Jedna wieś – tysiąc wrażeń. Taki jest Śląsk!

Miejscem, którego prawdziwy miłośnik Śląska – jego kulturowych i przyrodniczych skarbów, ominąć nie może, jest wieś niedaleko Wołowa – Głębowice. Liczy dziś niespełna 500 „dusz”, a początki ma sławniejsze od Krakowa. Opisane są one po łacinie w sławnej „Księdze Henrykowskiej” i mówią o tym, jak chłop książęcy Głąb, otrzymał od księcia Bolesława Wysokiego (zmarłego w roku 1201) las zwany później Bukowiną. Wykarczował w nim dla siebie teren zwany Wielką Łąką, a w miejscu tym powstała osada zwana później od imienia tego chłopa Głębowicami. Wśród absolutnie unikalnej w Polsce fauny (susły, bieliki i żurawie) wznoszą się tam dwie budowle: klasztoru i pałacu. Klasztor karmelitów trzewiczkowych (nie bosych), w którym po pruskiej sekularyzacji mieściła się gorzelnia, a do ruiny doprowadził go za Polski Ludowej, jak wszędzie – PGR, miał szczęście i za fundusze europejskie został (wraz z przyklejonym do niego kościołem) odremontowany.
Dziś mieści się w nim „Garnierówka” – ośrodek rekolekcyjny, baza turystyczna (z miejscami noclegowymi). Kościelna krypta i wieża tworzą tu niezwykłą ścieżkę przyrodniczą, która przybliża świat nietoperzy i ptaków zamieszkujących kościelne mury oraz Dolinę Łachy – obszar Natura 2000. Prawdopodobnie jest to jedyna taka ścieżka edukacyjna w Polsce. Dziwnie dla postronnych brzmiąca nazwa powstała na cześć fundatora klasztoru i wieloletniego dobroczyńcy – Jana Adama de Garnier, możnowładcy, dowódcy wojsk (kawalerii), wielkiego posiadacza ziemskiego, który wybrał życie pełne wyrzeczeń i umartwień. Był on największym dobrodziejem karmelitów na Śląsku. Finansował rozbudowę klasztoru w Strzegomiu oraz ufundował trzy nowe klasztory karmelitów w miejscowościach: Głębowice, Wołów (kościół św. Karola Boromeusza w Wołowie) i Kożuchów. Pod koniec życia Jan de Garnier wstąpił jako brat Chrystoforus do największego z ufundowanych przez siebie klasztorów w Głębowicach. Przebywał tam jako brat świecki aż do swej śmierci. Został pochowany w krypcie kościoła klasztornego p.w. św. Eliasza (obecnie p.w. NMP z Góry Karmel). Wieś (i nie tylko) pamięta o swym największym obywatelu, spoczywającym na jej terenie. Jego imieniem nazwano szkołę podstawową w Głębowicach i pobliski społeczny rezerwat przyrody.
Nikt nie pamięta natomiast o rodzinie von Pourtales – ostatnim (do 1945 roku) właścicielu pałacu w Głębowicach. Mało tego – pamięć ta była i jest w barbarzyński sposób szargana i bezczeszczona. Olbrzymia ta rezydencja na planie podkowy, z owalnym salonem wysuniętym w stronę rozległego ogrodu i założenia parkowego, była jedną z okazalszych na Śląsku. „Pasowała” też pracownikom PGR nomen omen Wińsko, którzy znaleźli tu mieszkania. Były tu jeszcze piękne rzeźby, choć już bez głów, ubitych chyba dla zabawy. Gdy PGR zastąpił Kombinat „Dolpasz” – czyli coś, zdawałoby się, poważniejszego, razem z mieszkańcami pałacu straciły się zabytkowe parkiety i boazerie. Dolpasz widocznie pasze składował na parterze, gdyż nie zareagował na runięcie dachów. Dziś ruinie pięknego jeszcze niedawno pałacu towarzyszy duży budynek oranżerii i przepiękna kaplica grobowa zaprojektowana przez słynnego Carla Lüdeckego, w której wnętrzu pływają resztki drewnianych trumien i o pomstę wołają potrzaskane marmurowe płyty nagrobne członków rodziny Pourtales. Ten pomnik barbarzyństwa i blamażu figuruje na czołowych miejscach w rejestrze pięknych budowli przemienionych w ruiny w czasach pokoju i pod polskim zarządem (Hannibala Smoke i Jakuba Jagiełło). Obrazu spustoszenia i zniszczenia dopełniają licznie tu rosnące dęby – od dwustu pięćdziesięciu do trzystu pięćdziesięciu lat sobie liczące, które w większości są wyschnięte i nawet wiosną wyciągają czarne i gołe ramiona, stwarzając nastrój wzięty z horrorów. Sprawcą śmierci pomnikowych dębów nie jest tym razem państwowa instytucja rolno-przemysłowa czy nudząca się miejscowa młodzież. Sprawcą jest osobnik mały, ale twardy, rogaty i wyuzdany – owad kozioróg dębosz. Poświęćmy mu trochę czasu, gdyż jego bytowanie w Polsce, po bliższym przyjrzeniu się jemu, skłania nas do wyciągnięcia wielu zaskakujących wniosków i wykrycia wielu absurdów. Już w zamku Czerna pod Bytomiem Odrzańskim właścicielka pałacu i opiekunka alei starych dębów skarżyła się, że gdy po zasięgnięciu porady u fachowca zajęła się eksterminacją niszczącego wiekowe drzewa owada, straszono ją karą i sądem. Jej opowiadanie, jak to owad topiony długo w wodzie, po jej wylaniu „wstał z martwych”, spojrzał krzywo spode rogów, otrzepał się i odfrunął, trafiło widocznie do niewłaściwego ucha. Kozioróg dębosz – kiedyś występujący bardzo licznie i bezkarnie rozdeptywany, dziś jest pod ścisłą ochroną i wpisany w czerwonej księdze owadów zagrożonych zaginięciem. Potraktować go trutką to tak, jak zabić orła bielika. Tymczasem w Głębowicach dochodzi do sytuacji, w której dziesiątki starych i potężnych dębów jest zżeranych w obszarze Natura 2000 „Dolina Łachy” utworzonym między innymi dla ratowania … kozioroga dębosza. Jeszcze bardziej kuriozalna sytuacja ma miejsce pod Gubinem. Otóż powstał tam rezerwat dębów „Dębowiec”, w którym rośnie dwieście kilkusetletnich dębów, w intencji chronienia nie tylko tego starodrzewu dębowego, ale i stanowiska … kozioroga dębosza! Warunki tam ma przednie, koziorogów przybywa, dębów ubywa. Wiadomo przecież, że nasz dębosz to wybredny i wyrafinowany smakosz. Preferuje dobrze nasłonecznione, ponad 100-letnie drzewa, rosnące pojedynczo lub w niewielkich skupiskach. Lubi też stare, dobrze prześwietlone dąbrowy. Spotkać go można tylko na żywych drzewach. W czułki nie weźmie suchego drzewa. Wygląda więc na to, że miłośnicy drzew, szczególnie wiekowych dębów, przegrywają z obrońcami owadów, z wyszczególnieniem koziorogów. Wygląda to tak, jakby żubry podkarmiać szarotką, mikołajkiem nadmorskim, czy lilią złotogłów. I to, i to pod ochroną, zagrożone wymarciem. Tylko, na litość boską czy taka ekologiczna konfrontacja, to jedyne wyjście? Ja na przykład zdecydowanie bardziej wolę dęby niż robale. Póki co, oprócz wymienionych enklaw, w których stworzono mu idealne warunki, kozioróg dębosz króluje w Dolinie Baryczy, o czym za niedługo.
Ruiny pałacu w Głębowicach – fot. Jakub Hałun, CC BY-SA 4.0, via Wikimedia Commons
Pozostając przy temacie ekologii, zwierząt chronionych ściśle (choć o niebo bardziej sympatycznych), powróćmy do Głębowic. Istnieje tu polana – rezerwat „Ruskie Łąki”, na której żyją susły moręgowane czyli tzw. europejskie wiewiórki ziemne – które w latach 80. całkowicie zniknęły z terytorium Polski. Te przesympatyczne zwierzątka żyć mogą tylko na łąkach, polanach suchych – w których woda gruntowa nie dochodzi do 2 metrów głębokości. Charakterystyczni „strażnicy” susłowi muszą mieć otwarte pole obserwacji, siedzibą susłów nie może być więc łąka niekoszona, czy polana pokryta krzakami. I co ciekawe, i to dla mnie bardzo: susły mogą żyć na terenie, który był wcześniej „ojczyzną” hajmatem ich przodków. W Polsce susły mogą dziś żyć tylko na Śląsku, czyli w województwach: lubuskim, dolnośląskim, opolskim i śląskim! Dziś susły można oglądać w dwóch miejscach: w Kamieniu Śląskim i w Głębowicach właśnie. W Kamieniu Śląskim były najwcześniej, sprowadzone z Węgier. Mieszkańcy miejscowości, z której wyszedł święty Jacek – „Światło ze Śląska”, Lux ex Silesia, przyjęli je entuzjastycznie (starsi pamiętali ich obecność w dawniejszych czasach) i po wybudowaniu wieży, z której można obserwować życie zwierzątek, uczynili z nich swą maskotkę i godło promocyjne. Susły do Głębowic przyszły więc już z Kamienia. Tu też wybudowano wieżę, z której można obserwować sympatyczne stójki i podrygi susłowych strażników. Wychodzi nam nowe określenie naszej ojczyzny: Śląsk ziemia susłów. Kojarzyć się będzie ono nie z tym, że suseł jest aktywny jedynie kilka godzin w dniu, resztę przesypia, nie czyni też zapasów na zimę – nie musi, przesypia ją lecz z niezwykłą sympatią, jaką cieszy się ten zwierzak.
W Głębowicach wejść można także na przyrodniczą ścieżkę edukacyjną „Żurawie siedliska”. Ma ona długość 3,2 km i biegnie pośród lasów, łąk i pól na terenie położonym na północ od wioski. Gospodarza – żurawia, dojrzeć można najłatwiej, długo napatrzeć się trzeba, by dostrzec bielika, kanię czy błotniaka stawowego. Usłyszeć można tu też rzekotki i kumaki. A wymieniam tu tylko zwierzęta niezwykle rzadkie i pod ochroną. Nie wspominam już o roślinach ginących i o nazwach trudnych do wypowiedzenia, jak nasięźrzał pospolity.
Dej pozōr tyż:  Ruda Śląska: „Szeryf z Fryn City” - śląska komedia… z Dzikiego Zachodu

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jan Hahn – Autor wydawnictw związanych z historią i kulturą Śląska: „Ilustrowana historia Śląska w zarysie”, „Lux ex Silesia”, „Śląsk w Europie” i "Śląsk magiczny". Pisze artykuły do prasy lokalnej („Gwarek”, „Montes Tarnoviciensis”) i regionalnej („Nowiny Rybnickie”). Z wykształcenia filolog słowiański (serbskochorwacki na UJ). Tłumacz z tego języka.

Śledź autora:

Ôstŏw ôdpowiydź

Twoja adresa email niy bydzie ôpublikowanŏ. Wymŏgane pola sōm ôznŏczōne *

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autorōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza