Blogi

Dom pod koniem

Profesor Ewald Mokrski‑Strahl miał zwyczaj zaczynać dzień od krótkiego spaceru po mieście. Utrzymywał, że to właśnie wtedy „rozpędza mu się myśl naukowa”, choć prawie wszyscy wiedzieli, że tak naprawdę chodziło o to, by mieć pretekst do obserwowania budynków, które — jak mawiał — „czasem mają więcej charakteru niż niejeden człowiek”.

Dlatego nikogo nie dziwiło – oprócz niego samego – że każdego poranka wędrował na podwórko jednego budynku, wpatrując się w jego ścianę z miną człowieka, który w codziennej deweloperskiej monotonii nagle dostrzega zjawisko wymagające co najmniej trzech opasłych publikacji.

Z muru budynku, tuż pod dachem, wystawała monumentalna końska głowa — rzeźba wyrazista, z kamiennym wyrazem oczu tak przenikliwym oraz z tak postawionymi uszami, że wyglądała, jakby koń nie tylko ogólnie patrzył i słuchał, ale właśnie analizował dorobek profesora Mokrskiego‑Strahla i nie był pewien, czy przyznać mu grant czy tylko pokiwać głową z politowaniem.

fot. S. Pioskowik

Będący pod wrażeniem profesor zmrużył oczy.— To jest absolutnie niemożliwe — powiedział znowu tonem człowieka, który w teorii nie dopuszcza błędów, a w praktyce ma już na koncie kilka spektakularnych wyjątków.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

W tym momencie obok niego wyrosła jak spod ziemi doktor Wichta Sandmann i bezceremonialnie zakomunikowała – Proszę bardzo, nawet koń się śmieje, iż znowu łazikuje pan bez zjedzonego śniadania. Dobrze, że znam tę poranną lokalizację.

Jak na zawołanie, konisko na murze zarżało tak radośnie potwierdzająco, że o mało nie nastąpił efekt trąb jerychońskich.

Widzę, że pan zauważył — powiedziała Wichta wskazując na rzeźbę. — Nasz koń znowu zmienił pozycję o parę stopni. Tym razem w górę. Jakby próbował spojrzeć ponad dachami.

Equus caballus nie patrzy ponad dachami — odparł profesor wyszukanie naukowo, któremu zjawienie się jego prawej ręki spowodowało wystąpienie uczucia ssania w żołądku. — Koń patrzy przed siebie. To jego podstawowa perspektywa optyczna. A ten na Pegaza nie wygląda, chociaż, kto go tam wie…Może kogoś natchnie…

— On patrzy, gdzie chce — stwierdziła Wichta. — I robi to z precyzją, której nie powstydziłby się laserowy dalmierz.

Zmienił pozycję? — powtórzył profesor, jakby właśnie rozważał, czy to żart, halucynacja, czy początek bardzo ekscytującego eksperymentu.

O siedem stopni. Zezuje w stronę zachodu. Mam pomiary – Sandmann zaczęła wyciągać z torby obok kanapek dla Ewalda zapakowanych biodegradowalnie w papier śniadaniowy, jakieś inne papierzyska.

Profesor westchnął.— Wichta, koń ma swoją wagę. Ponadto jest zakotwiczony w murze z czasów, kiedy cegły robiono tak solidne, że nawet starożytne katapulty traktowałyby je z szacunkiem . On nie zmienia kąta. Ani w osi pionowej, ani poziomej.

A jednak — odparła doktor Sandmann, rozciągając wykres z różnokolorowymi liniami — Proszę spojrzeć. Tu jest wczoraj, tu przedwczoraj, a tu przed tygodniem. I co z tego wynika?

Profesor spojrzał na diagram. Linie faktycznie przesuwały się, jakby koń wykonywał powolny, ale konsekwentny zwrot w stronę bulwaru zachodzącego słońca.

Widzę, że też pan jednak zauważył — powiedziała, nie kryjąc satysfakcji Wichta. — Nasz koń zmienił orientację przestrzenną.

Wichta, proszę cię, rzeźby tak nie mają. One są, jak zostały stworzone. Tak trwają.

Podeszli bliżej – Ewald konsumując drugą kanapkę. Rzeźba rzeczywiście wyglądała inaczej — jakby nocą ktoś ją zdjął, obrócił i zawiesił ponownie, choć nikt przy zdrowych zmysłach nie próbowałby manipulować obiektem cięższym niż ego profesora na konferencji.

Może to kwestia wiatru? — zaproponował Ewald, jak na niego dziwnie bez entuzjazmu w głosie i w oczach.

Doktor Sandmann stuknęła się z uciechy ręką w czoło – Ewald, ty masz łeb, co prawda nie koński, ale faktycznie sześć na dziewięć. Oczywiście, że chodzi o wiatr. Przecież jesteśmy w mieście, w którym mieszkał przez jakiś czas August Scholtis, a stąd pochodzący Gottfried Bermann Fischer tę książkę mu przecież wydał.

Profesor Mokrski-Strahl w tym samym nastroju, co jego niezastąpiona asystentka – Wichta, widzisz, jaki ze mnie Newton? Ale nie byłoby tego bez ciebie, ty moje jabłuszko.

Wichta spojrzała na niego w sposób jej tylko zrozumiały. — Dobra, dobra, tylko uważaj, żeby ci kiedyś ten koń nie spadł na głowę. Bo wtedy to już nie będzie metafora, tylko sprawa dla doktora.

fot. S. Pioskowik

dr Stefan Pioskowik – socjolog, politolog, autor szkicōw ô geszichcie Gōrnego Ślōsnka, wierszy a humoresek. Narodzōny w roku 1962 w Katowicach-Janowie, miyszkŏ we Mysłowicach.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Ôstŏw ôdpowiydź