Ślązak na końcu świata

Jest taki kraj w południowo-wschodniej Afryce, który jest prawie trzy razy większy od Polski, a zamieszkuje go niespełna 30 milionów ludzi. Połowa społeczeństwa to osoby, które nie przekroczyły 15 roku życia, a średnia długość życia wynosi zaledwie 57 lat. Mozambik jest jednym z najbiedniejszych krajów świata, ale również wciąż nieodkrytym rajem dla turystów. Piękne plaże, ciepła, czysta woda, rafy koralowe, afrykańskie zwierzęta, ciekawa lokalna kultura poszczególnych plemion… Jest co odkrywać! Ale jest też wiele do zrobienia, o czym wie pochodzący spod Góry Św. Anny o. Konrad Klich, który opowiedział Monice Twardoń o swoich mozambijskich doświadczeniach.

Dalszŏ tajla artykułu niżyj

Co robi Ślązak na końcu świata?

– Co robi? Jest misjonarzem, czyli posłanym do posługi dla kościoła, dla Ewangelii. A czy to jest koniec świata to jest osobna historia. Mozambik to taki kraj jak każdy. Punkt widzenia i w tym przypadku zależy od punktu siedzenia. Więc stamtąd nie widać, że to jest koniec świata. Może wręcz początek.

– A czy Śląsk ma coś wspólnego z Mozambikiem? Z tego co wiem, tamtejsze społeczeństwo też posługuje się różnymi językami. Czy tą wielojęzyczność można by nazwać wspólnym doświadczeniem?

– Różnice pomiędzy tamtejszymi językami są dużo większe niż tutaj. Śląski jest jednak bardziej powiązany z polskim, natomiast tamte języki bardzo się od siebie różnią. Językiem urzędowym jest portugalski, a miejscowe, afrykańskie języki należą do zupełnie innej rodziny, w żaden sposób nie są związane z językami europejskimi. Tych języków według różnych źródeł jest 13, a może nawet 17 i tylko niektóre są do siebie podobne. Tam, gdzie mieszkam, w Maputo używa się dwóch języków – ronga i szangana, które są do siebie podobne. To znaczy, że kiedy zna się jeden, to rozumie się również drugi. Każdy używa tego, którego się nauczył w domu. Ostatnio szczególnie pomiędzy młodymi ludźmi pojawia się taka wersja wymieszana obu języków. Zaś jadąc trochę bardziej na północ – trochę, to znaczy tak z dwa tysiące kilometrów – gdzie również pracujemy, używa się języka makua, który jest zupełnie niepodobny, choć też należy do tej samej rodziny językowej, czyli do języków bantu. Użytkownicy tych lokalnych społeczności już się ze sobą nie porozumieją, zrozumieją co najwyżej pojedyncze słowa. W stosunku do portugalskiego wszystkie lokalne języki są inne. Choć podobnie jak na Śląsku mowa miejscowa czerpała słowa z polskiego, a również z czeskiego czy niemieckiego, tak samo w językach afrykańskich słowa, które nie istniały, są przejmowane z portugalskiego, czasami ze zmienioną wymową. Ludzie często też mieszają portugalski ze swoim językiem i tak to funkcjonuje.

– Jaki jest zatem stopień opanowania języka urzędowego? Czy każdy mieszkaniec Mozambiku zna język portugalski?

– Nie, choć to zależy w dużej mierze od miejsca zamieszkania. W miastach więcej osób posługuje się portugalskim. Lecz nawet w stolicy, w Maputo, jest spory odsetek szczególnie starszych ludzi, którzy nie znają portugalskiego bądź nie znają go w takim stopniu, by się nim swobodnie posługiwać. Mówią z błędami lub z naleciałościami. Po odzyskaniu przez Mozambik niepodległości w 1975 roku przez kolejne 16 lat panowała wojna domowa i w tym czasie bardzo słabo funkcjonowało szkolnictwo. Więc mamy całe pokolenie ludzi, którzy nigdy nie chodzili do szkoły. Były to lata od 1976 do 1992, czyli są to dzisiaj nadal młodzi ludzie, którzy przez to, że nie chodzili do szkoły, języka portugalskiego nie znają. Poza miastami, na wioskach, jest czasem bardzo trudno znaleźć kogoś, kto w wystarczającym stopniu zna portugalski. Nasza praca w znacznej mierze odbywa się przez tłumaczy, ponieważ niestety niewielu misjonarzy posługuje się językami lokalnymi. Jest to związane z wieloma czynnikami – z brakiem nauczycieli tych języków, z brakiem podręczników. W większości są to języki niepisane, nie ma słowników. Istnieją jedynie kursy wprowadzające, ale to zbyt mało. Także znajomość mowy miejscowej przez misjonarzy zostawia wiele do życzenia.

Msza Św. w parafii Lunga na północy Mozambiku (po prawej stronie o. Konrad Klich)

– Czy udało Ci się opanować jakiś z tych języków?

– Może nie opanować, ale na pewno się trochę poduczyć. Choć bardziej w kwestii rozumienia niż mówienia. Praktycznie cały czas mieszkałem w Maputo, a życie w wielkim mieście to też specyficzna sytuacja, ponieważ wiele ludzi mówi po portugalsku. A msze nawet miejscowi księża odprawiają w języku portugalskim, a nie w języku miejscowym. Przyjechałem do Mozambiku już ze znajomością portugalskiego, więc od razu musiałem się zabrać do roboty. Pracowałem jako wykładowca, co mnie bardzo pochłaniało i czasu na naukę innych języków nie zostawało za wiele. Ale ciągle staram się uczyć. Zajmowałem się też korektą lekcjonarza przetłumaczonego na ronga. Istniejące wydanie posiadało wiele błędów. Czytania na mszach są często w dwóch językach, tak samo jak tłumaczona jest homilia.

Oglądając Twoje zdjęcia wielkie wrażenie zrobił na mnie wszechobecny uśmiech, rozradowani ludzie. Wydaje mi się, że my jesteśmy bardziej poważni. Gdyby zestawić zdjęcia z naszych i mozambijskich uroczystości, ten kontrast byłby widoczny. Czy moje spostrzeżenia są prawidłowe?

– Każdy lud ma swój sposób wyrażania radości i innych emocji. Ich sposób jest na pewno specyficzny. Tak jak większość ludów afrykańskich radość wyrażają przede wszystkim przy pomocy śpiewu i tańca, a także okrzyków zwanych nkulunguana. Jest to okrzyk radości. Emocje są wyrażane ekspresyjnie. Mogą być nawet smutni, źle się czuć, lecz i tak wznoszą okrzyki – jest to niejako element kultury. Jak są na uroczystości i należy tak zrobić, to tak robią. Będąc dłużej wśród tamtych ludzi można zauważyć, że mogą być nawet w trudnej sytuacji, lecz nie zawsze to okazują. Wyrażanie radości jest też związane z życiem wspólnotowym. Takie na przykład wręczenie prezentu, to nie tylko zwykłe przekazanie, lecz cała ceremonia, często w formie procesji ze śpiewem i tańcami. To wypływa z ich kultury, ze zwyczajów.

Zakończenie roku akademickiego w Instytucie Maryi Matki Afryki w Maputo (stolicy kraju)

– Czego my moglibyśmy się nauczyć od tamtych ludzi?

– O, to trudne pytanie.

– A tak dla przykładu? Śpiewu?

– Śpiewu na pewno też. W kościele i na uroczystościach śpiewają zwykle z podziałem na głosy. Śpiewanie na głosy jest powszechne i dobrze im wychodzi, choć najczęściej nie mają wykształcenia muzycznego. Mają też takie naturalne poczucie rytmu, więc często oprawie muzycznej towarzyszą bębny.

Czego moglibyśmy się nauczyć od nich? Myślę, że solidarności. Solidarności rodzinnej, społecznej. Afrykańczycy mają wielkie poczucie przynależności i chęci do wspólnego działania. Choć to nie oznacza, że nie mają też swoich problemów. Bardzo ważne jest dla nich to poczucie wspólnoty, pomaganie sobie nawzajem, wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka. A nierzadko są w sytuacjach bardzo trudnych. Ich poczucie solidarności może być dla nas przykładem. Drugim wzorem może być taka wytrzymałość w trudnościach. W szczególnie trudnych sytuacjach znajdują się często kobiety, których mąż pije, bądź nie zajmuje się dziećmi, często są bez pracy, mają wiele dzieci, a jakoś udaje im się wszystkiemu podołać. Można zauważyć ich hart ducha. Być może wynika on z doświadczenia – warunki życia w Afryce zawsze były przecież trudne.

Zakończenie roku akademickiego w Instytucie Maryi Matki Afryki w Maputo (stolicy kraju)

– Na koniec pytanie noworoczne: czego życzysz sobie w Nowym Roku?

– Ten rok będzie rokiem zmian – po 18 latach pracy w Maputo, oznacza dla mnie przejście w nowe miejsce i przejęcie nowych obowiązków w prowincji na północy Mozambiku. Nie wiem jeszcze dokładnie co mnie czeka. Niech Pan Bóg to tak poprowadzi, by wszystko znowu się poukładało.

o. Konrad Klich – ur. w 1967 roku Misjonarz Słowa Bożego (werbista); pochodzi z parafii Św. Błażeja w Januszkowicach, a święcenia kapłańskie przyjął w Pieniężnie w 1992 roku. Na pierwszą placówkę misyjną wyjechał do Brazylii, gdzie spędził 4 lata. Następnie na KUL odbył studia specjalistyczne w zakresie teologii biblijnej. Od 2001 roku pracuje w Mozambiku. Przez cały ten czas oprócz pracy pastoralnej był zaangażowany w edukacji.

Monika Twardoń – absolwentka filologii germańskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, nauczyciel i tłumacz języka niemieckiego, flecistka, konferansjerka, Ślązaczka z pochodzenia i z zamiłowania.

Jakeście sam sōm, to mōmy małõ prośbã. Budujymy plac, co mŏ reszpekt do Ślōnska, naszyj mŏwy i naszyj kultury. Chcymy nim prōmować to niymaterialne bogajstwo nŏs i naszyj ziymie, ale to biere czas i siyły.

Mōgliby my zawrzić artykuły i dŏwać płatny dostymp, ale kultura powinna być darmowŏ do wszyjskich. Wierzymy w to, iże nasze wejzdrzynie może być tyż Waszym wejzdrzyniym i niy chcymy kŏzać Wōm za to płacić.

Ale mōgymy poprosić. Wachtyrz je za darmo, ale jak podobajōm Wōm sie nasze teksty, jak chcecie, żeby było ich wiyncyj i wiyncyj, to pōmyślcie ô finansowym spōmożyniu serwisu. Z Waszōm pōmocōm bydymy mōgli bez przikłŏd:

  • pisać wiyncyj tekstōw
  • ôbsztalować teksty u autōrōw
  • rychtować relacyje ze zdarzyń w terynie
  • kupić profesjōnalny sprzynt do nagrowaniŏ wideo

Piyńć złotych, dziesiyńć abo piyńćdziesiōnt, to je jedno. Bydymy tak samo wdziynczni za spiyranie naszego serwisu. Nawet nojmyńszŏ kwota pōmoże, a dyć przekŏzanie jij to ino chwila. Dziynkujymy.

Spōmōż Wachtyrza

Cyntrum Preferyncyji Prywatności

Potrzebne

Zbiory cookies potrzebne do nojbarzij podstawowych funkcyji serwisu: zgoda na politykã prywatności (gdpr) i informacyjŏ ô blokowaniu reklam (anCookie), testowy zbiōr ôd platformy (wordpress_test_cookie)

gdpr, anCookie, wordpress_test_cookie

Ino po zalogowaniu

Zbiory cookies potrzebne do byciŏ zalogowanym w serwisie.

wordpress_logged_in_, wordpress_sec_, wp-settings-time-