Bartłomiej Świderek: O Rumunii inaczej

Dwie, bardzo niepospolite książki, którym autor dał dość prozaiczne tytuły, to lektura obowiązkowa dla tych, którzy cenią sobie świeżość spojrzenia i umiejętność wydobywania smaczków z,  wydawałoby się, mało smakowitych kąsków. „Dlaczego Rumunia jest inna” i „Jak zrumunizowała się Rumunia” to opowieść o nieodległym nam geograficznie, a jakże odległym mentalnie kraju, spiętym łańcuchem Karpat.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Dlaczego (i czy na pewno) Rumunia jest inna?

Lucian Boia nie jest zwykłym historykiem. Nie jest też naukowcem „ex cathedra”, bo choć dzierży tytuł profesora na Wydziale Historii Uniwersytetu Bukareszteńskiego, jego prace mają charakter na tyle przejrzysty i popularny, że mimo niełatwej tematyki, można z nimi zasiąść w tramwaju, pociągu, a nawet, jak kto lubi, do śniadania.

„Dlaczego Rumunia jest inna” to zbiór esejów traktujących o historii, tożsamości, aspiracjach, ale też kompleksach oraz nie zawsze łatwej codzienności kraju i jego mieszkańców. Kraju, który sam siebie nominuje do roli wiecznego przedmurza, bastionu i ostatniej granicy zachodniej cywilizacji. Będącego gdzieś na uboczu głównych procesów modernizacyjnych w Europie, a przy tym przekonanego o swojej wyjątkowości i antycznym rodowodzie.

Boia opisuje procesy intelektualne, mające wpływ na dzisiejszy obraz swojej ojczyzny. Oczywistą reakcją na świadomość zapóźnień w pewnych aspektach (wystarczy przypomnieć, że Rumunia jako państwo jest tworem dziewiętnastego stulecia) staje się odwołanie do swojej wyjątkowości i poczucia misji cywilizacyjnej. Naród chłopów i bojarów musi uzasadnić swoje antyczne pochodzenie, aby nikt nie miał wątpliwości, że tu gdzie są, to ich miejsce, a wszyscy inni są gośćmi. Rozpalający rumuńskie umysły spór o przodków, a więc czy byli to Dakowie, którzy brali sobie Rzymianki z wojskowych obozów, czy może na odwrót – Rzymianie, którzy wżeniali się w dackie rody, choć wydaje się nam niezrozumiały, dla Rumunów ma znaczenie kluczowe. No bo jeśli Dakowie z Rzymiankami, to wzmacniamy pierwiastek autochtoniczny, jeśli zaś Rzymianie z kobietami Daków, to podbijamy bębenek latynizmu! Jak by na to nie patrzeć, jedna i druga koncepcja (choć Boia słusznie zaznacza, że rzymskie wojska nie składały się z Rzymian, albo li tylko nich, ale także mieszkańców innych zakątków imperium) to wyraźny sygnał dla obcych na rumuńskiej ziemi – jesteście tu tylko przejazdem i tylko dzięki naszej gościnności.

Nie ma wątpliwości, że komunikat skierowany jest głównie do potomków barbarzyńskich Hunów, którzy wypełzli ze swoich panońskich kryjówek, zasiedlając obszar, który dzisiaj znamy jako Siedmiogród (w szerokim tego słowa znaczeniu), ograniczony wijącymi się niczym górskie strumienie pasmami Karpat. Nie wiedzieć czemu, pobudowali miasta, drogi, wykształcili własny świat z arystokracją, mieszczaństwem i kulturą wysoką, pogardzając przy tym potomkami Dako-Rzymian. Co więcej, sprowadzili do siebie ludność znad Renu, która do osad węgierskich dodała kilka swoich miast i kościołów-warowni.

