Piotr Zdanowicz: Po śladach marcowych poetów

Dawno, dawno temu, w krainie zwanej Górnym Śląskiem, w sąsiednich niemal osadach żyli sobie dwaj poeci. Obaj byli szlacheckiego rodu, ale los nie szczędził im wszelakich udręk. Obydwaj też dokonali swego żywota półtora wieku temu i teraz, po latach, jeden jest sławny i ceniony, a drugiego nie znają nawet mieszkańcy wioski, w której spoczął na zawsze… 

Nieco archaiczny styl, w którym wybrzmiał wstęp do artykułu miał zasygnalizować wszem i wobec, że tym razem będzie o poetach. Ściślej rzecz biorąc – o dwóch poetach i pewnym „powszechnie nieznanym” miejscu z owymi poetami związanym. Najpierw jednak spróbujemy rozwikłać pewną kwestię związaną z postrzeganiem jednego z zaanonsowanych wcześniej wieszczów.

TYPOWO ŚLĄSKIE KŁOPOTY Z TOŻSAMOŚCIĄ

Otóż od pewnego czasu obserwujemy renesans zainteresowania twórczością oraz osobą Josefa von Eichendorffa. Można wręcz mówić o „modzie na Eichendorffa”, bo o ile przez kilkadziesiąt lat panowała w tym względzie planowa amnezja, tak teraz poeta z Łubowic staje się persona grata, nawet dla tych, którzy nie tak dawno zwalczali na Śląsku wszelkie przejawy kultury innej niż „odwiecznie polska”. Na marginesie fascynacji osobą Eichendorffa toczy się też nieustająca polemika dotycząca tego, czy był on poetą „waszym” czy „naszym”.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Josef Freiherr von Eichendorff (1788-1857) – podobizna poety ze starego pomnika w Raciborzu, który zaginął po II wojnie światowej

Z jednej strony mamy osąd, iż poeta z Łubowic był twórcą niemieckim. Zwolennicy tej tezy, ucinając wszelką dyskusję, wskazują na niemieckie korzenie, nazwisko rodowe i język, którym posługiwał się poeta. No cóż, argumentacja logiczna, ale… nie praktyczna. Oto bowiem, mamy dziś pokaźną grupę Niemców, którzy pochodzą z Polski, mają nazwiska typu Nowak lub Wojciechowski, a niemieckim władają często tak samo „dobrze” jak Eichendorff literackim językiem polskim.

Zatem przyszła mi do głowy taka oto „górnolotna myśl”, iż od wpisu w dowodzie osobistym, ważniejsze jest chyba to, co zapisane mamy w sercu… Nie zaglądałem w serce poety z Łubowic, ale jakże nazwać go Niemcem, skoro swą nostalgiczną tęsknotę za górnośląską ziemią wyartykułował tak wyraziście i emocjonalnie jak chyba żaden z rdzennych górnośląskich artystów. Jak nazwać Niemcem człowieka, o którym, raczej nie podejrzewany o śląski „separatyzm”, abp Alfons Nossol pisał jako o „górnośląskim poecie, zapewne największym i najbardziej godnym miłości synu ziemi śląskiej”.[1]

Bardzo sugestywne jest również wyznanie tłumacza poezji Eichendorffa – pochodzącego z Pszowa ks. prof. Jerzego Szymika: „(…) W ostatnich latach tłumaczyłem kilkanaście wierszy Josepha von Eichendorffa. Zobaczyłem w tych wierszach las z okolic Syryni i Lubomi. I zrozumiałem, co mi doskwierało: matecznik z „Pana Tadeusza” to nie jest mój las… Jestem pełen podziwu dla geniuszu Mickiewicza, ale smaku poetyckiego uczono mnie na wierszach człowieka, który żył jednak tysiąc albo tysiąc pięćset kilometrów od Pszowa. A tutaj, dwadzieścia kilometrów stąd, urodził się poeta, który choć nie pisał w moim ojczystym języku, pisał o moim lesie.”[2]

W tych leśnych zakątkach także bywał Josef von Eichendorff (fot. Piotr Zdanowicz)

Dalej jednak, niejako puentując swą wcześniejszą wypowiedź, Jerzy Szymik stwierdza: „Eichendorff to Europejczyk. Jego twórczość jest przesycona kulturą niemiecką, polską, a także wzbogacona kulturą morawską. Jest idealnym patronem pojednania.[3]I z tym stwierdzeniem, a zwłaszcza jednym z jego wątków, mimo szacunku dla wiedzy oraz osoby księdza Szymika, nie za bardzo mogę się zgodzić.

Oczywiście Eichendorff doskonale nadaje się na patrona pojednania, ale twórczość przesycona kulturą polską?!… Ja wiem, że jeszcze niedawno dla przeciętnego Polaka „serbskość” czy „chorwackość” to była niczym nie różniąca się kultura Jugosławii, a ugrofińscy Estończycy i romańscy Mołdawianie byli po prostu „Ruskimi” Jednak jeżeli mówiąc o wielokulturowości, w której wyrastał Eichendorff, nie potrafimy dostrzec różnicy pomiędzy śląską i polską – kulturą, historią i tożsamością… to coś po prostu nie gra.

Dej pozōr tyż:  Kim jest Ślązak? Charakter Ślązaka (część I)

Tymczasem właśnie poeta z Łubowic, w bardzo prosty sposób nam tę różnicę pokazuje. Ten człowiek, rzucony przez los na obczyznę, tęsknił za Śląskiem – Łubowicami, Pogrzebieniem, Brzeźnicą, Radoszowami, Raciborzem, Opolem, Wrocławiem i do głowy by mu nie przyszło, że ziemia ta może mieć cokolwiek wspólnego z zupełnie mu obcą, polską Warszawą czy Krakowem. Dlatego moim zdaniem szukanie śladów kultury polskiej w twórczości Eichendorffa, jest równie zasadne jak szukanie ich w twórczości grenlandzkich Eskimosów.

Zamek w Łubowicach, na współczesnych planszach informacyjnych oraz łubowicki kościół widoczny ze Sławikowa, a także młyn w Brzeźnicy i wioska Radoszowy – miejsca związane z wczesną młodością Josefa von Eichendorffa (fot. Piotr Zdanowicz)

Napisałem „na obczyźnie”… a przecież za swymi Łubowicami i ziemią śląską tęsknił Eichendorff przebywając w Wiedniu, Berlinie czy Dreźnie, gdzie wyjechał za pracą po utracie rodowego majątku (za sprawą nieudanych biznesów ojca). Zresztą w wierszu „Pożegnanie” pisał: „(…) Lecz wnet opuszczę ciebie i obcy pójdę w dal, o obcym gorzkim chlebie na scenie życia, żal (…)”[4] Zatem jakiż to Niemiec, który w stolicy pruskiego imperium, Berlinie, w cesarskim Wiedniu czy przepięknym Dreźnie, czuje się obco i tęskni za szumem lasów i zapachem pól w zaściankowej dla Niemców, nadodrzańskiej krainie.

Czyim więc poetą był Eichendorff? Czy w ogóle, można z całą stanowczością napisać, że był on twórcą niemieckim lub śląskim?… Owszem, w porządku rozumu czuł się zapewne obywatelem Niemiec, bo dawał wiele dowodów wierności pruskiemu państwu, ale w porządku serca był synem ziemi śląskiej. Jeżeli zatem pochodzenie i mowa nie pozwalają nam nazwać Eichendorffa Ślązakiem czy nawet poetą śląskim, to z czystym sumieniem możemy go zwać „poetą – piewcą Śląska” i być może ten zwrot najlepiej oddaje związek Eichendorffa ze śląskością.

JOSEF I GEORG – RÓŻNICE I PODOBIEŃSTWA

Tak się składa, że w marcu – podobnie jak Josef von Eichendorff – urodził się też inny literat z Górnego Śląska, Georg Spiller von Hauenschild, tworzący jako Max Waldau (Eichendorff urodził się 10 marca, a Max Waldau 25 marca). Czy oprócz miesiąca, w którym się urodzili, coś jeszcze łączy tych pisarzy? Na pozór niewiele, bo przecież poeta z Łubowic zyskuje coraz większą sławę, a Max Waldau wciąż pozostaje postacią anonimową.

Georg Spiller von Hauenschild (Max Waldau) (1825-1855) oraz rezydencja Hauneschildów w Szczytach (Tscheit) na fotografii z początku XX w.

Na pewno nie łączyła ich twórczość, bo pisarstwo Eichendorffa – pełne romantycznej nostalgii, a jednocześnie przesycone „pragmatyczną” nadzieją i ufnością w Bożą opatrzność –  jest inne od dynamicznej twórczości zbuntowanego przedstawiciela Młodych Niemiec – poetyckiego rewolucjonisty, który nie godzi się z zastanym porządkiem świata.

Różne były też życiorysy pisarzy, bo choć obydwóm los nie szczędził przeżyć trudnych czy wręcz tragicznych, to jednak Eichendorff dożył niemal 70. lat, a Waldau zmarł w wieku lat trzydziestu (O ciekawostkach z życia Maxa Waldau pisaliśmy tutaj: https://wachtyrz.eu/zapomniany-literat-z-gornego-slaska/

Okazuje się jednak, że są też podobieństwa. – Obydwaj żyli w tej samej epoce, a ich rodowe górnośląskie majątki: Łubowice i Szczyty (Tscheit) oddalone są o zaledwie 12 km. Właśnie to geograficzne „pokrewieństwo” spowodowało, że jest jeszcze jeden punkt wspólny – niewielka wieś Radoszowy, we współczesnym powiecie kędzierzyńsko-kozielskim.

Miejscowości: Łubowice, Szczyty i Radoszowy, związane z losami Josefa Eichendorffa i Maxa Waldau – na fragmencie mapy z 1736 r. (oprac. graf. Piotr Zdanowicz) oraz spojrzenie na okolice Radoszów z okalających wioskę pagórków (fot. Krzysztof Kubicki)

W tej sennej osadzie był niegdyś dworek, zwany też pałacem lub zōmkiem i w tymże zōmku w latach 1785-1798, mieszkała Johanna von Eichendorff z domu Salisch, czyli babka (ze strony ojca) młodego wówczas Josefa Eichendorffa. Jednak ojciec poety, Adolf von Eichendorff, zakupił radoszowski majątek od swoich teściów, baronostwa von Kloch, a zatem nieco wcześniej – w latach 1769-1785, mieszkali w Radoszowach także dziadkowie Eichendorffa ze strony matki: Eleonora oraz Kurt Wentzel von Klochowie.

Dej pozōr tyż:  Soika & Bartodziej: Powrót panów

Zakupili oni Radoszowy w 1769 r. od niejakiego Josefa von Brixa, ten odkupił majątek w 1765 r. od hrabiego Gesslera, a graf Gessler, nabył go, zaledwie rok wcześniej, od Josefa Matthäusa von Lippy. Rodzina von Lippa pozostawała w posiadaniu Radoszów przez 125 lat (od 1639 lub 1640 do 1764 r.), zasiadając także na odległym o 4 km majątku Szczyty.

Jedną z właścicielek Szczytów (wraz z siostrą), w początku XIX w., była Francisca von Lippa (wnuczka Josefa Matthäusa) – przyszła żona Adolfa Spillera von Hauenschilda, z którego to małżeństwa przyszedł na świat Georg Spiller von Hauneschild, czyli pisarz Max Waldau.

Maria Eleonore von Kloch (z domu von Hayn) oraz Kurt Wentzel Freiherr von Kloch – dziadkowie Josefa Eichendorffa ze strony matki – na portretach wykonanych w 1783 r., a także zdjęcia kościoła pw. św Jadwigi Śląskiej w Radoszowach, gdzie w krypcie pochowana jest Johanna von Eichendorff – babka Eichendoffa ze strony ojca, którą przyszły poeta często w Radoszowach odwiedzał (płyta nad kryptą na dolnym zdjęciu). Stare zdjęcie kościoła w Radoszowach (początek XX w.) którego autorem jest A. Jütner, pochodzi z publikacji S.Scharfe „Deutsche Dorfkirchen”, wydanej w Lipsku w 1934 r. Pierwotna budowla pochodząca z XVIII w. została w 1928 r. rozebrana, a kościół zbudowano na nowo, z wykorzystaniem elementów starej świątyni. Jednak porównując obecną bryłę oraz zewnętrzne deskowanie (wykonane niedawno) z tymi samymi elementami starego kościoła, możemy być nieco zawiedzeni. Warto jednak pamiętać, że od czasów powojennych, aż do 2000 r., cały kościół pokryty był z zewnątrz… płytami z azbestu (fot. współczesne Piotr Zdanowicz)

Radoszowski zōmek po przebudowie na pocztówce z lat 20-tych XX w. (w prawym górnym rogu) widnieje już na mapie Wielanda z 1736 r.

Zatem puenta tej dość skomplikowanej sekwencji tekstu jest taka, że w Radoszowach pomieszkiwali w różnych okresach, lecz w tym samym dworku: babka ze strony ojca i dziadkowie ze strony matki, Josefa Eichendorffa, ale także pradziadkowie Maxa Waldau.

Waldau nie odwiedzał pradziadków w Radoszowach, bo pisarza ze Szczytów nie było jeszcze wówczas na świecie (bywał tam nieco później). Natomiast Josef Eichendorff bywał jako dziecko u swojej babki Joahnny. Młody Freiherr Zefel wrażenia z pobytu notował w pamiętniku, pisał też wówczas swoje pierwsze wiersze.

Mało tego, było na obrzeżach Radoszów miejsce, gdzie pośród starych dębów i głazów, które przed wiekami wieków przywlekł tu lodowiec, mieli w różnym czasie bywać obydwaj poeci: Eichendorff i Max Waldau. To właśnie tam, ci tak różni pisarze, odkrywali jak obcowanie z naturą uczy wrażliwości, wznieca potrzebę refleksji i uzdalnia do odnajdywania prawdziwego piękna.

W latach 30-tych XX w., nadano radoszowskim leśnym zakątkom nazwę Dichterhaim (Gaj poetów), a pięciu najbardziej sędziwym dębom – status pomników przyrody oraz nazwy, między innymi: dąb Eichendorff i dąb Max Waldau (o szczegółach związanych z Gajem Poetów oraz innych radoszowskich ciekawostkach i legendach napiszę w osobnym artykule).

Dlaczego właśnie Radoszowy wzmogły w poetach z Łubowic i Szczytów wrażliwość na piękno przyrody ?… Cóż, radoszowskie pejzaże różnią się nieco od tych, które towarzyszą wielu innym pobliskim osadom. Są tu – jak wszędzie – pola, łąki, strumienie, ale są też spore kępy lasów, co jest już widokiem dość rzadkim na wylesionym Płaskowyżu Głubczyckim.

Okolice Radoszów oferują prawdziwą mozaikę krajobrazów. Są typowo wiejskie pejzaże pól i łąk, zmieniające się zimową porą w nostalgiczne puste przestrzenie. Są bezdrzewne pagórki, ale też zalesione wzgórza porośnięte borem, brzeziną lub buczyną. Są polne dróżki wijące się pośród pagórków i dolin, a jedynymi towarzyszami podążających nimi wędrowców bywają polne świątki i sędziwe dęby… (fot. Piotr Zdanowicz; pierwsze zdjęcie – Krzysztof Kubicki)

Leśne enklawy porastają strome zbocza i doliny zwietrzałych już, a niegdyś dużo wyższych pagórków, którą to rzeźbę terenu zawdzięczamy niegdysiejszej obecności lodowca. Lasy zachowały się właśnie tutaj, bo zagospodarowanie stromych skarp było niemożliwe, a każdy rolnik, przy pierwszej próbie zmiany tej sytuacji, byłby zagrożony „saltem w pozycji kucznej”, które wykonałby niechybnie wraz z pługiem oraz przypiętym doń zwierzakiem.

Najbardziej strome skarpy radoszowskich pagórków porastają lasy (na zdjęciu bardzo nietypowy płat boru modrzewiowego), ale także na nieco łagodniejszych zboczach warunki do uprawy roli są prawie górskie (pierwsze dwa zdjęcia – Piotr Zdanowicz; kolejne – Krzysztof Kubicki)

Najwyższe wzniesienie w okolicy Radoszów ma wysokość około 280 m n.p.m., a więc jest położone 80 m wyżej niż tereny oddalone o niespełna 4 km na wschód oraz około 125 m wyżej od dna doliny Odry. Także miejscowe przewyższenia sięgają nawet 50 m. Na fotografiach spojrzenie z okolic Radoszów w kierunku doliny Odry (fot. Piotr Zdanowicz)

RACHUNEK ZYSKÓW I STRAT

Położone z dala od uczęszczanych szlaków Radoszowy nie straciły wiele ze swego rustykalnego uroku, ale nie ma już powszechnej wiedzy o poetach ani o uroczysku Dichterhain, a dąb Eichendorff został ścięty w 1983 roku.

Dąb Eichendorff oznaczony na mapie z 1944 r. jako Natur Denkmal (pomnik przyrody) oraz to samo drzewo po wycince w 1983 r. (zdjęcie pochodzi z publikacji Adolfa Auera, „Das Alte Radoschau, Stary Radoszów, wydanej w 2006 r.)

Również pamiątki materialne związane z obydwoma pisarzami – dawny dwór w Radoszowach oraz rodowe rezydencje poetów: Łubowice i Szczyty, są dzisiaj w opłakanym stanie. Zwłaszcza majątek w Szczytach został odarty, nie tylko ze swej urody, ale też z wszelkiej pamięci po Georgu Hauneschildzie, a dwór w Radoszowach jest w stanie szczątkowej ruiny i już dawno został definitywnie spisany na straty.

Dej pozōr tyż:  Na gōrnoślōnskich szportplacach, 11.10.2020

Z zamku Eichendorffów w Łubowicach niewiele zostało, ale jest on teraz tak zwaną trwałą ruiną, powstało muzeum Eichendorffa, uporządkowano lapidarium, wytyczono alejki spacerowe i ścieżki dydaktyczne; jest też mnóstwo plansz informujących o twórczości i życiu poety… Inaczej jest w Szczytach, gdzie dawny pałac Hauenschildów, choć jeszcze do uratowania, z roku na rok ma na to mniejsze szanse. Także sam Max Waldau nie jest w żaden sposób upamiętniony. Nawet grobowiec rodziny Hauenschild, istniejący przy kościele w pobliskim Maciowakrzu, jest w opłakanym stanie, a najbardziej zniszczona jest płyta nagrobna Maxa Waldau oraz jego zmarłej w dzieciństwie córki. Natomiast modelowym przykładem „nędzy i rozpaczy” jest dawny dwór w Radoszowach, (ostatnie 4 zdjęcia), gdzie przecież jeszcze w czasach powojennych działało przedszkole (fot. Piotr Zdanowicz)
Jednak był czas, gdy Max Waldau był w okolicy, niemal tak samo popularny jak Josef Eichendorff. Niestety, był to czas niemieckiego nazizmu, kiedy twórczość obydwu pisarzy próbowano wprząc w machinę hitlerowskiej propagandy. Na mapie z 1936 r. widzimy, że w czasach nazistowskich nawet nazwę rodzinnej miejscowości poety, Tscheidt (Szczyty), zmieniono na Maxwaldau.

IDYMY NA SZPACYR

Jednak, aby kolejna opowieść związana z górnośląską historią i krajoznawstwem nie zakończyła się opłakiwaniem „raju utraconego”, zamiast frustrującej puenty proponuję na koniec krótki spacerek po urokliwych radoszowskich zakątkach. Być może da on choć częściową odpowiedź na pytanie, dlaczego dla poetów z Łubowic i Szczytów było to jedno z ulubionych miejsc.

Totysz idymy, ale nojprzōd wlezymy na turm, coby się ôbocyć radoszowske landszafty ze wiyrchu

fot. Piotr Zdanowicz; ostatnie zdjęcie: Krzysztof Kubicki

To my sie ôbejrzeli kōnsek landu, a terŏski bierymy sie drap za wãndrowanie i cestōma bez pola pierymy echt do lasã…

fot. Piotr Zdanowicz

Radoszowske lasy niy sōm za moc sroge, ale sōm tam take tajle, kere majōm takŏ gryfnota, bezma ôćby jako festelnŏ puszcza

fot. Piotr Zdanowicz

Wele Radoszōw je tysz taki końdek lasa, co piyrwyj mioł miano Szwarcwald. Tam tysz je corno studniã, a wele nij corno baba, co ô nij dycki berali bojki (już trzecio po jankowicki i murckowski)… Bliknijcie sie same, eli tyn las niy je po prŏwdzie corny…

fot. Piotr Zdanowicz

Tōż jak żech tak łajziył po tym cornym lesie, to postrzōd tych cornych strōmōw „widziałem… kruka cień” i wtymczŏs błozna boły fertich, a jŏ żech chycił takŏ klimata, że na zicher ze zadku jakego hojŏka wylejzie strasznŏ corno babã i mie pierōna wciepnie do tyj cornyj studnie, a ludziska zajś na sto rokōw bydōm mieć tymat na beranie do dzieckōw…

fot. Piotr Zdanowicz

No, ale chnet corny las zrobiōł sie ôćby jasnŏ dziedzina, a wszyjsko skuli „suprajsowi” ôd chopcōw ze krajzygōma, co wytli we tyj zajcie lasã bezma jake pōł wszyjskich strōmōw. Tyn landszaft bōł dō mie tak ôszydny, co już możno lepij boło trefić ta pierōńsko corno motyka, bo śniōm chociaby, możno by szło jako pertraktōwać…

fot. Piotr Zdanowicz

Krōm tygo co my ôbocyli, pomału wykludzōmy sie ze lasa, aji po drōdze bliknymy na tych nojmyńszych naszych bracikōw, kerzi sam ôstanōm…

fot. Piotr Zdanowicz

…I zajś idymy bez pola

fot. Piotr Zdanowicz; pierwsze zdjęcie: Krzysztof Kubicki

Przekludzymy sie tysz barżyj do wsi, aji wlezymy na wiyrszek kympy, coby sie z ônego wiyrszku jeszcze rŏz bliknyć na radoszowske dziedziny.

fot. Piotr Zdanowicz; drugie zdjęcie: Krzysztof Kubicki

… A tak po prŏwdzie i bez błoznōw, rŏd rzech je kej mōm przileżytoś wãndrowanio zadnimi cestōma. Tak richtik, to tysz niy strachōm sie cornych babōw aji inkszych bebokōw, bo porzōnd do Pōnbōcka rzykōm, ale miarkujã, co i we strzodku dambiny, aji wele blank lichego zŏwsio idzie sie trefić ze fest zōcnym dichtrym… aże yno we pomyślōnku, to już je sprawa blank inkszo…

Ostatniej fotografii towarzyszą fragmenty wierszy „Modlitwa poranna” („Morgengebet”) – Josefa von Eichendorffa oraz „Wieczorne leśne przemijanie”(„Da bin am Abend im Walde”) – Maxa Waldau, w przekładzie Alfonsa Rataja i Piotra Zdanowicza; fot. Krzysztof Kubicki

Przypisy:

[1] Nossol A: Harmonia serca i myśli, czyli proprium silesiacum; w: Dwanaście wierszy. Joseph von Eichendorff w przekładzie ks. Jerzego Szymika; Katowice 2007

[2] W: Gazeta Wyborcza (https://katowice.wyborcza.pl/katowice/1,35063,3292167.html)

[3] Tamże

[4] W: Dwanaście wierszy. Joseph von Eichendorff w przekładzie ks. Jerzego Szymika. Katowice 2007

Piotr Zdanowicz – pasjonat oraz badacz historii, kultury i przyrody Górnego Śląska. Dziennikarz, autor lub współautor książek i reportaży, a także kilkunastu prelekcji, kilkudziesięciu artykułów prasowych oraz kilkuset tysięcy fotografii o tematyce śląskiej. Pomysłodawca rowerowych i pieszych szlaków krajoznawczych na terenie Katowic, Mysłowic i Tychów oraz powiatu kędzierzyńsko-kozielskiego. Poeta, muzyk i plastyk-amator. Z zawodu elektronik, budowlaniec oraz magister teologii.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Ôstŏw ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ. Wymŏgane pola sōm ôznŏczōne *

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza