Biblioteka nocą: Kadłubek. Atlantyd

Moja Biblioteka wznosi się niczym historyczny pylon, wycinając w nocnym pejzażu niemalże namacalną ciemność wśród morza świateł aglomeracji. Sunie w noc niby galaktyczny statek zasłaniając światła gwiazd. Czy może przypomina kadłub antycznego okrętu, wrzynającego się w nocną toń, ocierając się o Słupy Heraklesa. Zatem, być może, jestem jak ocalały z pomroki dziejów starożytny Atlantyd, doglądający Europy na szlaku śródziemnomorskim.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Być może nocne zwidy zacisnęły subtelnie palce na mym gardle, podduszając mnie niezauważalnie – w efekcie czego umysł szybszy od ciała biegnie podekscytowany tam i z powrotem. Być może.
Będąc jednak w dziwnym stanie rozdwojenia, jako Atlantyd, sięgam po książkę opisującą współczesną peregrynację mego przyjaciela Wizygota, który wybrał się w podróż niedaleko poza majestatyczną Skałę Giblartarską, czyli Słupy Melkarta jak nazywali je Fenicjanie (kimkolwiek byli mityczni wynalazcy pisma i pieniędzy).

Sięgam po cieniutką książkę autorstwa Zbigniewa Kadłubka – ledwo 118 stron i to wraz z posłowiem majstra słowa Tadeusza Sławka. Sięgam i rozanielony wybieram się w podróż do Lizbony. Ale nie sam. Oj nie! Pakuję całą bibliotekę, całe to gmaszysko przypominające rakietę na Cape Canaveral obudowaną tym technicznym jazgotem. Z wszystkimi labiryntami i z pochowanymi w nich książkami, ale też, a może przede wszystkim z nimi w książkach pochowanymi labiryntami właśnie. Bo okazja może się więcej nie powtórzyć.
Zatem w drogę idę. Z całą biblioteką. I miejscem gdzie stoi. Obłapiam wszystko ramionami wyobraźni, pakuję i idę. Prowadzony słowem Kadłubka Zbigniewa. Słowem filologa klasycznego, słowem pisarza, słowem komparatysty. Ale chyba najbardziej słowem umaczanym w sercu poezji. I czuć to od samego początku. Już sam tytuł książki – FADO PIOSENKA O DUSZY (wydanej przez Księgarnię Św. Jacka) – czaruje dźwiękiem i tym zakamuflowanym smutkiem, czy może nostalgią za światem utraconym, czy też bądź wyspami szczęśliwymi, gdzie z jednej strony słychać śpiew Amalii Rodrigues, a z drugiej w falach morza, czy tylko tafli rzeki, widać co rusz zmieniające się odbicie twarzy nad wyraz pięknej córki Agenora, Europy.

Początkowo trochę zdziwiony całą tą eskapadą do źródeł, rozgrywającą się w kilku płaszczyznach – bo nie tylko o geografii toczy się niespieszna narracja, czy też historii, bądź literaturze i filozofii i oczywiście religii, albo i smaku smakowania, np. kobiety. Bo nie tylko. Ale przecież też.
Wody rzeki Tejo płyną. A ja mianowany przez siebie Atlantyd idę krok za krokiem za literackim Wizygotem. I choć dzielą nas niezliczone pieśni śpiewane ustami kobiet i mężów – bogato cytowane przez autora, o dziwo słyszę w nich nuty nie tylko iberyjskie, co jest oczywiste, ale też i kreteńskie, a wszystkie one nanizane na kolorowe nitki, z jednej strony zakotwiczone w piaskach śródziemnomorskich plaż, a z drugiej znikające w niemalże białych piaskach północy. Identyfikuję się w tym niespiesznie i na szczęście nie do końca. Rozpoznaję z radością język narracji. I wcale nie jestem zaskoczony faktem, że jest to język wizygocki, który brzmi jak mój atlantydzki. Nie inaczej.

W trakcie czytania tej szczupłej książeczki czuję się jakbym był na wczasach. I to all inclusive. Zatem nie cięży mi ten wór, który dźwigam na plecach. Biblioteka i miejsce wyrwane razem z nią trzeszczy i stęka, ale wodząc palcem po kartach książki, czytam na głos dla uspokojenia – siebie szczególnie: Uciekam przed wściekłością i złością mojej ziemi, wizygocki uciekinier w Iberii. A jaka moja wina? – Miłość szaleńcza do wizygockich chmur. I uspakajam fale wzburzenia kotłujące się w mej głowie. Tak. Tak. Też pałam miłością do wizygockich chmur. Ale żeby wytrzymać to całe skotłowanie i permanentne zagubienie synów i córek wizygockiej ziemi, wykluwające się niezgodą i jękiem w mojej głowie, musiałem ruszyć się z miejsca. Zatem szepczę po cichu kolejne słowa księgi Fado. Kojące. Może głównie przez braterstwo dziejów Wizygota stąpającego po ojczyźnie naszej, Europie. Która wiadomo, czasem przytulała tak, w swych szalonych fobiach, z których nacjonalizm uśmiecha się ciągle swą wykoślawioną gębą, że odbiera oddech i co tu gadać życie, tym kilku braciom mniejszym. Ale też jest pełna miłości, którą widać nie tylko w katedrach ile w wiejskich kościółkach, czy też ogrodach pielęgnowanych z czystej przyjemności z obcowania z pięknem.

Wieloaspektowa podróż po Iberii, poprzeplatana wielowarstwowym milczeniem, kończy się na nie tak znów odległej Sycylii, która, zdawałoby się niczym symultaniczny okręt, kotwiczyła w różnych chcianych i niechcianych portach. Była jak ojczyzna peregrynanta Wizygota w miejscach szczęśliwych i krainach z zupełnie obcych planet. Ale niech przemówi autor. „Ach, kto tu nie był! Kto tu nie żył! Kto nie zdobywał Sycylii! Kto nie przegrywał! Kto nie znikał! I kto nie podnosił się od nowa! Najpierwotniejsi Sykulowie i Sykanowie, Fenicjanie i Grecy, Rzymianie i Bizantyńczycy, a także Arabowie, Normanowie, Niemcy, Hiszpanie, Francuzi, a nawet my Wizygoci. No i nieokrzesany, żądny przygód Giuseppe Garibaldi ze swoim „tysiącem czerwonych koszul”.

Smutek przypisany do niemalże księżycowej ziemi sycylijski daje oczywistą nadzieję, na światło. Tak pięknie opisujące świat śródziemny. Nasz świat. I na koniec, który nastąpił nagle, jak to on, podpowiedź. Podpowiedź po co pisać takie książki i po co czytać: “Zatrzymałem się nagle, jakby w połowie kroku. Musiałem śmiesznie wyglądać, nie będę kłamał. Żaden Angelus interpres nie stał przy mnie. Popatrzyłem na błękitne morze i powiedziałem, ale nie po wizygocku, o nie, tylko w jakimś innym języku, którego jeszcze nie znam, bo zabrakło mi znanych słów: Mam dość rozłąki z Tobą Boże. Duszę mam wierną. Ty to widzisz w jaśniejącej Santa Flavia. Tu mnie w blasku widzisz. Jeżeli chcesz, możesz mnie uzdrowić. Tu w Santa Flavia, w Porticello, tu w tej chwili albo trochę później i gdzie indziej.”
Amen.

Krystian Gałuszka

KRYSTIAN GAŁUSZKA – śląski poeta i prozaik, a także bibliotekarz, redaktor, edytor, animator kultury. Autor 18 książek w tym m.in. powieści Księgi  Raziela i tomiku poezji po ślonsku Modre ajnfarty.

Cykl Biblioteka nocą był początkowo publikowany w miesięczniku Śląsk.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza