Schӧnwald – masowy grób, nieznane miejsca pochówków

Aleksander Lubina

Schӧnwald – masowy grób, nieznane miejsca pochówków der Schӧnwälder zamordowanych w obozie koncentracyjnym Zgoda Świętochłowice*, oraz der Schӧnwälder zmarłych podczas wypędzenia z ich wsi

Poniższy tekst to wspomnienia x. Alberta Ciupke, proboszcza-budowniczego kościoła Maksymiliana Kolbe w Stuttgarcie, misjonarza w Argentynie, wikarego wygnanych Ślązaczek i Ślązaków z dawnej diecezji wrocławskiej.

Tekst ten zamyka cykl o masowych grobach w Brzezince/ Kozłowie, na Cmentarzu Starokozielskim, Cmentarzu Tryńskim i nieznanych miejscach pochówku (np. w basenie Eichendorff Gymnasium (budynek obecnie Politechniki Śląskiej na ulicy Konarskiego w Gliwicach).

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Tekst łączy miejsca pochówków z wypędzeniami i wprowadza do cierpień ludności cywilnej, zwłaszcza kobiet, na Śląsku, co omówię przy recenzowaniu świeżo wydanej książki:  Niebieska walizka – Pożegnanie z Breslau Marianne Wheelaghan (Silesia Progress, 2021), po czym przejdę do gliwickich (Gleiwitzer) filii Auschwitz i ich gliwickich dziejów powojennych.

Tekst księdza Alberta Ciupke:

„Schӧnwald jest pierwszą niemiecką miejscowością zajętą przez czerwonych.

Granica niemiecko-polska przebiegała na naszej miedzy. Do mojej rodziny, oprócz ojca, który przecież był na wojnie, w tym czasie należeli: nasza matka, która miała wtedy 48 lat, 64 potem dwie siostry, Emilie i Anna, lat 18 i 16, potem jeszcze czterech chłopców, Johann (13), Albert (11), Peter (10) und August (6).

24 stycznia przez wieś przejechały pierwsze oddziały zwiadowcze. We wsi nie było żywego ducha. Krowy i świnie hałasowały z głodu i pragnienia, ale tak poza tym było spokojnie. Żadnych niemieckich żołnierzy, nikogo na ulicach. Oddziały zwiadowcze, rosyjscy żołnierze, ale ci się nie zatrzymywali.

A potem, 25, w nocy, nadjechały czołgi. Grzmoty, łomoty, wrzeszczące silniki. Nie mogliśmy spać. Czołg po czołgu przejeżdżał obok naszego domu. O świcie zatrzymały się, żołnierze zajmowali domy. Chyba nadal bali się, że w domach są niemieccy żołnierze. Ale w Schӧnwald nie było już ani jednego niemieckiego żołnierza. Zajmowali więc domy ze strachem i gniewem w oczach. Nadeszła piechota i wdarła się do wsi, do domów, plądrowali, rabowali, rozwalali, podpalali. Najgorsze jednak było to, że chcieli nas wybić. Tego dnia zamordowali koło 200 Schönwälder, wśród nich mojego brata Petera i moją siostrę Emilię. Peter bronił gwałconej Emilii.

Moja rodzina zgromadziła się w wielkiej izbie, kiedy do domów wdzierali się żołnierze frontowi – szukali biżuterii, wódki i niemieckich żołnierzy. Miałem wrażenie, że nieprzyjacielscy żołnierze od rana byli podpici. Uciekliśmy do stodoły, żeby poszukać schronienia. Wtedy okrutną śmiercią zginęło dwoje mojego rodzeństwa. Dwa dni i jedną noc musieliśmy spędzić w zimnej stodole ze strachem przed odkryciem nas. Jak już nie mogliśmy wytrzymać z zimna i pragnienia, odważyliśmy się uciec do naszych dziadków. Tam było trochę spokojniej i tam spotkaliśmy naszą siostrę Annę. Ale i tu raz po razie przychodzili Rosjanie. Szukali dziewczyn i kobiet. Wszystkie dziewczyny i kobiety do kwietnia musiały się ukrywać każdej nocy. W dodatku było coraz mniej jedzenia. Musieliśmy przeżyć ciężkie czasy.

Dej pozōr tyż:  Konkurs wokół dzienników Josepha Eichendorffa
ks. Albert Ciupke (po lewej)

Już w lutym i marcu do Schönwald przybyło sporo różnych rodzin. Sowieci przepędzili je z Galicji, z okolic Lwowa, należącego przez stulecia do Austrii. Nadjechali furami z dobytkiem i zajęli niezniszczone domy. Ponieważ nasz dom był nadpalony, to naszą gospodarkę przejęła duża rodzina mieszkająca w sąsiednim domu. Niebawem nawiązaliśmy z tą rodziną dobre stosunki. Ich babcia mówiła bardzo dobrze po niemiecku. Między nią a naszą Mamą zawiązała się przyjaźń, która przetrwała wiele lat po naszym wypędzeniu do Meklemburgi i przesiedleniu polskiej rodziny w okolice Karpacza w Sudetach. Korespondencja między tymi kobietami niestety nie zachowała się. 66 Rodziny polskie z Lwowa i innych ziem zajętych przez Związek Radziecki (przeszło 1,5 miliona osób) miały zasiedlić wschodnie tereny niemieckie (na wschód od Odry-Nysy). Te rodziny polskie przeżyły już grozę wypędzeń. Nas to jeszcze czekało. Następnie przybyli Polacy, tacy, jak na przykład Tadek, krawiec z okolic Krakowa, który po prostu przywłaszczył sobie dom i zagrodę mojego wujka, gdzie mieszkaliśmy, oczywiście wspierany przez sytuacje polityczną. Musieliśmy dla niego wiosną pracować w polu, dzieci też. On i jego żona uprzykrzali nam życie, bo ciągle kontrolowali nas w naszym malutkim mieszkaniu i zabierali, co im się podobało, szczególne wszelką żywność i co tam miało jakąś wartość. Najgorszy czas był do końca wojny. Przypominam sobie 8 maja 1945, jak Tadek tańczył na dworze i z radości wołał „Gitlera kaputt” – tak dowiedzieliśmy się, że wojna się wreszcie skończyła.

Do 16 października żyliśmy jeszcze w Schönwald koło Gleiwitz. Znowu było nas koło 1000 Schönwälder, ponieważ niektórzy wrócili z Sudetenland, z Sachsen, z Thüringen, nawet z Österreich, bo za wszelką cenę chcieli być w Heimat. „Wi wella dehema san!”. Chcemy być w domu. Przypominam sobie tych 200 zastrzelonych. Zamordowani w ostatnich dniach stycznia zostali zakopani w zbiorowej mogile, bez udziału bliskich, bo rządziły czołgi i żołnierze. Uczestniczyć mogli tylko starcy i ksiądz Wolf. Jako wierny pasterz ksiądz Edgar Wolf nie opuścił swojego stada. A jak zarząd gminy w czerwcu przejęli Polacy, to pojawił się też polski proboszcz w parafii.

Dej pozōr tyż:  Ô Oberschlesien we galickij gŏdce!

Nastał dla nas Niemców ciężki czas, bo niebawem wielu Schönwälder jako przestępców razem z naszym księdzem popędzono do obozu „Eintracht” Schwientochlowitz. Bez procesu sądowego ksiądz Wolf 1 sierpnia 1945 zmarł po zbrodniczych torturach Morela.  Od czasu, kiedy wieś przekazano w zarząd Polakom, nam, Niemcom nie wolno było mówić w języku ojczystym. Poza tym Niemcy zostali zobowiązani do przywrócenia porządku po chaosie powstałym z powodu przejścia frontu. I tak wszyscy zdolni do pracy musieli być do dyspozycji od 7.00 do 19.00. Pilnowała ich i traktowała nieludzko polska milicja.

16 października, w świętej Hedwigi, patronki naszego kraju, moja matka i moja siostra zgłosiły się jak zwykle do pracy. Naturalnie ubrane na roboczo. Jednakże ten dzień okazał się dniem wypędzenia Schönwälder. Tego dnia Polacy złapali resztę Schönwälder i popędzili na wielki plac kościelny. Pod nadzorem popędzono pozostałych 500 mieszkańców wsi do obozu w dawnej Królewskiej Pruskiej Odlewni Żeliwa. Po trzech dniach załadowano nas do towarowych wagonów kolejowych – do 80 osób w jednym wagonie bydlęcym. Na 700 km przez Berlin do Meklemburgi potrzebowaliśmy dwóch tygodni. Przez pierwszych pięć dni nie wolno nam było opuszczać wagonów. Nic do jedzenie, nic do picia. Modliliśmy się dużo i dużo śpiewaliśmy. Co ktoś zabrał z sobą, to dzieliło się między wszystkich. Straszne było też, że nie wiedzieliśmy, dokąd nas wiozą, czy na wschód, czy na zachód? Przez zadrutowane okienko mogliśmy stwierdzić, że nie w kierunku Syberii, dokąd wczesną wiosną zesłano wielu Schönwälder, a z których niewielu wróciło. Po pięciu dniach dotarliśmy do Görlitz na granicy strefy sowieckiej. Tu wolno nam było wyjść z wagonów. Obok mnie zmarł stary człowiek koło 80. Położyliśmy go przy szynach kolejowych. Bez pogrzebu. W sumie potrzebowaliśmy dwóch tygodni z Gliwic do Meklemburgii. Nikt tam na nas nie czekał. Pierwszym przystankiem był obóz w Waren nad Müritz. Panowały tu głód, pragnienie, robactwo i przede wszystkim tyfus. Po kilku dniach następny przystanek to Malchow. Tu też nie znaleźliśmy schronienia. Dopiero daleko w Lexow w dzień świętej Elżbiety jako czwartą rodzinę wypędzonych przyjął nas pod swój dach gospodarz Voβ. W sumie w tym domu długą, ostrą zimę przemieszkało 26 osób.  Voβ mógł nam dać tylko komórkę na poddaszu bez mebli i bez ogrzewania. Słoma i woda, to jedyne, co dostaliśmy. My, którzy nie mieliśmy nic. Trudno sobie wyobrazić naszą bezsilność i nasze ubóstwo, jeżeli się tego nie doświadczyło na własnej skórze. To było największe poniżenie w naszym życiu. Tam, gdzie stał mój dom rodzinny teraz rośnie lipa. Może mieć już koło 10 metrów.

Dej pozōr tyż:  Jak to młode karlusy chciały prziwołać złe duchy

Gott, Heiliger Geist, Gott, Heiliger Geist, du bist gegenwärtig in der Schöpfung, zu allen Zeiten und unter allen Völkern. Aus deiner Kraft leben wir. Deiner Führung vertrauen wir. Dich bitten wir: Wenn uns die Kräfte verlassen, sei du die Kraft, Heiliger Geist. Wenn uns Krankheit schwächt, sei du die Heilung, Heiliger Geist. Wenn uns Fragen plagen, sei du die Antwort, Heiliger Geist. Wenn uns Sorgen quälen, sei du die Zuversicht, Heiliger Geist. Wenn alles hoffnungslos erscheint, sei du ein neuer Anfang, Heiliger Geist. Wenn der Tod naht, sei du das Leben, Heiliger Geist. Gott, Heiliger Geist, Gewähre deine reichen Gaben der ganzen Welt. Wir danken dir für dein Wirken in unserer Welt und in unserer Mitte.

Amen”

Powie ktoś, pomyśli ktoś, a prawie na pewno tak się zdarzy, że dobrze im tak, tym Szwabom, hitlerowcom, za napaść na Polskę, za łapanki, za rozstrzeliwania, za gwałty, za utratę ziem i na wschód  od Bugu, to można zapytać, czy to właśnie Emilie i Anna, lat 18 i 16, potem jeszcze czterech chłopców, Johann (13), Albert (11), Peter (10) und August (6) napadali, rozstrzeliwali i gwałcili? Bo to ich zgwałcono: Emilie, bo to ich zabito: Petera, bo wygnano z domu na zawsze Annę, Johanna, Augusta i Alberta, księdza Alberta, który całe życie czynił dobro.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Górnoślązak/Oberschlesier, germanista, andragog, tłumacz przysięgły; edukator MEN, ekspert MEN, egzaminator MEN, doradca i konsultant oraz dyrektor w państwowych, samorządowych i prywatnych placówkach oświatowych; pracował w szkołach wyższych, średnich, w gimnazjach i w szkołach podstawowych. Współzałożyciel KTG Karasol.

Śledź autora:

Jedyn kōmyntŏrz ô „Schӧnwald – masowy grób, nieznane miejsca pochówków

  • 11 listopada 2021 ô 09:15
    Permalink

    Bardzo dobry tekst, gratuluję autorowi.Zawsze mnie interesowały losy Schönwaldu, jego tragedii. W polskim społeczeństwie funkcjonuje przekonanie, że zło, które zostało wyrządzone w latach wojny, usprawiedliwia zło, które się działo po wojnie w moim Śląsku. Nic bardziej mylnego. Zło nie może być relatywizowane. Zło, to zło i tyle.

    Ôdpowiydz

Ôstŏw ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ. Wymŏgane pola sōm ôznŏczōne *

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autorōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza