny upór w forsowaniu „rodzimości” Wierzbnów?

Przez całe stulecia dawna historiografia śląska, niemiecka i polska zgodnie uważały, że był to ród pochodzenia obcego. Założycielem miał być zachodni rycerz, który przybył na Śląsk u boku powracającego z wygnania Bolesława Wysokiego. Dopiero pod koniec XIX wieku całkowicie odmienną tezę postawił Franciszek Piekosiński36. Ulokował on śląskich Wierzbnów jako autochtoniczną gałąź małopolskiego rodu Lisów, wywodzącą się od wczesnośredniowiecznych wielmożów, w tym od komesa Magnusa. Piekosiński był jednak przedstawicielem tzw. romantycznego panslawizmu naukowego, który z założenia marginalizował lub negował wagę wpływów zachodnioeuropejskich na państwo pierwszych Piastów. W 1914 roku ikona polskiej genealogii, profesor Władysław Semkowicz37 na łamach „Miesięcznika Heraldycznego” słusznie skrytykował karkołomne koncepcje Piekosińskiego wiodące ku Magnusowi i odrzucił je jako nienaukowe. Semkowicz popełnił jednak inny błąd metodologiczny: odrzucił błędne wywody Piekosińskiego, ale bezkrytycznie zaakceptował jego ogólny wniosek. Uznał za pewnik, że panowie z Wierzbnej byli śląską odnogą małopolskich Lisów. W kolejnych dekadach nowoczesny nacjonalizm (endecja w międzywojniu) oraz ideologia komunistyczna (w PRL) przejęły i propagowały tę tezę. Potrzebowano jej do celów czysto politycznych – jako naukowego dowodu na „odwieczną polskość Ziem Odzyskanych”. Koncept Semkowicza powielali i utrwalali wybitni badacze, m.in. Zygmunt Wojciechowski (a za nim cała poznańska szkoła historyczna), Benedykt Zientara, Józef Matuszewski czy Błażej Śliwiński. Praktycznie wszyscy historycy zajmujący się tym tematem poruszali się wewnątrz schematu wyznaczonego przez Semkowicza, będącego przecież jedynie próbą ratowania błędnego założenia Piekosińskiego. Profesor Jurek w swojej monografii dokonał jedynie tytanicznej pracy: żmudnie obudował ten stuletni koncept nowymi, niezwykle misternymi hipotezami, z których każda miała uzasadniać mnożące się sprzeczności źródłowe.

Już od pierwszego roku studiów wpaja się studentom historii głęboki szacunek do dorobku poprzednich generacji badaczy. To na ogół słuszne i pożądane podejście całkowicie jednak zawiodło w obszarze polskiej historiografii Śląska. Szersze zainteresowanie polskich naukowców dziejami tego regionu pojawiło się w okresie, gdy idee narodowe i polityczne miały zdecydowany prymat nad rzetelnością warsztatową. To wtedy rodziły się koncepcje będące bardziej pomysłami propagandowymi niż obiektywnymi tezami historycznymi. W dwudziestoleciu międzywojennym i w czasach PRL – z różnych powodów politycznych, ale w identyczny sposób – to ahistoryczne podejście zostało ostatecznie zamienione w nienaruszalny dogmat. Efektem tego jest sytuacja, w której już kilka pokoleń historyków, mimo nienagannej i doskonałej pracy z materiałem źródłowym, wskutek swoistego, solidarnościowego konserwatyzmu środowiska naukowego, bezwiednie powiela i interpretuje śląską historię według głęboko błędnego szablonu.

Suplement.

A. XIV wieczni śląscy waldensi, beginki i poganie.

W ostatnie lata życia biskupa wplecione są losy śląskich waldensów i beginek, oraz – co znacznie bardziej szokujące – świadectwa pogańskiego kultu, trwającego w sercu Śląska na pewno aż do końcka XIII wieku.

Waldensi pojawili się w drugiej połowie XII wieku w południowej Francji (w Lyonie, stąd początkowo nazywano ich „Ubogimi z Lyonu”). Biblia stanowiła dla nich jedyne i ostateczne źródło wiary, dlatego stali się pionierami w masowym tłumaczeniu Pisma Świętego na języki narodowe (początkowo prowansalski). Z absolutnego autorytetu Biblii wywodzili prawo i obowiązek głoszenia Słowa Bożego przez każdego wierzącego (w tym przez kobiety), konieczność osobistej znajomości Ewangelii przez wszystkich wiernych, a także całkowite odrzucenie władzy hierarchów kościelnych z papieżem na czele. Konsekwentnie odrzucali kult świętych, relikwii oraz wiarę w czyściec, uznając je za ludzką inwencję, niemającą żadnego uzasadnienia w tekście biblijnym. Ostro piętnowali bogactwo, przepych oraz polityczne zaangażowanie duchowieństwa. Będąc rygorystycznymi pacyfistami, potępiali prowadzenie wojen w ogólności, uznając wojny religijne (w tym krucjaty i zbrojne wyprawy papieskie) za przejaw najwyższego zła. Z tych powodów waldensi stali się naturalnym, śmiertelnym wrogiem Kościoła rzymskiego. Oficjalnym wykluczeniem ze wspólnoty chrześcijańskiej i ogłoszeniem ich niebezpiecznymi heretykami, których należy bezwzględnie ścigać i tępić, objął ich papież Lucjusz III w listopadzie 1184 roku, wydając bullę „Ad abolendam”38. Dokument ten posłużył też stworzeniu instytucji średniowiecznej inkwizycji. Waldensi przetrwali jako odrębna wspólnota religijna do czasów współczesnych – głównie w północnych Włoszech (w rejonie Piemontu)

Na Śląsk waldensi dotarli w efekcie stopniowej migracji z południa. Główny szlak ich ucieczki przed prześladowaniami wiodł z terytorium Austrii przez Czechy i Morawy. Był związany z trwającą na Śląsku akcją kolonizacyjną na prawie niemieckim. Waldensi przybywali jako niemieckojęzyczni osadnicy (chłopi i rzemieślnicy) i funkcjonowali wewnątrz wyizolowanych, hermetycznych społeczności, w których doktryna miała charakter dziedziczny i była przekazywana z pokolenia na pokolenie w obrębie całych rodów. Procesy prowadzone przeciwko nim w 1315 roku były najbardziej spektakularnym i krwawym przykładem działania inkwizycji na ziemiach śląskich. Śledztwa te kończyły się na ogół masowym paleniem heretyków na stosach, które zapłonęły we Wrocławiu, Nysie oraz Świdnicy. Najkrwawszy akt tej akcji rozegrał się 25 lipca 1315 roku w Świdnicy, gdzie na tamtejszym Wzgórzu Szubienicznym (Galgenberg, obejmującym dzisiejsze rejony ulic Łukasińskiego i Gdyńskiej) urzędnicy wznieśli wielkie stosy, na których spalono jednorazowo około 50 waldensów. Był to jeden z najkrwawszych wyroków inkwizycyjnych w całej ówczesnej Europie Środkowej39. Współczesną „złą sławę” waldensów zapoczątkował wybitny śląski archiwista i historyk Colmar Grünhagen, który analizując proces świdnicki z 1315 roku, przyjął propagandowe opisy satanistycznych rytuałów za obiektywną rzeczywistość historyczną40. Dopiero zastosowanie metody porównawczej pozwoliło Aleksandrowi Patschovsky’emu dowieść, że rzekome wyznania o kulcie Lucyfera nie odzwierciedlały realnych wierzeń waldensów, lecz były gotowym, literackim szablonem oskarżycielskim importowanym przez inkwizytorów z głębi Cesarstwa (wzorowanym na działalności inkwizytora Konrada z Marburga z 1233 roku). Grünhagen patrzył na akta inkwizycyjne w sposób izolowany. Jako wybitny archiwista i pasjonat dziejów regionu skupiał się na historii Śląska jako odrębnego mikrokosmosu. Ponieważ w protokole świdnickim zapisano wyznania o oddawaniu czci Lucyferowi, uznał, że na Śląsku rzeczywiście działała taka sekta. Patschovsky udowodnił, że zeznania śląskich waldensów o lucyferianizmie brzmią identycznie jak teksty z XIII-wiecznych Niemiec, gdyż świdniccy inkwizytorzy zadawali pytania według gotowego, narzuconego z góry kwestionariusza. Śląscy oskarżeni pod wpływem tortur po prostu potwierdzali to, co inkwizytorzy chcieli usłyszeć.

Beginki pojawiły się w drugiej połowie XII wieku w Niderlandach oraz Nadrenii, stanowiąc unikalny, spontaniczny ruch religijny niezamężnych kobiet i wdów (zwanych mulieres religiosae). Ewangelia stanowiła dla nich wzór do naśladowania w codziennym życiu, jednak w przeciwieństwie do tradycyjnych zakonnic, beginki nie składały wieczystych ślubów zakonnych, nie żyły w ścisłej klauzurze i mogły w dowolnym momencie opuścić wspólnotę, na przykład w celu zawarcia małżeństwa. Z dążenia do apostolskiego ubóstwa wywodziły konieczność samodzielnego utrzymywania się z własnej pracy rąk – najczęściej z prania, tkactwa, szycia oraz opieki nad chorymi i ubogimi w miejskich szpitalach.

Konsekwentnie odrzucały zwierzchnictwo męskich struktur zakonnych, organizując się w autonomiczne domy (zwane beginażami). Strach, podejrzliwość i głęboka niechęć instytucjonalnego Kościoła wobec beginek wynikała z ich całkowitej niezależności finansowej i społecznej oraz faktu, że wymykały się one patriarchalnemu nadzorowi duchowieństwa. Niepokój hierarchów budziło ich pionierskie, samodzielne studiowanie, tłumaczenie i komentowanie tekstów biblijnych oraz pism religijnych w językach narodowych (przede wszystkim w języku starofrancuskim, niderlandzkim oraz średnio-dolno-niemieckim)41. Oficjalnym potępieniem i nakazem likwidacji ich nieuregulowanych wspólnot objął je sobór w Vienne w 1312 roku, na którym papież Klemens V wydał wymierzoną w nie bullę Cum de quibusdam mulieribus. Dokument ten dał impuls do fali procesów inkwizycyjnych w całej Europie.

Na Śląsk beginki dotarły prawdopodobnie już z pierwszą falą kolonizacji walońsko-flandryjskiej. To właśnie te grupy przyniosły ze swojej ojczyzny unikalny model kobiecej pobożności, fundując pierwsze śląskie beginaże w dynamicznie rozwijających się ośrodkach miejskich – we Wrocławiu, Świdnicy, Głogowie i Nysie.

By może właśnie dlatego – znając i rozumiejąc istotę tego ruchu – inkwizycja biskupia Henryka z Wierzbna wyraźnie oszczędziła beginki, stosując wobec nich strategię instytucjonalnej ochrony i łagodnej asymilacji, celowo wygaszając oskarżenia, które w tym samym czasie doprowadziły waldensów do zagłady. W zachowanych źródłach i aktach z 1315 roku nie odnaleziono jakichkolwiek śladów skazywania beginek na śmierć, czy nawet wymuszania zeznań torturami42.

Biskupia opieka oraz pragmatyzm samych kobiet pozwoliły śląskim beginkom na skuteczne uniknięcie późniejszych prześladowań inkwizycyjnych. Kluczem do ich przetrwania okazało się masowe zrzekanie się dotychczasowej niezależności i przekształcanie wolnych domów we wspólnoty tercjarskie – przede wszystkim III Zakon św. Franciszka (tercjarki franciszkańskie) oraz III Zakon św. Dominika43. Przyjęcie oficjalnej, zatwierdzonej przez Rzym reguły zakonnej i poddanie się pod stałą opiekę duszpasterską i spowiedź męskich zakonów formalnie likwidowało status beginek, ale dawało im pełny immunitet prawny. Część z tych przekształconych domów w okresie reformacji w XVI wieku przyjęła protestantyzm, przeobrażając się w miejskie diakonise. W ten sposób, choć pierwotny, wolny ruch beginek na Śląsku stopniowo zanikł, ich domy i struktury – będące trwałym dziedzictwem pierwotnej kolonizacji flandryjsko-walońskiej – przetrwały wieki pod bezpiecznym płaszczem oficjalnych instytucji kościelnych.

Mimo protekcji ordynariusza w 1315 roku, nacisk na likwidację samodzielnego ruchu kobiet narastał ze strony inkwizytorów papieskich (Peregryn z Opola, Jan Schwenkenfeld), obcych lokalnym układom rodowym. Największy kryzys ruchu nadszedł we wrześniu 1332 roku, gdy papieski inkwizytor Jan Schwenkenfeld wytoczył w Świdnicy głośny proces tamtejszym beginkom. Sędzia ten pochodził ze starego, śląskiego rodu szlacheckiego, którego gniazdem rodowym było Schwengfeld (Makowice k. Świdnicy)44. Losy tej rodziny stanowią jeden z najbardziej uderzających paradoksów w dziejach śląskiej religijności: dokładnie dwa stulecia po tym, jak dominikanin Jan tropił domniemane odstępstwa od doktryny katolickiej, jego bezpośredni potomek, Kaspar Schwenkfeld von Ossig, stał się twórcą jednego z najbardziej radykalnych nurtów reformacji (ruch szwenkfeldystów), całkowicie odrzucającym instytucjonalne ramy jakiegokolwiek Kościoła.

Gród w Ryczynie i utworzona w nim – jedna z pierwszych – kasztelania, obiektywnie powinny zawsze budzić zdziwienie badaczy. Przyjęta ex cathedra i powszechnie powtarzana teza: „gród powstał w celu ochrony szlaków handlowych” jest z gruntu nieprawdziwa. Szlaki handlowe północ-południe biegły sporo na zachód lub jeszcze dalej na wschód od tego grodu, trasa wschód-zachód biegła po przeciwnym, wyższym i suchym brzegu Odry.

Po raz pierwszy pojawia się w 1155 r w bulli papieża Hadriana IV (już w postaci kasztelani: castellum Trecen), zatwierdzającej uposażenie biskupów wrocławskich. Ranga kasztelanów ryczyńskich była wysoka: jako świadkowie pojawiają się na dokumentach zawsze zaraz po kasztelanach wrocławskich, przed wszystkimi innymi książęcymi urzędnikami. To kolejny fakt, który powinien budzić zdziwienie: Ryczyn, położony na zabagnionym terenie, od południa otoczony rozlewiskami Odry, od północy bagnistymi puszczami, miał znikome znaczenie gospodarcze i militarne. Powstałe w XII i początku XIII wieku Oława (zaledwie 7 km na południowy wschód) i Brzeg (7 km na północny zachód) – w znakomicie korzystniejszych lokalizacjach – całkowicie kontrolowały gospodarczo, militarnie i politycznie teren tej kasztelanii.

Zatem: co spowodowało, że gród ten powstał i miał tak wielkie znaczenie do końca XIII wieku włącznie?45

Pierwszym śladem, do niedawna całkowicie pomijanym we współczesnej narracji historycznej na ten temat, jest relacja, zapisana w czasie XIX wiecznych, pionierskich inwentaryzacji archeologicznych Śląska. Oskar Vug, prowadząc inwentaryzację grodzisk w dolinie Odry pod koniec XIX wieku, spisał żywą wówczas wśród lokalnej ludności leśnej opowieść. Według tego podania, w odległości około kilometra od grodu ryczyńskiego, w bagnistym i zalesionym zakolu Odry, znajdowała się „Łąka Kamiennych Stołów” (Steintischwiese). Legenda głosiła, że było to starożytne miejsce zjazdów (wieców), na które pierwsi książęta śląscy i wodzowie plemienni przypływali łodziami, wykorzystując dawne, żeglowne starorzecza Odry. Na samej łące miały znajdować się ułożone z potężnych głazów stoły, przy których zasiadała starszyzna podczas narad i rytualnych biesiad46 .

Współczesna archeologia (badania z lat 2004 – 2008) w zadziwiająco dokładny sposób precyzuje tę legendę. Ryczyn to tak naprawdę dwa grody: tzw Wielki Ryczyn i nieco od niego odległy niewielki gródek postawiony na naturalnym wzniesieniu, wyrastającym ponad otaczające go bagniste tereny. Wielki Ryczyn zbudowano na nasypie, utworzonym na stabilizujących bagniste podłoże dębowych palach i belkach, precyzyjnie datowanych na 983/84 rok.Wały grodu (sypane, a nie typowe dla konstrukcji piastowskich skrzyniowe) otaczały rozległy majdan, wyraźnie podzielony na dwie części: północną, z kurhanami utworzonymi przez warstwy spopielonych szczątków ludzkich, pokrywanych kolejnymi warstwami piasku lub ziemi (praktyka kontynuowana co najmniej do końca XII wieku) i południową – miejscem rytualnych uczt47. Odnaleziono szczątki zwierząt składanych w ofierze: młodych krów i koni48. Co ciekawe, na zewnątrz grodu natrafiono na drugi cmentarz, gdzie w najstarszych pochówkach występowały równolegle pochówki ciałopalne (pogańskie) i szkieletowe (interpretowane jako chrześcijańskie)49. Nie odkryto śladów zabudowań wewnątrz grodu. Ważne w kontekście rodu panów z Wierzbnej jest to, że rytualne biesiady i uczty ofiarne w południowej części majdanu Wielkiego Ryczyna trwały przez cały XIII wiek (aż do przełomu XIII/XIV w.) , co poświadczają najwyższe, bogate w materiał ceramiczny i osteologiczny warstwy archeologiczne50.

Piastowie do czasów Henryka Pobożnego włącznie (na Górnym Śląsku nawet pół wieku dłużej) rządzili jeszcze krajem plemiennym, wykorzystując w jakiś sposób podporządkowane sobie odwieczne struktury plemienne. Cicha aprobata dla „starego sposobu” podejmowania decyzji, szczególnie gdzieś na uboczu i bez wpływu na realne życie kraju, była niewielką ceną za akceptację ich władzy51. Wyjaśnia to też wysoką pozycję kasztelanów ryczyńskich, co najmniej reprezentujących władców na tych obrzędach, a na pewno mających wpływ na ich organizację i tym samym na decyzje tam podejmowane. Stopniowe, ale trwające 2–3 wieki zanikanie ewidentnie pogańskich obrządków, a potem tradycyjnych rytuałów związanych z podejmowaniem decyzji, świadczy o długotrwałej, świadomej i bezkonfliktowej koegzystencji plemiennych praktyk przedchrześcijańskich i chrześcijańskich władców Śląska.

W czasie procesu biskupa Henryka z Wierzbna przed sądem papieskim w latach 1310–1314 ślady pogańskich rytuałów w Ryczynie stały się dla niego samego, ale i dla całego rodu, śmiertelnie niebezpieczne. Być może dlatego kasztelanem niemającego już żadnego znaczenia Ryczyna został jego brat Stefan (lata 1311–1312): miał pozacierać ślady wskazujące, że ich ojciec na pewno uczestniczył w tych „odrażających” praktykach, a sam biskup co najmniej je tolerował. Kolejną misję „posprzątania” otrzymał następny kasztelan ryczyński z tego rodu – Jan (1326–1334). Przerwa 1312–1326, która widnieje w dokumentach Śląska tyczących tej funkcji, tylko pozornie jest dziwna. Lata 1312–1315 to okres gwałtownych zmian terytorialnych i politycznych, po których nastąpił Wielki Głód (lata 1315–1317) wywołany gwałtownym ochłodzeniem się klimatu, nadzwyczajnymi opadami deszczu i powodziami52.

W 1340 r. w Ryczynie nie mogło już być tych dawnych śladów: właśnie w tym roku przejęli gród dominikanie – zakon inkwizytorów, z którego wywodził się ścigający wcześniej Henryka inkwizytor Perygryn z Opola.

B. Konstrukt „walki narodowościowej” a realia konfliktu ustrojowego na przełomie XIII i XIV wieku. Krytyka historiograficzna.

Arcybiskup Jakub Świnka nie był patriotą w dziewiętnastowiecznym rozumieniu tego pojęcia, lecz lojalnym, podręcznikowym kontynuatorem linii politycznej gnieźnieńskich metropolitów, realizowanej konsekwentnie od momentu śmierci Krzywoustego. W świetle średniowiecznego prawa feudalnego i kanonicznego model ten opierał się na pragmatycznej zasadzie: im słabsi, bardziej skłóceni i rozdrobnieni byli książęta piastowscy, tym silniejsza, bogatsza i bardziej suwerenna stawała się instytucja arcybiskupstwa gnieźnieńskiego. Proces systematycznego wywłaszczania władzy świeckiej z jej prerogatyw na rzecz Kościoła dokumentują kluczowe przywileje:

  • Przywilej łęczycki (1180 r.): Kościół uzyskał zniesienie tzw. prawa łupu (ius spolii). Do tej pory po śmierci biskupa jego prywatny i diecezjalny majątek ruchomy przechodził na własność księcia; od zjazdu w Łęczycy dobra te stały się nienaruszalną własnością kościelną.

  • Wielki przywilej borzykowski (1210 r.): Piastowie zrzekli się prawa do mianowania biskupów na rzecz wolnego wyboru przez kapituły. Ponadto Kościół uzyskał całkowicie niezależne sądownictwo (forum privilegiatum) – duchowni przestali podlegać sądom książęcym.

  • Przywilej w Wolborzu (1215 r.): Dobra arcybiskupstwa i podległych diecezji zostały całkowicie zwolnione z ciężarów prawa książęcego (podatków, poradlnego oraz danin w naturze), co dało podwaliny pod ekonomiczną suwerenność Gniezna.

  • Zjazd w Cieni (1228 r.): Władysław Laskonogi zobowiązał się do nienakładania żadnych nowych podatków na ziemie kościelne oraz przysiągł bezwzględne poszanowanie wywalczonych wcześniej przez Henryka Kietlicza immunitetów sądowniczych i ekonomicznych.

Z tej perspektywy arcybiskupa Świnkę musiała przerażać perspektywa rządów silnego monarchy. Nowoczesna, scentralizowana monarchia Wacława II Przemyślidy oznaczała natychmiastowy koniec dotychczasowej bezkarności i autonomii finansowej metropolii. Jego dministracja przyniosła ze sobą rygorystyczny system fiskalny, obsadziła strategiczne zamki lojalnymi królowi starostami i zażądała, by Kościół również dokładał się do obronności państwa. Wspierając ten wzorzec ustrojowy, biskup wrocławski Henryk z Wierzbna oraz biskup krakowski Jan Muskata uderzali w same fundamenty finansowej i sądowniczej niezależności, którą Gniezno przez półtora wieku skrupulatnie „wyszarpywało” od bezradnych, politycznie słabych piastowskich książąt dzielnicowych.

Otwarty konflikt Jakuba Świnki z Janem Muskatą i Henrykiem z Wierzbna nie przebiegał na linii etnicznej, która w realiach początku XIV wieku miałaby charakter całkowicie ahistoryczny. Wszyscy trzej hierarchowie operowali tą samą urzędową łaciną, tym samym kodeksem rycerskim i tym samym rzymskim prawem kanonicznym; byli ludźmi reprezentującymi ten sam krąg kulturowy.

Chronologia wydarzeń, klątw i ich kierunek wskazuje, że były one przede wszystkim narzędziem walki z każdym, kto w dowolny sposób osłabiał lub kwestionował władzę arcybiskupa:

  • 1300 r. – poparcie klętwy na Łokietka, którego wojska pustoszyły (Wielko)polskę – Polonia Maior, w tym dobra kościelne i biskupie.

  • Prawdopodobnie listopad 1300 r. – arcybiskup Świnka w Gnieźnie ukoronował Wacława II na króla Polski. Metropolita poparł Przemyślidę, aby ratować swój i Kościoła autorytet przed anarchią niesioną przez Łokietka.

  • 1301 r. – rozpoczęcie procesu kanonicznego przeciwko biskupowi Janowi Muskacie, który wbrew woli arcybiskupa wspierał w każdym wymiarze Wacława II; proces został zawieszony ze względu na bezpośrednią opiekę polityczną króla.

  • 1306 r. – wznowienie tegoż procesu natychmiast po śmierci Wacława II53. Charakterystyczny przebieg miało przesłuchanie świadków z 20 lipca 1306 roku. Ponieważ wojskowa załoga Krakowa nie wpuściła wysłanników arcybiskupa do miasta, trybunał śledczy otwarto w kolegiacie sandomierskiej – na terytorium zabezpieczonym już przez oddziały Łokietka.

  • 1307 r. (druga połowa) – arcybiskup Świnka nakłożył na Muskatę ekskomunikę, co doprowadziło do jego ostatecznej porażki politycznej i militarnej z Łokietkiem.

  • 1309 r. – ekskomunika Henryka z Wierzbna – w obu tych wypadkach głównym, najmocniejszym oskarżeniem proceduralnym było nieposłuszeństwo wobec zwierzchnika kościelnego (contumacia).

Klamrą, w ironiczny sposób spinającą działalność arcybiskupa na tym polu w latach 1300 – 1314 r. (rok śmierci Jakuba Świnki), jest kwestia grabieży majątku kościelnego. Cykl rozpocząło rabowanie dóbr kościelnych przez wojska Łokietka (przyczyna pierwszej klątwy), a zakończył przejęcie dochodów diecezji krakowskiej – jednej z najbogatszych w Europie środkowej i najbogatszej w arcybiskupstwie – przez Łokietka po ostatecznym wypędzeniu Muskaty54.

Pod koniec życia Świnka nie myślał już w ogóle w kategoriach duszpasterskiej troski o wiernych w Ziemi Krakowskiej, czy nawet dobrobycie finansowym arcybiskupstwa – myślał wyłącznie o całkowitej eliminacji wrogów. W skutek konfiskat i sekwestrów dóbr biskupstwa, pieniądze z dziesięcin, czynszów i ceł, które normalnie trafiały do kasy Muskaty 9a w części do skarbca arcybiskupa), zasiliły bezpośrednio budżet Łokietka. Mimo to Świnka wezwał krakowskie duchowieństwo do całkowitego wypowiedzenia posłuszeństwa wygnańcowi, grożąc klątwami każdemu, kto zachowa wobec niego lojalność. W efekcie krakowski aparat diecezjalny został prawnie sparaliżowany.

Redukcja tego głębokiego sporu ustrojowego do poziomu uproszczonej, plemiennej walki „żywiołu polskiego z zalewem niemczyzny i czeszczyzny” była produktem XIX-wiecznego nacjonalizmu. Do polskiej nauki wprowadził ją (obok kilku innych, też u schyłku XIX wieku) Tadeusz Wojciechowski (1838–1919), profesor Uniwersytetu Lwowskiego, twórca porywających, lecz skrajnie polonocentrycznych rekonstrukcji wczesnośredniowiecznych. To on w swoich esejach najdobitniej narzucił polskiej wyobraźni historycznej obraz Jana Muskaty jako „wroga narodu” i „krwawego wilka zniemczonego”, a Henryka z Wierzbna jako hierarchy, który jakoby wyparł się tożsamości dla czeskich i niemieckich profitów. Tezy Wojciechowskiego zostały w okresie międzywojennym, a zwłaszcza po II wojnie światowej, bezkrytycznie podchwycone przez szkołę nacjonalistyczną oraz historiografię PRL (głównie w pracach o charakterze popularyzatorskim i syntezach autorstwa Ewy Maleczyńskiej czy Romana Grodeckiego). W ówczesnej koniunkturze politycznej szukano za wszelką cenę rzekomego historycznego uzasadnienia dla koncepcji „odwiecznej walki z germańskim naporem na Ziemiach Odzyskanych”.

Współczesna bezwładność akademicka i trudność w uwolnieniu się polskich badaczy od tego fałszu wynikają z głębokiego zakorzenienia tych XIX-wiecznych klisz w strukturze edukacyjnej i podręcznikowej, która wciąż reprodukuje mit „patriotycznego” Gniezna w zderzeniu z „podlegającym obcym wpływom” Śląskiem, ignorując twarde realia średniowiecznej gry o suwerenność prawną i ekonomiczną.


1  Wyjątkowość znaczenia Henryka z Wierzbna dla Piotra z Aspeltu, a być może przede wszystkim dla koronowanego Jana i samego cesarza Henryka VII, mocno podkreśla fakt, iż nie przeszkadzało im, że w latach 1310 – 1314 toczył się w Awinionie, ówczesnej stolicy papieży, proces o zniesienie ekskomuniki nałożonej na niego przez arcybiskupa gnieźnieńskiego Jakuba Świnkę.

2  Piotr z Aspeltu, pochodzący z hrabstwa Luksemburg syn służącego, dzięki wybitnym zdolnościom wspiął się na najwyższe stanowiska w Cesarstwie. Określenie „Königsmacher” wiąże się z tym, że osobiście wykreował i doprowadził na tron kolejno: Henryka VII Luksemburskiego (hrabia – cesarz!), Jana Ślepego (u nas znanego właśnie jako Jan I Luksemburski, oraz Ludwika IV Bawarskiego – króla Niemiec od 1314 r. W każdym z tych przypadków „jego” kandydaci wygrywali i byli koronowani, mimo wcześniejszych uniemożliwiających to okoliczności!

3  C. Grünhagen, „Geschichte Schlesiens, Bd. 1: Bis zum Eintritt der habsburgischen Herrschaft 1527„, Gotha 1884, s. 126–129 (oraz przypisy źródłowe w sekcji Quellennachweisungen).

4  Np. Jiří Spěváček, „Jan Lucemburský a jeho doba 1296–1346„, Praha, 1994 r – rekonstrukcja pierwszych lat panowania Jana Luksemburskiego (niemal dzień po dniu).

5  W polskiej historiografii na wyjątkową bliskość tego niderlandzkiego kościelnego magnata z Bolesławem Wysokim zwraca uwagę Benedykt Zientara w pracy „Henryk Brodaty i jego czasy” (PIW, Warszawa,1973 r.) twierdząc nawet, że Henryk Brodaty nosił imię właśnie na jego cześć. Do identycznego wniosku doszedł wcześniej, badając życioryc biskupa, belgiski historyk Jacques Stiennon w pracy „La Pologne et le pays mosan au Moyen Âge. À propos d’un ouvrage récent”, (w „Cahiers de civilisation médiévale”, 1961 r.)

6  Prof. Marek Derwich „Piastowie Śląscy a benedyktyni (XII/XIII w.)

7  Pierwotne dobra Wierzbnów kupili w 1403 r. cystersi. M. in. dzięki zachowanych w ich archiwach dokumentom, doskonale znamy historię osadnictwa walońsko-flamandzkiego na tych terenach.

8  dr hab. Piotr Boroń (Uniwersytet Śląski w Katowicach), dr Dariusz Rozmus (Muzeum Miejskie „Sztygarka” w Dąbrowie Górniczej).

9  XIX i XX wieczna historiografia – śląska, niemiecka, polska – nie wiedząc o tej wojnie interpretowała ten zapis jako zatrzymanie przez Kędzierzawego kontroli nad głównymi grodami Śląska. Te odkrycia, aczkolwiek jeszcze nie przyswojone przez polską narrację historyczną, wskazują, że słowa Kadłubka „zatrzymane dla własnego bezpieczeństwa” należy rozumieć dosłownie: odbity pas ziem przesunął z powrotem granicę śląsko-krakowską dosłownie na przedpola Krakowa, a „nieszczęścia” były prawdziwymi nieszczęściami dla ludności tego terenu, a nie po prostu usunięciem nieprzyjaznych załóg z okupowanych przez Kędzierzawego grodów Śląska.

10 Nie unormowało to jednak konfliktu granicznego między diecezjami wrocławską i krakowską. Biskupi wrocławscy Żyrosław II (1170-1198), biskup – książę Jarosław Opolski (1198-1201), oraz biskup Cyprian (1201-1207) toczyli spór z diecezją krakowską o „dziesięciny i jurystdykcję kościelną” (ziemie bytomska, siewierska, oświęcimska). Arcybiskup Kietlicz musiał w jakiś sposób uznawać (nieznane obecnie) racje diecezji wrocławskiej, bo doprowadził do pozyskania przez biskupów wrocławskich dóbr milickich jako rekompensaty. Kolejny biskup wrocławski, Wawrzyniec (1207-1232), nie uznał tego za wystarczające i doprowadził do procesu przed papieżem Honoriuszem III. Papież przyznał sporne tereny diecezji Krakowskiej w oparciu o przedstawionych przez Kraków świadków pamiętających (sic!), że od zawsze płacili dziesięciny do Krakowa, oraz o dokument legata papieskiego z 1125 r. potwierdzający nadania dla klasztoru w Tyńcu z dóbr bytomskich (świadków dostarczył biskup krakowski Wincenty Kadłubek, dokument z archiwum Tyńca – zamykający sprawę – jego następca Iwo Odrowąż). Problem w tym, że dokument ten jest jednoznacznie sklasyfikowany jako fałszerstwo, a wprowadzenie sfałszowanego dokumentu z Tyńca do sądu papieskiego, to bezpośredni dowód na to, że Kraków nie miał w ręku żadnego innego, autentycznego zapisu, który wprost wymieniałby Bytom jako część ich diecezji. To dopiero decyzja Honoriusza III z 1222 r. ustaliła późniejszą, wielowiekową granicę między diecezjami krakowską a wrocławską, zatem nie może być podstawą jakże częstego argumentu nt. wcześniejszego podziału ziem.
Aby problem naświetlić do końca: polski historyk Gerard Labuda bronił tego wyroku, uzasadniając, że dokument ten został sfałszowany dopiero później. Uzasadniał to tym, że w dokumencie papieskim z 1229 r dot. Tyńca nie wymieniono wielu miejscowości, które w tym fałszywym występują. Obiektywnie świadczy to jednak jedynie, że kuria papieska wystawiając go, nie miała w ręku dokumentu fałszywego (który wrócił do archiwów tynieckich) i opierała się na jakimś innym źródle. Dodatkowe światło na sprawę rzuca zestawienie: słynny i na pewno autentyczny dokument z 1136 r. nadający dochody z Bytomia arcybiskupowi Gniezna vs. nigdy nie widziany oryginał Labudy pochodzący ze zbliżonego czasu, nadający te same dochody z Bytomia Tyńcowi.

11 Artur Boguszewicz, „Corona Silesiae. Zamki Piastów fürstenberskich na południowym pograniczu księstwa jaworskiego, świdnickiego i ziębickiego do połowy XIV wieku”. Na Dolnym Śląsku znajduje się ponad 100 zewidencjonowanych stanowisk tego typu, motte z Wierzbnej uważane jest za najstarsze i jednocześnie jest najstarszą udokumentowaną prywatną siedzibą rycerską w dzisiejszej Polsce. Na Górnym Śląsku jest ich kilkadziesiąt (i ich liczba stale rośnie w związku z nowymi odkryciami). Najbardziej znane to Grodzisko Kochłowickie, Chechło, Ciochowice, Pniów, także rejon Mikołowa czy Starych Tarnowic. Ta masowość i pierwotność śląskich motte wskazuje na znaczny udział rycerzy z południowych Niderlandów w grupie towarzyszącej Bolesławowi i Mieszkowi.

12 Doskonałego faktograficznie opracowania tego rodu dokonał prof. Tomasz Jurek w obszernej monografii „Panowie z Wierzbna. Studium genealogiczne” (Sociates Vistulana, 2006 r.). Zebrał w niej wszystkie znane dokumenty wiążące się, lub mogące się wiązać z tym rodem, oraz przeprowadził żmudną, szczegółową analizę powiązań rodzinnych pierwszych panów z Wierzbna. Wszystkie powiązania rodowe powtarzam tutaj za profesorem Jurkiem.

13 Opis znaczenia elementów herbu na podstawie:
– Ernest Warlop, „The Flemish Nobility before 1300”, Kortrijk, 1975 r. [oryg. „De Vlaamse Adel”] – studium nad strukturą społeczną i prawną średniowiecznej szlachty flandryjskiej. Autor szczegółowo opisuje w niej instytucję ramage (gałęzi rodowych) oraz rygorystyczne zasady, według których podziałowi ziemi lub powstawaniu nowych linii musiała towarzyszyć prawna, kontrolowana modyfikacja herbów i klejnotów, oraz
– Michel Pastoureau, „Traité d’héraldique” (Paryż). To współczesny podręcznik do średniowiecznej heraldyki europejskiej. Szczególnie istotne są rozdziały o „Les brisures” (uszczerbieniach herbowych) oraz „Le cimier” (klejnocie). Wyjaśnia rygorystyczne reguły rządzące zmianą liczby elementów oraz używaniem klejnotów (wieża, korona) jako certyfikatów prawno-ustrojowych.

14 Ród de Lichtervelde to jedna z najstarszych i najbardziej szanowanych rodzin flandryjskiej szlachty rycerskiej, zaliczani do tzw. noblesse immémoriale (szlachty odwiecznej). Wg legendy rodowej, cały ich klan zyskał ten herb w 1147 r. za zasługi w czasie drugiej wyprawy krzyżowej. W XV/XVI wieku główna linia rodu zyskała prawo do zamiany lilii na gronostaje – ekskluzywnego znaku książąt Bretanii.

15 W polskiej współczesnej historiografii dominuje pogląd o „przybraniu sobie” przez Wierzbnów jakiegoś zachodnioeuropejskiego herbu lub nawet skomponowaniu go wg własnego widzimisię. To oczywiście całkiem możliwe na terenach XIV wiecznej Polski. Niemożliwe w świetle ówczesnych rygorystycznych przepisów herbowych Europy środkowej i zachodniej. Tam byłaby to najbardziej hańbiąca kradzież. Osoba posługująca się cudzym herbem skazywana była na infamię, on sam i jego rodzina na zawsze byliby wykluczeni z kręgów rycerskich i szlacheckich. Fałszowanie wysokiego statusu rodowego i turniejowego mogło skutkować jeszcze drastyczniejszymi karami. Jest niemożliwe, aby Jan akceptował taką osobę w swoim towarzystwie!

16 O roli biskupa Henryka z Leez i osadników z biskupiego księstwa Leodiensis, pisałem także tutaj

17 Jean-Louis Kupper, „Liège et l’Église impériale aux XIe-XIIe siècles” (Paryż 1981). Autor drobiazgowo rekonstruuje tam okres rządów Henryka z Leez (1145–1164) oraz bada powiązania rodzinne matki biskupa z przygraniczną arystokracją rodową, wskazując na mechanizmy awansu i solidarności klanowej ( tzw. Sippe).

18 Léopold Genicot, „L’économie rurale namuroise au bas Moyen Âge. T. II: Les hommes. La noblesse” (Louvain–Namur 1960). Genicot badał struktury klanowe (Sippe) XII wieku w Hrabstwie Namur, prawo primogenitury, status młodszych synów (juvenes) oraz dziedziczenie imion Jan, Szymon, Gunther, Stefan, Andrzej (sic!) wewnątrz rodzin skoligaconych z domem de Leez.

19Cartulaire de l’église Saint-Lambert de Liège”, t. I, ed. S. Bormans, É. Schoolmeesters, [w:] Collection de chroniques belges inédites, publiée par ordre du Gouvernement, Bruxelles: F. Hayez, Imprimeur de l’Académie Royale de Belgique, 1893, s. 78–81, nr 47

20 J. Heidemann, „Peter von Aspelt als Kirchenfürst und Staatsmann”, Berlin 1875, s. 42–61.
O podziale wewnątrz samej kapituły wrocławskiej po śmierci biskupa Jana Romki w 1301 r. pisze również M. L. Wójcik, „Ród Wierzbnów do końca XIV wieku. Studium genealogiczno-sfragistyczne”, Wrocław 2005, s. 112–119.

21 Bulla papieża Bonifacego VIII, wydana w Anagni z datą 18 sierpnia 1302 r. Pełny odpis łacińskiego dokumentu nominacyjnego: Les Registres de Boniface VIII, t. III, ed. G. Digard, M. Faucon, A. Thomas, R. Fawtier, Paris 1921, s. 512, nr 4734 (bulla prowizyjna dla Henryka z Wierzbna).
Osobisty, kurialny udział Piotra z Aspeltu w wyjednaniu tego dyplomu u boku papieża Bonifacego VIII analizuje szczegółowo J.-L. Kupper, Liège et l’Église impériale aux XIe-XIIe siècles, Paris 1981, s. 195–214 (w kontekście rzymskich wpływów nadmozańskich dyplomatów Luksemburgów).

22 Chodzi o sprzeciw papieża Bonifacego VIII wobec polsko-węgierskich aspiracji Wacława II, co było przyczyną blokowania przez Rzym wymaganej dyspensy małżeńskiej ze względu na czwarty stopień pokrewieństwa narzeczonych

23 Arcybiskup Świnka był w bardzo trudnym położeniu, z którego wybrnął w sposób mistrzowski. Wacław faktycznie sprawował rządy w Polonia Maior, Ziemi Krakowskiej i Sandomierskiej. Miał pełne poparcie biskupów krakowskiego i wrocławskiego. Trudno było odmówić jego żądaniom. Z drugiej strony brak papieskiej zgody wymaganej prawem kanonicznym, mógł w przyszłości być (i faktycznie został) wykorzystany przeciwko Henrykowi z Wierzbna. Więcej o motywach Świnki w „Dodatku” na końcu artykułu.

24 Jan Muskata (ok. 1250 – 7. 02. 1320 r). Biskup krakowski w latach 1294 – 1320. Syn wrocławskiego kupca handlującego przyprawami korzennymi (stąd w jego biskupim herbie znalazła się m.in. gałka muszkatołowa, od której pochodził jego przydomek). Doskonale wykształcony, ukończył studia teologiczne i prawnicze w Bolonii. Zagorzały wróg chaosu wprowadzonego przez terrorem usiłującego zdobyć władzę Łokietka. Swoją prywatną armią, złożoną głównie ze śląskich najemników bronił śląskich księstw i Ziemię Krakowską przed jego najazdami.

25 Podstawą prawną zawieszenia ekskomuniki i interdyktu była klasyczna maksyma prawa kanonicznego Appellatio suspendit sententiam (Apelacja zawiesza wyrok). Zob. Monumenta Poloniae Vaticana, t. III: Analecta Vaticana 1202–1372, wyd. J. Ptaśnik, Cracoviae 1914, nr 32, s. 42.

26 Np. C. Grünhagen, „Geschichte Schlesiens”, Bd. 1, Gotha 1884, s. 142–145; oraz w „Die Waldenser in Schlesien”, „Zeitschrift des Vereins für Geschichte und Alterthum Schlesiens” 1880, Bd. 15, s. 1–22; A. Marquardt, „Die kirchenpolitischen Beziehungen der Bischöfe von Breslau zu Rom und Gniezno im 14. Jahrhundert”, Breslau 1902, s. 67–74. lub w polskiej literaturze: P. Kras, „Ad abolendam diversam haeresim. Episkopat polski wobec średniowiecznych herezji”, Lublin 2006, s. 202–210.

27 W polskiej historiografii wciąż na ogół nazywany „Piotrem z Alwernii”. Mit o „małopolskim legacie papieskim” ugruntował ks. prof. Tadeusz Gromnicki (1851–1939), profesor historii Kościoła i prawa kanonicznego na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1908 roku opublikował on w Krakowie monografię „Świętopietrze w Polsce”. To właśnie tam, analizując łacińskie rejestry rachunkowe poborców, natrafił na sformułowanie Petrus de Alvernia. Gromnicki uznał to za dowód, że papieski kolektor był Polakiem pochodzącym z małopolskiej Alwerni. Błąd ten został następnie bezkrytycznie powielony przez całą plejadę wybitnych historyków przełomu wieków i okresu międzywojennego (w tym np. Paweł Jasienica – w swojej syntezie „Polska Piastów”), stając się oficjalną informacją podręcznikową.
W oryginałach rękopisów Piotr występuje jako Petrus de Annesiaco (z Annecy) i pochodzi z prowincji Arvernia (Owernia) we Francji; małopolska Alwernia w ogóle nie istniała jeszcze w XIV wieku.

28 Wszystko wskazuje na to, że wspólnoty beginek zostały przez biskupa celowo oszczędzone, zreorganizowane i schowane pod jego kuratelę. Dokładniej piszę o tym w dodatku na końcu artykułu.

29 Niesławną rolę średniowiecznych Inwizytorów Europy dzielą dominikanie i franciszkanie.

30 Peregryn z Opola (Peregrinus Oppoliensis, ok. 1260 r. – ok. 1333 r.) – jedne z najwybitniejszych intelektualistów Europy Środkowej przełomu XIII i XIV wieku, Autor monumentalnego zbioru kazań niedzielnych i świątecznych (Kazania de tempore i de sanctis). Napisane elegancką łaciną stały się niezwykle popularne w całej Europie.. Przepisywano je na masową skalę. Do dziś w bibliotekach całej Europy zachowało się ponad 300 rękopisów z jego tekstami, a w XV wieku zbiór ten był jedną z najczęściej drukowanych książek w Europie.

31 Polityczne tło i zakulisowe działania podjęte w tym celu opisuję w „Luksemburgowie na Śląsku”.

32 Oryginalny dokument papieski, zredagowany na podstawie oskarżeń Peregryna, zachował się w Regestach Jana XXII w Archiwum Watykańskim. Został on opublikowany w Monumenta Poloniae Vaticana, t. III (Analecta Vaticana 1202–1372), wyd. J. Ptaśnik, Cracoviae 1914, pod numerem 54 (Bulla Ex parte dilectorum filiorum).

33 Prawo flamandzkie, wydaje się, dominowało wtedy w całym pasie od Nysy, przez Lwówek Śląski po Świdnicę. Było świadectwem wczesnego osadnictwa walońsko-flandryjskiego na tym terenie, ale pozostawiło też trwałe ślady, które możemy obserwować w późniejszych wiekach. Fundamentalną różnicą były prawa własności (w tym dziedziczenia majątku i władzy). Wszystkie odmiany praw niemieckich, z magdeburskim na czele, całość władzy nad majątkiem cedowały na mężczyzn. W prawie flamandzkim istniała wspólnota majątkowa małżonków, oraz dziedziczenie majątku i władzy w lini żeńskiej. Tworzyło to unikalne w skali Europy możliwości: od przejmowania władzy nad rodem przez kobiety, po prowadzenie przez nie własnych, czasami bardzo znaczących, własnych przedsiębiorstw (co m.in. pomogło zbudować śląskie tkactwo, z czasem słynne w całej Europie). Tworzyło to też podwaliny kulturowe, sprzyjające ruchom religijnym dającym wyjątowe prawa kobietom.W czasach biskupa to byli waldensi i beginki, dwa wieki później uczniowie Caspara Schenckwelda, których radykalizm – między innymi dopuszczający kapłaństwo kobiet – był zbyt nowoczesny nawet dla uczniów Lutra i Melanchtona.

34 Dokładniej opiszę to w dodatku na końcu artykułu.

35 Wpływ ustroju Republiki Zjednoczonych Prowincji (konfederacji niderlandzkiej) i jej aktu założycielskiego – Unii Utrechckiej z 1579 roku – na kształt ustrojowy Konfederacji Czeskiej z 31 lipca 1619 roku badali m. in:
Adamová Karolina, „První česká federativní ústava z roku 1619, Ústav státu a práva ČSAV”, Praha 1989;
Peter H. Wilson, „Europe’s Tragedy: A History of the Thirty Years War”, Londyn, 2009 r.

36 F. Piekosiński, „Rycerstwo polskie wieków średnich”, Kraków 1896, s. 124–132.

37 W. Semkowicz, O wspólności rodu Lisów i Wierzbnów, „Miesięcznik Heraldyczny. Organ Towarzystwa Heraldycznego we Lwowie”, R. VII, nr 3–4, Lwów 1914, s. 54–56.

38 P. Kras, „Ad abolendam diversam haeresim. Episkopat polski wobec średniowiecznych herezji”, Lublin 2006, oraz H. Grundmann, „Religiöse Bewegungen im Mittelalter”, Berlin 1935

39 C. Grünhagen, „Die Waldenser in Schlesien”, „Zeitschrift des Vereins für Geschichte und Alterthum Schlesiens” 1880, Bd. 15, s. 14–19, (autor szczegółowo rekonstruuje topografię świdnickich i nyskich miejsc straceń waldensów śląskich).
Także: M. Ogórek, „Beginki i waldensi na Śląsku i Morawach do końca XIV wieku”, Racibórz 2012, s. 112–117.

40 Szerokiego omówienia tej tradycji badawczej i jej rewizji dokonał A. Patschovsky, Waldenserforschung in Schweidnitz 1315, „Deutsches Archiv für Erforschung des Mittelalters”, Jg. 36 (1980), s. 142–154. Patschovsky jednoznacznie wskazuje tam na metodologiczne błędy dawniejszej, XIX-wiecznej historiografii, której głównym reprezentantem C. Grünhagen, Geschichte Schlesiens, Bd. 1, Gotha 1884, s. 165–168 (por. także tegoż: Schlesien im vierzehnten Jahrhundert, „Zeitschrift des Vereins für Geschichte und Alterthum Schlesiens”, Bd. 11, 1871, s. 112–115). To właśnie Grünhagen, poprzez autorytet swoich syntez, usankcjonował w nauce obraz śląskich waldensów jako sekty skażonej demonizmem i lucyferianizmem, biorąc pod wpływem pozytywistycznego zaufania do źródła wymuszone torturami zeznania za dobrą monetę. Patschovsky udowodnił, że opisy te stanowiły jedynie kalkę XIII-wiecznych formularzy inkwizycyjnych (m.in. bulli Vox in Rama).

41 O kulturowym i społecznym podłożu lęku Kościoła wobec autonomii beginek oraz o znaczeniu ich wczesnych tłumaczeń pism na języki narodowe (m.in. starofrancuski i niderlandzki) szeroko pisze A. Patschovsky, The Literacy of Heretics in the Middle Ages, [w:] Heresy and Literacy, 1000–1530, red. P. Biller, A. Hudson, Cambridge 1994, s. 112–131.
Także: R. E. Lerner, The Heresy of the Free Spirit in the Later Middle Ages, Berkeley 1972, s. 35–44.

42 Na brak jakichkolwiek świadectw egzekucji beginek podczas śląskiej akcji inkwizycyjnej z 1315 roku i na zupełnie odmienny przebieg ich procesów zwraca uwagę A. Patschovsky, Waldenserforschung in Schweidnitz 1315, „Deutsches Archiv für Erforschung des Mittelalters”, Jg. 36 (1980), s. 154–156. Wskazuje na wyraźną różnicę między bezwzględną rozprawą z waldensami a dążeniem inkwizycji biskupiej do instytucjonalnego uregulowania statusu beginek bez stosowania kar głównych.

43 Mechanizm ten, polegający na asymilacji beginaży przez oficjalne zakony i ucieczce kobiet pod bezpieczny status prawny tercjarek (III Zakonu) w celu uniknięcia represji, szczegółowo opisuje A. Patschovsky, Strassburger Beginenverfolgungen im 14. Jahrhundert, „Deutsches Archiv für Erforschung des Mittelalters”, Jg. 30 (1974), s. 74–92 (gdzie autor podaje modelowy dla całego Cesarstwa schemat tej transformacji).
W odniesieniu bezpośrednio do realiów śląskich i procesu z 1332 roku mechanizm ten potwierdzają badania:
P. Kras, T. Gałuszka, Proces beginek świdnickich w 1332 roku. Studia historyczne i edycja łacińsko-polska, Lublin–Kraków 2018, s. 45–68.

44 Na powiązania genealogiczne inkwizytora Jana z rodem reformatora religijnego zwracają uwagę współcześni badacze dziejów inkwizycji na Śląsku, wskazując, że XIV-wieczny dominikanin (występujący w źródłach jako Johann von Swenkfeld) i XVI-wieczny mistyk Kaspar Schwenkfeld von Ossig dzielili tych samych przodków, których rodowe posiadłości znajdowały się w rejonie Świdnicy i Lubina.
P. Kras, T. Gałuszka, Proces beginek świdnickich w 1332 roku. Studia historyczne i edycja łacińsko-polska, Lublin–Kraków 2018, s. 23–31.
Szerzej o korzeniach rodu Schwenckfeldów na Śląsku sięgających XIII wieku, oraz ich ewolucji od żarliwego katolicyzmu do radykalnego protestantyzmu: T. Gałuszka, Tomista inkwizytorem. Jan Schwenkenfeld OP i proces beginek świdnickich w 1332 roku, „Przegląd Tomistyczny” t. 20 (2014), s. 185–201

45 Szerzej o krytyce dawnych założeń strategicznych i handlowych Ryczyna w kontekście jego niesprzyjającej, bagnistej lokalizacji topograficznej oraz relacji z Brzegiem i Oławą zob. S. Moździoch, M. Przysiężna-Pizarska, Gród Recen – refugium episcopi, [w:] Milicz. Clavis Regni Poloniae. Gród na pograniczu, red. J. Kolenda, Wrocław 2008, s. 207–215

46 O. Vug, Schlesische Heidenschanzen, ihre Erbauer und die Handelsstrassen der Alten, Breslau, 1890 r, s. 44-46

47 Opis nietypowej dla budownictwa pierwszych Piastów konstrukcji sypanej wałów oraz anomalnego, funkcjonalnego podziału majdanu Wielkiego Ryczyna na odizolowaną północną strefę ciałopalno-kurhanową (trwającą do XII w.) i południową strefę biesiadną zob. S. Moździoch, M. Przysiężna-Pizarska, Gród Recen…, s. 235–241.

48 Szczegółowe zestawienie analiz archeozoologicznych z wykopów majdanu, potwierdzających intencjonalne deponowanie szczątków i całych ćwierci młodego bydła oraz koni jako ofiar obrzędowych, zob. S. Moździoch, M. Przysiężna-Pizarska, Tajemnice grodu Rechen, „Archeologia Żywa”, nr 3 (43), 2009, s. 12–15.

49 O specyfice podgrodowego cmentarzyska, unikalnym, równoległym współwystępowaniu wczesnych grobów ciałopalnych i szkieletowych oraz o obecności rytuałów przedchrześcijańskich na tym obszarze zob. S. Moździoch, Archeologiczne ślady kultu pogańskiego na Śląsku wczesnośredniowiecznym, [w:] Człowiek – sacrum – środowisko. Miejsca kultu we wczesnym średniowieczu, red. S. Moździoch, Wrocław 2000, s. 172–178.

50 Wykazują to S. Moździoch, M. Przysiężna-Pizarska, Gród Recen – refugium episcopi, [w:] Milicz. Clavis Regni Poloniae. Gród na pograniczu, red. J. Kolenda, Wrocław 2008, s. 239–243.

51 O archaicznej strukturze państwa pierwszych Piastów jako konglomeratu terytorialno-plemiennego, w którym władza książęca koegzystowała z tradycyjnymi instytucjami i elitami rodowymi w zamian za lojalność polityczną i fiskalną, zob. S. Moździoch, Castrum i pagus. Z badań nad strukturą terytorialno-administracyjną monarchii pierwszych Piastów na Śląsku, Wrocław 2002, s. 145–168.

52 O gwałtownym załamaniu klimatycznym w latach 1312–1317, katastrofalnych powodziach w dorzeczu Odry i niszczycielskim Wielkim Głodzie, które doprowadziły do paraliżu struktur administracyjnych i komunikacyjnych Śląska, zob. J. Maruszczak, Zmiany środowiska przyrodniczego kraju w czasach historycznych, [w:] Geografia Polski. Środowisko przyrodnicze, red. L. Starkel, Warszawa 1991, s. 515–519.

53 Monumenta Poloniae Vaticana, t. III: Analecta Vaticana 1202–1372, wyd. J. Ptaśnik, Cracoviae 1914, nr 32, s. 42–43 (dokument wznowienia procesu z 20 marca 1306 r.) oraz nr 33, s. 43–64 (pełne akta przesłuchań świadków w Sandomierzu z lipca 1306 r.). Por. T. Silnicki, K. Gołąb, Arcybiskup Jakub Świnka i jego epoka, Warszawa 1956, s. 182–185.

54 O sekwestrze dóbr stołowych biskupstwa krakowskiego przez Łokietka i paraliżu kapituły zob. J. Baszkiewicz, Powstanie zjednoczonego państwa polskiego na przełomie XIII i XIV wieku, Warszawa 1954, s. 240–244

 

Zdjęcie tytułowe: Kościół i klasztor cystersów w Wierzbnej

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jan Lubos

Jan Lubos (ur. 1957) – z wykształcenia fizyk. Nauczyciel, górnik, przedsiębiorca, handlowiec. Rybniczanin, Ślązak z urodzenia i umiłowania. Członek RAŚ, DURŚ i SONŚ. Jego pasją są Śląsk i kraje Dalekiego Wschodu, historia i kultura tych krain. Autor licznych felietonów historycznych, prowadzi również blog o tematyce polityczno – historycznej na portalu rybnik.com.pl

Ôstŏw ôdpowiydź