30 lat minęło… Reportaż na okrągłą rocznicę pożaru lasów koło Kuźni Raciborskiej [Recenzja]

Choć od tragicznych wydarzeń w lasach pod Kędzierzynem-Koźlem minęły równe trzy dekady, do tej pory powstało na ten temat niewiele dokumentów i książek. Dla niewtajemniczonych w strażackie rzemiosło, a zainteresowanych pożarem najłatwiej dostępny jest – mrożący krew w żyłach – reportaż Henryka Szymury, który przemierzał z kamerą dymiące pogorzelisko, zaglądając też do wozu, w którym chwilę wcześniej znaleziono zwłoki strażaka. Za sprawą wydanej w tym roku książki Dawida Iwańca możemy spojrzeć na tamte wydarzenia ze znacznie szerszej perspektywy.

Na wstępie wypada pochwalić autora za dołączenie do publikacji mapy, dzięki której łatwiej można „poruszać się” po terenie ogarniętym pożogą. Nie wszystkie reportaże tego typu takowe zawierają, przez co czytelnicy mogą mieć problem z uporządkowaniem wiedzy. Równie in plus działa wyjaśnianie na bieżący pewnych branżowych zwrotów, które – co oczywiste – mogą być niezrozumiałe dla laików.

Najczęściej jako bezpośrednią przyczynę pożaru podaje się iskrzenie, wywołane przejazdem pociągu na trasie kolejowej przecinającej las. Autor zagłębia się jednak w szereg czynników, które na wiele lat wcześniej doprowadziły do warunków sprzyjających rozwinięciu się pożogi. Do nich zaliczał się między innymi dynamiczny rozrost przemysłu:

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

– „Osiemdziesiąt pięć procent drzewostanu stanowiła sosna (…) Zakłady azotowe wypluwały wszelkie trucizny, z tlenkiem azotu na czele. W osłabionym lesie pojawiły się szkodniki. Część drzew umarła, a korony pozostałych znacznie się przerzedziły. Zdrowe sosny zmieniają garnitur igieł co siedem lat, a na Śląsku zrzucały już po dwóch. (…) Na ziemi piętrzył się więc coraz potężniejszy materac z suchego, łatwopalnego materiału. Jego warstwa była dwa razy grubsza niż w lasach w innych częściach kraju.” – opisuje postępujący proces autor.

Dej pozōr tyż:  Bajka o fynchelkach

Pożoga była splotem wielu różnych czynników. I tych – jak powyższy – zależnych w dużej mierze od człowieka, jak i tych, na które nie mamy wpływu (np. wiatr). Do pierwszych z pewnością zaliczyć można zły stan organizacyjny straży pożarnej, który był pokłosiem jej niedoinwestowania w czasach PRL-u. Ludzie pokroju komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej Feliksa Deli próbowali z tym walczyć, nie wszystkie dziury dało się jednak załatać. Efektem tego był powszechny chaos w trakcie działań gaśniczych, brak łączności obejmującej wszystkich strażaków, o czym wspominali mi w trakcie rozmów strażacy mojej jednostki OSP, którzy dogaszali tamto pogorzelisko.

W działaniach z pewnością nie pomagały też hieny, które próbowały coś ugrać dla siebie wykorzystując zamieszanie. – „Do głównego magazynu żywności przy sztabie w Kuźni Raciborskiej zgłasza się coraz więcej osób, które twierdzą, że przyjechały po jedzenie dla strażaków. (…) Obsługa magazynu nie zna tych ludzi, ale nikogo to nie dziwi, w końcu do katastrofy zjechała rzesza chętnych do pomocy. W dobrej wierze wydają im więc zapas prowiantu, a oni pakują kartony do samochodów i odjeżdżają. Dopiero po pewnym czasie okazuje się, że jedzenie nigdy do strażaków nie dotarło.”

Sposobów na bogacenie się na krzywdzie innych było wiele. Na porządku dziennym były próby okradania domów, których mieszkańcy ewakuowali się w obawie przed ogniem, czy kradzieże paliwa na stacjach benzynowych, gdzie wydawano je strażakom „na krechę”. Ponoć jeden ze złodziei był na tyle bezczelny, że przyjechał na „tanksztelę” z wanną na przyczepie.

Tragikomicznych epizodów autor przytacza więcej, dzięki czemu książkę pochłania się niezwykle szybko. Jak to stereotypowy Polak z memów ma w naturze, na wszystkim zna się najlepiej, dlatego też do sztabu spływały różne „propozycje i porady” jak strażacy mają uporać się z czerwonym kurem. Do najciekawszych zaliczyć można:

Dej pozōr tyż:  Bajka o fynchelkach

– ściągnięcie silników odrzutowych i podłączenie do nich piasku i wody, które to miały raz dwa opanować sytuację

– wysadzenie wałów na Odrze, której wody miałyby poradzić sobie z pożarem

– propozycję zrzucenia z helikoptera w środek żywiołu obrazka z wizerunkiem świętej Agaty, która to ofiara miała doprowadzić do zaprzestania rozprzestrzeniania się ognia.

Podobnych epizodów można by wymienić w tym miejscu jeszcze sporo. Dawid Iwaniec dużo miejsca poświęca także rozłożeniu na czynniki pierwsze elementów, które doprowadziły do śmierci dwóch strażaków, z czym przede wszystkim jest ta pożoga kojarzona. Równie tragiczne są szczegóły śmierci dwóch innych osób, które zginęły w następstwie prowadzonych działań gaśniczych.

Były plusy, trzeba wspomnieć o minusach publikacji. Nie dostrzegłem ich zbyt wiele, ale o niektórych należy wspomnieć. – „Na Śląsku natomiast po raz kolejny w tym roku paliły się lasy w rejonie Olkusza” – pisze na jednej z pierwszych stron autor. Nawet jeśli Olkusz należał wtedy administracyjnie do województwa katowickiego, historycznie jest to teren Małopolski. Wiele osób w jednym i drugim regionie przywiązuje dużą wagę do swojego dziedzictwa historycznego i takie niby błahostki mogą spowodować, że już na wstępie przekreślą reportaż jako nie wartościowy w ich oczach.

Drugim elementem, który spowodował zgrzytanie piasku między zębami, jest pisanie o „aparatach tlenowych”. Nie wiem, skąd się to wzięło, ale nigdy nie spotkałem się w praktyce, żeby strażacy używali w urządzeniach ochronnych czysty tlen. Ten w uzasadnionej sytuacji i stosowany krótko jest lekarstwem, lecz na dłuższą metę szkodzi zdrowiu. W aparatach ochronnych używa się mieszaniny powietrza, jakim oddychamy na co dzień. Wiem to z praktyki, gdyż jako czynny strażak-ochotnik niejednokrotnie z tego aparatu korzystałem podczas gaszenia ognia. Można się jedynie domyślać, że pisanie o „aparacie tlenowym” jest jakimś niefrasobliwym uproszczeniem dziennikarskim, które trudno będzie z języka pisarzy wyrugować.

Dej pozōr tyż:  Bajka o fynchelkach

Wracając do tematu i podsumowując recenzję. Reportaż Dawida Iwańca uważam za wartościową publikację, która zadowoli zarówno czytelników związanych ze środowiskiem strażackim, jak i osoby spoza tego grona. Lektura porusza szereg epizodów, o których nigdy wcześniej nie słyszałem, choć historią pożarnictwa interesuję się od wielu lat. Tym bardziej zainteresuje ona głodnych wiedzy, których nie zadowolą ogólnikowe informacje i zawsze chcą się wiedzieć więcej.

Również polecam tę lekturę osobom ze środowiska pożarniczego, gdyż między strażą wtedy a strażą dzisiaj zieje dosłownie przepaść: od tamtej pory ochrona przeciwpożarowa w kraju nad Wisłą poczyniła olbrzymie postępy i przez niektórych stawiana jest za wzorcową. Przykładem tego jest funkcjonowanie modułów, czy jednostek wyspecjalizowanych w zwalczaniu pożarów lasów, które to w ostatnich latach udawały się na misje zagraniczne do Grecji, Szwecji i Francji. Po przeczytaniu reportażu łatwiej można porównać wczoraj z dziś i docenić sposób organizacji oraz finansowania ochrony przeciwpożarowej. Dzięki temu ryzyko podobnych pożóg w naszym górnośląskim krajobrazie spada, choć lasów u nas nie brakuje i oby tak zostało, pomimo dających się we znaki zmian klimatycznych.

Przemysław Żołneczko – absolwent kierunku Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Miłośnik historii Górnego Śląska. Wielbiciel rowerowych wycieczek po różnych zakamarkach ziemi pszczyńskiej. Na co dzień stały współpracownik bojszowskiego miesięcznika „Nasza Rodnia”, a także kilku lokalnych portali internetowych. Swoje regionalne zainteresowania łączy z pasją pożarniczą.

 

(foto tytułowe: archiwum nadleśnictwa Rudy Raciborskie)

 

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Ôstŏw ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ. Wymŏgane pola sōm ôznŏczōne *

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autorōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza