„Bułgaria. Złoto i rakija” – o książce Magdaleny Genow subiektywnie

Bo „miłość istnieje i po bułgarsku nazywa się – lubow”.
M. Genow

Pierwszy raz pojechałam do Bułgarii po roku studiów na poznańskiej bułgarystyce, wiedziałam o niej dokładnie tyle, ile się wtedy wie, czyli prawie nic. Po roku pojechałam znowu. Pracowałam dla bułgarskiego touroperatora. Kierowałam transferem polskich turystów z lotniska w Warnie do Primorska, bułgarscy kierowcy jakby nie zauważyli mojej „odmienności”. Gdy ze strefy przylotów wyłoniła się okazała grupka, usłyszałam jak między sobą komentują: „Eto gi, gotwaczite pristigat” (co znaczyło: Oto oni, kucharze dotarli). Sytuacja miała miejsce pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Ówczesny polski turysta nie był jeszcze w światowych podróżach zbytnio obyty, nie był też chyba zbyt wymagający. Przyjeżdżał do Bułgarii z sentymentu, wówczas może jeszcze trochę wystraszony innych destynacji. W drodze powrotnej z Warny do Primorska (a podróż odbywała się nocą i trwała blisko trzy godziny), przysłuchiwałam się rozmowie kierowców. Wtedy, zupełnie zielona, po raz pierwszy dowiedziałam się, jak może postrzegać Polaka (albo raczej Polkę!) statystycznie przeciętny Bułgar znad morza. Snute z rubasznym dowcipem opowieści spadły na mnie niczym narowiste wchodzenie w ostre zakręty na zboczach Bałkanu. Gdy zbliżaliśmy się do celu, jeden z kierowców zapytał, dlaczego dzisiaj tak milczę. Przyznałam się: „Bo jestem Polką”. W odpowiedzi usłyszałam: „Ne se byzikaj, be, momicze” (co oznacza mniej lub więcej: Nie rób sobie ze mnie jaj, dziewczyno).

Wtedy po raz pierwszy doświadczyłam tego zdumiewającego uczucia, kiedy mówią do Ciebie: „Ti si nasza” (jesteś nasza, czyt. swoja), a ty myślisz sobie: „Da, ama ne” (i tak, i nie). To trudno adaptowalne uczucie oswajam do dzisiaj w różnych sytuacjach i kontekstach. Z racji fascynacji i pracy, Bułgaria jest mi niezwykle bliska, bywało, że broniłam jej jak lwica. Dzisiaj, z perspektywy wykonywanej pracy, choćby tłumacza przysięgłego czy nauczyciela akademickiego, pogodziłam się, że o tym, co odległe większość myśli potocznie tj. przez stereotyp. To działa w obie strony.

Cerkiew św. Bogurodzicy w Asenowgradzie

Kiedy sięgnęłam po książkę Magdaleny Genow nie wiedziałam, czego się spodziewać. Gdy skończyłam lekturę, poczułam wdzięczność. W Bułgarii, o której opowiada Magda, czuję się dobrze. Odnajduję się w niej. Pochłaniałam kolejne strony, z rozmysłem rano, zdarzyło mi się nawet wstać o 4:50, żeby wyprzedzić rodzinny kuchenno-śniadaniowy rozgardiasz – kot mi świadkiem, i wieczorem, bo każda kolejna strona wprawiała mnie w coraz lepszy nastrój. Świadomość, że powstała taka książka i że jest na wyciągnięcie ręki polskiego czytelnika, przyniosła mi ogromną ulgę. Potem jednak nieco ostygł mój entuzjazm. Nie, nie – nie ma to nic wspólnego z książką, tylko raczej z moim niecnym pomysłem, że z jej pomocą można by odczarować trochę świat. Szybko uzmysłowiłam sobie jednak, że lektura raczej nie dotrze do rodziców chłopca z klasy mojej córki, który po warsztatach na temat wiosennych bułgarskich zwyczajów uznał mnie za Cygankę, skwitowawszy: „Twoja mama jest Cyganką, bo mówi po bułgarsku”. I może nie zdjąć ze mnie ciężaru mało uczynnej i aspołecznej, kiedy uprzedziłam dyrekcję przedszkola, że mogę, oczywiście, porozmawiać z nowym dzieckiem po bułgarsku, ale nie poprawi to jego poczucia wyobcowania, a ma dużą szansę je wzmocnić, bo to bułgarski Rom, który urodził się w Polsce i bułgarskiego zwyczajnie nie rozumie. Podobnych sytuacji można mnożyć bez liku. Swego czasu bardzo mnie irytowały, dziś obieram je za dobrą monetę. Bo cudownie jest być w Bułgarii Bułgarką, choć bywają sytuacje, kiedy wiele korzyści przynosi przesunięcie akcentu (Bułgarzy bardzo trafnie ujmują to zjawisko, nazywając je odrzuceniem ‘otmjatane’ akcentu) i podkreślenie swojej odmienności. W Polsce z kolei, zwłaszcza z dzisiejszymi zapędami, nie zawsze miło jest być Polką, wówczas można stać się wolną Cyganką.

Bułgarskie czergi (chodniczki)

Magdalena Genow, córka Bułgara i Polki lub Polki i Bułgara, urodzona w Bułgarii, wychowana w Polsce, zrobiła coś niebywałego. Wyszła z szablonu oczekiwań. Wyzbyła się kategoryczności sądu, albo nawet sądu w ogóle. Pokazuje nam Bułgarię o różnych obliczach, swoją Bułgarię, silnie subiektywną, jednocześnie odsłaniając przed nami spory kawał bardzo osobistych doświadczeń. Odnoszę wrażenie, że nie wciela się w żadne role, Bułgarki tu, Polki tam, po prostu snuje własną opowieść i pozostawia całe mnóstwo miejsca na dowolne jej odczytanie.  Dla mnie książka Magdy to opowieść przytulisko. Dlaczego? A dlatego.

Kratunkowe (od bułg. kratunka – tykwa) laleczki

Magda Genow wzmiankuje o stereotypach na temat Bułgarii i Bułgarów w Polsce, ale ani ich nie powiela, ani ich nie zwalcza. Odkrywa karty. Potoczne myślenie o świecie to przecież skarbnica smaczków – taka ljuta czuszka (papryczka peperroni), nigdy nie wiadomo do końca, zostawi na ustach słodycz czy goryczkę, ale poszczypie z pewnością. Kto z nas nie popadł choćby raz w podobną pułapkę? Przyłapać się na sądzie naiwnym i sobie to uzmysłowić, to jak wspiąć się na wyższy stopień wtajemniczenia. Autorka książki o Bułgarii daje polskiemu czytelnikowi taką szansę. Nie pisze o lenistwie, a odkrywa uroki bułgarskiego slow life. Nie dziwi się czyniąc porównania typu: „Widziałeś, jak oni….” albo „Widziałeś, jak u nich…”. Po prostu zwraca uwagę na to, co we wzajemnym obcowaniu może zaskoczyć jedną czy drugą „stronę”, jednocześnie bierze nas za rękę i z wielka łagodnością wyjaśnia, dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej. Na przykład dlaczego Bułgarzy nie piją rakii na eks; dlaczego automat z kawą na każdym rogu to tutejsze być albo nie być; jak to możliwe, że kraj kojarzący się w Polsce zwłaszcza z turystyką nadmorską jest w 60% pokryty górami; jaka jest tajemnica zalewania mieszkań polskich sąsiadów na piętrze poniżej itp.

Widok na piaskowe piramidy Pirynu

Cenię tę książkę, bo pokazuje fenomen bułgarskiej kultury, której siłą jest synkretyzm. Tę fascynującą mieszankę trackich grobowców, rzymskich warowni, teatrów i akweduktów,  tureckich łaźni, cerkwi, synagog, katedr i meczetów, odrodzeniowych domów otoczonych duwarami (murowanymi ogrodzeniami oddzielającymi wewnętrzne podwórko od złych oczu), monumentalnych komunistycznych pomników, cygańskich slumsów i czeszm (studzienek z pitną wodą) na każdym kroku. Zdumiewa, jak wiele różnych elementów jest bułgarską nitką poszyte w jednorodną całość. Sporo tu niecodziennych zdarzeń i paradoksów, jak sztabka antycznego złota w kieszeni operatora dźwigu tygodniami noszona; jak Cyganka przystępująca do sakramentu chrztu w publicznych warneńskich termach i wiele innych. Dzięki spersonalizowanej narracji wszystkie te opowieści zyskują ludzką twarz.

Kawiarnia wpisana w część dawnego rzymskiego stadionu pod reprezentacyjną ulicą Płowdiwu

Zdarzenia z osobistego życia Autorki często mają postać oswojonego w mniejszym lub większym stopniu szoku, gdy wpojone przejawy kultury zderzają się z tym, co w naszym pojęciu nieobyczajne, jak choćby leczenie jęczmienia na oku mlekiem karmiącej matki.

Okazałe odrodzeniowe domy w Płowdiwie

Ciekawa jest struktura książki. Ma ona charakter jakby leksykonu lub powieści encyklopedycznej. Może to wynik fascynacji utworem bułgarskiego pisarza Georgiego Gospodinowa „Fizyka smutku”? Nawet jeśli tak, próbę zaliczam do bardzo udanych. Bułgarię opisuje się tu hasłowo, odwołując się do tych elementów, z których utkany jest z jednej strony kilim własnego, prywatnego doświadczenia bułgarskości, z drugiej są to rzeczy-tropy, a ich desygnaty tworzą wyobrażenie kraju soczystego arbuza, słodkiego pomidora, ostrej papryczki, szopskiej sałaty, olejku różanego, tańczących niedźwiedzi u każdej z osób, mającej dłuższy kontakt z tą kulturą. Stosowany naprzemiennie trop zwrotu ku rzeczom jest chwytem bardzo na miejscu. Zdaje się zaspokajać czytelniczy głód tego, co realne po lekturze dotyczącej bułgarskich poszukiwań ezoterycznych w przepowiedniach baby Wangi czy w zgromadzeniach Białego Bractwa. Zabawne, ale powieść jest trochę jak Bułgaria, której patchworkowa struktura nie zakłóca spójności kompozycji.

Kapana (czyli pułapka) – jedna z centralnych dzielnic Płowdiwu

Dla mnie wszystkie hasła mają charakter otwarty. Wiele razy przyłapywałam się na tym, że chciałabym coś dopisać. A to przy dinia (arbuz) o babie Irenie, która odkryła przede mną połączenie kukurydzianego chleba z płatem arbuza i listkiem sirene na górze. Prostota składników, eksplozja smaku. A to o szoku kulturowym, kiedy jako studentka-stypendysta na Uniwersytecie Sofijskim otrzymałam od jednego z absztyfikantów okazały bukiet pięknych białych chryzantem! A te przecież w bułgarskim umyśle nie są obarczone ciężarem cmentarnych asocjacji.

Perperikon – starożytne miasto wyciosane w skałach Rodopów

Magdalena Genow oprowadza nas po Bułgarii wieloma, dotąd słabo opisanymi szlakami, np. w poszukiwaniu aromatycznych i leczniczych ziół i przypraw; szlakiem wielobarwnych i nawarstwionych hafciarskich wzorów, które nigdy nie są jednoznaczne; szlakiem ludowych świąt i towarzyszących im rytuałów; szlakiem bułgarskiego złota, ale i szlakiem okaleczonego niedźwiedzia w rezerwacie Belica. W tej książce nawet wędrówka wybrzeżem Morza Gościnnego (jak Autorka nazywa Morze Czarne) nie jest trywialna.

Fragment ogrodu botanicznego okalającego Pałac Królowej Marii w Bałcziku

„Bułgaria. Złoto i rakija” to absolutny „must read” na liście wakacyjnych lektur. Jej Autorka uchwyciła i zatrzymała na chwilę bułgarską nieskomercjalizowaną rzeczywistość, która nam się powoli wymyka. Jaki będzie skutek nowych splotów kulturowych nitek na tej ziemi? Przekonamy się. Myślę jednak, że jej prawdziwe zapachy i smaki pozostaną, bo „odwieczny cykl natury został zakonserwowany w Bułgarii o kilka setek lat dłużej niż w innych częściach Europy. Zamiast renesansu i baroku – bakłażan i papryka”.

Tekst i zdjęcia:

dr hab. Natalia Długosz – ur. 1978 r. w Grodzisku Wlkp. Z przekonania językoznawczyni, z zamiłowania slawistka, a zwłaszcza bułgarystka. Pracuję w Instytucie Filologii Słowiańskiej UAM w Poznaniu. Turystycznie pociągają mnie zwłaszcza regiony pogranicza. Prywatnie uwielbiam spotkania z ludźmi o podobnej wrażliwości, nade wszystko jednak cenię towarzystwo swoich dzieci oraz męża Piotra.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza