Monika Neumann: Dama serce a stary byfej

Miarowe tykanie dużego, drewnianego zegara roznosiło się po pomieszczeniu. Wahadło przedzierając się poprzez półmrok panujący w izbie dzieliło przestrzeń, odsyłając jedną część powietrza w przeszłość, w ziarenka kurzu wirujące w powietrzu, drugą część wyrzucając w przyszłość prosto w światło  niewielkiej lampki stojącej na dużym, otoczonym ławami, drewnianym stole.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

W tym niewielkim świetle kąpały się dziewczęce dłonie, stłoczone jedne obok drugich przy wielkim stole. Zwinnie przemieniały leżący przed nimi len w nić, przędły w milczeniu, raz po raz wzdychając cicho, rozglądając się wokoło siebie, by po chwili powrócić do zajęcia. W rytm tykania zegara czyjaś noga szurała po drewnianej podłodze, ta zaś niczym głaskany kot,  trzeszczała i mruczała przy tym przymilnie.

W drugim kącie pomieszczenia dwóch starszych mężczyzn schylało się nad stolikiem z kartami i od czasu do czasu wyrzucało w powietrze ciche przekleństwo, albo z zadowolenia, gdy karty sprzyjały, albo z rozżalenia, gdy czoła należało uchylić przeciwnikowi.

Nagle zegar na moment się zatrzymał i w pomieszczeniu rozległ się roześmiany okrzyk:

-By wŏs ôkradli, a wyśta by dalej siedzieli, tak to jes, rŏs kuperek zicnie kajś wygodnie, to sie tak wartko dźwigać go zajś nie chce– zawołała kobieta z wielkim garem w dłoniach. Postawiła go na blachę pieca, którą obudzony z snu płomyk ognia zaczął wesoło łaskotać i rozejrzała się wokoło. Jej wzrok z aprobatą podążał po twarzach młodych dziewcząt zajętych pracą i jaśniał przyjaźnie, gdy któraś nieśmiało podnosiła oczy.

Uśmiech przemieniał całą jej twarz, pobielałe włosy skrupulatnie związane z tyłu głowy i zakryte chustką, miejscami jednak wywijały się ku wolności, okalając okrągłą jak księżyc buzię. Oczy osadzone głęboko w pooranej przez czas twarzy, pozwalały wierzyć, że wiele lat temu ta kobieta mogła być piękną. Zmarszczki wokoło oczu, na czole, w kącikach ust układały się przyjaźnie, uśmiech je pogłębiał, ale równocześnie jakby zasłaniał. Sprawiał, że oblicze kobiety przebłyskiwało iskrami przeszłości, pieśń śpiewana przez czas na chwilę się cofała do poprzednich zwrotek, by po mrugnięciu oka znów się obudzić i cicho wypominać wiek.

Kobieta założyła ręce na obszerne biodra i zawołała:

-Ja, ja… Tak to jes. Kobiyty robiōm, a chopy w skata sie grajōm.

-Ciii… to jes poważny geszeft, a nie jakŏś tam gra- odpowiedział jeden z mężczyzn, podnosząc na chwilę wzrok.

A idź- odpowiedziała kobieta, ale nie omieszkała puścić oczka do swojego małżonka. Zamieszała gotującą się zupę, przykryła olbrzymi gar i podeszła do dziewcząt. Wypatrzyła swoją wnuczkę, która jasnym spojrzeniem obejmowała całe pomieszczenie i nerwowo szurała nogą.

Posuchejcie no, jak duszycki po podłodze spacerujōm. Wartko dzisiej sie wybrały na spacery.

-Duszycki?- zapytało jedne z dziewcząt.

Ja… to ty nie wiys? Jak jus ćma sie robi i ludzie poleku spać idōm, to ône z snōw, kōntōw bejle jakich, zza byfeju, z kŏlkastli abo i kōmory wyłazōm i blank cicho spacerujōm. Maluśkie sōm, a lekuśkie choby jakie piyrze. Nierŏs cowiek sie w nocy budzi, a tu kajś w dachu coś stuknie, w podłodze cosik trzaskŏ a w piecu zawyje. Jus cowiek cołki w strachu, pierzinōm abo dekōm sie przikrywŏ, wartko rzykŏ, bo to jakŏ mora abo strziga myśli abo i co gorsego- kobieta na chwilę zatrzymała głos, rozejrzała się wokoło siebie, wyraźnie uradowana uwagą, jaką na sobie skupiła. Wiele par oczu obserwowało ją, słuchało opowiadania z strachem i ciekawością, tylko jej wnuczka z przekorą uśmiechała się, bo znała już tą opowieść i domyślała się zakończenia.

Ciszę  w pomieszczeniu przerwało bulgotanie dochodzące z garnka. Kobieta odwróciła się od publiczności i pozwoliła młodym pogrążyć się w własnych rozmyślaniach. Zamieszała zupę i zadowolona z roznoszącego się aromatu, rzuciła przez plecy– A to przeca duszycki, nieśmiałe, wystrasōne. Nierŏs sie pokalycōm, kiej jaki maras ôstanie na podłodze lezeć- chciała dalej opowiadać, wygodnie zatopiła się w oddalonych w czasie wspomnieniach i pociągała kolorowe nicie, przyciągała tak do siebie obrazy, które opisywała. Im głębiej w ten świat wchodziła, tym barwniejsze stawały się jej opowiadania. Jej wzrok stał się nieco nieprzytomny, gdy przywołała jeden wyjątkowo piękny obraz i już chciała opowiadać, gdy nagle jednak przerwało jej głośne stukanie o szybę okna.

W pomieszczeniu rozniósł się wystraszony okrzyk wyrwanych z opowieści starszej kobiety dziewcząt, nić się zerwała, obrazy uciekły. Oczy dziewcząt szeroko się otworzyły, gdy przez zmarzniętą szybę ujrzały gałązki, delikatnie uderzające w ramy okien, zaś drzwi zahuczały donośnie pod silnym uderzeniem.

Co za pierōny mie sie do chałpy tak cisnōm- zawołała kobieta. W odpowiedzi jednak ktoś znów zaczął pukać w drzwi, gałązki zaś jeszcze intensywniej zaczęły szeleścić o okna. Dziewczyny skuliły się obok siebie i zaciekawione obserwowały co tam się działo. Tylko jedna wstała i podeszła do drzwi, nie słuchała opowieści swojej omy z takim skupieniem, jak pozostałe, bo dobrze ją znała i niestraszni jej byli wszyscy mieszkańcy tego domu, czy to ci z krwi i kości, czy wyimaginowani, zaś spoglądając wcześniej na wirujące na zewnątrz płatki śniegu, dostrzegła kilka znajomych, młodych twarzy, zbliżających się do domu.

Stanęła więc koło wejścia i jednym wprawnym ruchem otworzyła ciężkie drewniane drzwi:

-Niy ma wōm zima?-zapytała.

-Terŏski jus ni- odpowiedział jeden młodzieniec, szybko wchodząc do pomieszczenia i rozglądając się wokoło. Kątem oka dostrzegł mężczyzn grających skata, zaś w drugim kącie izby kilka uśmiechniętych twarzy skupionych nad lnem. Po krótkiej, a nawet bardzo krótkiej chwili wahania ruszył w kierunku lnu i zaczął grzebać w niciach, denerwując przy tym towarzyszki.

-To yno my, pierōny ze wsi- odpowiedział kolejny chłopak.

Erich, ty sam niy mŏs w dōma roboty?– zapytała przekornie kobieta stojąca przy piecu.

Jus wszisko porobiōne, śniega moc nasypała, a muter pedziała, ze mōm iś do tante Traudel ôbejrzeć jak tam moja siostrzicka sie mŏ- odpowiedział, ruszył w kierunku swojej ciotki, uściskał ją, zajrzał do garnka- Wōniŏ choby w niebie, pra ōnkel? Cousinchen, wpuś sam jesce Alberta- poprosił i dosiadł się do partyjki skata.

Trzeci z grupy przyjaciół zamknął drzwi, wyciągnął z kieszeni harmonijkę, i ukłoniwszy się uprzejmie gospodyni, jedną ręką przyłożył instrument do ust, drugą zaś chwycił dłoń dziewczyny i szybko obrócił ją wkoło do melodii granej przez siebie. Ta zaś, wesoło się śmiejąc zawirowała, jej spódnica uderzyła powietrze, które poleciało to w jedną, to w drugą stronę, zupełnie nie w myśl wahadła zegara, trafiło na stolik i zabrało jedną kartę razem z sobą.

Wiele godzin później, gdy już wszyscy domownicy pogrążyli się głęboko w śnie, stary zegar uspokoił, a śmiech, robota, len, tańce, muzyka, zapach zupy i gra w skata rozpłynęły się, jak rozmazany obraz, jedna duszyczka, szeleszcząc cicho wokoło snu zakochanej dziewczyny, nie będąc w stanie zwrócić na siebie jej uwagi, podreptała po starannie zamiecionej podłodze do kuchnie i stanęła przed jedną zapomnianą kartą. Dama serce, zapomniana i opuszczona z rozżaleniem spoglądała na stworzenie. Duszyczka ostrożnie ją pozbierała, by schować ją na wiele długich lat, zim, wiosen, wesel, chrztów i prządek bezpiecznie za byfejem. Może kiedyś ktoś ją znajdzie, a razem z nią, pozbiera z podłogi odrobinę kurzu i odrobinę wspomnień z czasów, w których żyły te duszyczki, gracze w skata, chłopcy grający na harmonijce i zakochane dziewczyny.

Monika Neumann – Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice… Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest studentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza