„Gwarą nie wypada”, czyli polskie rozdwojenie jaźni

  • w ostatnim czasie dały o sobie znać pseudonaukowe postawy wobec śląskiej mowy
  • są one oparte na niewielkiej wiedzy
  • postawy te mają znamiona rasizmu językowego

O tym, że polska mentalność ma rozdwojenie jaźni, gdy idzie o język śląski, wiemy nie od dzisiaj. Jest on traktowany instrumentalnie. Kiedy chce się zaznaczyć lub udowodnić polskość Śląska i Ślązaków, język śląski jest „piękną staropolską gwarą, o którą Ślązacy walczyli przez setki lat”. Gdy jednak spojrzymy na rzeczywisty stosunek społeczeństwa i państwa polskiego do języka śląskiego, to jest on uważany za ohydne zniemczone narzecze, które należy wytępić.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

O ile wśród ludzi niezainteresowanych tematem jest to w jakiś sposób zrozumiałe, o tyle trudno zaakceptować taką postawę wśród ludzi, którzy uważają się za naukowców. A już z pewnością trudno zaakceptować to wśród ludzi uważających się za naukowców badających śląską kulturę.

W ciągu ostatnich trzydziestu dni trzykrotnie spotkałem się z zadziwiającymi postawami wobec śląskiego języka.

Pierwszy zrobił to Konstanty Pilawa, który może nie jest jeszcze do końca naukowcem, ale w tym środowisku na Uniwersytecie Jagiellońskim się obraca. W serwisie Klubu Jagiellońskiego opublikował on artykuł „Śląsk się budzi, Polska śpi”, z którym niedawno polemizowałem na łamach „Wachtyrza”.

Drugi przypadek znam z relacji z drugiej ręki. Na konferencji naukowej „Dziedzictwo kulturowe Śląska”, która odbyła się w połowie listopada na Uniwersytecie Opolskim, padły słowa, że tłumaczenie wielkich dzieł literatury światowej na „gwarę śląską” jest oburzające, bo jest to sprowadzanie ich do poziomu rynsztoka i odzieranie ich z artyzmu.

Trzecia – zupełnie spodziewanie – była Anna Momot z Uniwersytetu Wrocławskiego, której artykuł „Gwara w górnośląskiej przestrzeni miejskiej” ukazał się w aktualnym numerze LingVaria, półroczniku Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Jeśli chodzi o tekst Pilawy, to do tego, co już o nim napisałem, chciałbym dodać, że wyraźnie w nim widać, że rozeznanie się autora w temacie polegało na maksymalnie pięciu minutach wyszukiwania w Google. Autor przywołał w nim jedenastoletnią opinię Jana Miodka, którą po prostu skopiował z portalu naszemiasto.pl, oraz zajrzał do sklepu Gryfnie, który można łatwo znaleźć wpisując „sklep śląski” w Google. Jest to pierwszy wynik.

Najbardziej bije w oczy stwierdzenie „Gryfnie natomiast oprócz świetnych projektów graficznych proponuje w swoim sklepie internetowym śląski przekład Nowego Testamentu, co jednak wydaje mi się przekroczeniem pewnej granicy.” Autor pisze to tak, jakby Gryfnie było źródłem tego wydawnictwa. Nie zna autora, nie wie, że wydanie przekładu Nowego Testamentu w wykonaniu Gabriela Tobora było niemałym wydarzeniem na Górnym Śląsku. Nie, „Gryfnie proponuje”.

„Stylizacja” języka polskiego na „gwarę”.
„Stylizacja” języka polskiego na „gwarę”.

Tekst Anny Momot określiłem jako spodziewany, bo jej poglądy są mi znane od czasu, gdy opublikowała kuriozalny artykuł „Gwara śląska jako tworzywo językowe »tłumaczeń« literatury światowej” w trzydziestym numerze „Socjolingwistyki”, rocznika Instytutu Języka Polskiego PAN w Krakowie. W tamtym artykule Momot przejawia osobliwą niechęć do określania tłumaczeń śląskich tłumaczeniami i używa wobec nich tego pojęcia wziętego w cudzysłów. Orzeka ona w nim też, że „Użycie codziennej mowy Ślązaków jako języka przekładów bawi i narusza zasadę stosowności”. Zarówno to, czy coś bawi, jak i to, czy coś jest stosowne, nie jest określeniem naukowym. Są to odczucia subiektywne, a nie obiektywne. Subiektywizm należy do publicystyki, a nie nauki.

Ale wróćmy do najnowszego tekstu popełnionego przez panią Momot. „Gwara w górnośląskiej przestrzeni miejskiej” jest artykułem faktograficznym, w którym autorka nie przedstawia zbyt wielu własnych przemyśleń, a jedynie opisuje przestrzeń publiczną części Górnego Śląska. Na wstępie próbuje ona zdefiniować pojęcia, którymi się posługuje, i stwierdza:

W niniejszym artykule skupiam się na terytorialnej odmianie języka – dialekcie śląskim. Chociaż tworzące go gwary definiuje się jako mowę ludności wiejskiej, to w części przemysłowej Górnego Śląska doszło do silnej urbanizacji terenu i w związku z tym do przeniesienia gwar ze wsi do miast.

Co osobliwe w tym stwierdzeniu, to fakt, że dokładnie to samo możemy powiedzieć o języku polskim. I ta silna urbanizacja, która nastąpiła na terenie występowania języka polskiego, wydarzyła się dokładnie w tym samym czasie.

Następnie autorka pisze:

Dla porządku terminologicznego należy jeszcze w tym miejscu podkreślić, że gwara jest odmianą języka służącą codziennej komunikacji […]

Do czego więc służy język? Do komunikacji okazjonalnej?

Dalej czytamy:

W poniższych rozważaniach będę się więc posługiwała terminem stylizacja, który rozumiem tu jako próbę oddania cech dialektalnych w piśmie i oficjalnych komunikatach dźwiękowych.

Autorce chodzi o to, że nie ma czegoś takiego, jak pisanie po śląsku. Nie ma nawet mówienia po śląsku. Jest pisanie i mówienie po polsku, które jest tylko „stylizowane” na „gwarę”. Definicja ta ma jednak ogromną dziurę. Czym jest pisanie i komunikowanie się po polsku? Jest dokładnie tym, o czym autorka w niej mówi: oddawaniem cech dialektalnych w piśmie i oficjalnych komunikatach dźwiękowych.

Potem Momot przechodzi do opisu pejzażu komunikatów „stylizowanych na gwarę” w miastach górnośląskich. Tutaj też nie ustrzega się błędów. Są pomniejsze:

W centrum handlowym Agora podjęto próbę zapisu popularnych śląskich określeń jeszcze w innej formie. Mianowicie znajdują się tam ściany i ścianki działowe, na których widnieją takie słowa wraz z ich ogólnopolskimi odpowiednikami.

Te napisy zostały zlikwidowane przynajmniej trzy lata temu.

Są też błędy rażące, szczególnie gdy wychodzą one od filologa:

Przajymy tyj ziymi (przać ‘kochać, lubić’)
klang (‘dźwięk’), fertich (‘gotowy’), kalać się (‘opłacać się’)

Pogrubienia ode mnie. Nie ma słowa „przać” po śląsku. Jest „przoć”. Słowo to należy do grupy czasowników śląskich, które posiadają końcówkę -oć powstałą w wyniku ściągnięcia. Jest ich niewiele: stoć, przoć, grzoć, loć, wioć, dzioć, pioć, kroć, śmioć, boć. W języku prasłowiańskim miały one formę prijati, stojati, grěti itd. Można by teoretyzować, że autorka podaje formę w języku literackim, ale biorąc pod uwagę to, że w innych miejscach podaje oryginalne formy śląskie (np.: fest pizgŏ ‘jest bardzo zimno’), raczej jest to błąd.

Nie ma też w języku śląskim czasownika „kalać się”. Autorka wywodzi tę formę od reklamy piwa Żywiec, na której widnieje hasło „Kali sie”. Nie wiem, czy istnieje jakikolwiek czasownik tak w języku śląskim, jak i polskim, który w trzeciej osobie kończyłby się na -i, a w bezokoliczniku byłoby -ać. Z „robi” nie stworzymy „robać”, z „karmi” nie zrobimy „karmać”, z „bawi” nie zrobimy „bawać”. I tak samo z „kali” nie stworzymy „kalać”, tylko „kalić”.

„Stylizacja” języka polskiego na „gwarę”.
„Stylizacja” języka polskiego na „gwarę”.

Wpadł mi w oko jeszcze jeden fragment.

Z kolei w Kaletach działa piekarnia-cukiernia Łubowski. W witrynie przeczytamy listę oferowanych produktów: maszketne żymły (‘smaczne bułki’), lyngi (‘bagietki’), woniające zisty (‘pachnące babki’) i kreple (‘pączki’).

To prawda, że działa taka piekarnia. Ale na witrynie nie ma „maszketnych żymeł”, tylko „zdrowe żymły”. Poza tym słowo „maszketny” nie oznacza „smaczny”. W śląskiej rzeczywistości językowej na słodycze często mówi się „maszkety” albo „paskudy”. Podejrzewam, że śląska bogobojna mentalność nadała im takie określenia dlatego, że kuszą. Ale „maszketny” i „paskudny” są synonimami i oznaczają coś odrażającego, a nie smacznego. Na witrynie zatem jest błąd, o czym autorka nawet się nie zorientowała. Żeby jeszcze dołożyć więcej niedokładności w tym krótkim fragmencie, Momot przytacza „woniające zisty”. Na witrynie nie ma w tym słowie litery ą. Nie ma tam też zwykłego o. Autorka tego nie sprawdziła, tylko wypisała sobie z pamięci to, co jej gdzieś kiedyś przeleciało przed oczami.

Co więc łączy postawę Pilawy, Momot i uczestniczki albo części uczestników konferencji w Opolu?

Po pierwsze łączy ich słabe zorientowanie się w temacie. I ci ludzie, mając mgliste pojęcie na temat śląskiego języka i twórczości w tym języku, mają jednocześnie całą opinię wyrobioną na jego temat. Tą opinią starają się podzielić z jakąś publicznością. Opinie oparte na tak wąskich podstawach są wyjątkowo kruche, dlatego nie wytrzymują one zderzenia z najprostszą logiką.

Druga cecha, która łączy te trzy przypadki, to przekonanie o wyższości jednego języka nad drugim. Według Pilawy nie należy „kalać” poważnych tekstów „gwarą”, według jakichś osób na konferencji pisanie po śląsku to sprowadzanie dzieł światowej literatury do poziomu rynsztoka, według Momot tłumaczenia śląskie naruszają zasadę stosowności.

Swoją drogą trzymanie się dawno nieaktualnych teorii o klasyfikacji języków może być jakoś zrozumiałe u starszych osób. Ale Pilawa i Momot to ludzie młodzi. Ich archaiczne podejście jest więc bolesne.

O ile pierwsza cecha jeszcze ujdzie, bo przecież każdy ma prawo do niewiedzy, to druga jest po prostu karygodna. Wszystkie te trzy osoby wylewają z siebie przekonanie o darwinizmie językowym. Polski dialekt literacki ma prawo do wszystkiego, ale „gwara śląska” – to ohydne, niedorozwinięte narzecze zacofanych ludzi – nie ma prawa do swoich wydawnictw, prób literackich, nie ma prawa do artystycznego rozwoju. Gdyby nie było mowy o języku, tylko o ludziach, takie podejście można byłoby określić tylko w jeden sposób: zwykły, ordynarny rasizm. I może powinniśmy zacząć nazywać tego typu postawy po imieniu: językowym rasizmem.

I tutaj wracamy do początku artykułu: polska mentalność ma rozdwojenie jaźni, gdy idzie o język śląski. „Gwara śląska” pozwoliła „przez setki lat przetrwać polskości” na Śląsku. Gdy jednak Śląsk znalazł się w granicach Polski, okazało się, że to jednak nie jest żadna polska gwara, tylko zacofany, obrzydliwy żargon, który należy wytępić. I pewnie dlatego po setkach lat w państwach niemieckojęzycznych Ślązacy wciąż mówili po śląsku, ale wystarczyło kilka dekad w Polsce, żeby „piękna polska gwara” została wytępiona prawie do szczętu.

Grzegorz Kulik

Grzegorz Kulik

Tumacz, publicysta, popularyzatōr ślōnskij mŏwy. Autōr ślōnskich przekładōw „A Christmas Carol” Charlesa Dickensa, „Dracha” Szczepana Twardocha i ger kōmputrowych Euro Truck Simulator i American Truck Simulator.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza

Cyntrum Preferyncyji Prywatności

Potrzebne

Zbiory cookies potrzebne do nojbarzij podstawowych funkcyji serwisu: zgoda na politykã prywatności (gdpr) i informacyjŏ ô blokowaniu reklam (anCookie), testowy zbiōr ôd platformy (wordpress_test_cookie)

gdpr, anCookie, wordpress_test_cookie

Ino po zalogowaniu

Zbiory cookies potrzebne do byciŏ zalogowanym w serwisie.

wordpress_logged_in_, wordpress_sec_, wp-settings-time-