Z cyklu “Wielcy Ślązacy”: o dwóch takich, co ukradli… sejmik

Ostatnio Górny Śląsk otrzymał od swego Suwerena kilka prezentów, o których warto wspomnieć w kontekście nadchodzących Świąt. Przy okazji garść przemyśleń przeróżnych na temat postaw Ślązaków „wielkich” i tych blank maluczkich. 

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Oczywiście Suweren, jak każdy mądry i odpowiedzialny opiekun, wie że maluczki ludek śląski wymaga nie tylko „kinder niespodzianek” w postaci czołgów na ulicach Katowic, ale także klapsów, bo jakże inaczej wychowywać istotę jeszcze prymitywną na prawowiernego patriotę – takiego na przykład jak pan K. czy też pan Ch., którzy wcześniej (jako istoty bezrozumne) chodzili na przykład, w owych zagrażających porządkowi całego cywilizowanego świata, dekadenckich Marszach Autonomii, a teraz… jakże inni to ludzie…

Jakąż opiekuńczą, ojcowską wręcz roztropnością, musiał się wykazać Suweren, aby z jednostek, tak wydawałoby się dla świata zatraconych uczynić ludzi światłych, pięknych, świadomych swych celów oraz swej twórczej mocy…

No bo jakże inaczej pisać o panu K., jak tylko o bohaterskim „Rejtanie” z sercem wielkim jak cały Śląsk. Któż bowiem miałby w sobie tyle odwagi i mądrej roztropności, by niczym niezłomny Konrad Wallenrod, używając potężnego fortelu, głosami straszliwego wroga zdobyć władzę i zaraz potem, nie bacząc na plwania maluczkich, przekazać ją w najgodniejsze ręce Suwerena, który w porywie altruizmu, wbrew knowaniom niewdzięcznych autochtonów, chce uczynić z tej śląskiej, zapuszczonej, nikomu przecież niepotrzebnej ziemi, krainę mlekiem i miodem płynącą.

Oh, jakiejż dumy i wewnętrznego pokoju musi teraz doświadczać pan K., mając świadomość, że to dzięki jego bohaterskiemu czynowi został wyniesiony na urzędy kolejny wielki Ślązak – wspomniany już pan Ch., który niczym Wernyhora bez reszty oddany swej misji, z mozołem wielkim poucza, ale i karci, kształtując byt i świadomość swych maluczkich gnuśnych śląskich poddanych, wierząc wszakże, że i oni zapałają kiedyś miłością czystą i piękną do tych wartości jedynych, prawdziwych i wielkich…

A przecież i Wernyhora Ch. doznawać musi potężnych rozterek, gdy walczy o lepszą przyszłość śląskiego ludu. Jakże ten człowiek wielki, urósł jeszcze bardziej, gdy mimo wrzasków bezrozumnej hałastry, pewną ręką zamknął antykulturalny i antyhistoryczny dekadencki kwartalnik o jakże demonicznej nazwie Fabryka Silesia. Jakże cierpieć musiał ten urodzony poszukiwacz kompromisów, gdy wobec rodzącego się niebezpieczeństwa, zmienić musiał budzącą zgrozę w całym postępowym świecie nazwę „regionalny instytut”, na jakże poruszającą serce nazwę „instytut myśli polskiej” – ileż teraz głębi, ileż treści wielorakich…

No i jeszcze ta walka nieustanna z pewną panią dyrektor. Jakąż „czujnością czekisty” musiał się wykazać nasz Wernyhora, by z tak zawoalowanego środowiska wyłowić ów „element niepewny” i podjąć z nim otwartą walkę, nie zważając na nienawistny skowyt „zaplutych karłów reakcji”. Ale przecież żadna ofiara nie jest zbyt wielka, na drodze walki o to, by Muzeum Śląskie było jeszcze bardziej polskie…

Na szczęście Wielki Suweren nigdy nie pozostawia bez opieki prawdziwych śląskich patriotów (o czym dobitnie przekonał się niegdyś niejaki Wojciech Korfanty). Zatem i pan K. i pan Ch. wraz z całą rzeszą oświeconej części prostego śląskiego ludu, są w swych działaniach wspierani przez podobne działania samego Suwerena. Oto na przykład osoby, które w logo niedawnego konkursu Eurowizja Junior zamieściły nazwę „Silesia” zostały zwolnione z pracy, i tutaj w każdym światłym umyśle musi się budzić refleksja – jakiż wyrozumiały i łagodny jest nasz Suweren, skoro za czyn tak haniebny nie wtrącił do lochu, nawet nie wybatożył, a jeno z posady usunął…

Po co ta ironia?… Bo gdybym chciał napisać wprost, co myślę, to tekst miałby zbyt wiele wyrazów uważanych za nieprzyzwoite… Dlaczego ironia?… Bo bolało,  kiedy w jednym z programów telewizyjnych „dowiedziałem się”, że Głogówek jest miastem dolnośląskim, położonym na „opolszczyźnie”; bolało gdy w innym programie dowiedziałem się o „polskich” zwyczajach Bożonarodzeniowych panujących w XIX w. „na opolszczyźnie”. Bolało, gdy pani etnograf z tytułem doktora mówiła na warsztatach rękodzieła, że zwyczaje wielkanocne na Górnym Śląsku nie są jej dobrze znane, bo skupia się na „opolszczyźnie” a to zupełnie inny „region polski”. Zabolało też, kiedy w prasie przeczytałem o tym, że książę Hugo Hohenlohe był pod koniec XIX wieku najbogatszym człowiekiem na… oczywiście – „opolszczyźnie”.

Ktoś powie: przecież „opolszczyzna” – to tylko wyraz i nie warto się czepiać… To nieprawda, owa nieszczęsna „opolszczyzna” jest właśnie miarą spustoszenia jakie dokonuje się sukcesywnie w świadomości każdego Ślązaka oraz w przestrzeni śląskiej kultury, tradycji, tożsamości. Śmiem twierdzić, że ogromna większość młodych rdzennych Ślązaków nie wie co kryje się za zwrotem „śląska tożsamość”. Ba, dzisiejsi młodzi Ślązacy nie wiedzą tak naprawdę kim są.

Na przykład młody rdzenny mieszkaniec, dajmy na to Bierawy, Głogówka czy Jemielnicy mówi w domu po śląsku, w szkole śpiewa „Jeszcze Polska nie zginęła póki my żyjemy”, a na zebraniu mniejszości niemieckiej: „Oberschlesien, meine liebes Heimatland”. Jednak jest przekonany, że mieszka na „opolszczyźnie”, Śląsk jest w Katowicach, Górny Śląsk, to właściwie nie wiadomo gdzie, a ów Oberschlesien z przytoczonego fragmentu pieśni, to dla niego jakaś bliżej nieokreślona mityczna „rzecz”, coś jak Yeti, o którym wszyscy mówią, ale nikt go nigdy nie widział…

A przecież to tylko kwestia orientacji geograficznej. Świadomości śląskiej w aspekcie historii, tradycji czy kultury, w ogóle nie warto sprawdzać, bo jest ona żadna lub prawie żadna. W tym też miejscu warto przytoczyć słowa, które padły w medium społecznościowym związanym z tym portalem. Otóż jeden z użytkowników napisał, że nie to jest najgorsze, co „inni” wyprawiają na Śląsku, ale to, na co my Ślązacy im pozwalamy.

To prawda, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Prawda też, że każdy z nas ma pracę, rodzinę, swoje osobiste kłopoty, często ważniejsze niż „walka o Śląsk”. Jednak prawda jest również taka, że nie byłoby wielu działań antyśląskich, gdyby sami Ślązacy nie pomagali w ich realizacji.

Jednak i to nie jest według mnie frustrujące najbardziej. Ludzie nieuczciwi, leniwi i głupi z własnej winy są wszędzie – na Śląsku, w Polsce, w Australii i na Grenlandii. Wierzę też, że wszędzie są oni wciąż jeszcze w mniejszości. Natomiast to co najbardziej martwi, a nawet przeraża, to jakiś chocholi taniec, w który wpadają nie tylko Ślązacy, ale też cała syta i opasła zachodnia cywilizacja.

Jak ów chocholi taniec ujawnia się w swojskich śląskich warunkach? Niech odpowiedzią będzie historyjka, którą opowiedział mi dobrze nam znany pomysłodawca tego portalu. Jest lato, festyn w jednej z etnicznych, śląskich miejscowości. Do stoiska z książkami podchodzi starsze małżeństwo z wnukiem. Starzik zainteresowany bierze jedną z książek, na co rozlega się głos starki – „połōż to, po co to bieresz, lepszyj byś za te pniōndze synkowi wusztu kupiył…”  No i właśnie tego rodzaju postawy samych Ślązaków, są moim zdaniem, większym zagrożeniem dla śląskiej tożsamości, niż wszystkie antyśląskie działania płynące z zewnątrz.

Piotr Zdanowicz – pasjonat oraz badacz historii, kultury i przyrody Górnego Śląska. Dziennikarz, autor lub współautor książek i reportaży, a także kilkunastu prelekcji, kilkudziesięciu artykułów prasowych oraz kilkuset tysięcy fotografii o tematyce śląskiej. Pomysłodawca rowerowych i pieszych szlaków krajoznawczych na terenie Katowic, Mysłowic i Tychów oraz powiatu kędzierzyńsko-kozielskiego. Poeta, muzyk i plastyk-amator. Z zawodu elektronik, budowlaniec oraz magister teologii.

 

 

Społym budujymy nowo ślōnsko kultura. Je żeś z nami? Spōmōż Wachtyrza

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza