Tajemnica tarczy
Profesor Ewald Mokrski‑Strahl siedział w ciepłych papuciach w swoim fotelu, który pamiętał jeszcze czasy, gdy telewizory miały guziki, popijał małymi łykami ciepłą wodę z cytryną (kiedyś znaną tu jako Zitronenwasser) i czytał z przyjemnością literaturę nieprofesjonalną.
Właśnie przy kolejnym łyku – mało się nie zakrztusił będąc pod wpływem atmosfery studiowanego bestsellera – usłyszał dźwięk otwieranych po kolei zamków. A miał ich tyle, że gdyby ktoś chciał włamać się do mieszkania, musiałby zacząć dzień wcześniej.
Profesor odłożył brechę, którą trzymał w ręku nie wiadomo po co (choć on sam twierdził, że „na wszelki wypadek”), bo z przedpokoju dobiegł go głos jego nieodłącznej asystentki, doktor Wichty Sandmann. Miała drugi komplet kluczy, „na wypadek, gdyby profesor zaginął w akcji”, jak mawiała, albo gdyby sąsiedzi powiesili na klamce choinkę zapachową, co właściwie wychodziło na to samo.
– Czas zejść z kanapy – oznajmiła radośnie Wichta, zbliżając się do Ewalda.
– Masz na myśli mój fotel? – Ewald zapytał się podejrzliwie.
– Dokładnie. To jest szersze pojęcie – odparła, już buszując w jego szafie.
Profesor zastanawiał się, czy nie protestować, ale Wichta miała tę cechę, że gdy coś postanowiła, to nawet GPS nie był w stanie jej przestawić na inną trasę.
– Ewald, nie czytaj tej szmiry. Jedziemy na Noc Tajemnic – Wichta przerwała jego przydługie myślowe dywagacje.
W nocy to mnie może zabierać Morfeusz – mruknął jeszcze tylko profesor, ale w tym momencie Wichta trzymała już w ręku jego najlepszy sweter „wyjściowy”, więc było po ptokach, a jakby tego było jeszcze mało dodała niedwuznacznie – Morfeusz nie ma prawa jazdy.
Ewald zaczął dumać na dywersyfikacją środków transportu, gdy Wichta wyciągnęła kilka kartek z nazwami tajemniczych miejsc na tylnej stronie. Ewald wylosował jedną, choć podejrzewał, że na wszystkich mogło stać to samo. Wichta rozpromieniła się jak latarnia morska.
– Twoje ulubione miejsce!
Profesor nie skomentował. Wolał zachować energię na późniejsze narzekanie.
Na miejscu zwiedzali wszystko po kolei, aż Ewald zatrzymał się przy kostce mydła z napisem STRAHL.
– Patrz, Wichta! To z jednej połowy mojego nazwiska. Co prawda najtęższe głowy genealogiczne nie mogą dojść do tego, jak te Strahle spichnęli się z tymi piwowarami Mokrskimi, ale sama widzisz, że namacalny dowód tego związku stoi przed tobą.
– Tego nie da się zaprzeczyć – przyznała Wichta, dając mu lekki kuksaniec w bok. – Choć genealogia bywa niekiedy bardziej śliska niż mydło.
Profesor rozkręcił się na dobre.– A może by tu dopisać, że to z fabryki Strahla na Szopienicach?
– Jak najbardziej – odparła Wichta. – Lokalny koloryt powinien być uwidoczniony. Ale wiesz przecież, tu nic nie można dotykać i dopisywać.
Wieczór był młody, więc pojechali dalej. Gdy dotarli do kolejnego obiektu, nikogo tam na pierwszy rzut oka nie było.
– Może z boku – zasugerowała Wichta. Gdy minęli róg, Ewald zaintonował:– Za czym kolejka ta stoi… Wichta kiwała głową w rytm, jakby właśnie uczestniczyła w koncercie Krystyny Prońko w wersji terenowej.
Później trafili w okolice jakiegoś dworca. Przed nimi stało coś na kształt willi.
– Żółta elewacja – stwierdziła Wichta, świecąc telefonem.
– W nocy wszystkie koty są szare, a wille…. – nie dokończył Ewald i weszli eksploratorskim krokiem do środka.
W jednym z pomieszczeń znaleźli tarczę z napisem w języku bez użycia alfabetu łacińskiego. Translator Wichty odmówił współpracy, twierdząc, że „nie rozpoznaje alfabetu, ale życzy miłego wieczoru”.

– Wracajmy – powiedział profesor. – Zaczyna tu pachnieć Edgarem Wallace’em. Wichta nie zgłosiła zdania odmiennego, gdyż już powoli tęskniła za ciepłym prysznicem i takowym łóżkiem.
Jednak Ewalda napis nie opuszczał przez następne dni. Patrzył na gołębie na osiedlu – nie, pocztowe to one nie były. Patrzył na maile – te czasem dochodziły, a czasem nie. W końcu spojrzał na jaskółki, które zrobiły sobie gniazdko na jego balkonie.
– Może byście poleciały w dalekie strony? – zagadnął.
Jaskółka spojrzała na niego z pozycji ptaka, który widział już trochę świata.– Czemu nie. Mężowi dobrze zrobi zmiana klimatu, a dzieci lubią wycieczki.
Profesor dał im zdjęcie tarczy i pismo przewodnie. Jaskółki poleciały sprintem maratońskim, jak to ptaki mają w zwyczaju.
Ewald kartki z kalendarza zrywał – aż się doczekał. Jego skrzydlaci posłańcy byli z powrotem z odpowiedzią. Powiedzieli, że było super i że podróże kształcą, ale w domu najlepiej. Ewald przytaknął, patrząc na jego fotel – Rozumiem was doskonale.
Mokrski-Strahl zaprosił Wichtę na roboczy kołoczek z makiem. Razem studiowali ekspertyzę. Stało w niej czarno na białym, że chodzi o nazwę KUDARA koreańskiego królestwa od IV do VI wieku.
Ewald z Wichtą spojrzeli po sobie naukowo wnikliwie, gdyż z jednej strony byłby to dowód na to, co opowiadał im nocny przewodnik o tej rodzinie, opisane w niewydanej sadze tego rodu, z drugiej strony tarcza i napis powinny zostać poddane badaniom specjalistycznym, zgodnie z warsztatem naukowym.
Po ostatnim kawałku kołoczka z cimtym Ewald westchnął:
– Wichta… egal, czy to prawda, czy nie. Dobrze, że mnie wtedy wyciągnęłaś. To ciekawsze niż te książki, które algorytmy mi wciskają.
– Ewald – odparła Wichta z niewinnym uśmiechem – ja przecież zawsze wiem, co dla ciebie jest najlepsze.
I profesor, choć nie przyznał tego głośno, wiedział, że miała absolutną rację. Wie immer.
dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.

