Monika Neumann: Opowiadanie bez autora
Liście szeleściły pod jej stopami, gdy stawiała kolejne kroki. Spoglądała na nie, jak pod naciskiem jej ciała zamieniają się w wielobarwny proch. Raz po raz jakiś liść spadał jej pod nogi, jeden, bardziej brązowy niż złoty, spadł nawet na jej głowę, wiatr pomógł mu zaplątać się w włosach dziewczyny i ta, trzymając w jednej dłoni smycz, drugą próbowała w jakiś sposób wyplątać go z jasnych kosmyków. Liść jednak, podobnie jak jego pobratymcy pod naciskiem jej buta, kruszył się pod dotykiem dłoni i pozbycie się niechcianej ozdoby zajęło o wiele dłużej, niż by sobie tego życzyła. Świadkiem tej sceny był pies, który, zadowolony z niespodziewanego spaceru, siedział i ogonem, który przemieszczał się równomiernym tempem z jednej strony na drugą niczym wahadło starego zegara, zamiatał liście. Wesoło wywalił swój język i spoglądał na dziewczynę.
–Ja, jesce ty bes sie zy mie śmioł- poklepała psa i ruszyła przed siebie. Latarnie już się zaświeciły po obu stronach ulicy, niebo przybrało tajemniczy odcień zadymionego fioletu, zaś łąki po drugiej stronie ulicy zaczęła spowijać mgła.
Westchnęła. Pora wracać do domu. W głowie zrobiła krótki rachunek tego, co jeszcze musi zrobić, kalkulowała ile zajmie jej to wszystko, o której znajdzie się w łóżku, o której musi jutro wstać, po chwili nastawiła budzik i gdy zobaczyła, ile godzin snu jej po tym wszystkim zostanie, przyśpieszyła tempa. Tak właściwie nie powinna była wychodzić, w czasie przechadzki mogła zrobić tak wiele, ale rześkie powietrze jesiennego popołudnia, które prędko przeszło w wieczór, było wyjątkowo kuszącą perspektywą, dlatego też wbrew zdrowej logice, ubrała kurtkę, zawinęła się w o wiele większy szalik, niż było to konieczne, zapomniała czapki i poszła na spacer z psem.
Ten nie był już tak zadowolony, gdy zrozumiał, że przechadzka dobiega końca. Oprócz tego, coś go widocznie zainteresowało i nosem zaczął błądzić po trawie, roztrącając wokoło liście i ciągnąć dziewczynę za sobą.
–Kaj sam do krzipopa lyjzies, bes cołki mokry, a skuliś ciebie jŏ- próbowała przemówić do rozsądku psa. Ale ten, jak mogła się już wcześniej tego spodziewać, rozsądku nie przejawiał. W końcu jednak przystanął, zaszczekał, zaskomlał, polizał coś i spojrzał wyczekująco na swojego człowieka.
Dziewczyna przykucnęła, odgarnęła włosy i przyjrzała się znalezisku.
-No chyba ni…- powiedziała cicho i rozejrzała się wokoło siebie, upewniając się tym samym, czy nikt nie idzie ulicą. Przed sobą widziała dość nietypowe stworzonko, z wyglądu nieco podobne do krasnala ogrodowego, ale tak właściwie to mógł być też jeż bez kolców, kot bez sierści, tak właściwie to mogło być wszystko, zależnie od jej interpretacji.
Stworzonko spało, zakopane w liściach, przeciągnęło się, jakby zadowolone, gdy dziewczyna spróbowała pogłaskać je po głowie jak kota. Zaśmiała się niespodziewanie, a powietrze wydobywające się z jej ust zamieniło się w białą chmurkę. Spojrzała jeszcze raz na skrzatka, potem na psa, wzięła stworzonko na rękę, gdy nagle zadzwonił telefon.
–Czejś, ni, jŏ jesce nie wchodziōła na maila. Ale jak… Skuliś cego? Ale na kiedy? Jak jutro? Wiys co Laura, jŏ musa kōńcyć, do jutra!- odpowiedziała. W myślach odjęła kolejną godzinę od sumy godzin swojego snu, odkładając telefon ani nie zauważyła, że małe stworzonko wśliznęło się zaraz za aparatem do ciepłego wnętrza kieszeni jej kurtki.
Dziewczyna jakby oprzytomniała, wstała i już pewniejszym i jeszcze szybszym krokiem podążyła do domu, a tam jeszcze szybciej w kierunku biurka w swoim pokoju i sterty zeszytów, kserówek i gorącej herbaty, którą pewnie siostra tam położyła, gdy ona zmarznięta odwieszała kurtkę na wieszak.
Czas minął jej wyjątkowo szybko i ani się nie obejrzała, jak siedziała przy swoim biurku, w piżamie, mrużąc oczy z zmęczenia i spoglądając na pusty plik, który miała zapełnić słowami, by wysłać już gotowy tekst pod odpowiedni adres. Gdy głowa drugi raz opadła jej bezwiednie do przodu, a ona łapała się na tym, wstała, słysząc kota siostry nalała do miski mleka i położyła na parapet w przedpokoju i skierowała się prostu w kierunku swojego łóżka. Sfrustrowana zatrzasnęła laptop i w momencie, gdy jej głowa dotknęła gładkiej poduszki, jej umysł odpłynął w krainę błogiego snu. Wiatr na zewnątrz cicho pukał w szybę okna, ogień w piecu powoli przygasał i kaloryfery traciły ciepło. Mleko w misce na parapecie straciło się niepostrzeżenie, powietrze przepełniała cisza głębokiej nocy, przerywana jedynie miarowym oddechem domowników, każdego pogrążonego w własnym śnie i ciche mruczenie zadowolonego kota.
Z stanu słodkiej nieświadomości wyrwał ją dźwięk budzika. Najpierw obróciła się na drugi bok, ale świadomość niemiłosiernie dobijała się do niej i pomimo, że na zewnątrz było ciemno, a obecność dnia nieśmiało zaczęła zgłaszać się daleko na horyzoncie, otaczając cienie drzew srebrzystą poświatą, postępującą powoli naprzód.
Dziewczyna usiadła i spojrzała na ekran laptopa. Była zła na siebie, że go nie wyłączyła przed spaniem. Usiadła na krześle i spojrzała z niedowierzaniem na urządzenie. Plik, który, z tego co pamiętała, był prawie pusty, teraz przepełniony był tekstem. Przed spaniem starała się sklecić kilka zdań, może było ich więcej, niż zapamiętała? Zaczęła czytać.
Czejś!
Dŏwno zym jus nie bōł u kogoś w dōma. Woloł bych piōro i papiōr, ta twojŏ maszina do pisania jakŏś dziwnŏ jes, ale zym sie poradziōł. Piyrwej, to ludzie sie rwali, co by złapać jakiego skrzŏtka. My sam bejle co w dōma pokludzili, a ôni ôstŏwiali nōm sam ździebko chlyba, mlyka abo zupy, co sam mieli. Jŏ nie wia, co tyn cowiek tyla marasić poradzi. My wiela placu nie potrzebujymy, chowoł zym sie kajś, a w nocy kludziōł, co cowiek nie poradziōł za dnia. Ale terŏzki sōm inkse casy. Terŏzki to sie nami nie zainteresuje ani pies z kulawōm nogōm i wiys, tak po cichu, znikōmy, bo placu dla nŏs jus ni ma. Ni ma ôgnia w dōma, ni ma ciepła, placu wiyncej, a ludzi manij. Ni ma mietły, gŏrki myje jakŏś kastla z szlauchym, pranie to samo. Dziejci śpiōm pod monitorym. Cowiek moze wszyjsko wiedzieć, a gupi jes dalyj, abo jesce barzej jak piyrwej, bo jak mu zabrać te migajōnce dingsy, to co ôn poradzi zrobić? Gwiazdy ôglōndŏ, jake planety sam widzi, ale be trzimoł ślypia durch tak ku gōrze, to kiedyś sie ô własne giry ôbali. Tak to be, jŏ sam tak gŏdōm. Cowiyk ani jus nie wiy jak wyglōndoł kłos zboża, a te mlyko coś mi ôstołwiōła, to bōło dla mie piyrse prawdziwe mlyko ôd dŏwna. Terŏzki prawie kŏzdy prziwozi mlyko z miasta ze sklepu, choby to na wsi nie bōło. Dziwne sōm te casy, wiys i jak ci to nie be wadzić, to jŏ sie do ciebie prziklōdza. Malutki zym jes, ôblyk zym sie jakeś stare strzympy, co w worku lezały na strychu, ściōng zym je jakimś szmacianym lalkōm, a zjejś wiela nie poradza, to szkody zy mie nie baje. Potraktuj to jak umowa zy mnōm.
Trzimej sie,
Twōj Skrzŏtek.
Dziewczyna przetarła oczy, pozbywając się z nich reszty z snu, zaśmiała się nad własną pomysłowością, zapisała plik i wcisnęła wyślij. Szybko zbiegła po schodach, czekał ją nowy dzień z nową listą zadań. Śpiesząc się ani nie zauważyła, że kartki papieru, które przypadkiem zrzuciła z biurka, znalazły się w równym sztaplu na nim, gdy wróciła po torbę.
Monika Neumann – Te ôpolske dziołchy, wielkie paradnice, kŏzały se posyć cerwone spōdnice… Monika Neumann czerwonej spódnicy jeszcze nie posiada, ale ôpolskōm dziołchōm jest z krwi i kości. Jest studentką Instytutu Filologii Germańskiej w Opolu i już za bajtla odkryła w sobie szczególne upodobanie do historii o tym, jak na jej małym skrawku Ślōnska bōło piyrwej