Kamratki i kamraty: Leszek Drong

W cyklu Kamratki a kamraty przybliżam Państwu żyjące osobowości Śląska. Cykl ten postanowiłem poszerzyć o rozmowy z ludźmi moim zdaniem interesującymi. Rozmowy zaczynam od tych samych zawsze trzech pytań:

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

1) Co Cię ukształtowało?
2) Co jest istotne w Twoim życiu?
3) Jaki Górny Śląsk mógłbyś zaakceptować bez większych zastrzeżeń?

Później zadaję już zróżnicowane pytania.

 

Zaczynam od gawędy z Leszkiem Drongiem, o który w  Klubie Twórców Górnośląskich KARASOL można przeczytać:

Leszek Drong jest anglistą; na co dzień zajmuje się kulturą, historią i literaturą Irlandii, a także retoryką, komunikacją językową i dydaktyką języka angielskiego, bo oprócz pisania artykułów i książek po angielsku (a czasem też po polsku) pozostaje przede wszystkim nauczycielem.
W wolnych chwilach organizuje działalność zespołu naukowego (Centrum Badań nad Kulturami Mniejszymi), który na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego powstał między innymi po to, by zajmować się językiem i kulturą śląską. W trakcie służbowych wyjazdów zagranicznych, odwiedzając z wykładami uczelnie w różnych miejscach na świecie (m.in. w Paryżu na Sorbonie czy w Belfaście), chętnie opowiada po angielsku o historii, kulturze i współczesnym życiu na Górnym Śląsku. Póki co chcą go słuchać, bo porusza problemy, z jakimi borykają się wspólnoty narodowe i etniczne w wielu innych zakątkach globu. Od dziecka związany z Tychami, urodził się zaraz po założeniu klubu sportowego GKS Tychy. Do dzisiaj trzymają się razem na dobre i na złe. W Tychach jest ordnung i osiedla mają swojej litery – jako dziecko mieszkał na C, potem na D, a teraz dobrze mu na E. Ale trudno powiedzieć, czy to postęp (C-D-E) czy wręcz przeciwnie, bo jednak człowiek zbliża się do nieuchronnego końca.

 

Rozmowa z Leszkiem Drongiem

 

Co Cię ukształtowało?

Pewnie dobrze by brzmiało, gdybym powiedział, że sól ziemi czarnej, ale jednak bardziej książki, które połykałem w olbrzymich ilościach w młodości, a nawet w dzieciństwie, bo szybko nauczyłem się czytać. I jako dziesięcio- czy dwunastolatek czytałem już wszystko, co mi wpadło w ręce – nie tylko tzw. literaturę dla młodzieży, ale na przykład genialne kryminały Joe Alexa, którego dopiero po latach sobie „zdemaskowałem” jako Macieja Słomczyńskiego, wybitnego polskiego tłumacza literatury anglojęzycznej. Chociaż jak tak przypominam sobie chłopięce lata, to przecież ten hasiok i klopsztanga też tam były i latanie za balą po placu – tak, zdecydowanie fusbal był ważny i przez kilka ładnych lat w podstawówce jeżeli nawet nie chciałem być piłkarzem, to planowałem karierę dziennikarza sportowego. Więc na drugim biegunie tego życia fikcyjnego, zanurzonego w literaturze (potem także była poezja i ogromny wpływ Wojaczka, który, jakże symbolicznie, popełnił samobójstwo na miesiąc przed tym, jak ja przyszedłem na świat!) była fascynacja sportem, kibicowanie i uprawianie różnych sportów, co zawdzięczam głównie ojcu i po trosze środowisku lokalnemu, atmosferze lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych w Tychach. U nas na osiedlu po prostu chodziło się na mecze, zarówno na fusbal, jak i na hokeja, ale też zamiast do kina szliśmy na basen, zagrać z sąsiednim podwórkiem, potrenować karne. Do dzisiaj pamiętam, że nawet moja mama, bardzo stereotypowo wykluczana jako kobieta z grona hardkorowych kibiców, szalała z radości, kiedy nasi piłkarze awansowali do półfinału Mistrzostwa Świata w Hiszpanii w 1982 roku. Potem w połowie lat osiemdziesiątych zacząłem grać w szachy – w zawodach, turniejach, w lidze juniorów, w Mistrzostwach Śląska. To była lekcja dyscypliny intelektualnej, skupienia, ale przy okazji zyskałem przyjaciół i nauczyłem się rozmawiać z ludźmi w różnym wieku. I wreszcie na mój sposób myślenia i wrażliwość duży wpływ zawsze miał brat mojej mamy, mój „potek”, uwielbiany od dzieciństwa wujek, który zaszczepił mi między innymi specyficzne poczucie humoru, zainteresowanie kabaretem (tym dawnym, raczej w stylu „Teya” czy „Potem”, a nie dzisiejszymi wygłupami na festiwalowych estradach) oraz szacunek dla… dzieci jako publiczności. Potrafił wspaniale, inteligentnie i cierpliwie zabawiać grupkę nieletnich,  wybierając często nasze towarzystwo, nawet kiedy miał do dyspozycji swoje koleżanki
i kolegów profesorów z politechniki. Dzisiaj, sam pracując na uniwersytecie, doskonale to rozumiem. Kontakt z młodymi ludźmi odświeża wyobraźnię i uczy wciąż dziwić się rzeczywistością.

Co jest istotne w Twoim życiu?

Boję się trochę takich pytań… Znam wiele osób, które są zwolennikami czegoś w  rodzaju myślenia magicznego. Chodzi o to, że definiowanie w myślach tego, co najważniejsze, wiąże się z ryzykiem, że za chwilę można to wszystko stracić. Ale ja wierzę raczej w sprawczą moc języka, a nie samych myśli, w to, że słowa zmieniają rzeczywistość, więc trzeba zawsze brać za nie odpowiedzialność. No więc język jest ważny w moim życiu, nie tylko dlatego, że jest częścią mojej pracy. Jest częścią tego, czym jestem. Rzeczywistość, w której funkcjonuję na co dzień, jest przede wszystkim językowa, znakowa, symboliczna. Włącznie z polityką, która determinuje nasze losy na Śląsku, w Polsce. Ale w wymiarze osobistym oczywiście ważni, być może najważniejsi są ludzie – ci najbliżsi: rodzina, przyjaciele – i poczucie, że mogę na nich liczyć, że lojalność to nie jest puste słowo, że prawdziwa moralność (opierająca się na poczuciu przyzwoitości, na empatycznej życzliwości i uczciwości wobec drugiego człowieka) nie została zawłaszczona przez gang hipokrytów chwilowo sprawujących władzę w gmachach, instytucjach i kościołach. Ci, którzy mnie naprawdę dobrze znają, pewnie nie będą zaskoczeni – jest jeszcze coś, co dałbym sobie wytatuować na piersi, mimo że nie jestem szczególnym entuzjastą tatuaży. Byłoby to irlandzkie słowo „Saoirse”, czyli „wolność”. Wolność rozumiana także jako prawo do pewnej anarchii, buntu wobec status quo, obywatelskiego nieposłuszeństwa. W tym sensie bliska mi jest na pewno amerykańska tradycja liberalizmu (niekoniecznie ekonomicznego). Nie potrafiłbym na przykład być żołnierzem w armii.
Z drugiej strony mój uniwersytet zamienia się ostatnio w strukturę łudzącą przypominającą wojsko.

 

Jaki Górny Śląsk mógłbyś zaakceptować bez większych zastrzeżeń?

Problem polega na tym, że nie ma takiego jednego Górnego Śląska, który byłby dobry dla wszystkich i nawet jeśli sobie wymarzę swój heimat, to wiem, że wielu ludzi, którzy tu mieszkają „od zawsze” (czyli na przykład od 1945 r.) nie zdoła zaakceptować mojej wizji. Znam mieszkańców Gliwic lub Bytomia pozornie zadomowionych na Śląsku od pokoleń, a jednak myślących o swoich rodzinnych stronach jak o tymczasowym przystanku, z lekceważeniem, a nawet czasem pogardą dla hanysów, bo tak im wpoili dziadkowie, którzy ciągle pragną wrócić do dawno nieistniejącego Lwowa. Wiele razy zderzałem się z problemem, czym miałby być ten Górny Śląsk – miejscem, wspólnotą, współdzielonym doświadczeniem, światem zamkniętym w języku? Żadna z tych odpowiedzi nie jest do końca dobra i nie rozwiązuje wszystkich dylematów tożsamościowych i kulturowych – na pewno nie dla wszystkich, którzy na Górnych Śląsku mieszkają. A ja nie chcę tego Śląska tylko dla siebie, bo taki wielki dom musi być współmieszkaniem, przestrzenią gościnno-rodzinną, razem-domem, do którego mają takie samo prawo ci, którzy urodzili się gdzie indziej, a nie tylko ci, co mają certyfikaty und papiere na potwierdzenie nieskazitelnej genealogii. Może dlatego szukam analogii po świecie, podpatruję, jak organizują przestrzeń społeczną inne kraje i regiony – takie jak Irlandia Północna, gdzie mimo kryzysu politycznego i ekonomicznego, stosunek do mniejszości etnicznych, obcokrajowców i uchodźców jest wyjątkowo przychylny. Co z tego, skoro miejscowi nacjonaliści katoliccy i unioniści protestanccy dalej nie potrafią się ze sobą dogadać. Najkrócej: myślę, że Górny Śląsk jest dla mnie w tej chwili potrzebą pamięci, potrzebą zachowania tego, co zaciera się w świadomości wielu ludzi w zalewie fałszu i pseudohistorycznego mitu nacjonalistycznego wbijanego niemal przemocą do głów młodemu pokoleniu na polecenie politruków z Warszawy. Taką pamięcią Górnego Śląska może być także literatura, nawet fikcja literacka – z niedawno wydanych powieści dla mnie Margott Aleksandra Lubiny czy Drach Szczepana Twardocha zachowują i przechowują esencję Śląska… Więc bez zastrzeżeń zaakceptuję Górny Śląsk zawsze, jeśli będzie pięknie i mądrze opowiedziany.

 

Gdybyś był trenerem/doradcą jakiejś śląskiej drużyny, to jakbyś ich przygotował do meczu z Irlandczykami?

To zależy, czy z Irlandczykami z Północy, czy z Południa. No i zależy której śląskiej drużyny i w jakiej dyscyplinie. Łatwiej by było w hokeja, bo tu mamy zdecydowanie przewagę nad Irlandczykami z każdej strony świata – wiadomo, w hokeja na lodzie śląskie kluby są najlepsze na równoleżnikowych obrzeżach Unii Europejskiej, czyli w Polsce i na Wyspach Brytyjskich (przed brexitem);-P A śląskie kluby poważam tak samo, bo na Górnym Śląsku nie ma dla mnie miejsca na animozje między kibicami i drużynami poza rywalizacją czysto sportową, więc zebrałbym reprezentację całego regionu (sport powinien być czymś, co jednoczy i zachęca do dostrzegania wspólnoty), potem nauczyłbym moich zawodników angielskiego z północnoirlandzkim akcentem i zachęcił do pokrzykiwania do zawodników drużyny przeciwnej tak, by ci nie wiedzieli, kto wydaje im polecenia albo prosi o krążek na lodzie. Dezorganizacja poczynań murowana, a to wystarczy jako element zaskoczenia. Jako filolog tyle potrafię zrobić w miarę fachowo, bo trener czy taktyk ze mnie żaden, za to komentować po fakcie podobno potrafię złośliwie. Natomiast gdybyśmy grali z Irlandczykami z Południa, to przebrałbym naszego bramkarza za Św. Patryka i kazał się zastanowić przeciwnikom, czy wiedzą, co robią, zanim oddadzą strzał na naszą bramkę…

A tak na poważnie – kilka dni temu GKS Katowice wygrał rywalizację w Pucharze Kontynentalnym o awans do finału; zawody odbywały się w Belfaście, akurat w trakcie mojego pobytu w tym mieście. Spotkałem wracającego z turnieju kibica z Katowic i pogratulowałem mu sukcesu całej drużyny, powiedziałem, że jestem dumny z zawodników jako mieszkaniec Tychów. Spojrzał zdziwiony, bo każdy na Śląsku wie, że kibice z Tychów i Katowic za sobą nie przepadają. Dla mnie to głupota – dwa śląskie GKSy mają wiele ze sobą wspólnego i od dawna współpracują sportowo, więc cieszę się z każdego zwycięstwa katowickiego klubu (oprócz spotkań z tyską drużyną). Facet (z Bogucic), któremu to powiedziałem, rozpromienił się i stwierdził, że myśli tak samo i nie rozumie, dlaczego górnośląskie kluby wadzą się między sobą – to musi być krecia robota jakichś goroli;-) Na podobnej zasadzie nie chciałbym, żebyśmy strasznie sponiewierali tych Irlandczyków (może jedną bramką?) – czy to w hokeja czy w fusbal. Bo ja się czuję takim ćwierć Irlandczykiem przez wszystkie tamtejsze przyjaźnie i lata spędzone w różnych miejscach na tej wyspie…

Bardzo, bardzo dziękuję za rozmowę, za  poświęcony czas…

Aleksander Lubina

Górnoślązak/Oberschlesier, germanista, andragog, tłumacz przysięgły; edukator MEN, ekspert MEN, egzaminator MEN, doradca i konsultant oraz dyrektor w państwowych, samorządowych i prywatnych placówkach oświatowych; pracował w szkołach wyższych, średnich, w gimnazjach w szkołach podstawowych i przedszkolach, literat tworzący po polsku, po śląsku, po niemiecku, publicysta, współtwórca KTG Karasol.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza

Cyntrum Preferyncyji Prywatności

Potrzebne

Zbiory cookies potrzebne do nojbarzij podstawowych funkcyji serwisu: zgoda na politykã prywatności (gdpr) i informacyjŏ ô blokowaniu reklam (anCookie), testowy zbiōr ôd platformy (wordpress_test_cookie)

gdpr, anCookie, wordpress_test_cookie

Ino po zalogowaniu

Zbiory cookies potrzebne do byciŏ zalogowanym w serwisie.

wordpress_logged_in_, wordpress_sec_, wp-settings-time-