Wyspa w morzu barbarzyńców

Ale rumuńskość trwa. Choć czy na pewno rumuńskość? Nie zapominajmy bowiem, że sam termin Rumunia i Rumuni pojawia się dopiero w XIX stuleciu … No dobrze, niech będzie, że jednak rumuńskość trwa i ma się nienajgorzej, bo tam gdzie Wołoszczyzna i Mołdawia, tworzą się zręby rodzimej administracji, zalążki państwa, które niczym Dako-Rzymianie wpisują się w narodowy mit założycielski. Wołosi i Mołdawianie są chrześcijanami, może chociaż trochę później niż panońscy najeźdźcy, to jednak dołączają do wielkiej rodziny europejskiej. Co prawda tej ciążącej bardziej ku wschodowi, ale cóż… Przynajmniej kulturowo osadzonej na zachodzie – wśród braci Francuzów, Włochów, Hiszpanów, Portugalczyków. Traktowani z lekceważeniem przez Węgrów, odbijają sobie na dzikich i nieprzywykłych do wyższych uczuć Słowianach, których też tu jakoś nawiało, nie wiedzieć skąd i po co. Kiedy w dziewiętnastym stuleciu (ważny wiek dla Rumunii i Rumunów) cyrylicę zastępuje alfabet łaciński, zwrot ku zachodowi jest już na tyle oczywisty, że nie podlega jakiejkolwiek dyskusji. Mogą teraz Madziarzy, razem ze swoimi niemieckimi kompanami patrzeć z byka, ale gdzie im do nas, pobratymców paryżan, rzymian, czy eleganckich panów z pałaców Lizbony.

Praktycznie z niczego powstaje nowa stolica, Bukareszt. Reforma języka (jak to możliwe, by jedna trzecia słów miała słowiańskie pochodzenia albo wręcz nie różniła się od plugawej mowy Rusinów, Serbów czy – o zgrozo –  najdzikszych z dzikich Bułgarów!) latynizuje zapis i słownictwo. Rumuni ze  starego królestwa (czyli połączonej Wołoszczyzny i Mołdawii) coraz odważniej spoglądają w kierunku pobratymców jakże gnębionych za Karpatami. Choć najpierw fundują sobie niemieckiego monarchę, aby mieć dojścia do większości dworów Europy, a tym samym wejść na polityczne salony. No bo kto, jak nie oni – dający odpór Turkom, zmagający się z nawałą dzikich i nieokrzesanych Słowian, stanowiący kulturalną wyspę świata łacińskiego pośrodku wschodnioeuropejskiej barbarii. Kiedy wreszcie sen o własnym dużym państwie się urzeczywistnia i w 1918 powstaje Wielka Rumunia (świeża nazwa z niewątpliwym odwołaniem do Rzymu nabiera nowego znaczenia), poczucie dziejowej misji tylko się wzmaga. I nic to, że prawie trzecią część społeczeństwa stanowią nie-Rumuni – Węgrzy spacyfikowani, Słowianie bez większych aspiracji, no może z wyjątkiem Bułgarów, Żydzi nieźle zasymilowani,  a Niemcy przecież sami poparli utworzenie nowego kraju w nowych granicach.

Rośnie Bukareszt, rosną nowoczesne elity, rosną aspiracje, rodzą się sny o potędze … w kraju gdzie ciągle 80 procent ludności żyje z ziemi, gdzie część niedojada i nie potrafi się podpisać. Potem trauma drugiej wojny, lata komunizmu z mocnym rysem nacjonalizmu (bo nie kto inny jak wódz Ceausescu na nowo wpada w szał latynizacji i dako-romanizmu) – to wtedy do rumuńskiej nazwy Klużu dodano Napokę, od rzekomego rzymskiego obozu, który miał stać nieopodal. Żeby nikt nie miał wątpliwości (nikt, czyli potomkowie panońskich Hunów), że to nie żaden Kolozsvar, a Cluj-Napoca! Dacka, rzymska, rumuńska! I wreszcie lata ostatnie – wejście do NATO, Unii Europejskiej, choć ciągle z kontrolą graniczną na węgierskim limes i rzeszami gastarbeiterów we Włoszech, Hiszpanii, Francji i Niemczech.

Rumuni, Węgrzy, Niemcy, Żydzi, Cyganie (prawie) pod jednym dachem. Wielokulturowość Rumunii wyrażą się m.in w bogactwie stylów architektonicznych.

Muszę się do czegoś przyznać

Ano do tego, że popełniłem małe oszustwo. Nie jakieś wielkie, ale takie małe, dość emocjonalne, pozostające jednak nie bez wpływu na obiektywizm tego przekazu. A wszystko dlatego, że Rumunię po prostu lubię. Lubię ten rumuński luz, trochę wschodni bajzel, a przy tym te wszystkie aspiracje społeczeństwa, które choć przekonane o swojej wyjątkowości, ma poczucie, że ciągle traktowane jest jak ubogi krewny, który przy biesiadnym stole siedzi trochę na doczepkę. I pewnie dlatego zachwyciła mnie książka Luciana Boi. Mówię o książce, bo cały czas mam na myśli „Dlaczego Rumunia jest inna”. Pozycję „Jak zrumunizowała się Rumunia” należy traktować jako suplement, syntetyczne opracowanie o Gleichschachtungu kulturowym, jaki dokonał się w tym kraju na przestrzeni ostatnich sześćdziesięciu, siedemdziesięciu lat. Obie publikacje tworzą jedną całość i tak je trzeba czytać, przy czym „Dlaczego …” jako pierwszą, aby w gąszczu danych statystycznych nie umknęło to, co najważniejsze –  swoisty duch miejsca i obraz rumuńskiej rzeczywistości.

Boia pisze bez zadęcia, świetnie ujmując w całość poszczególne elementy rumuńskiego mitu. Z jednej strony tego narodowego, miejscami ocierającego się o organiczny nacjonalizm, flirtującego z kiczem, ale pozostającego w nierozerwalnym uścisku z pędem ku lepszemu, nowemu i nieznanemu. Czy tego samego nie doświadczamy w otaczającej nas rzeczywistości?

Wbrew pozorom Rumunia może stanowić lustrzane odbicie współczesnej Polski. Niespełnione marzenia, zaczepione w snach o potędze i wspomnieniach o dawnej chwale. Poczucie bycia przedmurzem, zaporą przed barbarzyńskimi hordami, o których mało kto w Europie wie, a jeszcze mniej się przejmuje. To poczucie wyjątkowości połączone z milionową rzeszą gastarbeiterów, nogami głosujących za lepszym życiem z dala od domu.

Wreszcie relacje z sąsiadami, artykułowana czasem dość prostacko pewność siebie zakorzeniona w przeżywanych kompleksach wobec bogatszych, silniejszych, czy choćby prężących muskuły. Stosunek do mniejszości, którym trzeba dokręcać śrubę jako obcym, przy jednoczesnej świadomości (nierzadko celowo wypieranej) kulturowego ich wkładu w rozwój zarządzanych dziś terenów? I to poczucie, że choć rządzimy i pokazujemy pięść, to nierzadko gest ten wywołuje ironiczny uśmiech tych, wobec których jest skierowany?

Wbrew pozorom, obydwie pozycje Boi to też zwierciadło nas, również naszej śląskiej tożsamości. Czy trochę jak ci siedmiogrodzcy Madziarzy, my Ślązacy nie żywimy się poczuciem wyższości wobec Goroli, Hadziajów i im podobnych? Duma z niemieckiego paszportu, fetysz podnoszący nasz status społeczny, trochę jak odreagowanie kompleksów wobec tych traktowanych z lekceważeniem Poloków, którzy jednak mają nad nami władzę?

Polecam obydwie książki Luciana Boi, nie tylko dlatego, że Rumunia jest ciekawa – że to kraj ciekawych ludzi, w ciekawym miejscu Europy. Nie tylko przez to, że to kraj nie do końca nam znany, czasem wręcz ignorowany.  Polecam je, ponieważ można w nich dostrzec także nasze ciągoty i niespełnione marzenia. Czytając o Rumunii, pomyślałem, że chciałbym, aby taka książka powstała o Polsce. I żeby napisał ją jakiś Polak – z dystansem, z krytycyzmem (ale bez popadania w narodowe męczennictwo), a przy tym wszystkim z lekkością pióra i przekazu, jaką charakteryzują się książki bukareszteńskiego historyka.

Bartłomiej Świderek – pochodzi z Gliwic, zainteresowany szeroko rozumianą tematyką śląską oraz kwestiami dotyczącymi tożsamości i przemian zachodzących w Europie Środkowej i Wschodniej. Zawodowo związany z branżą medialną w zakresie odnawialnych źródeł energii i efektywności energetycznej.

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza